Czy teść to rodzina? Pytanie egzystencjalne Tomasza Sakiewicza

No to się zaczęło. Tomasz Sakiewicz zagroził mi procesem, po wpisie o dystrybucji Raportu Smoleńskiego przez spółkę Rejtan (tutaj). Pisze, że pozbył się w niej udziałów i że teraz jej wyłącznym właścicielem jest jego teść Ryszard Gitis. Być może tak jest. Tyle tylko, że wczoraj o godzinie 14, w tak zwanym elektronicznym KRS, Sakiewicz widniał jeszcze jako jej udziałowiec (mam wydruk w posiadaniu).

Informacja podana przeze mnie miała więc wszelkie walory prawdziwości. Tłumaczenie tego faktu może być różne. Może Sakiewicz sprzedał swoje udziały w Rejtanie w sobotę? Może wczoraj rano? Tego dowiemy się po nieco głębszym zbadaniu sprawy. Poza tym trzeba by skorelować daty zbycia udziałów w Rejtanie przez Sakiewicza, z datą wydania Raportu przeze tę spółkę. To czynność dość prosta, trzeba tylko trochę poszperać. Warto jednak w tej sytuacji, aby dzielny redaktor poparł swoje słowa jakimiś dowodami (choćby stosowną umową zbycia zawartą z własnym teściem).

Pisze Sakiewicz, że gdy był udziałowcem Rejtana to nie brał z tej spółki ani złotówki. Zapewne tak było. To przecież jedna ze znanych metod w działalności gospodarczej, że zyski spółki przeznacza się na jej rozwój. Kupuje się samochody dla prezesów, członków zarządu, wypłaca służbowe delegacje. To, że ktoś nie wyciągał pieniędzy z firmy nie musi jeszcze oznaczać, że nie czerpał przy ich pomocy osobistych korzyści. Nie musiał, ale mógł.

Argument że naczelny Gazety Polskiej nie widział Raportu, który wydaje spółka jego teścia – a być może nawet o tym nie wiedział – jest naprawdę rozczulający (tutaj). Wyobrażam sobie w takim razie, że przygotowania do jego publikacji Ryszard Gitis musiał przeprowadzać nocami. W sposób głęboko zakonspirowany (to zdaje się ulubiony styl pracy środowiska Gazety Polskiej). Tak zakonspirowany, że nie wiedzieli o tym nie tylko prawdopodobnie czyhający na niego siepacze Bondaryka, ale również jego własny zięć. Niedawny udziałowiec i powszechnie znany znawca wszelkich Smolenscjanów.

Ryszard Gitis w ogóle musi być niezwykle ciekawym człowiekiem. Nie tylko bowiem wpuszcza do publicznego obiegu, w tajemnicy przed własnym zięciem, publikację, o której wie, że musi go niezwykle interesować, ale też ma niespotykane podejście do biznesu. Oto bowiem, cenę swojej publikacji szacuje wedle spodziewanego nakładu. Sprzedam 200 sztuk, to 65 jest ceną niską, a jak sprzedam 100 000 to jest to cena zbrodnicza. Przyznam szczerze, że pierwszy raz spotykam się z takim sposobem szacowania ceny jakiegoś towaru. No, ale widać w środowisku Gazety Polskiej wszystko musi być inaczej.

Poetyce wypowiedzi Gitisa dał się też ponieść asystent Antoniego Macierewicza. Otóż Zespół ma sejmową domenę, ale – pewnie z obawy (ach znów ten Bondaryk…) – trzyma ją na serwerach pisowskich. A tam… O mój Boże… Nie ma miejsca na opublikowanie tego Raportu… Tak ważnego i kluczowego Raportu nie tylko dla PiS, ale i dla całego Łobozu Niepodległościowego! Niewiarygodne!!! Taki pech z serwerami przy tak ważnej sprawie? Nie jestem informatykiem, ale nieśmiało podpowiem kierownictwu Zespołu Antoniego Macierewicza, że przecież takie serwery można kupić. Za co? A choćby z tych nędznych dotacji, które Klub PiS dostaje corocznie z budżetu państwa z racji ustawowego finansowania partii politycznych.

Na tym jednak nie koniec radosnej twórczości asystenta Misiewicza. Bo wczoraj oświadczył on także, że egzemplarze Raportu rozdane na posiedzeniu Zespołu w dniu 10 sierpnia tego roku to 20 egzemplarzy sygnalnych (tutaj). I że nie ma tak naprawdę jego ostatecznej wersji, bo wciąż jest on uzupełniany. W tej sytuacji sięgnąłem więc do definicji określenia „egzemplarz sygnalny”. Wydawało mi się bowiem, że rzeczywiście może chodzić tu o jakąś publikację niepełną, wymagającą uzupełnień. Tymczasem określenie to oznacza po prostu pierwszy egzemplarz książki lub czasopisma dostarczony przez drukarnię wydawnictwu (tutaj), a nie coś co wymagało by jakichś istotnych uzupełnień. W tej sytuacji wypada tylko pogratulować panu Misiewiczowi. Niewątpliwie ma on już swe trwałe miejsce w historii języka polskiego.

Dzisiejszą notkę zacząłem od tego, że Tomasz Sakiewicz grozi mi procesem. Wytoczy mi go, jeśli jeszcze raz powtórzę, że zarobił na publikacji Raportu, oszwabiając w ten sposób obywateli. No dobra. Niech mu będzie. Zmodyfikuję trochę swoją opinię. Jeśli więc rzeczywiście zbył udziały, to profitentem tego procederu wydawniczego nie będzie on sam, tylko jego rodzina. Jeśli i po tej modyfikacji rzeczywiście pójdzie on do sądu, to wymiar sprawiedliwości będzie musiał mu odpowiedzieć na niezwykle egzystencjalne pytanie. Na pytanie fundamentalne. Na pytanie czy teść to rodzina? 

Nie wiem czy naczelnemu Gazety Polskiej chce się to ustalać przy pomocy wymiaru sprawiedliwości, ale jakby co, to nie widzę przeszkód. By zacytować Pana Prezydenta : Moi adwokaci są już rozgrzani.

Jan Filip Libicki

www.facebook.com/flibicki

aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Czy teść to rodzina? Pytanie egzystencjalne Tomasza Sakiewicza”

  1. Uważam, że środowisko skupione wokół Tomasza Sakiewicza i Gazety niePolskiej jest wyjątkowo szkodliwe dla szeroko rozumianego obozu konserwatywno-chrześcijańsko-narodowego, ale przy tych wszystkich aferach, wałkach i przekrętach w PO głos Pana senatora Libickiego jest po prostu megahipokryzją. Źdźbło w oku bliźniego widzi belki w swoim nie. Jak to mówi mój syn: żenua. Żenua Panie senatorze…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.