Konecka: Kaukaska zadyszka Partnerstwa Wschodniego

Program Partnerstwa Wschodniego, którego głównym promotorem w Unii Europejskiej pozostaje Polska -stanął przed kolejnym problemem, tym razem z Kaukazu.

Cykliczny szczyt Partnerstwa Wschodniego miał się odbyć jeszcze w tym roku w Brukseli, a jego przedmiotem miał być pakiet zagadnień związanych z Azerbejdżanem i Armenią. Pandemia koronawirusa pokrzyżowała plany Unii Europejskiej, a w międzyczasie te zakaukaskie kraje ponownie znalazły się w stanie gorącego konfliktu militarno-politycznego, przez co powodzenie rozszerzenia programu Partnerstwa Wschodniego stało się bardziej niż wątpliwe.

Przyczyna „małej wojny” między Azerbejdżanem a Armenią 12 lipca 2020 r. była ta samo, co zwykle – kolejne zaostrzenie sytuacji w Górskim Karabachu, terytorium, które każdy z tych krajów historycznie uważa za swoje. Od 1991 r. jest to samozwańcza i nieuznawana republika,  Artsakh – de facto podległa Armenii (prezydentem kraju jest rdzenny Ormianin, Arajik Harutyunyan).

W lipcowym konflikcie zbrojnym zginęło 11 azerbejdżańskich żołnierzy, wielu zostało rannych. Biorąd to pod uwagę, minister spraw zagranicznych Azerbejdżanu Elmar Məhərrəm oğlu Məmmədyarov zaapelował do Zgromadzenia Ogólnego ONZ o potępienie Armenii za „nieodpowiedzialne zachowanie i działania naruszające międzynarodowe prawo humanitarne”. Azerska dyplomacja zwróciła się do Sekretarza Generalnego ONZ o nakłonienie Erewania do podjęcia negocjacji „w dobrej wierze” w celu politycznego rozwiązania konfliktu w Górskim Karabachu (czytaj: z czasem rezygnacji z tego terytorium na korzyść Azerbejdżanu).

Oczywiście jednak w istocie Baku stara się naświetlać fakty w sposób jednostronnie dla siebie korzystny. I tak min. Məmmədyarov pisze absolutnie kategorycznie, że „popełniając akt agresji, Armenia próbuje nadać nowy wymiar nierozwiązanemu konfliktowi w Górskim Karabachu, włączając w niego członków OUBZ” (skrót oznacza Organizację Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, w składzie Rosja, Armenia, Białoruś, Kazachstan, Kirgistan i Tadżykistan).

Jest oczywiste, że Azerbejdżan próbuje zdyskredytować Armenię w oczach jej europejskich partnerów. Tymczasem jednak to Baku silniej działa ostatnio na nerwy zwłaszcza Komisji Europejskiej.  Wszystko zaczęło się od wypowiedzi prezydenta Azerbejdżanu İlhama Əliyeva, bardziej niż sceptycznej odnośnie perspektyw współpracy Baku z Unią Europejską w ramach programu Partnerstwa Wschodniego. Azerski przywódca stwierdził: „Azerbejdżan nie oczekuje od Europy korzyści, my, w przeciwieństwie do wielu innych krajów uczestniczących w programie sami umiemy je sobie zapewnić!”. Dla eurokratów – to przecież niemal obraza. Stąd też nie może dziwić, że Bruksela nie pali się bynajmniej do przyjmowania akurat azerskiego punktu widzenia na temat „zdradzieckiego ataku” Armenii. Ba, można wręcz odnieść wrażenie, że po pro-zachodnim przewrocie w Erewaniu w 2018 r. – to Ormianie znaleźli się znów na pozycji faworyzowanej, a z pewnością nikt w europejskich stolicach nie chce im utrudniać życia w ramach Partnerstwa Wschodniego akurat z powodu konfliktu w Górskim Karabachu.

Co więcej, Stany Zjednoczone również wystąpiły po stronie Armenii. Dla przykładu, wpływowy demokratyczny kongresman Frank Pallone zdecydowanie uznał, że to retoryka, która dociera z Baku na temat konfliktu – była w istocie „próbą sprowokowania wojny”. Nastąpiło także wyciszenie wszystkich dotychczasowych pro-azerskich ośrodków polityki amerykańskiej. Z drugiej strony można jednak zignorować faktu, że wielkoskalowa infrastruktura i projekty inwestycyjne Stanów Zjednoczonych w regionie Morza Kaspijskiego są w dużej mierze powiązane z Azerbejdżanem. W szczególności mowa o tworzonym przez Waszyngton bloku Economic Prosperity Network (EPN), którego celem jest izolacja gospodarcza Chin. Pod tym względem Departament Stanu USA nie jest wcale zainteresowany pogorszeniem sytuacji militarno-politycznej na Zakaukaziu.

Spójrzmy więc teraz z perspektywy na jaki ogrom geopolitycznych problemów porywa się niefrasobliwie Warszawa ze swoją naiwną wizją rozszerzania Partnerstwa Wschodniego za wszelką cenę.  Tymczasem możliwości polskie wydaje się przerastać nawet zadanie koordynowania działań postsowieckich państw słowiańskich, a co dopiero mówić o z góry skazanej na niepowodzenie próbie stania się jakąś parodią starszego brata dla krajów o zupełnie odmiennej kulturze, religii i wizji politycznej. Patrząc choćby na przykład zakauskaski – nie możemy mieć już chyba wątpliwości, że Polska brnąć w promowanie Partnerstwa przyjęła na siebie wielki ciężar.

Linda Konecka

[Głosów: 11   Average: 5/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *