Eurazja umarła w Kijowie

Stary niedźwiedź mocno śpi

Zdjęcia i materiały docierające w ostatnich tygodniach i miesiącach z południowej i ze wschodniej części Ukrainy jasno unaoczniają, że rządząca w Kijowie junta i pozostający na jej usługach nacjonaliści nie cofną się przed najbardziej brutalnymi posunięciami, w tym także przed masakrowaniem ludności cywilnej, by odzyskać polityczną integralność państwa i zlikwidować prorosyjską irredentę. 300 osób spalonych żywcem w Odessie nie wyczerpuje bynajmniej listy ofiar brutalizacji ukraińskiej ofensywy przeciwko separatystom. Tworzący trzon Gwardii Narodowej i zakładanych przez oligarchów prywatnych armii ukraińscy nacjonaliści nie przejmują się sankcjami, pogorszeniem swojego wizerunku ani stratami własnymi grożącymi im w rezultacie prowadzonych działań. Udało im się zlikwidować prorosyjskie organizacje w Odessie i opanować liczącą się część Donieckiej Republiki Ludowej. Najpewniej w ciągu kilku najbliższych miesięcy obydwie separatystyczne republiki utworzone we wschodniej części Ukrainy zostaną zbrojnie zlikwidowane, zaś prorosyjskie organizacje i środowiska rozproszone organizacyjnie lub wyeliminowane fizycznie.

Wszystko to dzieje się przy niemal zupełniej bierności Rosji, która ograniczyła się do zajęcia izolowanego strategicznie Krymu i skamlenia na forum organizacji międzynarodowych by Zachód powstrzymał rozlew krwi i poczynił starania dla deeskalacji konfliktu. Władze Rosji wysłały również kilka razy sygnały, że nie będą interweniować zbrojnie w ukraińskiej wojnie domowej i że zamierzają szukać porozumienia z nowymi władzami w Kijowie.

Rosja została zatem politycznie upokorzona i poniżona. Putin, który pospieszył się z deklaracją uznania wyniku wyborów na Ukrainie, nie został nawet zaproszony na zaprzysiężenie nowego prezydenta tego państwa. Rosyjscy obywatele są masakrowani i bici, rosyjscy kandydaci w ukraińskich wyborach byli zastraszani, wszystkie aktywne politycznie siły ukraińskie posługują się radykalnie antyrosyjską retoryką, Rosja tymczasem cofa się przed wojną i szuka porozumienia z władzami w Kijowie. Co to wszystko znaczy?

Koniec snów o potędze

Po pierwsze, wydarzenia na Ukrainie kompromitują Rosję jako mocarstwo i falsyfikują jej rolę jako regionalnego hegemona. Ukraina jest najważniejszym krajem z punktu widzenia utrzymania przez Rosję jej statusu mocarstwowego. Rosja potrzebuje do utrzymania tego statusu co najmniej neutralnej wobec siebie Ukrainy. Z nieprzyjazną i niezależną od siebie Ukrainą u swych granic, Rosja przestaje być mocarstwem i traci szansę zbudowania wokół siebie eurazjatyckiego imperium, a staje się po prostu dużym i silnym państwem, swoją geopolityczną rangę degradując do poziomu na przykład Francji lub Indii.

Rosja bez Ukrainy staje się tym, czym Francja stała się po stracie Algierii. Hasło „Algierii francuskiej” dla francuskich nacjonalistów nie było po prostu hasłem obrony jednej z wielu kolonii czy też zamorskich prowincji Paryża. Zachowanie francuskiej Algierii było warunkiem zachowania przez Francję statusu globalnego mocarstwa, tak więc jej dotychczasowej tożsamości międzynarodowej. Po ustąpieniu z Algierii, Francja stała się po prostu dużym i silnym państwem europejskim, jak na przykład Włochy. Kapitulacja w Algierii i zdrada żyjących tam Francuzów, ludności francuskojęzycznej i zwolenników Francji przez de Gaulle’a była dokładnie tym samym, czym jest kapitulacja na Ukrainie i zdrada żyjących tam Rosjan, ludności rosyjskojęzycznej i zwolenników Rosji przez Putina. Porzucone na pastwę arabskich nacjonalistów francuskie „czarne stopy” powołały dla ratowania swojej lokalnej algierskiej ojczyzny i mocarstwowego statusu Francji polityczno-wojskową konspirację starającą się fizycznie wyeliminować de Gaulle’a. Było to moralnie i politycznie słuszne, gdyż de Gaulle był politycznym zdrajcą i tchórzem. Nie sądzę by na bazie prorosyjskiej irredenty w Donbasie zawiązały się analogiczne spiski skierowane przeciwko Putinowi, ale nie jest chyba dziełem przypadku, że obecnego rosyjskiego prezydenta często porównywano do De Gaulle’a, a rosyjska konstytucja nawiązuje do systemu „pół-prezydenckiego” V Republiki Francuskiej.

Prestiżowe znaczenie pogodzenia się przez Rosję z utratą Ukrainy mogłoby znaleźć swoje odpowiedniki w ewentualnej akceptacji przez Chiny niepodległości Tajwanu lub akceptacji przez Serbię niepodległości Kosowa. Jak wiadomo, Serbia stoczyła o Kosowo wojnę z całym NATO, Chiny zaś, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, nie zawahałyby się przed podobna wojną o Tajwan. Nawet Francja, zanim nastąpiła zdrada de Gaulle’a, stoczyła długą i kosztowną wojnę o Algierię. Podobnie Portugalia, przed zdradzieckim zamachem komunistów w 1974 roku, prowadziła wieloletnią wojnę o zachowanie statusu mocarstwa. Tylko zatem Putin dobrowolnie zgodził się na degradację, upokorzenie i ośmieszenie swojego państwa na arenie międzynarodowej.

Mieszkający na Ukrainie jej rosyjskojęzyczni obywatele są pod względem narodowym najbliżsi Rosjanom. Wielu z nich to po prostu Rosjanie przypadkowo oddzieleni od macierzy arbitralnie przeprowadzoną granicą państwową. Są oni z pewnością bliżsi Ruskim niż większość etnosów turańskich i kaukaskich zamieszkujących samą Federację Rosyjską. Z pewnością są im bliżsi niż Osetyjczycy i Abchazi, w obronie których Rosja zaatakowała Gruzję w sierpniu 2008 r.

Podburzanie ludności rosyjskojęzycznej na Ukrainie do buntu przeciw władzom w Kijowie i zarazem pozostawienie jej na pastwę ukraińskich nacjonalistów jest zatem ze strony obecnych władz na Kremlu wyjątkowo etycznie odstręczające.

Pośrednie zaangażowanie sił rosyjskich w ten konflikt nie jest tu żadnym wytłumaczeniem, ponieważ Rosja z łatwością mogłaby pokonać dziś Ukrainę i zająć cały jej południowy wschód, efektywnie zabezpieczając żyjącą tam ludność rosyjskojęzyczną.

Zachód od początku lat 90-tych milcząco uznaje obszar posowiecki za nieformalną strefę wpływów Rosji i na pewno nie interweniowałby w taki konflikt bezpośrednio, obawiając się kosztownej i nieopłacalnej dla siebie wojny. Przedstawiciele kijowskiej junty wielokrotnie przyznawali otwarcie, że armia ukraińska nie byłaby w stanie oprzeć się rosyjskiej ofensywie i że jest wątpliwe, czy w ogóle nawiązałaby walkę. Zwycięstwo militarne Rosja miała zatem w kieszeni i wyłącznie brakowi woli politycznej Putina należy przypisać, że nie sięgnęła po nie dotychczas, godząc się z bezprecedensowym upokorzeniem. Putin, mając wszystkie atuty w ręku i musząc wybierać między wojną a hańbą, wybrał hańbę.

Odrodzenie Kontynentu? –Pas d’illusions, messieurs!

Po drugie, mamy do czynienia z geopolityczną katastrofą dużo poważniejszą niż rozpad ZSRS. Ukraina rządzona przez amerykańskie marionetki i manipulowanych z kolei przez nie nacjonalistów jest atlantyckim klinem wbitym w samo serce Europy. Przekreśla ona zarówno projekt eurazjatycki, jak i możliwość zbliżenia Unii Europejskiej z Rosją. Atlantycka Ukraina, podobnie jak na mniejszą skalę Kosowo na Bałkanach, jest geopolitycznym wrzodem na ciele Europy. Szowinizm narodowy w obydwu tych państwach jest na tyle silny, że ich reintegracja z Serbią lub z Rosją jest rzeczą w przewidywalnej przyszłości niewyobrażalną. Zarazem, tamtejszy nacjonalizm przyjmuje orientację ściśle atlantycką i proamerykańską. Dmytro Jarosz publikuje na swoich profilach internetowych grafiki popierające Stany Zjednoczone i prezydenta Obamę, a albańscy mieszkańcy Kosowa należą do najbardziej jednolicie proamerykańskich narodów w Europie. O ile Kosowo jednak jest geopolityczną peryferią, o tyle rządzona przez atlantystów Ukraina może stać się „kordonem sanitarnym” skutecznie oddzielającym od siebie Europę i Rosję.

Atlantycka Ukraina uniemożliwia powstanie nie tylko Wielkiej Europy, ale również Eurazji. Projektowana na Kremlu (i w Astanie) Unia Eurazjatycka bez Ukrainy nie ma sensu. Mogłaby być jedynie związkiem Rosji i dwóch sąsiednich wobec niej państw – Białorusi i Kazachstanu, co odbiera jej jakiekolwiek znaczenie geopolityczne, a przekształca w zwyczajny trójstronny sojusz od jakich roi się już teraz nawet w samym obszarze eurazjatyckim, nie wspominając już o reszcie świata.

Zwróćmy ponadto uwagę, że atlantycka Ukraina oznacza także wyrok na prorosyjskie Naddniestrze, które trwać dotychczas mogło dzięki neutralnej postawie władz Kijowie. Izolacja Naddniestrza przez Ukrainę oznacza wzięcie tej rosyjskiej republiki w geopolityczne kleszcze i grozi jej zaduszeniem. W dalszej perspektywie przesądzony może być także los samej niepodległej Republiki Mołdowy. Jej aneksji przez Rumunię na przeszkodzie stało dotychczas wspomniane Naddniestrze i inne działające w Mołdowie siły prorosyjskie, które jednak odcięte przez Ukrainę od kontaktu z Rosją, ulec będą musiały dezintegracji.

Wreszcie obecne zwycięstwo orientacji atlantyckiej na Ukrainie jest najprawdopodobniej decydujące dla dalszej zachodniej orientacji tego państwa. Każda próba prowadzenia na Ukrainie polityki eurazjatyckiej kończy się bowiem siłowym obaleniem próbującej ją realizować ekipy rządowej, obecna pacyfikacja sił prorosyjskich odbiera zaś możliwość opierania się w tym kraju polityce prozachodniej. Ważne są też przemiany zachodzące w świadomości społecznej: w Ukrainie dorosło już pokolenie nie pamiętające Związku Sowieckiego, wychowane na historiografii eksponującej dzieje kozaczyzny, życie i twórczość Tarasa Szewczenki, inaczej niż historiografia sowiecka oceniającej działalność OUN-UPA. Poszerza się zasięg języka ukraińskiego kosztem języka rosyjskiego, a posługiwanie się tym drugim staje się powodem do wstydu i przyczyną stygmatyzacji. W toku kolejnych zwycięskich starć politycznych z Rosją i lokalnymi eksponentami jej interesów niepodległe państwo ukraińskie zyskuje w oczach nowych pokoleń Ukraińców legitymizację i realną treść polityczną. O ile w 2005 r. przeciwko Janukowyczowi demonstrowali przede wszystkim mieszkańcy zachodniej części Ukrainy, o tyle podczas rewolucji poprzedzającej obecny kryzys nie protestowali jedynie mieszkańcy Doniecka i Sewastopola. Również w percepcji zachodnich elit politycznych Ukraina staje się z upływem czasu coraz pewniejszą inwestycją.

Geopolityczną konsekwencją obecnych wydarzeń na Ukrainie będzie więc przesunięcie się południowo-zachodnich granic geopolitycznych Eurazji do stanu z XVI wieku, gdy w Rosji panował Iwan Groźny. Ukraina za kilka lat będzie członkiem NATO i Unii Europejskiej, na jej terytorium znajdą się amerykańskie bazy, a już wcześniej jej gospodarka i ideosfera zostaną skolonizowane przez zachodni kapitał i popkulturę.

Trudno na razie powiedzieć, jak powinniśmy się do tego ustosunkować. Z pewnością, w dzisiejszej Ukrainie nie ma żadnej liczącej się siły politycznej, z którą moglibyśmy się utożsamiać. Siły prorosyjskie zostaną wkrótce wyeliminowane a ukraińskich Ruskich może spotkać los podobny do losu Serbów w Kosowie. Prawy Sektor to ukraiński odpowiednik libijskich i syryjskich islamistycznych szczurów. Kijowski obóz demoliberalny składa się w całości z amerykańskich i syjonistycznych marionetek. Układ sił w porewolucyjnej Ukrainie powtarza więc schemat znany z rewolucji kosowskiej, libijskiej, syryjskiej i im podobnych: na górze są słabe waszyngtońskie kukły, do brudnej roboty przeznaczono zaś zidiociałych nacjonalistycznych tłuków, którym pomachać wystarczy przed oczami czarnym słońcem lub swastyką, a gotowi są zajadać, oblizując się, podsunięte im koszerne mace. Być może z czasem w Ukrainie pojawi się siła, którą będzie można popierać, choćby jako mniejsze zło, na razie jednak żadnej takiej siły nie ma.

Król jest nagi

Po trzecie, Putin okazał się słabym przywódcą. Dla większości obserwatorów osoba Putina zawsze pozostawała nieprzenikniona i zagadkowa. Ścierać się w nim miałyby tendencje eurazjatyckie i patriotyczne, oraz liberalne i technokratyczne. Wydaje się jednak, że kojarzenie Putina z eurazjatyzmem było samooszukiwaniem się przez zwolenników odbudowy rosyjskiego ośrodka siły. W rzeczywistości, posunięć Putina jakie dałoby się wpisać w logikę eurazjatycką nie było niemal w ogóle. Putin otoczył się liberalnymi technokratami i oligarchami jak Gontmacher, Jurgens, Wołoszyn, Surkow, Pawłowski, Friedman. Na swojego następcę po zakończeniu drugiej kadencji prezydenckiej wybrał nie kojarzonego z opcją patriotyczną Siergieja Iwanowa, ale kojarzonego z liberalnymi zapadnikami Dmitrija Miedwiediewa. Wprowadził Rosję do WTO i dotychczas nie konwertował rosyjskich rezerw walutowych na złoto. Zaniechał de facto rozwijania integracji eurazjatyckiej. Po piętnastu latach rządów Putina w Rosji wiadomo już, że bliżej mu do liberalnych i prozachodnich technokratów, niż do projektu eurazjatyckiego. Tradycjonaliści pokładający nadzieję w Putinie mylili się, tak jak wcześniej francuska prawica wiążąca się z de Gaullem. Putin byłby dobrym przywódcą europejskiego państwa wielkości Polski. Sprawdziłby się rządząc krajem o geopolitycznej randze Węgier, przed którym nie stoją poważniejsze wyzwania natury geopolitycznej ani historycznej. Putin byłby dobrym, konserwatywnym przywódcą państwa narodowego, jednak do rządzenia eurazjatyckim imperium Rosji potrzebny jest ideowy kręgosłup i szersza perspektywa historyczna, których Putinowi wyraźnie brakuje.

Patrząc przez pryzmat standardów zachodnioeuropejskich Putin jest twardym, realistycznym politykiem i konserwatystą. Standardy zachodnie są jednak wyraźnie zaniżone przez liberalizm i przez to nie odzwierciedlają potrzeb polityki realizowanej poza cieplarnianymi warunkami Unii Europejskiej. Poza granicami żyjącego postpolitycznymi złudzeniami brukselskiego protektoratu USA, stosunki międzynarodowe wciąż żądzą się prawem silniejszego i nie ma w nich miejsca dla słabości. Putin tymczasem w kryzysie ukraińskim wielokrotnie pokazał żenującą wręcz słabość i nieporadność, by nie powiedzieć tchórzostwo. Jego bezczynność wobec masakrowania rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy przypomina bezczynność dorosłego mężczyzny, któremu na jego oczach nastoletni wyrostek gwałciłby żonę grożąc jednocześnie „tylko nie próbuj mi przeszkadzać, bo oberwiesz!”, ten zaś przyglądałby się jedynie całej scenie ze łzami w oczach i wołał co pewien czas w różne strony „pomóżcie! powstrzymajcie go! proooszę…!”, zarazem zaś do nastoletniego bandyty zwracał się z apelami w rodzaju „tylko nie bądź zbyt brutalny i nie zabieraj jej kart kredytowych ani tych nowych butów”. Putin to nawet nie mężczyzna. To przywódca słaby i kunktatorski, cofający się przed decyzją polityczną. Jest kombinatorem starającym się zarobić kilka rubli za gaz na ludzkiej tragedii swoich rodaków. Nie budzi uznania ani nawet niechęci, tylko pogardę. Czuć od niego zimnym potem i przesiąkającym przez spodnie moczem. Strojenie gniewnych min i pozowanie do zdjęć z odsłoniętym torsem nic tu nie zmienią. Nadeszła chwila sprawdzenia kart i pod imponująco wyglądającym imperialnym płaszczem król okazał się być nagi.

Nadwątlona wiarygodność mocarstwa

Wnioskiem płynącym z tych spostrzeżeń jest bankructwo geopolitycznej orientacji na Rosję. Skoro putinowska Rosja nie broni własnych rodaków masakrowanych w leżącym po sąsiedzku i rozpadającym się państwie, mając za przeciwników naprędce uzbrojonych ulicznych meneli i stadionowych chuliganów, to tym bardziej nie zaangażowałaby się w konflikt po stronie odleglejszego terytorialnie sojusznika. Wschodnia Ukraina to w zasadzie Rosja, a pomimo tego Putin pozostawił ją własnemu losowi. Gdyby zatem zagrożona była Białoruś, Kazachstan lub jakiekolwiek inne państwo sojusznicze Rosji w Eurazji, Moskwa tym bardziej pozostałaby bierna.

Nie wspominając już o dalej położonych sojusznikach Rosji jak Syria, Libia czy Serbia. W tego rodzaju przypadkach państw położonych poza eurazjatycką przestrzenią geopolityczną Kreml nie ma nie tylko woli, ale także możliwości by skutecznie zapobiec zachodniej agresji. Widoczne to było podczas rozbijania Jugosławii poprzez wzniecane z poparciem Zachodu nacjonalistyczne rebelie Chorwatów i następnie Albańczyków. Syria uniknęła podobnego Jugosławii losu tylko dzięki słabości i nieudolności amerykańskiego prezydenta Obamy, nie zaś dzięki wsparciu Rosji, ograniczonemu przecież obiektywnym brakiem możliwości efektywnej projekcji przez nią siły we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego.

Putin zrozumiał osłabienie Rosji i na początku lat 2000-nych przedefiniował jej tożsamość międzynarodową jako mocarstwa regionalnego, porzucając utopijne rojenia Jelcyna i Kozyriewa o globalnym partnerstwie z USA które przynosiły Moskwie jedynie kolejne upokorzenia. Rosja zaniechała zatem zimnowojennego wsparcia dla Korei Ludowo-Demokratycznej, dla walki narodowowyzwoleńczej Palestyńczyków, dla Kuby i dla innych swoich tradycyjnych sojuszników.

Decyzja ta była słuszna, bo zgodna z realistyczną oceną możliwości Rosji. Wzmacniała jej siły, konsolidując je na obszarze, na którym Rosja posiada możliwości efektywnej ich projekcji i gdzie ogniskują się jej egzystencjalne interesy. Warunkiem jednak dla którego ograniczenie zainteresowań Rosji do obszaru eurazjatyckiego zasługiwać by mogło na poparcie, jest skoncentrowanie sił Moskwy na kluczowych dla niej obszarach, nie zaś zupełne zaniechanie aktywności międzynarodowej. Dotychczas wydawało się, że polityka Putina zmierza właśnie do koncentracji sił na kluczowych z punktu widzenia rosyjskiej racji stanu regionach, tak więc że opowiada wymogom realizmu, zakreślając zasięg polityki zagranicznej stosownie do interesów i możliwości państwa rosyjskiego. Obecnie jednak polityka Kremla stała się bezradna wobec kluczowego dla Rosji i pozostającego jak najbardziej w jej zasięgu kraju.

Dżucze” dla krajów Eurazji?

Z punktu widzenia innych niż Rosja państw położonych w regionie eurazjatyckim lub w obszarze wpływów byłego ZSRS, sensowniejsza zatem od orientacji na Rosję wydaje się polityka izolacji i budowania własnego potencjału. Gdy Rosja przestaje być gwarantem bezpieczeństwa regionalnego, a kryzys ukraiński zdecydowanie falsyfikuje ją w tej roli, państwa mniejsze, zamiast polegać w swojej polityce bezpieczeństwa na pomocy Rosji, powinny zacząć polegać na sobie. Turkmenistan i Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna obrały, jak się okazuje, pewniejszą strategię niż choćby bliższa nam geograficznie i kulturowo Białoruś. Gdy mocarstwo pełniące dotychczas rolę przeciwwagi dla USA traci tą rangę, mniejszym państwom pozostaje zwrócić się ku polityce izolacji i samowystarczalności. Szczególnie zagrożona przez blok zachodni Białoruś powinna uważnie studiować przypadki turkmeński i północnokoreański, strzegąc się przed nadmiernym uzależnieniem i zawisłością od Rosji.

Rosja nas nie uratuje

Kryzys ukraiński rodzi wnioski także dla nas – Polaków. Rosja bezsilna wobec etnocydu swoich rodaków na Ukrainie tym bardziej nie może być wiarygodnym gwarantem bezpieczeństwa dla naszego kraju. Podnoszone tu i ówdzie postulaty, by Polska związała się antyzachodnim sojuszem z Rosją, są dziś nawoływaniem do geopolitycznego samobójstwa. Sojusz taki zapewne skonsolidowałby Zachód, a więc także Niemcy, wokół wrogości wobec tego rodzaju panslawistycznej osi. Na Zachodzie legitymizację mogłyby wówczas zyskać ponownie niemieckie pretensje terytorialne wobec Polski. W świetle wydarzeń z Jugosławii lat 90-tych (a od tego czasu również w wielu innych krajach spoza Europy – od Libii po Syrię), scenariusz z niemieckimi „zielonymi ludzikami” w mundurach jakiegoś rodzaju „Śląskiej Samoobrony”rozniecającymi w tym regionie antypolską irredentę nie jest znowu tak abstrakcyjny. Czy Rosja stanęłaby wówczas w obronie swojego ewentualnego polskiego sojusznika i interweniowałaby w naszym kraju w obronie jego terytorialnej spoistości? Bezczynność Kremla wobec prześladowań rosyjskojęzycznej ludności wschodniej Ukrainy czyni to mało prawdopodobnym, położenie zaś Polski w strefie gdzie – w przeciwieństwie do Ukrainy – możliwa jest efektywna projekcja siły przez Zachód, czyni to wręcz niemożliwym. Orientacja prorosyjska po Odessie, Mariupolu i Ługańsku, z czysto realistycznego punktu widzenia, nie ma zatem sensu.

Rosja, Putin i kwestia polska

Czy zatem powinniśmy popierać lub domagać się obalenia Putina, tak jak po ucieczce Janukowycza dawały się słyszeć głosy, że Rosja powinna wydać go banderowcom, by ukarać jego tchórzostwo i zdradę? – Niekoniecznie. Putin to przywódca słaby i miękki, przypomina pozerskiego nastolatka-dresiarza z podstawówki, grożącego i zastraszającego wszystkich wokół, ale dającego się łatwo pobić byle słabeuszowi, gdy tylko ów odważy mu się stawić czoło. Jest to jednak w dzisiejszej Rosji jedyny polityk mający dostęp do rzeczywistej władzy, zarazem zaś którego działania są względnie korzystne z punktu widzenia opcji tradycjonalistycznej, tożsamościowej i paneuropejskiej.

Putin ograniczył panoszenie się w Rosji małpujących Zachód dewiantów obyczajowych, podjął szereg konserwatywnych inicjatyw w polityce wewnętrznej, dokonał częściowej renacjonalizacji sprywatyzowanego przez Gajdara i Czubajsa majątku narodowego, zapewnił terminowe wypłacanie pensji i emerytur, zlikwidował separatyzm czeczeński i ograniczył w Rosji bandytyzm, przede wszystkim zaś – przywrócił Rosjanom poczucie własnej godności. Czy po Ukrainie znów im go nie odebrał, na to Rosjanie muszą już sobie odpowiedzieć sami.

W każdym razie, sprawa stosunku do Putina jest wewnętrznym problemem Rosjan, my zaś – z polskiej perspektywy, powinniśmy wspierać go w jego patriotycznych i konserwatywnych inicjatywach, zachowując jednak zdolność do konstruktywnej krytyki. Nie powinniśmy stawiać radykalnych postulatów, bo przykład nieszczęsnego Edwarda Limonowa, który z pozycji eurazjatyckich i faszystowskich wspiera demoliberalną i prozachodnią opozycję tylko dlatego że łączy go z jej przywódcami niechęć do Putina, powinien być dla nas pouczającym memento. Sprawa Eurazji nie jest bezpośrednio naszym problemem a kwestia tego kto rządzi w Rosji, tym bardziej nie powinna nas bezpośrednio interesować. To problem Rosjan i niech oni sami go rozstrzygną. My obserwujmy i wyciągajmy wnioski.

Ronald Lasecki

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Eurazja umarła w Kijowie”

  1. Dużo emocji, bo obiekt westchnień zawiódł, a zawiódł, gdyż był projektem PRowskim. Putin jest rosyjskim Kazimierzem Marcinkiewiczem. W Rosji nie ma nie tylko siły, ale i pomysłu na dogłębną zmianę trendów społecznych. Nie przyciąga ona własną atrakcyjnością. Grozi jej wypchnięcie z Azji i islamska presja od południa. Być może tak, jak kiedyś chrystianizowaliśmy Litwę, tak tym razem będziemy europeizować okrojoną Rosję. Mamy przecież nasz „sukces transformacji”, a łacińskie poczucie misji sprawia, że chcemy się nim dzielić.

  2. Myślę, że przesadzasz. Ja rozumiem, że życzyłbyś sobie defilady rosyjskich czołgów w Kijowie w ciągu tygodnia, ale Putin obrał drogę bardziej pragmatyczną. Ukraina nigdy nie będzie w NATO i wcześniej czy później będzie musiała uznać protekcję Moskwy. Sama nie ma możliwości egzystencji.

  3. Myślę, że jest zbyt wcześnie, aby mówić o porażce Rosji na Ukrainie i jednoczesnym triumfie Zachodu. Niemniej są pewne powody do niepokoju. Czytając relacje Bartosza Bekiera o słabym uzbrojeniu powstańców donbaskich, można się zastanawiać nad poziomem rosyjskiego wsparcia dla nich – tym bardziej w świetle ostatnich sukcesów wojsk ukraińskich.

  4. Używając porównania kynologicznego: skomląc i słaniając się z głodu, ze smyczą w pysku zacznie łasic się do prawowitego pana, pozwalając włożyć sobie obroże na kark, w zamian za obietnicę napełnienia michy suchą karmą … Jest to o tyle atrakcyjne, że nie wywoła szczeniackiego odruchu buntu, wynikającego ze szczeniackich złudzeń. Głód jest nie tylko najlepszym kucharzem, także – najlepszym treserem.

  5. @SN: Mozliwe, że Ruscy pozwalają banderowcom „pobrykać”, w nadziei, że ci ostatni zrobią jakieś niewybaczalne głupstwo, np. prowokację z uzyciem gazów bojowych, czy jakiś akt ludobójstwa. Na (nowotestamentowej, a mozę talmudycznej?) zasadzie : „nie przeciwstawiajcie się złu”, pozwólcie winowajcy skompromitować się, pozwólcie, żeby zaniknęła sympatia do niego, a wtedy – skopcie go bezkarnie na amen.

  6. @Piotr Kozaczewski, Panie Piotrze może ma Pan rację. Jednakże definicje takiego „głupstwa” w całości wyczerpuje chociażby incydent z Odessy. Za wcześnie, aby mówić o porażce Rosji. Niemniej jej zaniechania są nieco niepokojące. Tym bardziej, że w świetle porozumienia rosyjsko-chińskiego, Zachód ma już dzisiaj niewielkie możliwości ukarania Rosji. Moskwa może dziś zrobić z Kijowem co chce.

  7. W takim razie prawdopodobnie Putin czeka, aż na Ukrainie zacznie się „kryzys humanitarny”. Europa ani USA nie będą skłonne karmić całego społeczeństwa, a tylko „elyty”. Przyjdzie zima, zabraknie chleba i gazu, i być może zacznie się „Anty-Majdan” w Kijowie … A bandrowcy zaczną „rezaty” Chazarstwo … Wtedy może włączyć się Rosja …

  8. Nie wszyscy godzą się z rzeczywistością, co widać po komentarzach. Do tych, którzy liczą na długofalowy sukces Putina skierowana jest uwaga o tym, że rządzi on 15 lat. Ukrainę stracił, bo był zajęty swoją błyskotką – olimpiadą, która paraliżowała mu ruchy, gdy jeszcze dało się coś zrobić. Teraz nawet gdyby odebrał Ługańsk i Donieck, albo i więcej, to i tak przegrał. Do projektu euroazjatyckiego potrzebna jest cała Ukraina, a nie okrawki. Całą Ukrainę mógł odzyskać licząc na fiasko nowych rządów. Koszty kuracji zaordynowanej przez MFW mogły dawać jakąś tam średnią nadzieję na to, że „przyjdzie koza do woza”. Jednak po wyszarpywaniu kawałka terytorium stworzył konflikt graniczny, który będzie się długo ciągnął. Ukraińcy leczą się z prorosyjskości w szybkim tempie i „koza do woza już nie przyjdzie”. Ukraina gwałtownie skręca w kierunku rusofobii, a wręcz zaczyna budować na niej swoją nową tożsamość narodową! Projekt euroazjatycki teraz wymagałby rozróby na ostro i siłowego zajęcia całej Ukrainy. Który z komentatorów postawi na to 5 groszy? PS. Już za 4 lata będzie mundial w Rosji. Zachód z pewnością ma pomysł, jak go wykorzystać szantażując odebraniem/bojkotem, gdy wszystko zostanie już przygotowane. No cóż, kto buduje na piasku, temu wiatr zabiera…

  9. @Alek, Mimo wszystko apeluję o większą rozwagę. Przede wszystkim – nadal – Rosja kontroluje Donbas, czyli najważniejszą pod względem ekonomicznym część Ukrainy. Bez Donbasu Ukraina jest kastratem gospodarczym. Nie ukrywajmy – wbrew temu co czasem opowiada „Głos Rosji”, to Zachód żadnej konkretnej pomocy Ukrainie nie udzielił. Tym samym Moskwa ma nadal ogromne możliwości nacisku na Kijów. Pod warunkiem, że nie dopuści do rozbicia separatystów w Donbasie.

  10. Moim zdaniem pozorna bezczynność Rosji to efekt wyboru optymalizacji długofalowej. Krótkofalowo: niezbędny był Krym, i tam zrobiono Blitzkrieg. Natomiast co do reszty: 1/ możnaby bezkarnie zrobić Blitzkrieg w Donbasie … ale 2/ zirytowałoby to ciągle jeszcze rozentuzjazmowana Ukraine i … 3/ wtedy ugrano by tylko Donbas, natomiast … 4/ Rosji i Uniii Eurazjatyckie potrzebna jest CAŁA Ukraina. A wiec oczekiwanie trwa – prawdopodobnie „ruscy szachiści” graja na pewniaka. Przy okazji dekonspirują sie różni „prawdziwi ukraińscy patrioci” – będzie komu, w stosownym czasie, strzelic w potylice albo poczestowac herbatka z polonem.

  11. @ Stanisław A. Niewiński: A co mnie obchodzi Ukraina? Czy ja robiłem z niej jakiegoś katechona lub nadzieję geopolityczną? To czy straci Donbas jest drugorzędne, bo nawet i z nim gospodarczo jest Afryką. Proszę zerknąć https://www.cia.gov/library/publications/the-world-factbook/rankorder/2004rank.html Są za Namibią, a bez Donbasu wyprzedzi ich Angola. To Panowie zrobiliście z Rosji nadzieję na centrum projektu euroazjatyckiego. Los Ukrainy dla Zachodu jest siódmym priorytetem, a dla rosyjskiego euroazjatyzmu pierwszym. Nie ma się co ekscytować twierdzeniami, że Ukraina nie wejdzie do UE, bo na razie sama UE ich po prostu nie chce. Im się proponuje status wprost kolonialny. Mają zostać podporządkowani ekonomicznie, jako źródło zasobów – bez prawa głosu, a nawet zasiadania przy stole. Tylko Polska chce ich za uszy ciągnąć w górę, bo liczy, że będą naszym sojusznikiem w UE. PS. Jeśli nawet Rosja zabierze ten Donbas, to co to zmieni? Przecież straciła resztę. Po użyciu armii na Krymie i rozróbie w Donbasie ta reszta dobrowolnie do nich nie pójdzie. Z puntu widzenia euroazjatyzmu Putin rozegrał to najgorzej, jak się dało. Albo się stawia na metody pokojowe i liczy na pozytywny rozwój wypadków (czyli, że sami przyjdą w łaskę), albo jeśli się wchodzi ze sprzętem, to na ostro z pełnymi konsekwencjami po całość, bo Zachód wojny nuklearnej o Ukrainę nie zrobi. Mówiąc prosto, jak włamywacz się decyduje się na włam z konsekwencjami bycia włamywaczem, to nie po to, żeby wynieść tylko parę kapci i stare gacie.

  12. Ale nie rozumiem jednego – dlaczego Putin im kurka z gazem nie zakręcił? Przecież już samo to spowodowałoby ogromny kryzys i powiększenie niechęci do junty wśród mas ukraińskich. Nie chce mi się wierzyć w to, co napisał Autor, że to się tak skończy i że Putin jest aż takim tchórzem lub ignorantem, żeby nie zapobiec fatalnym konsekwencjom, jakie na dłuższą metę przyniesie oddanie Ukrainy syjonistom. Moim zdaniem szykuje się coś większego i niespodziewanego.

  13. @Michał: Być może syjonistyczny i żydojebczy „świat bezczelnych gnojów” szykuje atak na Iran, i z tego powodu Rosja nie chce się angażować w ukraińską rozpierduchę?

  14. @PK – Właśnie trafiłem na YT na wywiad z rosyjskim publicystą geopolitycznym, niejakim Nikołajem Starikowem, gdzie objaśnia on wstrzemięźliwość Kremla przed wysłaniem wojska na Ukrainę. Mówi on, że w chwili obecnej nawet na najbardziej antyjuntowym i prorosyjskim tzw. Jugowostoku, gdzie mieszkają miliony ludzi, walczyć na barykady poszło zaledwie kilka tysięcy z nich. Zarazem twierdzi on, też, że junta doprowadzi w krótkim czasie Ukrainę do takiej destabilizacji i biedy, że w przypadku wejścia wojsk rosyjskich na Ukrainę w chwili obecnej, propaganda junty i Syjo-Zachodu zwali winę za to wszystko na Rosję i zbuduje w ten sposób nienawiść ludności Ukrainy do Rosji za przestępstwa, których to nie Rosja dokonała tylko junta i jej mocodawcy. Starikow mówi, że ich propaganda wyglądałaby tak: „Już wszystko się układało, dostaliśmy kredyty na odbudowę kraju, ale wtedy weszło wojsko rosyjskie i wszystko zniszczyło i doprowadziło nas do nędzy oraz destabilizacji”. Właśnie dlatego wg Starikowa Kreml nie atakuje, tylko czeka, aż nadejdzie nędza i zwróci masy ukraińskie przeciw juncie. Tu jest ten wywiad: https://www.youtube.com/watch?v=cFaZOBJklZE

  15. @ Michał & PK – Czyli Putina można powstrzymać zachodnią propagandą – tym że będą gadali? A to ci polityk z jajami! PS. Miałem kiedyś kolegę – zapalonego kibica. Po porażce naszej ulubionej drużyny 0:4 mówił, że nie jest źle, bo przy pierwszej bramce mógł być spalony, przy drugiej mało brakowało, a napastnik by się poślizgnął, przy trzeciej piłka prawie uderzyła w poprzeczkę, a czwartego gola nasz bramkarz prawie obronił. Z kolei my mieliśmy jedną 100% sytuację. Wystarczyło ją wykorzystać i gdyby nie pechowe 4 gole dla przeciwnika, to byśmy wygrali. Gdy to nie przekonywało rozmówców, to ów kolega miał jeszcze drugą teorię. Mówił, że „chłopacy” szykują formę na rewanż, a ten mecz taktycznie odpuścili. W rewanżu na pewno odrobią straty. Jak widzę powyżej, Panowie przeszli już do tego drugiego etapu.

  16. @Alek – „Czyli Putina można powstrzymać zachodnią propagandą – tym że będą gadali? A to ci polityk z jajami!” – Być może w poprzednim komentarzu nie dość przejrzyście opisałem wypowiedź Starikowa. Wg niego Putin po prostu operuje w rzeczywistości jaka jest, czyli bierze pod uwagę, że dominacja medialna Zachodu na Ukrainie jest na tyle wielka, że w wypadku wejścia tam wojsk rosyjskich już teraz, Zachód jest w stanie zwalić winę za nieubłagany, wywołany przez siebie na Ukrainie drugi Hołodomor na Rosję. Dlatego Putin czeka, aż Hołodomor się zacznie i wtedy wykorzysta powstałe w jego wyniku antyjuntowe i antyzachodnie nastawienie Ukraińców (nie tylko tych z tzw. Jugowostoku) do obalenia junty. /// „Mówił, że „chłopacy” szykują formę na rewanż, a ten mecz taktycznie odpuścili. W rewanżu na pewno odrobią straty. Jak widzę powyżej, Panowie przeszli już do tego drugiego etapu.” – Ja tylko streszczam to, co na podlinkowanym materiale mówił Starikow.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.