Czysta gra

Citius…

 

Jak wiadomo, u swego starożytnego zarania sport miał być oficjalnie namiastką wojny, ale w istocie służył zastępowaniu całej polityki tym, którzy zajmować się nie powinni, czyli ogółowi. Mechanizm zapoczątkowany w Grecji doprowadzono do takiej perfekcji w Rzymie i Bizancjum, uzyskano tam nawet system partyjny – nie mający jednocześnie nic (no, prawie nic…) wspólnego z faktycznym sprawowaniem władzy w państwie. Stronnictwa kibicowskie były wprawdzie pewnym faktem politycznym, czasem w jakiś sposób (najczęściej zamieszkami) wpływały na sytuację wewnętrzną, częściej – bywały elementem rozładowywania i kontrolowania emocji społecznych, a więc służyły temu samemu, czemu dziś służą i sport, i polityka, tyle, że – przynajmniej w teorii – rozdzielone i odrębne.

 

Teoria ta zresztą istnieje głównie w głowach hołdujących już to jednej, już to drugiej aktywności zastępczej, dlatego chyba fanów sportu tak złości „mieszanie do niego polityki”, zaś oddanych kibiców demokracji – irytuje porównywanie interesujących ich zmagań do jakichś gier i zabaw. Tymczasem obie branże są sobie wciąż bardzo bliskie, stanowiąc nadal formę rozrywki, biznesu i mechaniki społecznej, służącą prawdziwie rządzącym i czasem tylko, a przeważnie pośrednio – na nich wpływającą.

 

Dość oczywisty dowcip i dysonans polega na tym, że fani jednej kibicowskiej aktywności – często tę drugą uważają za zastępczą, i oczywiście odwrotnie. Fakt, że polityk bywa kibicem, a zapalony kibic politykiem nie zmienia faktu, że nawet angażując się w obie zabawy śmiertelnie poważnie – dany delikwent przeważnie chyba jednak uważa, że jedna jest poważniejsza od drugiej (niesłusznie), a przynajmniej, że rozgrywają się one na różnych płaszczyznach (jeszcze bardziej niesłusznie, jak już wyżej wskazano).

 

…Altius…

 

Kibic sportowy uważa przeważnie politykę za rzecz brudną, niezrozumiałą, sprzedajną, niehonorową, bez jasnych zasad, a właściwie bez stałych reguł w ogóle, poza pędem do dominacji i dochodów. Ze swej strony zaś sport, a zwłaszcza ukochaną dyscyplinę – widzi jako czystą rozgrywkę fair play, w zdrowym duchu rywalizacji, w której liczy się udział, choć oczywiście można też czasem pomóc szczęściu, by wspomóc swoich, bo ważne jest także poczucie wspólnoty. Taki oddany pasjonat zawrze świętym oburzeniem i uzna za obraźliwego durnia każdego, kto sport ma za bezmyślną rozrywkę, nudną i przewidywalną do poziomu blokującego wszelką przyjemność odbioru, a w dodatku napędzaną wyłącznie pieniądzem i chęcią użycia, w tym zwłaszcza interesami kreatorów i praczy pieniędzy, koncernów chemicznych, rynku reklamy i mediów, a często także pobudzających skrajne emocje polityków.

 

Kibic polityczny, zwany w Polsce moherem dowolnej opcji – wierzy, że ma wpływ, że wspiera tworzenie większego dobra, pomaga wcielać w życie określone idee, że oddziałuje na rzeczywistość i zmienia ją w zakresie niepojmowalnym dla jakiegoś gbura przed telewizorem i na stadionie. Oczywiście, zdarza się, że taki oddany widz dostrzega, że obecnie system, czy jego w nim rola tak nie wyglądają, stanowi to dla niego jednak asumpt do jeszcze większego zaangażowania i głębszej wiary, że jest jakaś demokracja prawdziwsza, polityka czystsza, patriotyzm patriotsiejszy etc. W przeciwieństwie do fanów sportu – ci polityczni wydają się częściej przeglądać na oczy, odkrywać fikcyjność swego wpływu na rzeczywistość, pojmować swój czysto przedmiotowy status w procesie sprawowania władzy, a nawet deklaratywność i dekoracyjność całej politycznej fasady systemu rządów, na dowolnym ich w zasadzie poziomie. Wtedy przeważnie idą na mecz.

 

…Fortius

 

Obudzić się z wiary w czysty sport jest jak się okazuje trudniej, niż z marzenia o czystej polityce. Zwłaszcza, że choć oba przedmioty uwielbienia są stricte zastępcze, to jednak łatwiej zaakceptować w tej roli właśnie rozgrywki sportowe, a ponadto jako rozrywka wydają się one prostsze i mniej wstydliwe, niż zamiłowanie do polityki, zawsze nacechowane podejrzeniami o interesowność i złą wolę. Nie mamy nic przeciw absurdalnym dochodom piłkarzy, tymczasem o wiele rzędów mniejsze oficjalne zarobki polityków we wszystkich – budzą tylko szczerą złość.

 

W sporcie denerwuje nas raczej budzenie ze snu, niż same sny (i w tym przypadku w polityce jest podobnie, choć równie łatwo jest zdrzemnąć się znowu). Stąd też szmerek zadowolenia i satysfakcji odczuwany w związku z aferą korupcyjną w FIFA. „A dobrze im tak, złodziejom!” – to zdecydowanie dominujący komentarz. Podobnie też zgodne jest uznanie, że milionowe transakcje, opiewające na organizację turniejów, czy wygrywanie meczów to coś w oczywisty sposób nagannego. I sumie nie sposób się dowiedzieć dlaczego tzw. ogół tak uważa! Przecież federacje sportowe to w istocie wielkie przedsiębiorstwa rozrywkowe, mające dostarczać widowni odpowiedniej dawki napięć, wzruszeń, rozrywki, gniewu, szczęścia, słowem regulować gospodarkę hormonalną podobnie, a może i mocniej niż Hollywood i Bollywood razem wzięte. Czy z ręką na sercu nawet najszczerszy, najprawdziwszy i najczystszy ducem kibic może przysiąc, że nigdy nie podejrzewał światowego footballu (a także siatkówki, hokeja, boksu – zwłaszcza zawodowego itd.) o bycie lepiej maskowaną odmianą Wolnej Amerykanki? Czy najbardziej zapalony kibic MMA, gdy już schrypł od krzyków, nie zadał sobie w duchu prześmiewczego pytania o „wibrującą pięść” Pudziana? Czy po kolejnych aferach dopingowych nie kiwamy przy grillach głowami „no tak, wiadomo, że wszyscy biorą…!”?

 

Bo przecież tak naprawdę wiemy i jedno, i drugie. Że i sport zawodowy (nawet ta jego część, która dla odróżnienia nazywana jest amatorską), i polityka to przecież fikcje – rozrywka i gra pozorów. Oczywiście, może dzielić nas wiara i przekonanie, która z tych branż bardziej, która w jakim stopniu, niektórzy mogą nadal formułować oceny czy to źle, czy dobrze. Ale zasadniczej oczywistości wszystkie te różnice podejścia nie zmienią. A oczywistością tą jest, że to wszystko przecież nie jest na poważnie.

 

Tzn. poważne są zaangażowane (a poniekąd – tworzone) pieniądze, poważne interesy, niekiedy poważne cele czy to maskowane, czy osiągane. My jednak, kibice, traktowani jesteśmy tak właśnie, jak dzieci, jak ktoś mało poważny, od taki sobie element interaktywnego teatru.

 

Oczywiście, nie musi nam to odbierać przyjemności smakowania poszczególnych widowisk, ani psuć zabawy w odgadywanie ich sensu. Ot, np. patrząc na ostatnią aferę FIFA możemy uśmiechać się, że nagle do walki o czysty football rzuciło się państwo, w którym nawet nazwa ta oznacza coś innego, niż w reszcie świata. Że tym razem już jawnie sport i polityka pokazały swą łączność – bo awantura o Blatteraokazała się poniekąd kolejnym elementem rozproszonej wojny Zachodu ze Wschodem. Ponadto zaś znowu skorzystano z okazji, żeby z pozycji państwa-Lewiatana pobiadolić nad quasi-suwerennością federacji sportowych, jawiących się jako pozostałość, kiedy państwa nie były ani jedynymi, ani najważniejszymi podmiotami politycznymi i nosicielami suwerenności. FIFA to z tej perspektywa następca cechów, mafii i gildii (aktorskich…?), a co zabawne starcie Lewiatan vs. Właściciel jakieś formy aktywności społecznej od państwa niezależnej, rozgrywa się w momencie historycznym, kiedy państwa też już w istocie suwerenami nie są, tracąc tę rolę na rzecz korporacji. Sport i polityka, polityka i sport, rozrywka i pieniądze, gra toczy się na naszych oczach i co z tego, że nie rozumiemy jej reguł, ani nie znamy zawodników. W końcu to nie o to chodzi w byciu kibicem. W końcu najważniejsze jest, żeby mecz trwał dalej.

 

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *