Gospodarka Indii – nadchodzi skręt w lewo?

Oklepana obserwacja mówi, że postawienie na innowacje i edukacje. Opierający się o te wskaźniki analitycy uważają, że subkontynent już powinien odbijać się od dna i pokonać odnotowywane spowolnienie tempa rozwoju. Inni wskazują jednak na niepokonane dotąd bariery rozwoju, rząd zaś zdecydowany jest ponosić nawet zwiększone wydatki socjalne, byle tylko zniwelować społeczne koszty kryzysu.

Ekspercki optymizm i rządowe obawy

Gospodarka indyjska jest zorientowana dokładnie przeciwnie, niż chińska, a mimo to w zachodnich kręgach ekonomicznych uważano dotąd, że New Delhi nie ma powodów do kompleksów wobec głównego rywala. We wskaźnikach znowu zaczyna się więc wszystko zgadzać. W ostatnim kwartale 2013 r. BCI – Wskaźnik Zaufania Biznesu, podskoczył z 45,7 pkt. do 54,9 pkt. Konfederacja Przemysł Indyjskiego już uznała, że deficyt na rachunku obrotów bieżących Indii będzie się w 2014 r. sukcesywnie zmniejszać, a co za tym idzie spadać też będzie odnotowywane spowolnienie gospodarcze – w każdym razie począwszy od drugiego kwartału. Pomimo tego, deficyt utrzyma się prawdopodobnie między 3,5 a 5 proc., zaś wzrost PKB raczej nie przekroczy 5 proc. PKB – uważają ekonomiści. Inflacja winna utrzymać się poniżej progu 7 proc.

Tyle optymizmu – jakie są jednak realia? Przede wszystkim wzrost cen, zwłaszcza żywności (np. tak ważnej dla tutejszej kuchni cebuli – o 300 proc. w październiku 2013 r.). Inflacja na koniec roku 2013 sięgnęła 10,09 proc., za to wzrost PKB utrwalił się na poziomie 4-5 proc. Rupia słabnie wobec dolara (o 30 proc. w dwa lata).

Rząd federalny podjął walkę ze spowolnieniem gospodarczym, ogłaszając m.in. zaplanowany na bezprecedensową skalę program dożywiania osób w skrajnej nędzy, na który przeznaczone ma zostać 22 miliardy dolarów. Zachodni doradcy krytykują takie pomysły, strasząc wzrostem deficytu budżetowego (dotacje do żywności mają w efekcie wzrosnąć z 0,8 proc. do 1,2 proc. PKB). Władze w New Delhi przekonują jednak, że inaczej nie da się pokonać narastającego rozwarstwienia socjalnego, a co za tym idzie uzyskać trwałego mechanizmu wzrostu. Łącznie deficyt sięga już 9 proc. PKB, a w 2013 r. Indie wyprzedziły Unię Europejską w negatywnym rankingu Bloomberga prowadzonym pod kątem rynków najmniej korzystnych dla inwestycji. Faktycznie, jego wartość spadła w ubiegłym roku o ok. 11,5 miliarda dolarów. Deficyt handlowy Indii – to ok. 10,5 mld dolarów. Rodzimy przemysł cechuje duża kosztochłonność, a specjalnością lokalną stają się call center, pisanie oprogramowania dla europejskich przedsiębiorstw i świadczenia usług back-office dla firm ubezpieczeniowych i prawniczych z USA.

Produkcja tworzy obecnie zaledwie ok. 14 proc. PKB Indii, podczas gdy dla gospodarki chińskiej – wskaźnik ten wynosi blisko 1/3. Około połowy PKB – dają więc usługi, chociaż aż 58 proc. społeczeństwa utrzymuje się z rolnictwa (otrzymując ok. 30 proc. końcowej wartości wyprodukowanych dóbr). 50 milionom mieszkańców zaliczających się do klasy średniej – towarzyszy aż 230 milionów żyjących poniżej progu ubóstwa. Wskaźnik ten i tak udało się zresztą obniżyć w ciągu ostatnich 30 lat z 50 do ok 20 proc. społeczeństwa – i stało się to jednak głównie dzięki skutkom rozszerzania programów socjalnych jeszcze w latach 80-tych, nie zaś w efekcie wdrażaniu neo-liberalnych reform, zalecanych przez ekspertów zachodnich w kolejnych dekadach. Jeden z takich programów – National Rural Employment Guarantee Act (NREGA) gwarantuje wypłatę 100 minimalnych dniówek osobom utrzymującym się wyłącznie z pracy fizycznej. I znowu – teoretycznie dane rządowe są optymistyczne, pokazują bowiem np. spadek bezrobocia (9,4 proc. w 2011, a tylko 3,8 proc. w 2012 r.). Tylko co z tego, skoro niezależne szacunki mówią nawet o 15-, albo 20-procentowym bezrobociu – statystki są natomiast bardziej niż szacunkowe.

Czas na zwrot?

Przed wyborami parlamentarnymi w maju 2014 r. rząd premiera Singha ogłosił już swój 10-punktowy program walki z kryzysem, obejmujący: 1. przywrócenie produkcji, 2. promowanie eksportu, 3. wspieranie inwestycji, 4.zmniejszenie deficyt bilansu płatniczego, 5. wzrost nakładów inwestycyjnych w przedsiębiorstwach państwowych (tj. modernizację produkcji poprzez inwestycje i wprowadzenie nowoczesnych technologii), 6. dokapitalizowanie banków państwowych, 7. rozwiązanie problemów z podażą węgla i innych surowców energetycznych, 7. zniesienie barier eksportowych rudy żelaza, 9. rozwiązania problemów ekologicznych, 10. usunięcie przeszkód dla pozyskiwania terenów pod inwestycje. Eksperci rządowi chcą walczyć z kryzysem czynnie, wskazując na nie w pełni wykorzystywany potencjał przemysłowy kraju, zwłaszcza w jego najważniejszych sektorach, jak przemysł metalowy, produkcja cementu, czy motoryzacja. Z drugiej jednak strony Indie stają się coraz mniej konkurencyjne np. w zakresie przemysłu włókienniczego (spadek udziału w wartości produkcji z 23 do 10,8 proc. między 2001 a 2009 r.). Rząd wspiera natomiast sektor kamieni szlachetnych i jubilerski, a dla równowagi – farmaceutyczny, będący od lat punktem spornym z walczącymi z tanimi lekami generycznymi międzynarodowymi (a zwłaszcza amerykańskimi koncernami). Słowem – są rezerwy, do których można sięgać, pytanie tylko na ile skutecznie?

Jaki jest więc faktyczny stan gospodarki Indii? Czy już odbija się ona od dna, bo gorzej już po prostu być nie może (jak twierdzą zachodni analitycy, zawsze pewni, że kryzys to stan przejściowy i w zasadzie nieistotny) – czy też niezbędne jest wdrożenie nowych mechanizmów wsparcia, w tym zwłaszcza inwestycji w infrastrukturę (400 mln ludzi żyje bez dostępu do elektryczności, a transport publiczny to właściwie fikcja, budownictwo wypracowuje zaledwie 8 proc. PKB) i rozbudowanych programów socjalnych, nie tyle wzmacniających, co po prostu tworzących siłę nabywczą rzesz ludności i zapewniających przepływ kapitału m.in. w stronę zaniedbywanego często rolnictwa?

Od 1991 r. Indie mozolnie i przez dekady budujące wcześniej infrastrukturalne zaplecze, potencjał naukowo-edukacyjny i przemysłowy – poddawane były cyklom neo-liberalnych rewolucji, mających głęboko zrestrukturyzować gospodarkę subkontynentu, dopasowując ją do oczekiwań zachodnich partnerów, to jest ukierunkowując na usługi i tanią produkcję wyrobów niskoprzetworzonych głównie na rynek własny, przy rosnącym absorbowaniu zagranicznego importu. Czasowy wzrost PKB uzyskiwany tą drogą pozwalał nazywać indyjską drogę lokalnym cudem gospodarczym i wieszczyć wyższość zastosowanych nad Gangesem metod nad ewolucją ekonomiki Chin. Dziś indyjska zadyszka przerodziła się już chyba jednak w trwałą chorobę, nierozwiązywalną bez trwałego przeorientowania indyjskiej polityki gospodarczej. W tym zwłaszcza pozyskania tańszych surowców energetycznych i uniezależnienia od zachodniego importu, a także wzmocnienia rynku lokalnego, pokonania barier infrastrukturalnych (powiązanych z nowymi wielkimi inwestycjami państwowymi) oraz przeprowadzenia na masową skalę walki z biedą i wykluczeniem społecznym.

Powrót do korzeni

Premier Manmohan Singh wydaje się mieć świadomość ogromu stojących przed nim wyzwań, a także wagi zwrotu jaki zmuszony będzie chyba wykonać zarówno aby wygrać wybory – jak i zwłaszcza i po nich. Podstawowym pytaniem jednak jest, czy obecny Indyjski Kongres Narodowy pod przywództwem szefa rządu (wcześniej będącego raczej uległym wobec zachodnich ekspertów ministrem finansów) i Rahula Gandhiego – będzie umiał na powrót stać się partią Jawaharlala Nehru i Indiry Gandhi. Na razie sondaże dają jednak niewielką przewagę opozycji z Narodowego Sojuszu Demokratycznego (z głównym udziałem BJP) Narendry Modiego, jednak wciąż zagadką pozostaje kto dysponować będzie większą zdolnością koalicyjną w przyszłym parlamencie. Tym bardziej, że po listopadowych wyborach lokalnych w Delhi – do pozycji drugiej siły politycznej kraju aspiruje już jasno Partia Zwykłych Ludzi – Aam Aadmi Arvinda Kejriwala, wyrosła z ruchu antykorupcyjnego i zapowiadająca powrót do „Swaraj” – zasad „czystego gandhizmu”. Biorąc pod uwagę, że wciąż pozycję trzeciej frakcji w Lok Sabha – Zgromadzeniu Ludowym utrzymują marksiści z Komunistycznej Partii Indii (M), a ich pozycja nie powinna ulec znacznemu osłabieniu – zarówno układanka parlamentarna, jak i oczekiwania wyborców mogą po prostu wymusić zwrot federalnej republiki jednoznacznie w lewo.

Konrad Rękas

Zapraszam też na Geopolityka.org

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *