Kameleonizm zbiorowy

Twórcy idei i działacze polityczni chcący zmieniać rzeczywistość mają istotny wpływ na masy tylko wtedy, gdy dysponują znaczną siłą (kapitał, wojsko, media), która pozwala im formułować „propozycje nie do odrzucenia” lub gdy trafią na wyjątkowo sprzyjający moment w historii. W przeciwnym razie ich wizje lądują na śmietnikach, ewentualnie oczekują lepszych czasów. Gdy jednak sukces radykalnych reformatorów staje się rzeczywistością, skuteczność z jaką kosiarze umysłów aplikują masom nowe treści jest zadziwiająca.  

Drastycznymi przykładami skoszenia umysłów w następstwie przemocy militarnej i medialnej są „demokracje z kulą w głowie” budowane po II wojnie przez aliantów na spalonych ziemiach Japonii i Niemiec. W pierwszym z tych krajów „boski cesarz”, ciągnąc za sobą poddanych, został sprzymierzeńcem i sługą Amerykanów natychmiast po złamaniu, zrujnowaniu i rozpoczęciu przez nich okupacji Cesarstwa. Wątpię by marzeniem cesarza w czasie wojny było przyłączenie się do śmiertelnego wroga, który w imię obcego systemu i obcej kultury zrzucił na jego kraj bomby atomowe i wątpię by wierzył, że taki wróg z dnia na dzień stanie się przyjacielem. To, co po klęsce militarnej działo się w jego umyśle jest dość zagadkowe, podobnie jak domniemane rozterki generała Własowa, którego wichry wojny także rzuciły w szeregi (nie)przyjaciela.   

W powojennych Niemczech, gdzie od czasu czystki 1944 roku nie było żadnej, nawet najbardziej nieśmiałej opozycji antynazistowskiej, demokrację liberalną również narzucono siłą, wykorzystując emerytowanego nadburmistrza Kolonii z lat dwudziestych Konrada Adenauera. Przerobienie milionów lojalnych nazistów na miliony lojalnych demokratów okazało się kwestią stosunkowo niedługiego czasu, a przecież wprowadzano system, który nigdy wcześniej w tym kraju nie zdołał się zakorzenić i nie była to kwestia symboli tylko fundamentów, efekt unikalnego zderzenia kultur zwycięzców i pokonanych, których rozwój przebiegał dotąd bardzo odmiennie, a tożsamość na tamtym etapie różniła się jak Mickey Mouse od trupiej główki.    

Także polskie społeczeństwo doświadczyło w ubiegłym wieku radykalnych zmian połączonych z intensywną indoktrynacją. Każda z panujących w różnych okresach ideologii  miała być oczywiście tą „właściwą”, „ostateczną”, tą „docelową”, a nade wszystko: tą „słuszną” – w odróżnieniu od wszystkich pozostałych. Nazistom i komunistom zdawało się, że będą rządzić przez całe wieki, a liberałom nadal się tak zdaje. Każda z tych trzech ideologii, ustami swych wyznawców dość skutecznie ładowała lub ładuje ludziom do głów mity o swej nadprzyrodzonej żywotności.

Kataklizmy lat: 1939 oraz 1945 oznaczały wymiecenie dotychczasowych władz, gwałtowne represje i dwukrotne, nieodwracalne przemeblowanie struktury społecznej. Pewne znaczenie miała też znacznie mniej gwałtowna zmiana 1956 roku – gomułkowska destalinizacja. Zmiana roku 1989, choć nie przeorała struktury społecznej i nie wiązała się z represjami wobec byłych władz, także była zmianą doniosłą, w której kosiarze umysłów odegrali istotne role.

Śmiem twierdzić, że polskie społeczeństwo roku 1945 nie było w swej masie socjalistyczne, ale w latach osiemdziesiątych już tak. Można powiedzieć, że po kilku dekadach trąbienia o dobrodziejstwie socjalizmu było na wskroś socjalistyczne, choć oczekujące zmian. Dało się wyczuć trzy uzupełniające się formy socjalistycznej tożsamości: socjalizm oficjalny rządzącej hegemonicznej partii i jej przybudówek, socjalizm związkowy reprezentowany przez ulepszaczy socjalizmu z NSZZ „Solidarność” oraz socjalizm lekko antysystemowy w postaci różnych nieformalnych ruchów alternatywnych, które w tamtych latach zdawały się być coraz liczniejsze. Nawet skonfliktowany z władzami Kościół w jakiś sposób współgrał z tamtym trójdzielnym socjalizmem poprzez swoją siermiężną powściągliwość i deklarowaną wrażliwość na eksploatację słabszych przez silniejszych. Uwaga: każdą z wymienionych trzech form rodzimego socjalizmu cechowała skłonność do reform. Z ówczesnych wypowiedzi polityków wynika, że Jaruzelski chciał socjalizmu „bronić”, Wałęsa chciał go „ulepszać”, a obaj zgadzali się, że trzeba go „reformować”. Władze twierdziły nawet, że reformy są przeprowadzane i nazywały to „odnową”, która w założeniu miała się kojarzyć z radziecką „przebudową” („pierestrojka”). Trudno było wtedy przewidzieć w jaki sposób przeobrazi się system i czy to jeszcze będzie socjalizm, trudno też było spodziewać się jego gwałtownego załamania, a jednak ono nastąpiło.

U źródeł transformacji nie stała żadna przemoc militarna lecz faktem jest, że potęga ekonomiczna i medialna zachodnich mocarstw i związany z tym potencjał politycznego szantażu odegrały zasadnicze role, przy czym Polacy byli na tyle przychylnie nastawieni do Zachodu, że oczywiście nie trzeba było ich łamać i podbijać, żeby zmienić system na prozachodni i „rynkowy”.

Przy okazji ujawniło się w pierwszych latach transformacji coś groteskowego: niektórzy sami byli w stanie szybko się złamać i podbić, żeby tylko podczołgać się, w swym mniemaniu, bliżej głównego nurtu zmian. Nie trzeba było kosić ich umysłów bo sami je sobie skosili. Stada konformistów przepełzły spod skrzydeł jednej „słusznej” ideologii pod skrzydła drugiej „słusznej” ideologii by okazać się „słusznymi” w obu wzajemnie sprzecznych systemach. Jak tresowane małpki dokładali starań by dla nowego pana podrygiwać równie wdzięcznie jak dla jego poprzednika, by wyginać się do każdej fałszywej nuty. Gromady kameleonów, które wczoraj gromiły krytyków socjalistycznej władzy, obudziły się w osiemdziesiątym dziewiątym jako liberałowie i demokraci „od zawsze” i zaczęły gromić odstępców od demokratycznych standardów (wcześniej mówiono o ”swobodach demokratycznych”, nagle ważne stały się „strandardy”, bo przecież trudno kogoś osaczać i tępić w imię „swobód”).  

To prawda, że jeśli ktoś nie ma pojęcia o doktrynach politycznych, trudno mówić o świadomej zmianie jego światopoglądu w sensie zmiany odniesienia do tych doktryn, raczej o dostosowaniu się do nowych warunków, pragnieniu bycia „słusznym” za wszelką cenę, ewentualnie podporządkowaniu umysłu zajęczemu sercu. Prawda, że w niespokojnych czasach deficytu bezpieczeństwa osobistego i socjalnego często pojawia się „kameleonizm”. Twierdzę jednak, że przynajmniej od tych obywateli, którzy poczuli się uprawnieni, by na innych rzucać gromy w imię „fundamentalnych wartości współczesnej demokracji”, a możliwości ich percepcji pozwalały na wzniesienie się ponad kilka obiegowych stereotypów, można było oczekiwać czegoś więcej niż od małp tańczących przed każdym, kto rzuci im banana. Można było mianowicie oczekiwać, by ruszyli głową i spróbowali zrozumieć w imię czego gryzą bezmyślnie każdego, kto nie zamierza łapać się na owczy pęd.

Niewykluczone, że doszliby wtedy do cennych wniosków, że ich „kameleonizm” to nie „wybór” lecz bezmyślny instynkt i że nawet niezależnie od barw politycznego krajobrazu, wzniesienie się ponad owczy pęd, przeciwstawienie się głównemu nurtowi samo w sobie ma wartość, gdyż tworzy przestrzeń wolnej myśli zabezpieczającą przed tyranią większości i totalitarnymi ciągotami, które się wśród tej większości regularnie wykluwają.

Miłosz Szuba

a.me.

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.