Dlaczego Polska nie powinna przyjmować imigrantów?

Niedawne informacje o tym, jakoby Polska miała przyjąć kilka tysięcy imigrantów z Azji i z Afryki wywołały prześciganie się przez różne środowiska prawicowe w deklaracjach, że nie mają nic przeciwko takiemu scenariuszowi i że jak najchętniej godzą się na niego i go popierają. Przyczyn takich reakcji może być kilka.

 

Polit-poprawne ukąszenie

 

Tą najbardziej przyziemną i podstawową może być po prostu asekuranctwo polityczne. Dane środowisko prawicowe może chcieć uniknąć stygmatyzacji jako „źli” nacjonaliści, ksenofobi, faszyści, nienawistnicy etc. etc. Ono samo będzie to przedstawiało jako przemyślaną polityczną strategię i wyrafinowaną kalkulację, w rzeczywistości mamy tu jednak do czynienia z pospolitym tchórzostwem.

 

Bardziej złożoną przyczyną jest poczuwanie się przez dany podmiot do wspólnoty wyższego rzędu. Często takie postawienie sprawy spotyka się w środowiskach chrześcijańskich. Rzecznicy tego poglądu stawiają jedno z dwóch stwierdzeń: 1) ważniejsza od przynależności etnicznej jest przynależność wyznaniowa i wobec tego, nie oglądając się na różnice narodowościowe, powinniśmy przyjąć do swego kraju prześladowanych współwyznawców 2) ksenofobia jako immunologiczny mechanizm obronny wspólnoty ustąpić powinna wobec reguł uniwersalnego humanitaryzmu, każących pomagać potrzebującym. Obydwa te stanowiska są błędne i określić je można wspólnym mianem „chrześcijańskiego nihilizmu”.

 

Chrześcijański nihilizm to postawa odmawiająca znaczenia jakimkolwiek tożsamościom innym niż chrześcijańska. W wersji umiarkowanej po prostu je lekceważy, twierdząc że w przeciwieństwie do należących do niezmiennego porządku bytu chrześcijańskich norm moralnych, należą do porządku stawania się i co za tym idzie mają status nietrwały, wobec czego pozbawione są też znaczenia. W postaci skrajnej, wyznawcy takich poglądów egzaltują się jakoby zachodzącym „zaorywaniem”, „przeorywaniem”, „wypalaniem”, „wycinaniem” przez chrześcijaństwo tożsamości niechrześcijańskich.

 

Pierwsze twierdzenie jest pewną postacią kwietyzmu i prowadzi do wniosków absurdalnych. Ciało człowieka, jego doznania i wszystkie wytwory materialne należą bowiem do kategorii przemijających fenomenów. Biorąc pod uwagę nawet najbardziej optymistyczne scenariusze rozwoju wypadków, ludzkość i tak skazana jest ostatecznie na zagładę, ponieważ za około sześciu miliardów lat Słońce znajdzie się w fazie czerwonego olbrzyma i zwiększając swoją średnicę pochłonie Ziemię (1). Gdyby jednak ludziom udało się w jakiś sposób opuścić Układ Słoneczny, to i tak stale i coraz szybciej rozszerzający się Wszechświat ulegnie rozproszeniu i pozostaną w nim wreszcie jedynie cząstki elementarne (2). Tak czy inaczej, nie unikniemy zatem zagłady, a kierując się logiką przyjętą przez chrześcijańskich nihilistów, wszelka ludzka aktywność wykraczająca poza kwestie religijne byłaby pozbawiona sensu.

 

Jakobińskie ukąszenie

 

Drugie twierdzenie jest „nihilizmem aktywnym” i logicznie wynika z absolutyzacji jednej wspólnoty (wyznaniowej) i jednej tożsamości (religijnej) kosztem innych tożsamości. Jak zauważają natomiast Zbigniew Musiał i Bogusław Wolniewicz (3), wspólnoty mają charakter koncentryczny i węższe z nich zawierają się w rozleglejszych. Wewnątrz wspólnot wyznaniowych obecne są zatem także wspólnoty węższe i zbudowane na innych kryteriach. W przypadku przynależności danych podmiotów do dwóch paralelnych wspólnot niższego rzędu (np. etnicznych lub kulturowych) i równoczesnej przynależności do tej samej wspólnoty religijnej, nie oznacza to bynajmniej niwelacji wspólnot niższego rzędu.

 

Analogicznie przynależność do tej samej wspólnoty politycznej nie oznacza niwelacji niższego rzędu wspólnot etnicznych, regionalnych, kulturowych lub rodowych. Wspólnota wyższego rzędu jest wspólnotą wspólnot, tak więc podmiotami są dla niej nie jednostki ale właśnie wspólnoty niższego rzędu. Tak jak wspólnota najniższego szczebla (np. rodzina) nie unicestwia swoich podmiotów (tworzących ją osób), lecz stwarza środowisko umożliwiające im bycie sobą, tak również wspólnota wyższego rzędu nie unicestwia będących jej podmiotami wspólnot niższego rzędu, lecz stwarza im środowisko umożliwiające im bycie sobą. Dobro wspólnoty wyższego rzędu realizuje się jedynie w dobru składających ją wspólnot niższego rzędu, zaś dobro wspólnot niższego rzędu realizuje się jedynie w skumulowanym dobru wspólnoty wobec nich nadrzędnej. Likwidacja przez wspólnotę składających nią podmiotów odebrałaby podstawę do istnienia niej samej.

 

Innymi słowy, wspólnota chrześcijan nie jest i nie może być religijną wersją liberalnego czy bolszewickiego kosmopolityzmu, w którym etnosy, kultury i rozmaite osobliwości odmiennych sposobów ludzkiego życia zostaną wymieszane w wielkim tyglu i stracą rację bytu. Twierdzący tak, zdają się wychodzić na przeciw oskarżeniom takich krytyków chrześcijaństwa jak Alain de Benoist (ur. 1943), którzy zarzucają tej religii bycie „bolszewizmem starożytności”, zrównującym wszystkich ludzi i unicestwiającym ich tożsamości. Chrześcijanin wyznający poglądy na tożsamość takie jak jakobin lub zwolennik modelu amerykańskiego wciąż pozostaje jakobinem i amerykanistą, choćby nawet chrześcijańskim.

 

Humanitarne ukąszenie

 

Trochę w podobny sposób należałoby się odnieść do twierdzenia, jakoby chrześcijańskie normy moralne kazały nam otwierać drzwi przed każdym cierpiącym. Również takie twierdzenie prowadzi do wniosków absurdalnych, bo cierpienie jest nieodłącznie związane z doczesną kondycją człowieka i wobec tego nie da się go wyeliminować, zatem chrześcijanin byłby skazany na wieczne wyzbywanie się wszelkiej własności i dorobku własnego na rzecz innych. Scenariusz taki nakreślił zresztą Jean Raspail (ur. 1925) w swojej powieści Obóz świętych (1973) (4). Papież rozsprzedaje czy też rozdaje tam skarby Kaplicy Sykstyńskiej i Watykanu by pomóc ofiarom głodu w Indiach, wśród których jest też bardzo wielu chrześcijan. W dalszej kolejności podobnemu humanitarnemu szantażowi ulegają też całe społeczeństwa Zachodu, którego kraje zalane zostają napływem obcych.

 

Powieść francuskiego kontrrewolucjonisty, choć wyjątkowo słaba literacko, jest dość przenikliwa psychologicznie, zwracając uwagę czytelnika na niebezpieczeństwo moralnego szantażowania znajdujących się w lepszym położeniu społeczności rzekomym obowiązkiem otwarcia się na napływ obcych doświadczonych przez los. W gronie takich moralnych szantażystów w utworze J. Raspaila występują także dostojnicy i kapłani Kościoła katolickiego oraz chrześcijańscy intelektualiści. Przenikliwość psychologiczną autora potwierdza fakt, że mechanizmy analogiczne do przedstawionych w jego utworze, uruchomione zostały w Polsce po ogłoszeniu zamiaru sprowadzenia do nas bliskowschodnich imigrantów.

 

Rewaluacja ksenofobii

 

Chrześcijański porządek miłości dopuszcza tymczasem i afirmuje patriotyzm i ojkofilię definiowane jako przywiązanie do domu rodzinnego, do ziemi ojczystej, do rodaków i do współmieszkańców. Ojkofilia sprzężona jest z ksenofobią, czyli niechęcią lub wrogością do obcych. „Ksenofobia i ojkofilia są jak dwa połączone naczynia: nie można zmienić poziomu w jednym, nie zmieniając go automatycznie w drugim”(5). Ksenofobia może przybierać różne stopnie natężenia, jednak dla zachowania wspólnoty i jej trwania musi być większa od zera. Konieczna jest zatem dyskryminacja obcych wobec swoich, to jest zachowywanie wobec obcych większego dystansu niż wobec swoich (termin „dyskryminacja” wywodzi się od łacińskiego słowa „discrimen” oznaczającego „dystans”, „odstęp”).

 

Przeciwnicy ksenofobii, chcący by suma ważonych więzi każdego członka wspólnoty „ad intra” (do wewnątrz) ustępowała sumie jego ważonych więzi „ad extra” (na zewnątrz), świadomie lub nie, dążą w istocie do rozpadu wspólnoty. Ksenofobia jest bowiem jej mechanizmem immunologicznym, umożliwiającym odsianie swoich od obcych. Zmniejszenie jej do zera wyrównuje poziom więzi zewnętrznych i wewnętrznych członków wspólnoty, zatem ją likwiduje. Zniesienie wspólnot niższego rzędu wewnątrz wspólnoty chrześcijańskiej osłabiłoby zaś samą wspólnotę chrześcijańską, gdyż zwartość i siła każdej wspólnoty rosną wprost proporcjonalnie do zagęszczenia i natężenia więzi łączących jej podmioty. Istnienie wspólnot niższego rzędu zwiększa globalną liczbę więzi łączących elementy zbioru, na którym opisana jest dana wspólnota wyższego rzędu, toteż zwiększa jej siłę.

 

Inne etnosy, inne przestrzenie

 

Bardziej oczywiste wydaje się stwierdzenie faktu, że mieszkańcy krajów Afryki i Bliskiego Wschodu należą do innych wspólnot niż mieszkańcy Polski. Wzrastali bowiem w odmiennej przestrzeni, w odmiennym krajobrazie, ich udziałem była inna historia i inne doświadczenia, mają inną pamięć, inną tożsamość, inną mentalność i wytworzyli inną kulturę. Inne są ich zwyczaje, inny język, inny ubiór, inna kuchnia, inne konwencje zachowania się, inne kanony estetyczne. Przywykli do innych krajobrazów, innych sposobów gospodarowania, innego rytmu życia. Zapadają i są odporni na inne choroby, przywykli do innej temperatury i do innej wilgotności, żyją na innym typie gleb i mają wokół siebie inną florę i inną faunę. Pachną inaczej, wyglądają inaczej, reprezentują odmienny typ somatyczny. Ich struktura społeczna jest odmienna, myślą inaczej, mają inny temperament. Należą do ludów i etnosów żyjących w innej przestrzeni, wzrosłych na innej ziemi, wykarmionych innymi sokami.

 

Nie nalezą do przestrzeni zamieszkałej przez Polaków, do regionu Europy Bałtyckiej, do świata lesistych nizin między Odrą i Bugiem. Rosyjski geograf Władimir Afanasjewicz Obruczew (1863-1956) w swoich pracach geologicznych wskazywał na wpływ wywierany przez krajobraz, ukształtowanie powierzchni, klimat i inne czynniki przyrodnicze na mentalność człowieka, na tworzoną przez niego literaturę i kulturę. Podobnie Piotr Pietrowicz Siemionow Tian-Szanskij (1827-1914) badał współzależności pomiędzy przestrzenią a powstającą w niej literaturą, pomiędzy geografią fizyczną a geografią duszy. Przestrzeń bowiem jest naturalnym miejscem zakorzenienia człowieka i wobec tego nie jest obojętne jaką przestrzeń dany lud zamieszkuje. Lew Gumilow (1912-1992) zwracał uwagę na negatywne skutki migracji, gdy lud osiedla się w zupełnie obcym dla siebie środowisku. Dezorganizacji ulega wówczas jego duchowa konstytucja, dodatkowo cierpi zaś środowisko i biosfera danej ekumeny, z którą przybysze nie są związani i wobec tego, którą traktują rabunkowo.

 

Migracje są zatem zjawiskiem podejrzanym tak z tożsamościowego, z ekologicznego, jak i z konserwatywnego punktu widzenia. Konserwatyzm nieufnie podchodzi do wszelkich zmian, migracja jest tymczasem prawdziwą rewolucją: wyrywa człowieka ze wspólnoty i przestrzeni, rzucając go w przestrzeń i pośród ludzi zupełnie mu obcych. Owszem, ludzie zawsze się przemieszczali, świat nie jest zaś skansenem etnosów i wspólnot. Każda wspólnota jest jednak systemem organicznym i dąży wobec tego do zachowania homeostazy. Zbyt duża liczba zbyt silnych bodźców zewnętrznych może tę homeostazę zaburzyć i spowodować zaburzenia w funkcjonowaniu wspólnoty. Celem zaś każdej wspólnoty jest po prostu trwanie i wynika to z samej jej natury, nie z woli tworzących ją jednostek.

 

Co to jest wspólnota?

 

Wspólnota etniczna jest ufundowana na woli spontanicznej (6), czyli przed-świadomej, niezależnej od decyzji indywidualnych, archaicznej, dziedziczonej przez człowieka po jego zwierzęcych przodkach. Wspólnota ta nie powstaje na drodze „umowy społecznej”. Nie ma charakteru utylitarnego i nie służy realizacji żadnego konkretnego celu. Nie można jej „założyć” ani „rozwiązać”. Nie można się do niej „zapisać” ani z niej „wystąpić”. Wspólnota rodzi się i obumiera sama. Ma charakter delineacyjny, przynależność do niej nie zależy zatem od świadomości jednostki, lecz od posiadania przez nią pewnego typowego dla danej wspólnoty zespołu cech charakterystycznych. Przynależność do wspólnoty etnicznej ma zatem charakter dożywotni, choć jednostka jeszcze za życia może stać się własnej wspólnoty renegatem, zaprzeczając swoim wobec niej powinnościom i działając na jej szkodę.

 

Celem etnosu, celem wspólnoty etnicznej jest samo trwanie. Przy czym mówienie o „celu” jest tu pewnym anachronizmem, w tym samym sensie w jakim jest nim mówienie o „celach” genów i innych replikatorów mających dążyć do powielania się. Oczywiście ani wspólnoty etniczne ani geny nie mają świadomości, woli, nie mogą zatem mieć również celów. Rządzą nimi bezosobowe przyrodnicze prawa doboru naturalnego, które w przypadku wspólnoty wyrażają się w woli spontanicznej i świadomości wspólnoty rozciągającej się również na pokolenia minione (pamięć i kult przodków) oraz przyszłe (troska i nadzieja o potomków).

Wspólnota jako całość dąży zatem do trwania i przetrwania, dzięki spajającym ją więzom przekracza granice życia indywidualnego swych członków. Wspólnota troszczy się między innymi o wychowanie swojej młodzieży w tradycji i duchu swej kultury, w czym wyraża się jej ponadindywidualny charakter. Wspólnota etniczna jest zatem zbiorową kulturosobowością, społecznym organizmem zajmującym konkretną przestrzeń i konkretną niszę ekologiczną.

 

Obcy przybywający do wspólnoty mogą być traktowani jak goście (zerowy poziom ksenofobii, obcy traktowani bez obaw, często z życzliwością), jak przybłędy (ostrożność lub rezerwa wobec obcego), jak intruzi (obecność obcego razi, nie na tyle jednak, by sprowokować do aktywnego usunięcia go), jak najeźdźcy (wrogość wobec obcych, chęć usunięcia ich siłą), jak prześladowcy (nienawiść wobec obcych, chęć ich unicestwienia). Gdy obcych jest niewielu i nie wywołują swoja obecnością reakcji immunologicznej która zaburzałaby homeostazę organizmu społecznego, wówczas w sprzyjających okolicznościach mogą we wspólnotę wrosnąć lub zostać do niej adoptowani. Tak jak jednak adopcja do klanu bądź rodziny nie zawsze kończy się powodzeniem, tak również nie zawsze przysposobienie do wspólnoty naturalnej wyższego szczebla kończy się sukcesem.

 

Tożsamość etniczna środkowej Europy

 

W odniesieniu do środkowej Europy rozważania te zachowują znaczenie nawet większe niż w odniesieniu do zachodniej Europy. Tomislav Sunić (ur. 1953) zauważył w 2001 r. „Z etnicznego punktu widzenia, wszystkie postkomunistyczne kraje wschodniej Europy są bardzo homogeniczne, z jedynie niewielką ilością nie-Europejczyków żyjących na ich ziemi. W przeciwieństwie do nich, zachodnia Europa, czy też to, co jest dziś częściami liczącej sobie piętnaście państw Unii Europejskiej, posiada w około 7% populację nieeuropejską. Ponadto, populacja Stanów Zjednoczonych – które można uznać za przedłużenie zachodniej Europy – jest w ponad 25% nieeuropejska”(7). Narody środkowej Europy posiadają zatem cechy wspólnot etnicznych, przeciwnie niż narody zachodu będące jedynie tönniesowskimi „stowarzyszeniami” zorganizowanymi wokół mistyki „umowy społecznej”, na zasadzie przypominającej zawiązaną dla zysku spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością.

 

Dotychczasowej tożsamości etnicznej krajów środkowej Europy należy zatem z całą stanowczością bronić. Bronić ksenofobicznie przed obcymi i przed kosmopolitycznymi liberałami, którzy chcą nam tu sprowadzić obcych. Na razie tłumaczy się nam, że chodzi o kilkaset rodzin w których żyć ma kilka tysięcy ludzi. Z migracją jest jednak jak z przywilejami dla homoseksualistów: gdy da się im palec, wezmą całą rękę. Być może w sytuacji sprawowania władzy przez siły tożsamościowe przyjęcie kilku tysięcy imigrantów nie byłoby groźne. Gdy jednak rządzi naszym krajem kompradorska liberalna oligarchia wykonująca gorliwie polecenia Waszyngtonu, kapitulacja teraz stworzy precedens uruchamiający efekt kuli śniegowej i za kilkanaście lat będziemy mieli na przedmieściach imigranckie getta, a bandy imigrantów będą nie tylko domagały się dla siebie kolejnych przywilejów, lecz zaczepiać będą białe kobiety i okradać białe dzieci. Taką właśnie drogę przeszła wcześniej zachodnia Europa.

 

Polska jest tymczasem krajem etnosu polskiego. Naturalnymi jej mieszkańcami jest ludność indoeuropejska, słowiańska, o białym kolorze skóry. Istnieją co prawda w naszym kraju etniczne domieszki niemieckie, tatarskie, żydowskie, ormiańskie i inne ale po pierwsze, żyją tu od wieków i zdążyły wrosnąć tak głęboko w tutejszą glebę i w tutejszy krajobraz, że Polska stała się też ich ojczyzną w takim samym stopniu jak jest ojczyzną Polaków. Po drugie, na szczęście lub na nieszczęście, etnosy peryferyjne są dziś tak nieliczne, że niemal niedostrzegalne. Imigranci w przeciwieństwie do nich będą zupełnie obcy, zupełnie inni i pochodzić będą z krajów historycznie niezwiązanych z Polską. Ich obecność spowodować może zaburzenia bioetnicznej i kulturowej homeostazy naszego kraju.

 

Internacjonalizm zamiast kosmopolityzmu

 

Na koniec dodajmy, że na gruncie doktryny tożsamościowej nie proponujemy tu bynajmniej znanej z dorobku myślowego Narodowej Demokracji, a polemicznej wobec chrześcijańskiego uniwersalizmu idei „egoizmu narodowego”(8). Właściwym politycznym ujęciem tego uniwersalizmu nie jest jednak kosmopolityzm i importowana ze Stanów Zjednoczonych idea „społeczeństwa multikulturowego”, tylko będący dorobkiem Polski Ludowej internacjonalizm. Etymologia terminu „internacjonalizm” wskazuje na jego pozytywną różnicę z amerykańską ideą „tygla narodów”. Internacjonalizm zakłada bowiem stosunki przyjaźni pomiędzy zachowującymi swą odrębność i tożsamość wspólnotami. Internacjonalizm jest europejską, słowiańską, wschodnią wersją uniwersalizmu. Kosmopolityzm, multikulturalizm, tygiel narodów, etniczny metysaż to z kolei idee amerykańskie, zachodnie, liberalne. Naszym zadaniem jest zrozumienie i ożywienie naszych własnych idei politycznych oraz ich promocja w innych krajach, nie zaś kopiowanie idei zachodnich i amerykańskich.

 

Internacjonalizm zakłada solidarność i równoczesne poszanowanie odmienności. Innym ludom i mieszkańcom innych krajów należy pomagać, za jednak ich zgodą, dla ich dobra i z poszanowaniem ich tożsamości. My nie powinniśmy narzucać im naszych zwyczajów, standardów i instytucji, zarazem zaś powinniśmy chronić własną przestrzeń, zwyczaje, standardy, instytucje i tożsamość w obliczu prób narzucenia nam amerykańskiego multikulturalizmu i w obliczu prób wtłoczenia nam do naszego domu obcych.

 

W pierwszym rzędzie mamy powinności wobec swoich rodaków i naszych sąsiadów bliskich nam historycznie. Nikt z domagających się otwarcia Polski na imigrację obcych nie interesuje się tymczasem naszymi rodakami, którzy wyrokiem losu, zamieszkując nasze ziemie zabrane na wschodzie, pewnego dnia obudzili się poza granicami państwa polskiego. Nikt nie ani postuluje, ani nie opracowuje projektów działań, które miałyby poprawić sytuację życiową Polaków poza granicami naszego kraju w miejscach ich obecnego zamieszkania, lub ewentualnie pomóc sprowadzić ich w granice dzisiejszego państwa polskiego. Podobnie nikt nie interesuje się Polakami których przodkowie wywiezieni zostali niegdyś w głąb Eurazji i którzy do dziś żyją na Syberii lub w Kazachstanie. Liberałów obchodzą obcy, ale już nie swoi. Liberalizm jest zatem perwersyjnym odwróceniem tradycyjnego chrześcijańskiego porządku miłości.

 

Tymczasem jeśli chcemy rzeczywiście pomóc naszym współwyznawcom na Bliskim Wschodzie i w Afryce, powinniśmy robić to na gruncie internacjonalizmu. Trzeba zatem pomóc ludom żyjącym w Iraku, Syrii, Libanie, Libii, Jemenie i w innych krajach usunąć przyczyny obrócenia tych krajów w ruinę. Przyczynom tym na imię Stany Zjednoczone, Izrael i Wielka Brytania. Nie ma powodu, by Europa miała płacić rachunki za awanturnictwo sił atlantycko-syjonistycznych. Nie ma powodu, byśmy mieli odgrywać przypisaną nam przez amerykańskiego neokonserwatystę Roberta Kagana (ur. 1958) rolę w przedstawieniu gdzie Stany Zjednoczone „gotują”, a Europa „zmywa naczynia”(9).

 

Solidarni z chrześcijanami bliskowschodnimi niech się zatem domagają dozbrojenia Asada w Syrii i Hezbollahu w Libanie; niech postulują prawo Iranu do posiadania własnej broni atomowej; prawo Palestyńczyków do posiadania własnego państwa; niech domagają się wstrzymania skrytobójstw i bandyckich nalotów przez Izrael oraz okupacji przez ten kraj ziem palestyńskich i ciemiężenia żyjącej tam ludności arabskiej; niech popierają walkę z terroryzmem w Czeczenii i na całym Kaukazie; niech domagają się wycofania zachodniego wsparcia dla bandytów i terrorystów rządzących dziś Kosowem, którzy po zmasakrowaniu tamtejszych Serbów ostrzą już noże na Macedonię; niech postulują ukaranie winnych agresji na Afganistan, na Libię, obecnych nalotów na Jemen etc.

 

Prawdziwy internacjonalizm to dziś pomoc i wsparcie (choćby symboliczne!) dla wszystkich ośrodków siły walczących z międzynarodowym liberalizmem. To pomoc i wsparcie dla ludów prowadzących walkę narodowowyzwoleńczą przeciwko demoliberalnej „osi zła”: Stanom Zjednoczonym, Zjednoczonemu Królestwu i Izraelowi. To bratnia pomoc dla narodów walczących o wyzwolenie spod tyranii międzynarodowego liberalizmu i światowej demoliberalnej oligarchii. Internacjonalizm nie polega na zapieraniu się siebie, ale na solidarności z innym, gdy każdy z nas pozostaje sobą i u siebie. Pozostańmy więc „lokalni” w naszej tożsamości, „globalni” zaś w naszej solidarności.

 

Ronald Lasecki

 

1. S. Hawking, Ilustrowana krótka historia czasu. Wydanie poszerzone i uaktualnione, Poznań 1996, s. 106-107. 

2. P. Davies, Ostatnie trzy minuty, Warszawa 1995; J. P. Ostriker, P. J. Steihardt, Wszechświat kwintesencyjny, „Świat Nauki”, nr 3 (115) Marzec 2001, s. 30-38. 

3. Z. Musiał, B. Wolniewicz, Ksenofobia i wspólnota. Przyczynek do filozofii człowieka, Warszawa 2010, s. 38. 

4. Wyd. pol. J. Raspail, Obóz świętych, Warszawa 2005. 

5. Z. Musiał, B. Wolniewicz, dz. cyt., s. 26. 

6. F. Tönnies,Wspólnota i stowarzyszenie. Rozprawa o socjalizmie i komunizmie jako empirycznych formach kultury, Warszawa 2008.

7. T. Sunić, America in the Eyes of Eastern Europe, http://tomsunic.com/?cat=34&paged=2(03.06.2015). 

8. Por. Z. Balicki, Egoizm narodowy wobec etyki, Poznań 1995. 

9. R. Kagan, Potęga i Raj. Ameryka i Europa w nowym porządku świata, Warszawa 2003, s. 30.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *