Kazimierz Marian Morawski: Konserwatyzm a nacjonalizm

            W ostatnim numerze „Trybuny” poświęcił poseł na Sejm i profesor historii polskiej w Uniwersytecie Jagiellońskim, dr Władysław Konopczyński garść uwag aktualnemu problemowi stosunku konserwatyzmu do nacjonalizmu. Traf chciał, iż odpowiedzieć mu niniejszym pragnie niżej podpisany, młody jego kolega po fachu, ale, jako rodzaj przedwojennych badań najbardziej może do niego z historyków polski zbliżony, zakresem chronologicznym i duchowem milieu obranej specjalności. Obaj wyszliśmy z XVIII stulecia, a przystępując do współczesnych zagadnień strząsnąć zapewne musimy z umysłowości naszej niejeden „przesąd”, który na mózgach naszych wycisnęła przemożna oficyna filozofizmu, kuźnica Encyklopedii.

            Jakkolwiek by mnie jednak w tej chwili tendencje myślenia politycznego rozdzielały od kolegi i chociażbym w pełni nie podzielał jego predylekcji do parlamentaryzmu, manifestującej się zarówno w teoretyczno-politycznych jego dziełach („Liberum veto”), jak również i w parlamentarno-propagandowej działalności, nie wątpię ani na chwilę, iż jako zdeklarowany nacjonalista, wyszedł on również z orbity zasadniczych pojęć socjologicznych XVIII stulecia. Mam bowiem pozytywne dane, ażeby się spodziewać, iż tak, jak nacjonalistyczny obóz francuski przeprowadził swojego czasu rewizję błędów XIX stulecia (Daudet: Le stupide XIX siecle), tak znowu w łonie elity nacjonalistycznego obozu polskiego skrystalizuje się już niebawem rewizja błędów i wad stulecia XVIII, stulecia naszej katastrofy i upadku.

            W liście swoim do kardynałów Coullie, Lucon i Anrieu z dnia 25 sierpnia 1910 zamieścił wielkiej i świętej pamięci papież Pius X owe niezapomnianej treści słowa: „Prawdziwymi przyjaciółmi ludu nie są ani rewolucjoniści ani nowatorowie, ale tradycjonaliści”. Konserwatyzm polski, którym się obecnie zainteresował profesor Konopczyński, był u źródeł też swoich doktryną nawskroś tradycjonalistyczną. Przyjrzyjmy się tylko związanym z jego powstaniem faktom i osobom

            W r. 1818, w trzy lata po burbońskiej Restauracji, zakłada w Paryżu wicehrabia Chateaubriandczasopismo „Conservateur”, mające być nadal tamą przeciwko ewentualnemu ponownemu przypływowi i ofensywie ducha rewolucyjnego. W ciągu lat najbliższych, przed rewolucją lipcową i powstaniem listopadowym, oraz po nich, widzimy, jak młodzi konserwatyści polscy, przyszli twórcy szkół krakowskiej i poznańskiej, tacy jak Paweł Popieli Jan Koźmian napływają do Paryża, żeby u źródła nowej doktryny politycznej kształcić pojętne umysły i zapładniać je życiodajnymi pomysłami.

            To pierwsza faza. Druga – trzydzieści lat później – genetycznie bardzo zbliżona jest do pierwszej. Tak jak wtedy konserwatyzm europejski, przynajmniej na Zachodzie, zwarcie zgrupował się dokoła wciąż zagrożonego tronu i ołtarza, tak teraz po przewróceniu wielu tronów i równoczesnemu zagrożeniu Papiestwa, na wiosnę 1848 r., zwiera na nowo swoje szeregi, zawsze pod hasłem odporu przeciwko antytradycjonalistycznym mocom nieraz także pod hasłem reakcji. I w tym punkcie i momencie rozwiera się przed zachowawcami polskimi skomplikowana alternatywa: wykreślić średnią pomiędzy uświęconymi w sercach postulatami narodowymi, bronionymi wówczas przez Rewolucję i zasadą porządku społecznego, za którą – o jedną więcej tragedię polskiego losu! – stają w tej dobie wrogie autokracje Mikołajów, Fryderyków i Ferdynandów. Tę rozterkę czuć w duszach Popielów, Koźmianów, Helclów i Wielopolskich, a powstający w jesieni 1848 r. „Czas” stać się powinien – w prawdopodobnych założeniach swoich fundatorów, które zapewne się uwydatnia w przygotowanych do druku pamiętnikach i listach niektórych z nich – wypadkową pomiędzy przyrodzonymi duszy polskiej nacjonalizmem a nieodbicie potrzebną w życiu polskim konserwatywną doktryną.

            Wstaje druga generacja polskich konserwatystów. To „Stańczyk”, skupieni w okresie Sadowy, w epoce drugiego „wyzwolicielu narodów” z rodu Bonapartych, w okresie Risorgimentu włoskiego i krystalizowaniu się nowoczesnych Niemiec.

            Są wśród nich przede wszystkim dwaj Dioskurowie poprzednik prof. Konopczyńskiego na jagiellońskiej katedrze Józef Szujski – serce gorące, z temperamentu niechętny wszelkim międzynarodowym infiltracjom do psychiki polskiej admirator w matejkowskiej stylu przeszłości narodowej i Stanisław Tarnowski tradycjonalista z krwi i kości upodobań, miłujących całokształt spuścizny szlacheckiej od szesnastowiecznych wspominków i kolęd począwszy (którym poświęcił osobne studium), aż do motywów ludowych w muzyce Szopena i aż do „ostatniej polskiej matrony” zaprzyjaźnionego wiejskiego dworu, na której cześć on i jemu bliscy wyśpiewali istną litanię pochwał i nekrologów. Tak! starzy „Stańczycy” krakowscy byli zdrowymi nacjonalistami i dlatego umarli niepogodzeni z zawrotną ewolucją swoich najbliższych epigonów.

            A zdarzyło się też i tak, że wraz z mogiłą ostatniego ze starej szkoły, Stanisława Tarnowskiego (zmarłego, jak wiadomo, w końcu 1917 r.) zamknęła się także doba dziejowa. W otworzonym rok później okresie niepodległości weszli konserwatyści polscy rozbici jak stado kuropatw i celów zapewne rozbijani przez dybiące na jej zgubę tajne siły wywrotu. A był w tym wszystkim jeden jeszcze charakterystyczny symptom, zupełnie prawie nieuwzględniany, tj. olbrzymi rozziew, nie do zakopania przepaść jak w czasie wojny rozwarła się wszędzie, a więc również i w obozie konserwatywnym polskim pomiędzy „starymi a nowymi latami”. Był to zaś z pewnością objaw dla tradycji niebezpieczny, jeżeli – we Francji – „młodzi” wołali głośno i z mocnym zamiarem realizacji: Rajeunissons les eadres!…place au jeunes!a bes la gerontocratie; jeżeli – we Włoszech – starych bądź co bądź zasłużonych polityków rewolucja faszystowska odrzucała niczym śmieci od nic niemającej z Panteonu czy Prytanei graciarni; jeżeli wreszcie – w Polsce, a mówią tu wyłącznie o obozie wychowawczym z nielicznymi co prawda wyjątkami – „czuliśmy od zarania naszej niepodległości i ciągle czujemy, my, młodzi, bojownicy zachowaczości, jak dalece nas mało w sensie myślowym łączy z żyjącem pokoleniem starszych zachowaców, jak nasze metody twórcze są im obce i nieraz niemiłe i o ile bardziej się rozumiemy i mamy cech wspólnych z mentalnością polityczną ich ojców czy dziadów”.

            Smutna i szkodliwa ta dysharmonia uwydatniła się wiele razy: zarówno w traktowaniu przez odrębne pokolenia zachowaców problematu żydowsko-masońskiego w stosunku do rzeczywistości, który nas nauczyła rozumieć wojna, a przed którego rozwiązaniem oni trwożnie się uchylali: zarówno w ich niezrozumiałej nam pobłażliwości dla wdzierających się zwycięsko w ich szeregi doktryn liberalno-paneuropejskich; zarówno przy całej tej osobliwej, pomajowej konsolidacji konserwatyzmu, która dokonywa się – wbrew zdrowszemu instynktowi „starszych panów” – w teorii i praktyce: „pod hasłami antynacjonalistycznemi”.

            My, młodzi, na te podwórka nie pójdziemy. Nie po to walczyliśmy przez lat pięć o renesans polskiego konserwatyzmu w ciężkim trudzie, zaparciu się siebie, odosobnieniu i przemilczeni, ażeby nas – w szóstym roku naszej pracy – miano zaprząc do kosalidacyjnego rydwanu, na którym niewiadomo, kto właściwie powozi i komu zależeć może, aby służyć jako wehikuł dla antynarodowych nowinek. Choćbyśmy nie wiem jak wierzyli w dobrą wolę popleczników jedności i zgody – to, my w obozie myśli zachowaczej, zawsze będziemy stać na straży dewizy Szujskiego, aby „Naród był wielki i dobry na bliźni!”.

 Kazimierz Marian Morawski

Źródło: „Trybuna Narodu” 1927, nr 5, s. 3-4.

a.me.


[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *