Karczewski: Jeszcze o Duginie i Ameryce

Pod koniec ubiegłego roku napisałem artykuł, w którym streściłem niektóre tezy ostatniej wydanej przeze mnie monografii pt. „In Trump We Trust. Stosunek Aleksandra Dugina do Donalda Trumpa i jego wizji Stanów Zjednoczonych Ameryki” (Toruń 2020). Niektóre, bowiem opisałem tylko ostatnie rozważania Aleksandra Dugina na temat kultury i tożsamości Amerykanów.

Pora więc na drugą część mojej analizy jego zbioru poglądów „amerykańskich”, a mianowicie na pewną analizę krytyczną, przy czym – uwaga – rozwinę moje wnioski właśnie tutaj, w niniejszym artykule, i to bardziej, niż w mojej książce.

Według mnie – jako naukowca, który bada w moich monografiach ciekawą ideologię eurazjatyzmu w wydaniu Dugina – ów dzisiejszy, bardziej wyważony, bardziej łagodny stosunek do Donalda Trumpa, jak i do tożsamości USA, posiada zarówno interesujące mocne strony, jak i – powiedzmy tak – pewne „luki”, „usterki”, niedopowiedzenia. Najpierw skupię się na tych pierwszych.

Tutaj muszę podkreślić zwrócenie uwagi przez Dugina na podstawowy, jakże prosty i empiryczny w istocie fakt, a mianowicie na dramatyczną sytuację przeciętnych Amerykanów: o niższych dochodach, zmagających się z brakiem pracy, czujących strach, posiadających poczucie destabilizacji, zagubienia, bezsensu, rozczarowania związanego z blokadą kariery zawodowej czy bezrobociem, spauperyzowanych, o białej i niebiałej skórze, z niszczejących dzielnic robotniczych (przede wszystkim z „pasa rdzy” – przypominam, iż ów region na południe od Wielkich Jezior wcześniej był znany jako „pas złota”, a więc samo słowo mówi za siebie). Idąc dalej, uwzględnił fakt, iż pracujący Amerykanie to są po prostu tacy sami ludzie, jak Rosjanie, Francuzi, Brazylijczycy, Włosi, Polacy, Hindusi itd., o tych samych troskach, obawach, rozgoryczeniach, gniewie i innych negatywnych emocjach, związanych z istniejącym globalnym kapitalizmem. Docenił zapewne fakt podobnego miejsca w strukturze obecnego, monopolistycznego i globalnego kapitalizmu zajmowanego zarówno przez pracujących Amerykanów, jak i przedstawicieli innych społeczeństw i narodów (europejskich, azjatyckich itd.), szczególnie mieszkańców zdewastowanych regionów przemysłowych i wiejskich.

Uzmysłowił sobie wreszcie, iż proletariat amerykański, a także amerykańskie klasy: drobnomieszczańska i chłopska, należą do tego samego miejsca w światowej organizacji sposobu produkcji, co ich europejskie odpowiedniki. Owszem, są doniosłe różnice między proletariatem w krajach wysoko rozwiniętych materialnie i technologicznie, a proletariatem w biedniejszych krajach (Trzeci Świat), choćby w poziomie płac czy statusu społecznego, a także odmiennego stosunku do środków produkcji (posiania / nieposiadania owych środków), jednak po obu stronach Atlantyku proletariat, chłopstwo, a nawet drobna burżuazja (która, nawiasem mówiąc, zbliża się do pozycji proletariatu i chłopstwa), borykają się z tymi samymi, poważnymi trudnościami społecznymi i ekonomicznymi (bezrobocie, dramatyczny spadek dochodów, poczucie anomii, bezsensu, rozpaczy, destabilizacji społecznej, rozpadu więzi społecznych itd.), wynikających ze zjawisk wyzysku, rezygnacji administracji państwowych z ich zadań przeciwdziałania negatywnym społecznie skutkom kapitalizmu. Innymi słowy, Dugin zwrócił uwagę na uderzające podobieństwa po obu stronach wspomnianego oceanu, związane z podupadającymi, wypieranymi przez ponadnarodowe koncerny i korporacje, małymi firmami, dramatyczną sytuacją pracowników i zjawiskiem wyzysku, za które odpowiedzialny jest mechanizm globalnego kapitalizmu.

Właśnie, „globalny kapitalizm”. Z pewnością ów kontrowersyjny myśliciel czytał już wcześniej m.in. teorię Immanuela Wallersteina o systemach-światach. W konsekwencji czego świadomy był, iż wciąż istnieje tzw. kapitalistyczna gospodarka-świat, czyli faktycznie właśnie monopolistyczny i globalny kapitalizm, który – oprócz wyzysku biednych krajów przez bogate kraje (przede wszystkim USA) – generuje wyzysk pracowników o standardach uboższych, przez odseparowanie od mas klasy burżuazyjnej; to także wyzysk Amerykanów przez elity, zasiadające nie tylko na Wall Street, ale i w Białym Domu. Swoją drogą, aż prosi się tutaj użyć terminologii marksistowskiej w odniesieniu do analizy społeczeństwa kapitalistycznego w USA, podejścia klasowego, analizy strukturalnej kapitalizmu.

Dugin zauważył też zjawisko rozgoryczenia Amerykanów wobec elit, zastanego państwa amerykańskiego, zagranicznych interwencji zbrojnych US Army, NATO, rozbieżność między ideami wolności i równości, a praktyką sprzeczną z tymi ideami itd. Zwrócił uwagę na narastający gniew społeczny Amerykanów, a więc dokładnie wewnątrz centrum „dowodzącego” globalną i kapitalistyczną strukturą ekonomiczno-militarno-polityczną. W tym miejscu zapewne Dugin zgodziłby się po części z marksistami, ale…

I tutaj zaczynają się niedopowiedzenia, „luki”. O ile więc można naturalnie popierać zarówno Donalda Trumpa, jak i wizję USA (bowiem jest to kwestia czysto polityczna, ergo subiektywna), o tyle niepotrzebnie zabrnął w obronę „Starej Ameryki”, tj. konserwatywnej i de facto bardziej chrześcijańskiej wizji USA, wizji takiej „sielankowej” i rolniczej Ameryki, wizji miasteczek, wsi, denominacji protestanckich, przeciętnych Amerykanów, głębokiej religijności, obrony posiadania i noszenia broni, wolności słowa i myśli, tożsamości amerykańskiej w interpretacji białych Anglosasów wyznania protestanckiego (tzw. WASP-ów – White Anglo-Saxon Protestant) i katolików, paleokonserwatystów (tzw. paleocons) czy alt-right (alternative right, „alternatywnej prawicy”), a nawet zwolenników „białej rasy”. Ponadto rosyjski eurazjata „wyrywa” swoją wizję konserwatywno-populistyczną USA, wzorowaną na wizji Trumpa i skupionych wokół niego adwokatów konserwatyzmu amerykańskiego, z panującego tam kontekstu ideowo-politycznego, jakim jest zestaw idei liberalizmu: republikanizm, równość prawna i polityczna, suwerenność ludu, trójpodział władz, państwo prawa, swobody obywatelskie, prawa człowieka itd.

Owszem, zwolennicy „Tradycji Południa” (Southern Tradition), tzw. Southern Agrarians (Donald Davidson, Allen Tate, John Crowe Ransom i in.), a także Russel Kirk, Richard M. Weaver, Samuel Francis, to reprezentanci konserwatyzmu amerykańskiego, którzy nie zgadzają się na „ożenienie” z nowoczesną, medialną demokracją liberalną, scentralizowaną biurokracją federalną, misjonizmem i mesjanizmem, globalną dominacją USA. Jednak owe nurty i osoby „bez zająknięcia” uznają fundamenty liberalnych w istocie wartości wolności, równości czy demokracji, np. zwracają uwagę na rozdźwięk między demokracją liberalną w formie klasycznej (powiedzmy, z początków XIX wieku) a zastaną, medialną demokracją, w oparciu o narzędzia technologiczne, w tym internetowe, czyli między „dobrą”, „arystokratyczną” (vide Thomas Jefferson) demokracją amerykańską a „złą” obecną demokracją, uznając bezwarunkowo własność prywatną i wolny rynek. Inaczej mówiąc, nawet nominalnie „bezkompromisowi” konserwatyści, instynktownie i „milcząco” akceptują jako fakt: a) demokrację liberalną w dziedzinie politycznej; b) własność prywatną i wolny rynek w dziedzinie społeczno-ekonomicznej.

Wniosek? Wszystko i wszyscy są w jakiś sposób (bezpośrednio lub pośrednio, zależnie od konkretnego przypadku, rzecz jasna) pod wpływem liberalizmu. Owszem, pisałem w mojej monografii, iż należy rozróżnić dwa rozumienia sprzeczności: sprzeczność względna oraz sprzeczność absolutna (obiektywna). Dugin skoncentrował się na sprzeczności obiektywnej, tzn. w sposób jaskrawy przeciwstawia swojej konserwatywnej i populistycznej wizji USA właśnie liberalizm, a przecież liberalizm tak mocno przenikał mentalność Amerykanów, niejako aż do szpiku, że już od początku tkwił nawet w doktrynalnej warstwie denominacji protestanckich (vide etyka burżuazyjna, etos „sakiewki”, koncentracja na jednostce, wolność jednostki itd.). Nawet miliarder z Queens i jego wizja Stanów Zjednoczonych jest wzorcem biznesmena, wyjętym z obrazka American dream.

Dugin w sposób absolutny przeciwstawia globalnej dominacji i interwencjonizmowi USA właśnie izolacjonizm. Owszem, to fakt, iż z punktu widzenia Rosji prezydent Trump był mimo wszystko bardziej przewidywalny w stosunkach międzynarodowych, niż Joe Biden czy Hillary Clinton, gdyż jego postulaty dotyczące spraw związanych z Europą i Rosją były częściowo zbieżne z oczekiwaniami władz rosyjskich. Przypomnę jednak, iż izolacjonizm i interwencjonizm (i związany z nim unilaterializm) jako doktryny geopolityczne USA były de facto narzędziami – zależnie od sytuacji w świecie międzynarodowym – rozszerzenia ich wpływów lub stabilizacji wewnętrznej. Izolacjonizm USA w XIX wieku przede wszystkim dotyczył ich stosunków ze Starym Kontynentem.

Aleksandr Dugin nieco odsunął na bok misjonizm i mesjanizm, tak typowe dla USA we wszystkich formach: najpierw w kategoriach religijnych („Nowy Syjon”), później „Manifest Destiny”, a na koniec uniwersalne prawa człowieka. Misjonizm, mesjanizm, posłannictwo wolności jednostki, liberalizm, globalizm, pragmatyzm, utylitaryzm, etyka mieszczańska, indywidualizm, kult własności prywatnej – to wszystko ukształtowało kulturę amerykańską. To, czy w wydaniu protestanckim (głęboko religijnym), czy świeckim (liberalnym obyczajowo), jest kwestią właściwie drugorzędną – ważne, iż charakterystyka psychiki amerykańskiej jest bardziej indywidualistyczna, i obojętnie, czy u Trumpa, czy u innych aktorów sceny politycznej znad Potomaku, jest liberalna.

I tutaj w stosunku rosyjskiego filozofa do potomków „Ojców Założycieli” brakuje właśnie pewnego dystansu do ogólnej wizji tożsamości Amerykanów, np. podkreślenia różnic między – dajmy na to – rosyjską tożsamością wspólnotową (soborną i prawosławną) a amerykańską kulturą stricte liberalną; introwertyczną, refleksyjną i kontemplacyjną psychiką Rosjan a „drapieżną”, apoteozującą konkurencję psychiką amerykańską. Owszem, można dyskutować, które doktryny amerykańskie (izolacjonizm czy unilaterializm, konserwatywny liberalizm czy socjalny liberalizm) są względnie lepsze, słuszne itd., lecz warto pamiętać, iż wszystko ze wszystkim się wiąże poprzez jedną więź liberalizmu, iż wszystkie aspekty mentalności Amerykanów (a przecież czasami są tak odległe, że nawet sprzeczne na pozór) istnieją w jednej sferze, wytyczonej przez idee wolności i równości.

Co więcej, czytelnik nieoswojony z twórczością Aleksandra Dugina na temat USA czasem może wysnuć wniosek, iż afirmacja konserwatywnej „Starej Ameryki” zbliża się dość niebezpiecznie do „czerwonej linii”, za którą można nawet usprawiedliwić całą mroczną historię niewolnictwa, supremacji białej rasy, segregacji rasowej, praktyczną dyskryminację nie tylko Afroamerykanów, ale także Latynosów i Indian. Przypomnę nieśmiało, iż np. w westernach dopiero od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku odstąpiono od rażących, biało-czarnych schematów: „dobrzy”, biali i szlachetni kowboje kontra „źli”, odpychający, niemoralni Indianie. Zaczęto pokazywać również trudne dylematy moralne złodziei bydła, problem zacierania kryteriów dobra i zła, ale też „dobrych” Indian „złych” białych. Zaczęły powstawać tzw. antywesterny. Pokazywały owe nowe wątki na fali kwestionowania „chrześcijańskiej (głównie protestanckiej) i białej Ameryki”, która to wizja została ukształtowana przez WASP-ów i – szerzej – białych; wszystko to wskutek pojawienia się nowej formuły USA: bardziej świeckiej, liberalnej obyczajowo i bardziej przyjaznej dla niebiałych populacji (indiańskiej, afroamerykańskiej, latynoskiej itd.). Tak samo było z kwestią Afroamerykanów, przemocy i brutalności policji amerykańskiej, statystycznie gorszego położenia tej ludności, a przede wszystkim dyskryminacji Afroamerykanów w życiu publicznym USA.

To właśnie na fali tegoż kwestionowania chrześcijańskich (głównie protestanckich) wartości WASP-ów i populacji białej z Europy przekreślono segregację rasową i dopuszczono czarnych do szkół czy armii. Jednym słowem, owa „nowa”, świecka i liberalna obyczajowo Ameryka chętniej patrzyła na społeczności niebiałe, jako poszkodowane i zmagające się z uprzedzeniami ze strony białych. Przypomnę, iż w Związku Radzieckim po roku 1945 (również w krajach braterskich bloku wschodniego, m.in. w Polsce), gdy trwała zimna wojna, podkreślano w propagandzie m.in. mroczne strony historii USA, a więc właśnie niewolnictwo na Południu, segregację rasową, dyskryminację Afroamerykanów (i innych niebiałych: Latynosów, Indian). Próbując nawiązać przyjazne stosunki z Joe Bidenem i Partią Demokratyczną, prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin wspomniał, iż w młodości on i jego koledzy popierali walkę Afroamerykanów z dyskryminacją, rasizmem i segregacją rasową, potępiali wszelkie formy uprzedzeń wobec czarnoskórych obywateli USA i podzielali wartości bardziej lewicowe. Jak wiemy, Dugin gorąco popierał miliardera z Queens, lansował konserwatywną i populistyczną wizję USA, a gdy wybuchły protesty i zamieszki w większości miast, uznał, iż była to próba destabilizacji państwa amerykańskiego administracji Trumpa.

I tutaj widoczne jest drugie niedopowiedzenie Dugina. Czym bowiem jest organizacja Black Lives Matter? Jej cele to organizowanie protestów wobec przejawów brutalności policji amerykańskiej wobec Afroamerykanów i walka z rasizmem w życiu publicznym USA. Dlaczego jest tak popularna? Otóż błyskawicznie rozwinęła ona swoją działalność na fali gniewu Afroamerykanów wobec przejawów brutalności, dyskryminacji, rasizmu. A przecież niewolnictwo, rasizm, dyskryminacja i segregacja rasowa były nierozerwalnie związane szczególnie z wczesną historią USA. Owszem, na linii policja amerykańska – ludność afroamerykańska z niższych warstw społecznych, z obszarów, gdzie wręcz na porządku dziennym jest stosunkowo duża przestępczość, nie jest łatwo, jednak warto wspomnieć, iż względnie wysoka przestępczość jest czasem związana z dramatyczną sytuacją społeczną i efektami rozwiniętego kapitalizmu. Państwo amerykańskiemu „odbija się” czkawką po rasizmie i segregacji rasowej. Tymczasem Dugin zaliczył BLM do szeregu sił kierowanych przez kosmopolityczne, globalistyczne elity. Mówiąc żartobliwie, gdyby jakiś Afroamerykanin, nieoswojony z twórczością Aleksandra Dugina, usłyszał, iż poparł on Trumpa i alt-right (a przecież to środowisko jest nacjonalistyczne, w istocie tożsamościowe), zniechęciłby się i zaliczyłby go do obozu „reakcji i wstecznictwa” „białej rasy”.

Zamiast uzasadnionego uznania, iż napięcia rasowe są użytecznymi narzędziami do utrzymywania mechanizmu globalnego kapitalizmu, dominacji klasy o wyższym standardzie materialnym i statusie społecznym, kosmopolitycznych elit, lub przynajmniej odróżnienia organizacji BLM od ludności Afroamerykanów en bloc, czyli lewicowo-liberalnego, „systemowego” aktywu od jego afroamerykańskiej „bazy”, mamy zaangażowanie Dugina po jednej ze zwaśnionych stron w USA. Owszem, czytamy w artykule Dugina o geopolityce wyborów prezydenckich USA w 2020 roku, gdzie rozwinął tezę o dychotomii Cywilizacja Morza – Cywilizacja Lądu, jest jedna wzmianka o przeciętnych Amerykanach pochodzenia białego i niebiałego, warto jednak bardziej uwypuklić tę sprawę.

Już po wydaniu mojej ostatniej monografii ukazały nowe artykuły Dugina, w szczególności jego szeroko komentowany i niezwykle interesujący „Manifest Wielkiego Przebudzenia”. Wskazują one np. na przyczyny dogłębnej refleksji i prawdziwej zmiany nastawienia Dugina do USA, lecz warto skupić na podstawowych przesłankach i cechach owej zmiany.

Reasumując, najnowszy stosunek Aleksandra Dugina do Ameryki to niezmiernie ciekawy przyczynek do zagadnienia stosunków między USA a Rosją, aczkolwiek niepozbawiony niedopowiedzeń. Tak więc, mimo wszystko, warto czytać twórczość owego filozofa.

dr Krzysztof Karczewski

Myśl Polska, nr 19-20 (9-16.05.2021)

Facebook

2 thoughts on “Karczewski: Jeszcze o Duginie i Ameryce”

  1. “Reasumując, najnowszy stosunek Aleksandra Dugina do Ameryki to niezmiernie ciekawy przyczynek do zagadnienia stosunków między USA a Rosją, aczkolwiek niepozbawiony niedopowiedzeń.”

    Zatem dopowiedzmy. Dugin to najbardziej znany ideolog rosyjskiego nacjonalizmu, który nie może się pogodzić z przegraną Rosji w “zimniej wojnie” i cofnięciu granic państwa na zachodzie do czasów Carstwa Moskiewskiego. Ten regres przyniosła Rosji amerykańska polityka. Dlatego Ameryka jest dla Dugina wrogiem i punktem odniesienia wszelkich jego koncepcji, od tożsamościowo-filozoficznych po geopolityczne. Celem Putina i wspierającego go ideologicznie Dugina jest wypchnięcie USA z Europy, aby żadna siła nie przeszkodziła w powstaniu osi Moskwa-Berlin będącej w sprawach europejskich (o polskich nie wspominając) ostatnią instancją decyzyjną. Dugin powitał z zainteresowaniem Trumpa, zwijającego amerykańskie wpływy, np. z Bliskiego Wschodu, jako wymarzonego przez Rosję prezydenta USA rezygnującego ze światowej hegemonii na rzecz “izolacjonizmu” USA jako jednego, z kilku równorzędnych, biegunów siły na świecie (jednym ma pozostać Rosja), najlepiej nie mającego nic do powiedzenia na pomoście bałtycko-czarnomorskim, zarezerwowanym wyłącznie dla wpływów rosyjsko-niemieckich.
    Niezmiennie dziwię się popularności u polskiej prawicy ideologicznymi i tożsamościowymi poglądami Dugina, które są przez niego całkowicie cynicznie i instrumentalnie podporządkowane twardej rosyjskiej geopolityce. Każda ocena zmieniających się poglądów Dugina, w sprawach europejskich, polskich czy amerykańskich, powinna być analizowana w kontekście tego co kiedyś powiedział “Frondzie” w 1998 r. jeszcze przed dojściem Putina do władzy.
    https://www.fronda.pl/a/aleksander-dugin-czekam-na-iwana-groznego,45653.html

  2. “Tak więc, mimo wszystko, warto czytać twórczość owego filozofa.”
    Nie, nie warto. Jego wpływ jest niemal bliski zeru a analizy i recepty błędne i często sprzeczne (nawet państwo Wielomscy to wskazali). Poświęcanie jemu czasu ma taką wartość, jak poświęcać czas jakimś szalonym buddo-ufologicznym hippisom – niby też ciekawe i fajnie się czyta, ale przełożenia na realny świat brak.

    Najlepiej Dugina przemilczeć. Szkoda czasu i atłasu na niego…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *