Fejsbukowa demokracja

„Trzeba coś robić!”

Demokracja w ogóle, a demokracja partyjna w szczególności, opierając się na absurdalnym pomyśle możliwości, a wręcz potrzeby powszechnego zaangażowania w politykę, wśród wielu swych dziwacznych następstw – wykreowała również typ członka. Nie działacza, czy aktywisty, tylko właśnie członka – żyjącego w niezmiennym przekonaniu, że „trzeba coś robić!”. Nie wiadomo dokładnie co by to miało być, sam zainteresowany też nie ma o tym bladego pojęcia – ale fakt, że „nic się nie dzieje” wywołuje w nim stałe nadąsanie, frustrację i krytykę wobec kierownictw różnego szczebla, którą normalnie wylewałby w kuluarach zwoływanych z rzadka i niechętnie zebrań. Internet, a zwłaszcza Facebook – pozwalają jednak wszystkie te żale upowszechnić. Nijak zaś zainteresowanym nie da się wytłumaczyć, że wprawdzie mogą robić zbiórki na dzieci, zbiórki podpisów, pikiety i spływy kajakowe – ale ich zadaniem jest po prostu być. Figurować na stanie i zgłaszać gotowość, a nie do cholery „coś robić!”

Byle na balkon!

Chodzi zresztą nie tylko o smutnych członków. Ponieważ polityką może (a niektórzy, niestety uważają, że nawet powinien) zajmować się każdy – aktywistów rozpiera potrzeba mówienia o absolutnie wszystkim, wyrażania zdania w każdej sprawie i możliwie publicznego (w niektórych środowiskach także koniecznie kontrowersyjnego) prezentowania własnego zdania. Powstała na naszych oczach demokracja fejsbukowa to dzieło tego samego pokolenia, które w busach przez komórki omawia na głos swoje udane orgazmy i ślimaczące ropienie.

Żyjemy w świecie, w którym nie istnieje już intymność, wstyd – ani często także rozwaga. I nie jest to kwestia li tylko mediów, teledysków, czy propagandy – tylko codziennego życia zwykłych ludzi. W czasach młodości autora najlepszymi fragmentami imprez były te dziejące się w kuchniach. Dziś tę rolę pełnią balkony. Także na nie wychodzi się ewidentnie po to, by wszyscy sąsiedzi w studniowatych apartamentowcach znali szczegóły naszych interesów i pożycia intymnego, podawane na całe gardło przez komórki. Te włączane są zaraz po ułożeniu torebki w pociągu czy busie, a wyłączane dopiero przy wysiadaniu, parę godzin później, bo wyjście poza zasięg uszu postronnych słuchaczy równa się „nie mogę dalej rozmawiać”. W tej sytuacji nie powinno już chyba dziwić, że tą falą nawet nie jawności, ale nachalnej nadekspresji i agresywnego ekstrawertyzmu została też objęta ostatnia i najbardziej intymna sfera człowieczeństwa – polityka.

Morda w kubeł

Odkąd przed laty pewien mój kolega udając drzemkę w kolejowym przedziale wysłuchał podczas trasy Toruń-Warszawa-Lublin wszystkich sekretów znaczącego wówczas obozu politycznego opowiadanych sąsiadowi przez niefrasobliwego profesora – wiem, że nie należy o niektórych sprawach rozmawiać w określonych miejscach i okolicznościach. Wiedza ta jednak na nic mi się już nie przyda – bo dziś o wszystkim co się wie należy natychmiast napisać na FB!

Najtrudniej pozyskiwaną (najczęściej wraz z rosnącym doświadczeniem) umiejętnością polityczną jest zdolność trzymania mordy w kuble. Wartością bardzo wielu przydatnych w polityce informacji – jest ich wyłączność, umiejętność wykorzystania, manipulacji, słowem zachowania dla siebie i wydania w sprzyjającym momencie. Tymczasem wywołana niegdyś kłamliwie i czysto propagandowo przez demokrację „jawność” – staje się ciałem, wdziera się wszędzie jako już nie prawo i możliwość, ale obowiązek i to nie działań administracji publicznej (gdzie jest przydatna do kontroli i analizy ryzyka), ale nawet w organizmach tak z założenia przecież zamkniętych i w oczywisty sposób niedemokratycznych, jak partie polityczne.

Każde (nie)szanujące się dziś ugrupowanie, swoje powstanie musi uczcić obowiązkowym założeniem grupy na FB – i często do tego ogranicza się jego aktywność. Może zresztą i dobrze, biorąc pod uwagę co się tam dalej dzieje… Powtarzana niegdyś wątpliwość, czy obecne pokolenie oderwie się od komputerów i pójdzie głosować szyderczo zmieniło swe znaczenie. Nie internauci przeszli do polityki, tylko polityka znalazła się w internecie.

„…ale dlaczego….?!”

Pionierami byli chyba kuce (deklaratywnie tak przecież antyd***tyczni), którzy do dziś stanowią niedościgniony wzór permanentnej wiwisekcji każdego ruchu, każdej wypowiedzi i deklaracji swych liderów i swoich nawzajem. Nic nie jest tajne, nigdy nie ma znaczenia, czy coś nie zaszkodzi – wszystko musi być natychmiast wrzucone do sieci. Dawne hasło „trzeba coś robić!” zamieniło się we „wszystko trzeba napisać”, a smutnych członków zastąpiły wściekłe palce.

„Wytłumacz, dlaczego robisz to co robisz!” – to podstawowe wezwanie komentatorów jest dziś równie powszechne i namolne, jak dziecięce „ale dlaczego….?”. Nikt nie chce przyjąć do wiadomości, że polityka polega na niedomówieniu, manipulacji, bluffie, przekazywaniu tego, co akurat jest potrzebne, choć niekoniecznie kompletne czy prawdziwe. Nie, dzieci nie wolno oszukiwać, ani zbywać, bo się zaczną dąsać. Wychodząc z tych samych motywów – totalnego braku wiary i zaufania, a także przekonania o tylko własnej racji i indywidualnej mądrości – większość wyciąga sympatyczniejszy w sumie wniosek całkowicie ignorując politykę, a demokrację w szczególności. Reszta jednak z takim samym, a- i anty-politycznym w istocie nastawieniem – upiera się, że będzie w tym procederze uczestniczyć.

Koniec zabawy

Powtórzmy dla jasności – łapanie władzy na wpadkach jest sportem zdrowym i pożądanym, przeszkadza bowiem w rozleniwieniu rządu. Gra, w której „mamy prawo wiedzieć” ściera się z „mamy prawo to ukryć”, czego jaskrawym przykładem jest prawodawcza zabawa w USA mająca ograniczyć do zera efektywność słynnej Pierwszej Poprawki do Konstytucji. W istocie jednak, co również należy powtarzać do znudzenia – władza musi mieć choćby iskierkę tajemniczości, inaczej bowiem nie jest władzą, tylko zwykłym kierownictwem.

Dotyczy to zaś nie tylko państwa – ale także innych organizmów politycznych, których działalność w stanie permanentnej i pełnej jawności jest po prostu niemożliwa, stając się czymś w rodzaju sportu, czyli zwykłą rozrywką. Może więc upowszechniając się poza granice absurdu – demokracja poddaje się już wreszcie kolapsowi. Coś, co nazywamy polityką jest już tylko fanem, dyskusją na FB i komórkową opowieścią o orgazmach i bolączkach – a proces rządzenia, zawsze przecież odbywający się w zaciszu – ostatecznie już wyzwala się spod iluzji masowego wpływu? Tylko ciii, nie mówcie o tym z Facebooka, bo jeszcze zaraz to opiszą…

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Fejsbukowa demokracja”

  1. “…Coś, co nazywamy polityką jest już tylko fanem, dyskusją na FB i komórkową opowieścią o orgazmach i bolakach – a proces rządzenia, zawsze przecież odbywający się w zaciśniejszych warunkach – ostatecznie już wyzwala się spod iluzji masowego wpływu? Tylko ciiii, nie mówcie o tym tym z Facebooka, bo jeszcze zaraz to opiszą… ” – to jest właśnie GENIALNE w demokracji, że znakomicie, stabilnie, być może najstabilniej w historii, realizuję sama istotę władzy (pochodzącej od Boga/boga): utrzymanie przez elity wysokiego poziomu konsumpcji. Gaiedź i domorosli analistycy uważają oczywiście, że demokracja zdycha etc. etc. , natomiast realizuje ona znakomicie swój podstawowy cel, taki jak w/w cel de facto każdej władzy w historii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *