Buldogi papieża Franciszka

  

 

Jestem zwolennikiem papieża Franciszka. Uważam – jakby dla wielu w Polsce niewiarygodnie to brzmiało – że Kościół i katolicy muszą się dziś przygotować na sytuacje bycia absolutną mniejszością. Na funkcjonowanie w środowisku nawet nie tyle antychrześcijańskim, co achrześcijańskim. I że gdyby zastanawiać się jak rozłożyć akcenty, to bardziej niźli umacniać wierzących, następca Świętego Piotra musi dziś bardziej docierać do indyferentnych. Pisałem zresztą o tym zaraz po wyborze obecnego papieża (http://jflibicki.salon24.pl/493600,rzym-biala-sutanna-krotka-analiza).

 
Franciszek próbuje więc to robić. I chwała mu za to. Jakie będą tego rezultaty? Tu osobiście stawiam jednak znak zapytania. Dlaczego? Bo pewne papieskie posunięcia wydają mi się jednak za szybkie. Za radykalne. Żadna instytucja – a szczególnie Kościół – rewolucji nie lubi. Zmiany trzeba więc przeprowadzać tak, by wszyscy jej członkowie wiedzieli, dokąd idziemy. By nie powstało wrażenie chaosu.
 
Papieskie wywiady naprędce zdejmowane z watykańskich stron, wyglądające na radykalne ograniczenie kościelnych godności (które jakoś tam rozumiem przypominając sobie coroczne procesje Bożego Ciała, kiedy to często – przy czwartym ołtarzu – purpura okazałych szat współgra z purpurą zmęczonych, nalanych twarzy, na których maluje się wysiłek wynikły z przyniesionych właśnie co obfityszych, kanonickich ciał), szybkie i wyglądające na nieprzemyślane zmiany personalne w najważniejszych kongregacjach, wreszcie – sprawa Franciszkanów Niepokalanej, po której tak naprawdę nie mamy pełnej jasności czy motu proprio Benedykta XVI obowiązuje w swym najważniejszym zapisie czy nie… Trochę wygląda na to – niech mi to papież Franciszek wybaczy – jakby po telefonach do kioskarza w Argentynie, karmelitanek w Hiszpanii czy śniadaniu z bezdomnymi spod Watykańskiego Biura Prasowego, zostawało już bardzo mało czasu na papieskie rządzenie. Rządzenie wielką – bądź co bądź – instytucją. Przy czym zaznaczam: te spektakularne, ale proste gesty uważam, w dzisiejszym, medialnym świecie za ogromnie ważne.
 
Dlaczego o tym piszę? Po pierwsze dlatego, że wiem, iż Franciszek się na mnie za to nie obrazi, choć niewielkie są szanse aby to przeczytał. Że nie uzna tego za przejaw braku należnego mu z mojej strony posłuszeństwa. Jest jednak tutaj jeszcze i sprawa druga. Otóż głównym motywem papieskiego wyboru kardynała Bergoglio było położenie kresu toczącym się pod rzymskim dywanem walkom kurialnych buldogów. Tymczasem mało czasu na rządzenie, wsparte szybkim podejmowaniem radykalnych decyzji, w dużej, powolnej instytucji może powodować chaos. Chaos, który raczej sprzyja intensywności owych buldożych walk. Czy tak jest dziś w Kościele? W Rzymie? W Watykanie?
 
Trudno orzec, bo w tej instytucji zawsze czytać należy raczej między wierszami. No więc ja czytam. I gdy czytam jak prefekt Kongregacji Biskupów, kardynał Marc Quellet mówi, że „Kościołowi grozi w przyszłym roku polaryzacja wokół kwestii antropologicznych dotyczących małżeństwa i rodziny” (http://www.fronda.pl/a/kard-ouellet-strzezmy-sie-polaryzacji-w-kosciele,33101.html), to zastanawiam się, jak mam to czytać? Czy nie, jako zapowiedź tego, że za plecami wydzwaniającego po świecie do kolejnych miejsc papieża, kurialne grupy szykują się do kolejnych, jeszcze cięższych bitew? Bitew, których zakończenie miało być przecież głównym zadaniem pontyfikatu papieża Franciszka. Obym się mylił, ale… Słowa kardynała Quellet brzmią mi tutaj naprawdę złowieszczo…
    
Jan Filip Libicki
 
[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *