KIBICE JAKO WSPÓLNOTA NIEWIDZIALNEJ RELIGII cz. II

Typologia kibiców jako członków grupy religijnej
 

Zbiorowość kibiców jest liczna i wewnętrznie zróżnicowana, ale przyjęcie perspektywy religijnej pozwala oderwać się od utartych schematów klasyfikacji dzielenia sportowej widowni na: (a) kibiców i pseudokibiców czy też (b)  ultrasów, chuliganów i pikników. Wcześniejsze ustalenia uprawniają nas do tego, aby spojrzeć na kibiców z perspektywy religijnej, a zaproponowana przez nas typologia pozwoli lepiej zrozumieć zjawisko kibicowania, wykraczając poza utarte klasyfikacje, które po pierwsze mają publicystyczny charakter, a po drugie odwołują się wyłącznie do oceny zewnętrznych przejawów zachowań. Proponujemy więc kontynuować metaforyczne ujęcie kibiców jako członków grupy religijnej i wprowadzić typologię kibiców opartą na dwóch kryteriach: poziomie zaangażowania i formie kultu. Prezentowana poniżej typologia jest wynikiem badań (obserwacji uczestniczącej oraz wywiadów swobodnych) prowadzonych od 2001 roku wśród kibiców w Polsce, Anglii oraz Holandii. Ponadto oparta została na analizie treści publikowanych i niepublikowanych pamiętników kibicowskich oraz internetowych forów. W wyniku analizy zgromadzonego materiału udało się wyodrębnić sześć zasadniczych typów idealnych kibiców: (1) fundamentaliści, (2) ortodoksi, (3) małej wiary, (4) wierzący niepraktykujący, (5) dewoci oraz (6) ateiści.
 
Pierwszą wyodrębnioną kategorią są kibice fundamentaliści – grupa kibiców całkowicie, bezwarunkowo i fanatycznie oddana swojemu klubowi. Zewnętrzne formy fundamentalizmu kibicowskiego są różne w zależności od kraju i klubu. Fanatyzm kibiców wydaje się większy i bardziej spektakularny w kulturach południowych (Ameryka Południowa oraz kraje południowej Europy), choć kibiców fundamentalistów nie brakuje również w Skandynawii. Zewnętrzną formą identyfikacji kibiców fanatyków był przez wiele lat tatuaż, tradycyjny symbol wierności klubowi, który od lat sześćdziesiątych XX wieku uchodził za symbol przynależności do elitarnej grupy najbardziej fanatycznych wyznawców. Tradycja tatuażu dotyczyła zwłaszcza klubów z Wysp Brytyjskich, gdzie narodziło się nowożytne zjawisko kibicowania. Z czasem dostępność tatuaży wzrosła, a ich wykonywaniem zaczęli zajmować się profesjonaliści, którzy w dwie godziny mogą na ciele wytatuować herb dowolnego klubu sportowego, jeśli tylko posiadają odpowiedni wzór. We współczesnym środowisku kibiców tatuaże są bardziej istotne, gdy symbolizują małe, prowincjonalne kluby, niebędące częścią kultury masowej, ani też markami produktów telewizyjnych.
 
Wyróżnikiem kibiców fanatyków jest sposób zaangażowania w życie klubu. Nie pozostają oni bowiem jedynie biernymi obserwatorami sportowych zmagań, ale stają się ich częścią. W czasie meczów, które mają charakter liturgii, pełnią rolę liturgicznej służby ołtarza. Dotyczy to zwłaszcza kibiców zrzeszonych w grupach kierujących dopingiem, tworzących oprawę dźwiękową oraz choreograficzną, a także ochraniających flagi oraz inne święte insygnia. Zorganizowany doping, efektowna choreografia, transparenty, chóralne śpiewy powodują, że pozornie zwykłe wydarzenie – rywalizacja sportowa – nabiera iście mistycznego charakteru. Poza zaangażowaniem w liturgiczną służbę ołtarza fundamentalistów wyróżnia (przede wszystkim) radykalizm poglądów zachowań oraz postaw. Fundamentaliści nie muszą być osobami głęboko wierzącymi, często się zdarza, że gdy przestają intensywnie angażować się w sprawy klubowe, to zupełnie odchodzą ze wspólnoty religijnej. Wydaje się, że bardziej, niż wiara w klub, do wspólnoty religijnej przyciąga ich zaangażowanie, aktywność, możliwość działania, wreszcie wyjątkowe poczucie wspólnoty.
 
Fundamentalistom towarzyszy głębokie przekonanie o własnej wyjątkowości, misji oraz wierność ortodoksji. Kibiców o skłonnościach fundamentalnych charakteryzuje głębokie poczucie bycia „prawdziwymi” wyznawcami i nierzadko oskarżają, a nawet odmawiają innym – mniej zaangażowanym grupom – określania siebie mianem kibiców. Ich mentalność i sposób myślenia zawarta jest w apokaliptycznych słowach św. Jana Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący ani zimny, chcę Cię wyrzucić z moich ust. (Ap. 3, 15–16). Prostą konsekwencją tego jest jawny brak akceptacji, a wręcz wrogość wobec wszelkiej inności, to jest przede wszystkim wobec kibiców innych drużyn, czyli członków innej grupy religijnej, wyznającej inne bóstwo, ale również mniej zaangażowanych członków własnej grupy religijnej, którzy często oskarżani są o niewystarczającą gorliwość w oddawaniu czci bóstwu. W kibicowskim żargonie tacy kibice określani są (nieco pogardliwie) mianem pikników, gdyż w spektaklu sportowym nie odgrywają żadnej szczególnej roli, a uczestnictwo w meczu traktują jako formę rozrywki.
 
Codzienne życie kibiców fundamentalistów całkowicie podporządkowane jest aktywności kibicowskiej, a różni się od życia pozostałych kibiców tym, czym według Maksa Webera (por. 1994: 100–104) różniła się wiara protestantów od katolików – ci pierwsi mieli myśleć o Bogu nieustannie, a drudzy wyłącznie odświętnie. Dla fanatyków uczestnictwo w meczach, przygotowanie do tych spektakli, jest istotnym elementem budującym tożsamość. Ich społeczne środowisko, krąg najbliższych znajomych oraz przyjaciół tworzą osoby, które są członkami tej samej grupy religijnej, kibicują temu samemu klubowi, często są to współtowarzysze, również fanatycy (por. Mathias 1991). Wspólnotowe więzi tworzone w ramach grupy religijnej kibiców są często jedynymi tak silnymi więzami, jakie udaje im się zawiązać, a grupa kibiców to jedyna wspólnota, której czują się członkami. Szczególnie istotne jest tutaj również subiektywne poczucie roli, jaką klub odgrywa w ich życiu. Kibic brazylijskiego klubu Gremio Porto Alegre zapytany o to, jak ważny jest dla niego klub, odpowiada: Gremio to moja religia, moje życie, bez niego jestem nikim („Wojny na stadionach. Brazylia”).
 
Fundamentalni kibice potrafią się wzajemnie nienawidzić, ale równolegle łączy ich walka z religijną obojętnością, a przede wszystkim z sekularyzowanym światem zewnętrznym. Fanatycy często sceptycznie i bez szacunku odnoszą się do mniej zaangażowanych wyznawców własnej religii. Fundamentalistów łączy empatyczna więź i wzajemnie umacniane poczucie kibicowskiej awangardy. Świadczą o tym liczne przykłady solidarności pomiędzy fundamentalistami różnych grup religijnych, zarówno ultrasowych (wstrzymywanie dopingu na znak protestu przeciwko niewpuszczaniu kibiców gości na trybuny albo rekwirowaniu im materiałów pirotechnicznych), a przede wszystkim chuligańskich (wzajemna pomoc przy wymykaniu się policyjnym eskortom).
 
Drugim typem idealnym kibiców są ortodoksi. Są to kibice „głęboko wierzący”, silnie zaangażowani emocjonalnie w życie wspólnoty religijnej, uznający klub, jego herb oraz barwy za świętość, a stadion za pewnego rodzaju sanktuarium. Ich wiara jest silna, ale oni sami nie muszą być częścią liturgicznej służby. Natomiast gorliwość sytuuje ich w kręgu najbardziej gorliwych wyznawców, stwarzając subiektywne poczucie roli strażników świętego ognia. W przeciwieństwie do fundamentalistów nie cechuje ich tak daleki radykalizm postaw, nie przypisują sobie również mocy wykluczania ze wspólnoty religijnej innych kibiców. Zabierają głos jedynie w najważniejszych dla klubu kwestiach, zwykle pozostając w cieniu, ale gdy ortodoksja jest zagrożona, wówczas (często wspólnie z fundamentalistami) podejmują działania w celu ochrony tego co święte. Nie zmienia to faktu, że przez fundamentalistów (zwłaszcza chuliganów i ultrasów) są traktowani jako pikniki, co odnosi się do ich zewnętrznej religijności, ale emocjonalne zaangażowanie, poczucie przynależności stawia ich w gronie najbardziej gorliwych wyznawców. Mniejszy radykalizm sprawia, że skłonni są akceptować jako współwyznawców również mniej zaangażowanych kibiców jako członków tej samej grupy religii. Nie ma więc tutaj charakterystycznego dla fundamentalistów wykluczania niezaangażowanych kibiców ze społeczności kibicowskiej, ale próba wciągnięcia jak największej liczby osób w celu wspólnego uczestnictwa w obrzędach. W tym sensie ortodoksi są znacznie bardziej otwarci na ludzi niż fundamentaliści, których poczucie awangardowości prowadzi do swoistego autoizolacjonizmu.
 
Ortodoksi nie przypisują sobie prawa do bycia jedynymi prawdziwymi wyznawcami i spadkobiercami świętej tradycji. Używając języka socjologii religii można powiedzieć, że kibice głęboko wierzący traktują członkostwo w religijnej wspólnocie kibiców jako element sfery prywatnej. Oznacza to, że w znacznie mniejszym stopniu uzewnętrzniają oni swoją wiarę oraz mniej ostentacyjnie manifestują publicznie swoją przynależność do wspólnoty religijnej, co jednak nie znaczy, że muszą być kibicami słabszej wiary. Dla kibiców ortodoksów przynależność do religijnej grupy kibiców jest ogromnie istotnym, ale nie najważniejszym elementem w życiu, dla nich istnieje życie poza wspólnotą kibiców. Wielu z nas ma rodziny, dzieci. Kilka osób wyjechało na studia, część na Wyspy. Doszło do sytuacji, że oprawę szykowały 2–3 osoby („To My Kibice” nr 3 (78) 2008, s. 30). Uczestniczą oni w rytualnych spotkaniach i nabożeństwach, ale kibicowanie nie stanowi treści ich życia, nie jest także główną charakterystyką konstytuującą ich osobowościową tożsamość. W praktyce ich zaangażowanie przejawia się w uczestnictwie w rytualnych nabożeństwach, towarzyszeniu zespołowi zarówno podczas spotkań na własnym stadionie, jak również podczas meczów wyjazdowych. Właśnie owo podróżowanie za drużyną, obecność wszędzie tam, gdzie jest reprezentująca go drużyna, jest swoistym kibicowskim wyznaniem wiary. Taka aktywność wymaga odwagi i poświęcenia, będąc formą podróżowania i głoszenia dobrej nowiny wśród wrogo nastawionych innowierców. Stąd u kibiców ortodoksów bierze się prometeizm, poczucie bycia strażnikiem ortodoksji.
 
Kibiców ortodoksów charakteryzuje niski poziom tolerancji dla kibiców innych drużyn. Akceptują fakt ich istnienia, ale uznają ich bóstwa za gorsze, mniej święte. Bierze się on głównie z doświadczenia w pielgrzymowaniu za własną drużyną i konfrontacji z agresją (zarówno symboliczną, jak fizyczną) ze strony kibiców miejscowych drużyn. W świecie kibicowskim, kibice gości traktowani są jako konkurencyjna (często również wroga) grupa religijna, fizycznie zasiadają w odseparowanym miejscu, oddzielonym od kibiców miejscowych płotem, siatką, a często nawet dodatkowym sektorem buforowym. Organizatorzy widowisk sportowych czynią wszystko, aby nie dochodziło do fizycznego kontaktu między kibicami rywalizujących ze sobą drużyn. Przyjmuje się, że są to dwie grupy religijne, które oddają kult konkurencyjnym bóstwom. Trzeba jednak zaznaczyć, że mimo niskiej tolerancji kibiców wobec wyznawców klubowych bóstw kibice ortodoksi rzadko posuwają się do przemocy fizycznej, ewentualną agresję wyrażają głównie symbolicznie.
 
Trzecią kategorią członków grupy religijnej kibiców są kibice małej wiary. Cechą ich wyróżniającą jest mniejsza gorliwość, duża tolerancja dla innowierców i biblijna „letniość”. Dla kibiców małej wiary sakralność idei klubu nie jest już tak oczywista, a prymat własnego klubu nad innymi nie jest wcale absolutny. Czują się oni wprawdzie członkami wspólnoty religijnej, ale ich stosunek do świętej tradycji klubu jest obojętny, przez co w mniejszym stopniu identyfikują się z klubowymi barwami i tradycją, a bardziej ukierunkowani są na teraźniejszość. Kibice małej wiary szybko akceptują nową (sponsorską) nazwę klubu, nie przywiązują szczególnej wagi do tradycji, a obiektem ich kultu są zwykle aktualnie występujący zawodnicy. Dzieje się tak, bo w kibicowaniu nie dostrzegają głębszej idei, a w swoim kibicowskim zachowaniu są dość pragmatyczni – gdy drużyna sromotnie przegrywa albo mecz jest transmitowany w telewizji, pozostają w domu. Jednak ich ekumenizm wyraża się przede wszystkim w stosunku do kibiców innych drużyn, niezależnie od tego komu kibicują. Prezentują oni niespotykane u innych kategorii kibiców zrozumienie dla innowierców i szacunek dla ich odmienności, w tym sensie można ich również nazwać ekumenicznymi. Gdyby ich klub nie istniał albo, gdyby występował w innej dyscyplinie, wówczas z pewnością kibicowaliby innemu.
 
Nie jest to regułą, ale często dystans kibiców małej wiary bierze się z tego, że są oni przede wszystkim sympatykami danej dyscypliny sportu, a w drugiej kolejności sympatykami własnego klubu. Przynależność do grupy religijnej jest jednak raczej wynikiem (rodzinnych, dzielnicowych) tradycji czy też wpływu grupy koleżeńskiej aniżeli wiary w nieprzemijającą świętość idei klubu. Można ich przyrównać do osób stojących w przedsionku kościoła, które zawsze obecne na niedzielnej mszy, rzadko kiedy jednak przekraczają próg kościelnej kruchty. Ujmując rzecz zwięźle – nie angażują się zbytnio emocjonalnie. W ich przypadku regularne uczęszczanie na niedzielne nabożeństwa bierze się z bezrefleksyjnej rutyny, presji otoczenia czy względów towarzyskich, co nie zmienia faktu, że z czasem buduje pewne poczucie więzi ze wspólnotą wierzącą. Kibice małej wiary aktywnie uczestniczą w rytualnych obrządkach meczowych zarówno u siebie, jak i (rzadziej) na wyjeździe, jednak nigdy nie zasiadają w sektorze dla kibiców przyjezdnych, gdzie obecność wymaga zaangażowania.
 
Czwartą kategorią kibiców są kibice wierzący, ale niepraktykujący. Podobnie jak ortodoksi oni również czują się częścią klubu, bardzo silnie się z nim identyfikują, ale nie uczestniczą bezpośrednio w sportowych zawodach z dwóch powodów: z wyboru albo z konieczności. Poziom wtajemniczenia wierzących, niepraktykujących może być różny. Generalnie jednak są to kibice emocjonalnie zaangażowani, nie różniący się znacząco od głęboko wierzących pod względem emocjonalnego zaangażowania. Utożsamiają się oni z klubem, czują się częścią religijnej grupy kibiców. To, co ich wyróżnia, to brak uczestnictwa w sportowych rytuałach. Część kibiców nie znosi nadmiernej obrzędowości, stadionowej atmosfery igrzysk, festynu, wspólnych śpiewów, meksykańskiej fali, układanej z kartonów bogatej choreografii czy zapachu świec dymnych. Ludyczność sportu, rozdmuchana ceremonia ich odstrasza, zwłaszcza, że dla nich uczestnictwo w religijnych obrzędach ma charakter indywidualnego kontaktu z sacrum bez obecności wspólnoty. Jest to swego rodzaju przejaw procesów indywidualizujących religię. Kibice tacy, choć silnie zaangażowani duchowo, to fizycznie nieobecni w obrzędach stają się ucieleśnieniem hasła Wiara tak! Kościół nie! Dla nich kibicowanie, szczególnie w trakcie meczu, jest swego rodzaju intymnym spotkaniem z sacrum, a to niezwykłe osobiste spotkanie nosi znamiona niemalże mistyczne, więc możliwe do zaistnienia poza formalnymi strukturami organizacji religijnej.
 
Nieobecność w rytualnych nabożeństwach może być efektem zwykłej fizycznej niemożliwości uczestnictwa w widowisku sportowym ze względu na odległe miejsce pracy, zamieszkania czy kalectwo. Kibicowanie na odległość nie jest zjawiskiem ani nowym ani rzadkim, ale dzięki współczesnym zdobyczom techniki obecnie dużo powszechniejszym. Przypomina to trochę słuchanie nabożeństwa przez radio albo oglądanie go w telewizji. Przeprowadzono wiele badań na temat kibicowania „na odległość” i dzięki temu istnieje bogata literatura na ten temat (Nash 2000). W dobie globalizacji znacznie łatwiej jednoczyć się z ukochaną drużyną, nawet będąc w odległości kilku tysięcy kilometrów. Natomiast uczestnictwo w sportowych zawodach przyjmuje wówczas charakter pielgrzymki do Mekki, odbywanej sporadycznie, ale z należytą nobliwością.
 
Piątą kategorią są kibice dewoci, a ich wiara przejawia się w ostentacyjnym demonstrowaniu przynależności do wspólnoty religijnej. Trzeba przy tym pamiętać, że doświadczenie religijne można rozpatrywać w dwóch wymiarach: wewnętrznym – głębszym oraz zewnętrznym – społecznie i kulturowo uwarunkowanym. O ile jednak wiara religijna dąży do ujawnienia się na zewnątrz i w zasadzie trudno jest mówić o wierze bez religijności, o tyle znane są zjawiska religijności nieoparte na wierze. To rozróżnienie jest szczególnie ważne przy rozważaniach nad kategorią kibiców-dewotów. W zasadzie ich religijna aktywność ogranicza się do sfery zewnętrznej, bowiem w przeciwieństwie do kibiców wierzących, ale niepraktykujących, dewoci stanowią grupę praktykującą, ale nie (do końca) wierzącą. W religijnej wspólnocie kibiców wyróżniają się bogactwem wszelkiego rodzaju gadżetów, sezonowym uczestnictwem w zawodach sportowych. Dla dewotów uczestnictwo we wspólnocie religijnej ogranicza się do niedzielnego, często nieregularnego uczestnictwa w meczu i służy raczej pokazaniu się.
 
Dewoci nie dość, że swoją gorliwość ograniczają do nieregularnych wypraw na stadion, to członkami wspólnoty religijnej są bardziej zewnętrznie niż wewnętrznie. Nie są związani emocjonalnie z klubem, z jego nazwą i tradycją, ale jeśli zdecydują się wybrać na mecz swojej (najczęściej lokalnej) drużyny, to brak wiary starają się odkupić w sferze zewnętrznej poprzez demonstracje dewocjonaliów – koszulek, czapeczek, znaczków itd. Można skonstatować, że tylko w sferze symbolicznej stają się na chwilę członkami wspólnoty religijnej, zwłaszcza wtedy, gdy ta świętuje okres największych tryumfów. Faktycznie, ich uczestnictwo w grupie religijnej jest w gruncie rzeczy powierzchowne i sprowadza się do zewnętrznych form wyrażania kultu religijnego pozbawionego większej refleksji. Widoczne to jest szczególnie przy zmianie nazwy, znaku czy barw klubu (z tradycyjnych na sponsorskie); kibicom dewotom nie robi to zresztą szczególnie wielkiej różnicy, bowiem nie przywiązują się do „detali”.
 
W świecie religijnym kibiców dewocjonalia pełnią bardzo istotną funkcję, a sprzedażą prawdziwych (magicznych) dewocjonaliów zajmują się specjalne instytucje – oficjalne sklepy klubowe. Analogicznie do świata religijnego,  poza „oficjalnym obiegiem dewocjonaliów”, którym przypisuje się moc niemal sakralną, istnieje cały szereg „nieoficjalnych” dewocjonaliów, czyli zwykłych podróbek. Magiczna wartość dewocjonaliów wykorzystywana jest bezwzględnie przez ich producentów oraz sprzedawców w celach komercyjnych. Ceny oficjalnych pamiątek klubowych są bardzo wysokie i niewspółmiernie wysokie do ich materialnej wartości. Cena klubowej koszulki może wynosić 40 euro, choć jej materialny odpowiednik – markowa koszulka tej samej renomowanej firmy, jednak bez znaku klubowego, kosztuje nawet dziesięć razy mniej.
 
Kibiców dewotów nie można mylić z kibicami małej wiary. Choć na pierwszy rzut oka grupy te wydają się podobne, to jednak różnica między nimi jest dość znaczna. Kryterium zasadza się na stopniu postrzegania klubu jako sacrum. Jak już zaznaczono, kibiców małej wiary można porównać do osób, które stoją z tyłu Kościoła. Nie angażują się specjalnie w wyznawanie wiary, jednak stosunkowo systematycznie uczestniczą w obrzędach. Gdzieś podskórnie wierzą być może, że jest tam ukryty element świętości, z natury sceptyczni, stają jednak na uboczu, ażeby w razie pomyłki nie narazić się na zbyt duże rozgoryczenie. Trzymając się tej analogii, kibiców dewotów można porównać do tych, którzy w czasie liturgii chcą być postrzegani jako osoby gorliwe, siedzą możliwe najbliżej ołtarza, a po nabożeństwie pośpiesznie przepychają się pomiędzy staruszkami, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu na obiedzie. Kieruje nimi w takim kultywowaniu wiary nie przemożne przekonanie o sakralności klubu, ale pewien rodzaj mody. Gadżety mają tu służyć kreowaniu własnej tożsamości poprzez najbardziej widoczne – wizualne – elementy kultu. Jednakże po meczu szalik ląduje w koszu z brudną bielizną albo w szafce na buty. Spektakl bowiem się zakończył, a życie toczy się nadal.
 
Ostatnią wyodrębnioną kategorią kibiców są ateiści. Nie są oni członkami wspólnoty religijnej kibiców, ale są ważnym punktem odniesienia w analizach społecznego fenomenu kibicowania. Bez nich zrozumienie fenomenu religijnej grupy kibiców wydaje się trudne, a nawet niemożliwe. Najprościej rzecz ujmując są to kibice sportu, którzy nie identyfikują się z żadnym klubem, nie czują się absolutnie częścią jakiejkolwiek wspólnoty, ale uważają siebie za znawców kibiców i sportu. W zasadzie wszelkie poczucie wspólnotowości jest im obce, bowiem ona ich ogranicza, zakotwicza w kolektywie, zabiera wolność. Ateiści to indywidualiści, którzy nie lubią się z niczym i z nikim wiązać, są typowymi konsumentami sportu, cenią komfort, a własne zaangażowanie ograniczają do jednorazowego aktu konsumpcji określonej dawki rozrywki (za którą płacą). Patrzą oni na klubowe zaangażowanie z dystansem i parafrazując słowa niemieckiego filozofa widzą w nim swego rodzaju opium dla ludu. Dla sportowych ateistów identyfikacja z jakimś klubem (często lokalnym), wierność barwom klubowym, kultywowanie tradycji, budowanie  więzi w ramach wspólnoty kibiców jest zaprzeczeniem ponowoczesnej ideologii konsumenckiego niezaangażowania (Bauman 2007). Nie są to jednak klasyczni sportowi laicy, którzy ze sportem i kibicowaniem nie mają nic wspólnego, żyjąc niejako obok tego zjawiska. Ateiści znają się na sporcie, potrafią docenić piękno i jego nieprzewidywalność, ale nie są w stanie (nie chcą) wykształcić więzi emocjonalnych z żadnym (zwłaszcza lokalnym) klubem. Uważają się za koneserów sportu, fascynują się rozgrywkami ligi mistrzów, siatkarską ligą światową, mistrzostwami świata w piłce ręcznej, skokami Adama Małysza oraz jazdą Roberta Kubicy. Na mecze lokalnej drużyny uczęszczają sporadycznie i przyjmują postawę zdystansowaną, czasami nawet prześmiewczą, przy okazji narzekając na słaby poziom spotkania, kiepską widoczność i brak możliwości obejrzenia powtórek. Ateiści wyrażają fundamentalne niezrozumienie dla ekscytacji kibiców oraz lokalnych dziennikarzy dokonaniami zespołu, którego sporadycznych zwycięstw nikt nigdy w telewizji nie zobaczy, bo albo występuje on w niższej lidze albo uprawia dyscyplinę niszową. Afirmacja maksymy niech wygra lepszy wskazuje na rozrywkowo- estetyczne przesłanki obecności na meczach. Z tego powodu są oni orędownikami komercjalizacji sportu, przyznawania „dzikich kart” gwarantujących uczestnictwo najbogatszym w profesjonalnych ligach oraz przenoszenia klubów z małych do większych miast, gdzie istnieje większy potencjał rozwojowy. Przywiązanie do barw klubowych, poszanowanie tradycji i lojalność są im obce, są przejawem nieracjonalności i zaściankowego oporu wobec trendów nowoczesności. Kibice ateiści patrzą na wspólnotę religijną kibiców klubowych jak na opętanych członków sekty, pozbawionych integralnych przymiotów nowoczesności: racjonalności czy elastyczności. Natomiast ateiści jawią się członkom religijnej grupy kibiców jako klasyczny przejaw zsekularyzowanego sportu, pozbawionego wartości (innych niż komercyjne) i sprowadzonego do czystej postaci biznesu. Punkt widzenia ateistów oddaje Piotr Kowalczuk (2007), który w artykule o wiele mówiącym tytule Igrzyska błaznów na łamach dziennika „Rzeczpospolita” tak oto podsumował zaangażowanie kibiców, których w naszej typologii zdefiniowaliśmy jako fundamentalistów: „Ideologia czy raczej religia ultrasa jest stosunkowo prosta i przypomina sposób myślenia agresywnej sekty. Wydaje im się, że są solą futbolu i depozytariuszami futbolowych wartości. Podczas meczu swemu bóstwu – drużynie i jej piłkarzom – ultrasi oddają cześć hymnami, portretami, transparentami i nierzadko przepiękną scenografią. Są ze swoją drużyną na meczach wyjazdowych i treningach. Ale gdy ich drużyna walczy na boisku z rywalami, oni prowadzą z równym zacięciem swoją wojnę” .

Modern sport, czyli proces sekularyzacji niewidzialnej religii kibiców

 
Analogicznie jak w przypadku tradycyjnych religii, również w niewidzialnej religii kibiców widoczne są procesy sekularyzacyjne określane mianem modern sport, polegające na racjonalizacji widowisk sportowych i uczynieniu z religijnej mitologii dochodowego przedsięwzięcia. Służy temu modernizacja stadionów na wzór hal kinowych multipleksów (patrz: King 1998a). Ich celem jest uczynienie z nich komercyjnego spektaklu na wzór (w zależności od dyscypliny sportowej) plebejskiego teatru, rewii czy wręcz cyrku, w którym publiczność ma pełnić rolę konsumentów, płacących za możliwość oglądania, a w zasadzie konsumowania sztuki. Jak pisze Carlton Brick (2007: 162) „stadionowa atmosfera podlega odgórnej organizacji, natomiast istotny element sportowego widowiska – spontaniczność – jest ograniczony, a nawet zostaje zagubiony”.
 
Procesy modernizacyjne są w sporcie bardzo silne. Jednym z wielu ich przejawów jest widoczna sekularyzacja (wręcz profanacja) sportowych sanktuariów, polegająca na użytkowaniu stadionów – czyli obiektów o charakterze religijnym – przez dwa lub więcej kluby sportowe. Biorąc pod uwagę fakt, że religijne społeczności dwóch klubów z jednego miasta rzadko żyją w symbiozie, to pomysł rozgrywana meczu na wspólnym stadionie można przyrównać do propozycji, aby irlandzcy katolicy i protestanci korzystali z jednej świątyni w samym centrum Belfastu. Przykładów takich współużytkowanych stadionów jest wiele, choćby Allianz Arena w Monachium czy Stadion Olimpijski w Rzymie, gdzie ze względów komercyjnych dwie od wieków żyjące w stanie wojny grupy religijne dzielą wspólne sanktuarium. Jednocześnie można wskazać wiele przykładów, gdzie mimo silnej presji ekonomicznej, dwa kluby grają niejako obok siebie, tak jak to dzieje się w Liverpoolu, gdzie stadiony dwóch wielkich klubów, FC Liverpool i Evertonu, a jednocześnie sanktuaria dla dziesiątek, jeżeli nie setek tysięcy kibiców wyznawców obu religii znajdują się dosłownie w odległości 300 metrów od siebie. Mimo geograficznej bliskości nie dopuszcza się nawet możliwości rozgrywania spotkań na wspólnym stadionie ze względu na sakralny charakter obiektów. Natomiast dwa rywalizujące kluby z Mediolanu: Inter i AC Milan rozgrywają swoje mecze na jednym obiekcie5, który jednak przez obie grupy religijne nazywany jest zupełnie odmiennie – dla kibiców Interu jest to Stadio Giuseppe Meazza, natomiast dla sympatyków Milanu to Stadio San Siro. Można powiedzieć, że mimo fizycznej wspólnoty – w sferze kultury symbolicznej – ten sam stadion stał się elementem dwóch odrębnych świętych kosmosów, w których jest 5 Powodem takiego stanu rzeczy był ogromna bieda na przełomie XIX i XX wieku we Włoszech, która nie pozwalała na wybudowanie dwóch odrębnych obiektów sportowych. on dla członków obu religijnych wspólnot zupełnie czymś innym, odmiennym sanktuarium. Niedostrzegalność sakralności obiektów sportowych powoduje, że od czasu do czasu również w Polsce pojawiają się pomysły, aby kluby z jednego miasta (w ramach oszczędności) rozgrywały mecze na wspólnym stadionie, na przykład w Łodzi (Widzew oraz ŁKS) czy Warszawie (Polonia oraz Legia), budzą one jednak wśród kibiców kontestacje, a nawet wywołują objawy agresji. Podsumowując kwestię świętych miejsc trzeba podkreślić, że legendarne stadiony wielkich klubów piłkarskich stają się powoli swego rodzaju parkami rozrywki na wzór Disneylandu, gdzie niemal wszystko podporządkowane jest wygodzie turystów, a sanktuarium przeistacza się w jeden wielki kompleks pamiątkarsko-usługowy. Pozostaje tylko pamiętać, że wykorzystanie miejsc kultu religijnego do celów komercyjnych jest zjawiskiem dość powszechnym, a przykład Lichenia dowodzi, że obecnym również w Polsce.
 
Transfery zawodników i trenerów są najbardziej wyrazistym aspektem komercjalizacji sportu. Zawodnicy przychodzą i odchodzą, bo – poza nielicznymi wyjątkami – kluby stały się dla nich wyłącznie miejscem pracy. Bohaterowie stadionów nie znają ich historii, nie szanują tradycji, czasami nawet dobrze nie wiedzą, do jakiego klubu zostali sprzedani, tak jak zawodnik FC Liverpoolu Javier Mascherano, który na inauguracyjnej konferencji prasowej opowiadał, jaki jest dumny z bycia „czerwonym diabłem”, choć to określenie rywala Liverpoolu – Manchesteru United. Ten przejaw ignorancji i dyletanctwa symbolizuje stosunek wielu zawodowych sportowców do klubów, barw, historii i tradycji. Dla większości kibiców wierzących głęboko w sens wspólnoty niewidzialnej religii zawodnicy to tylko „kopacze”, „grajki” (piłkarze) czy „kolarze” (o żużlowcach), małe tryby w wielkiej maszynie, które dzisiaj są, a jutro zostaną sprzedani do innego klubu. Ich los w gruncie rzeczy pozostaje kibicom obojętny, choć bez wątpienia publiczność sportowa posiada swoich ulubieńców, których odejście wywołuje szczególne emocje.
 
Co do zasady, transfery nie są przez kibiców negowane, raczej przyjmowane jako zło konieczne. Są zawodnicy (Jerzy Dudek), którzy mimo odejścia ze swoich klubów (Feyenoord Rotterdam, Liverpool FC) cieszą się ogromnym szacunkiem kibiców, ale równocześnie są zawodnicy tacy jak Dennis Law (przeszedł z Manchester United do Manchester City), Luis Figo (przeszedł z Barcelony do Realu Madryt), Roberto Baggio (transfer z Fiorentiny do Juventusu), powszechnie uznawani są za zdrajców i świętokradców. Dla religijnej wspólnoty kibiców najważniejszy jest klub i wyraźnie oddzielają jego sakralność od z natury ułomnych, grzesznych i niedoskonałych zawodników, ale dla nowoczesnych konsumentów usług rozrywkowych kwestia transferów jest w zasadzie drugorzędna. Trzeba jednak pamiętać, że sekularyzacja sportu powoduje, iż sportowi konsumenci często przychodzą na mecze bez poczucia oraz szacunku dla świętości klubu i z lubością oklaskują kolejnych „złotych cielców” – bohaterów sportowej popkultury.
 
Na koniec trzeba wspomnieć, że w środowisku najbardziej radykalnych kibiców, ostrej krytyce poddawane są wielkie sportowe imprezy, które stają się powoli ucieleśnieniem nowoczesnego, skomercjalizowanego sportu. Komercjalizacja tych przedsięwzięć niszczy szlachetną ideę czystej rywalizacji. Na pierwszy plan wysuwają się pieniądze, w trakcie mistrzostw Europy czy świata coraz częściej mówi się o tym, ile można na organizacji turnieju
zarobić, jakie inwestycje należy wykonać i mierzy się finansowe korzyści. Pojawiają się pomysły, aby mecze ligi angielskiej rozgrywać w Chinach czy Japonii, po to by zwiększyć liczbę sprzedawanych gadżetów. Dla członków wspólnoty niewidzialnej religii, klubowych kibiców oznacza to daleko posuniętą profanację, dlatego część z nich protestuje przeciwko takim praktykom. Ich działanie, choć szlachetne, przegrywa w starciu z turbokapitalizmem (por. Luttwak 2000). Współczesny sport staje się produktem kultury masowej, względnie tanią i lekką telewizyjną rozrywką dla wszystkich, to doskonały interes, na którym można zarabiać miliony. Wielkie imprezy sportowe zaczynają przypominać spektakularne gale, rauty z czerwonymi dywanami, gdzie sportowa rywalizacja staje się tłem dla towarzysko-biznesowych spotkań. Zjawisko określane mianem modern sport zmierza do sekularyzacji sportu i pozbawienia go magicznego czy religijnego charakteru.

Podsumowanie
 
Społeczne zjawisko kibicowania wpisuje się w konteksty religii pozainstytucjonalnej czy też religii niewidzialnej, stając się jednak – przez swoje pograniczne usytuowanie – obszarem trudno dostępnym badawczo zarówno dla socjologii sportu, jak i socjologii religii. Ujęcie fenomenu kibicowania w kategoriach religijnych przeczy twierdzeniom, jakoby społeczeństwa przemysłowe stawały się coraz mniej religijne, a ich członkowie wiedli życie, w którym coraz mniej jest prawdziwego, autentycznego znaczenia. Analiza zjawiska kibicowania pokazuje, że zmianie ulegają jedynie formy religijności i realokacja sacrum poza tradycyjne struktury kościelne. Jednocześnie przyjęcie perspektywy religijnej w badaniach nad społecznym światem kibiców nie tylko zdaje się potwierdzać ustalenia Luckmanna o istnieniu nowych, niewidzialnych form religii, ale – co dla prowadzonej analizy jest znacznie bardziej
istotne – pozwala uchwycić „humanistyczne” aspekty fenomenu kibicowania, które dotychczas pozostając gdzieś na jego obrzeżach wymykały się procesowi poznania naukowego.

Dominik Antonowicz (UMK w Toruniu)

Łukasz Wrzesiński (UMK w Toruniu)

STUDIA SOCJOLOGICZNE 2009, 1 (192), s.115-149

a.me.

Facebook
[Głosów:0    Średnia:0/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *