Dlaczego Kaczyński boi się referendum

PiS ciasne, ale…

Niektórzy widzący w PiS „naturalnego sojusznika” zwolennicy Pawła Kukiza wydają się być zaskoczeni taktyką obraną przez partię Kaczyńskiego przed referendum 6. września. Tymczasem banalna sztuczka „nie dodali naszych ARCYWAŻNYCH! Pytań – więc ignorujemy tę farsę” wynika z samej istoty Prawa i Sprawiedliwości, choć jest też dowodem na krótkowzroczność i brak zmysłu strategicznego (nie mówiąc o patriotyzmie) u kierownictwa tego ugrupowania.

Na tych łamach nie trzeba chyba powtarzać dość oczywistej charakterystyki Prawa i Sprawiedliwości. Wiadomo, że to partia z założenia skrajnie zamknięta, utworzona przez Jarosława Kaczyńskiego jako przeciwieństwo PC, czyli formacji w założeniu tak bardzo masowej, że kiedyś sam lider Porozumienia prezes wizytując jeden z terenowych jego lokali – znalazł wywieszoną w nim listę Żydów, z dumnym udziałem swoim brata (bo był to lokalny oddział Partii X, który niedawno zmienił barwy, ale nie zwyczaje). U zarania PiS miało nie więcej niż po 100 członków w danym województwie (a przeważnie wielokrotnie mniej), od początku też, o ile doły partii zajmowały się w tak wąskich gronach głównie intrygami i wzajemnym wycinaniem się – o tyle centrala za cel postawiła sobie eliminowanie wszelkiej frakcyjności – zwłaszcza tej ideowej. Zmarginalizowano Przymierze Prawicy, prowokacją aborcyjną wypchnięto z PiS Marka Jurka, nie dopuszczono do budowy alternatywnej dla LPR, a sprzymierzonej z PiS formacji narodowej w oparciu o Narodowe Koło Parlamentarne (a potem RLN), kierownictwo wolało utrzymać przy życiu konkurencyjne, a wyjątkowo szkodliwe PSL, niż pomóc w jego marginalizacji przez zaprzyjaźnione Stronnictwo PIAST. Słowem – Jarosławowi Kaczyńskiemu zawsze wystarczał domek ciasny, ale własny i w tym też kierunku kształtował kadry swojej partii.

Bezpieczna staza

Przyczyn i powodów takiego nastawienia jest rzecz jasna wiele. Najprościej rzecz ujmując – Kaczyńskiego, jednego z beneficjentów uwłaszczenia polityków III RP – zwyczajnie stać na bycie w opozycji. Co więcej, lex Dorn, czyli dodatkowe miliony złotych gwarantują petryfikację tego stanu niemal w nieskończoność w oparciu o wykreowany szczęśliwie dla PiS zdarzoną katastrofą smoleńską podział w umysłach wyborców. Z kolei dobór negatywny pozwolił wypełnić struktury PiS szarą masą drobnych urzędników, prowincjonalnych nauczycieli, pracowników społecznych etc., dla których pensja poselska i (ew.) apanaże partyjne to jedyne źródła utrzymania, a więc jednocześnie smycz, obroża i kaganiec w jednym. W takim zoologu nawet strażnicy nie są potrzebni – bo jego zamknięcia i niskiego poziomu bronią sami uczestnicy. Do znudzenia można przypominać celne spostrzeżenie RAZ–a, że jeśli w danym powiecie PiS ma np. 7 mandatów radnych – to ma też i 7 członków (członków lokalnego kierownictwa), bo z ósmym trzeba by się już jakoś dzielić i ktoś by mógł wypaść z układu. Tak zorganizowana formacja nie jest zainteresowana powiększaniem stanu posiadania – tylko bezpieczną stazą.

Brać, nie kwitować!

Zastanówmy się przez chwilę co stałoby się z PiS w przypadku sukcesu zwolenników referendum i głosowania TNT. Zniknięcie finansowania partii pozornie nie powinno zaszkodzić partii Kaczyńskiego, wprawdzie kadrowej, ale mającej przecież tłumy nie tylko wyborców, ale wręcz wyznawców. Ba, można by wręcz założyć, że spora ich część gotowa byłaby wyłożyć wdowi grosz nawet bez uzyskania minimalnego choćby wpływu na partię i jej działania – choć części taki obrazoburczy projekt mógłby przyjść do głowy. Problem jest jednak w dużej mierze mentalny. Pieniądze płynęłyby bowiem z dołu do góry, a nie z góry do dołu. Tzn. dziś niby też tak jest – bo przecież bez głosów obywateli kasy by nie było, czego się jednak samemu nie daje, to się nie odczuwa i w powszechnym przekonaniu – źródłem łask wszelakich są Prezes i jego zaplecze do specjalnych finansowych poruczeń, a nie jakiś tam elektorat. Dalej – konieczność zabiegania o pieniądze z czasem postawiłaby PiS na kursie jeszcze bardziej niż dotąd kolizyjnym z Radiem Maryja, bo przecież trzeba by zabiegać o tę samą wątłą zawartość portmonetek emerytek. Zresztą Kaczyński nie lubi nawet za bardzo starać się o coś tak niskiego i przyziemnego jak głosy wyborców, trudno się więc spodziewać, że będzie efektywnie prosić o ich pieniądze, skoro dotąd umiał je załatwiać w dużo dyskretniejszy sposób.

Good bye, Lenin!

Już tego wystarczyłoby, aby doprowadzić Prezesa do bólu głowy przed 6 września. Nie koniec jednak jego zgryzot. Jarosław Kaczyński wydaje się podzielać przekonanie, wyrażane choćby przez Janusza Sanockiego, że JOW–y nieuchronnie doprowadzą do „uobywatelnienia” partii politycznych, a więc do ich przekształcenia w formacje szersze, wielonurtowe i demokratyczne. Czy jest to pogląd prawdziwy – trudno w warunkach polskich stwierdzić. Faktem jest jednak, że nieliczne nasze tradycje faktycznie mówią raczej o złożonych środowiskach politycznych, niż jednolitych partiach (endecja, sanacja, a nawet – do pewnego stopnia – zwłaszcza w swej końcówce… PZPR!). Również u narodzin III RP powstające ugrupowania, wyczuwając klimat społeczny – starały się (z PC, ZChN, ale także UD na czele) prezentować możliwie szeroko i demokratycznie. Dowcip polega na tym, że do dzisiejszych czasów elementy demokracji i oddolnej kontroli występują już bodaj tylko w PSL i SLD, podczas gdy formacje post–solidarnościowe faktycznie stały się – jak to nazywa J. Sanocki – „partiami typu leninowskiego”.

Co po Kaczyńskim?

Dla tych rozważań nie jest w sumie istotne, czy JOW–y faktycznie są w stanie zmienić ten – fatalny dla Polski – stan rzeczy. Nie ma też znaczenia, że najlepsza nawet ordynacja wyborcza nie zmieni przecież Jarosława Kaczyńskiego w męża stanu o zmyśle państwowym, widzącego coś więcej, niż partykularny interes swój i najbliższego zaplecza. Mając niepowtarzalną szansę podłubania przy ustroju III RP – musimy brać pod uwagę, że trzeba go już szykować na czas, gdy lider PiS dołączy do swojego śp. brata i przestanie swym cieniem zwisać nad polityką polską. To właśnie wyborcy PiS powinni się zastanowić, czy widzą dziś czytelną linię następstwa, czy jest jakiś pomysł, by ustrzec ich obóz przed wojną diadochów. Być może to właśnie demokratyzacja partii, jej otwarcie, rozszerzenie bazy, a także zmiana przepływów finansowych – pozwoli przetrwać PiS bez Kaczyńskiego? Do tego jednak trzeba iść na referendum i zagłosować TNT…

Co bowiem jest alternatywą? Aktyw i wyborcy Prawa i Sprawiedliwości już cieszą się z góry z wygranej, znowu też popełniane są stare błędy. Koszenie przy listach, taktyka podrzucania do okręgów niewybieralnych „zbuków–ekspertów”, marginalizowanie „koalicjantów” z Solidarnej Polski i Polski Razem. Nawet co światlejsi działacze PiS przyznają, że wprawdzie podzielają marzenie o samodzielnych rządach swojej partii – ale i tak nie wierzą, by przetrwały one dłużej niż 2 lata. Tymczasem prezes będzie coraz starszy, wyborcy coraz młodsi, wahadło z czasem może odbić w najfatalniejszą dla Polski stronę – słowem system taki jak jest – utrzymanym być nie może.

Zróbmy to!

Nie lubiący PiS-u powinni 6. września iść głosować choćby dla wykrzywienia twarzy prezesa Kaczyńskiego. Jego miłośnicy – też w swoim dobrze pojmowanym interesie niech się nie wahają, aby uratować centroprawicę przed nią samą, przed zarodkami jej rozkładu, który ewentualny październikowy sukces wyborczy tylko przyspieszy. Nie ma też wątpliwości, że iść do urn i głosować TNT po prostu muszą wszyscy ci, dla których III RP jest obmierzłym tworem duszącym Polskę i Polaków. Jak w klasycznym brytyjskim klipie wyborczym – w lokalu wyborczym mogą i dobrze, aby spotkali się wszyscy, którym jeszcze zależy, bo – jak wybrzmiewała w tejże reklamówce piosenka –Things can only get better…!

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *