Konserwatyzm w służbie LGBT?

„David Cameron, konserwatywny premier Wielkie Brytanii, nie miał wątpliwości, gdy całym swym politycznym autorytetem popierał w Izbie Gmin ustawę o jednopłciowych małżeństwach. Wiedział, że służy konserwatywnym ideom, realizuje politykę dobra publicznego i wzmacnia instytucję rodziny (tej „podstawowej komórki społecznej”), uznając, że podstawą jej istnienia jest miłość dwóch osób. Nie tylko kobiety i mężczyzny”

– napisali w artykule „Wszyscy jesteśmy gejami”  Jacek Żakowski i Edwin Bendyk, czołowe powagi intelektualne  tygodnika „Polityka”. Przyznam, że po takim dictum z nieukrywanym zainteresowaniem ruszyłem dalej. Nie czekałem długo. Trzask-prask. Kolejny cymes:

Poparcie małżeństw jednopłciowych przez brytyjskich i amerykańskich konserwatystów nie powinno dziwić. W odróżnieniu od tradycjonalistów, obecnych we wszystkich formacjach ideologicznych od skrajnej lewicy po skrajną prawicę, konserwatyści nigdy nie mieli zachowawczego stosunku do instytucji, choć zwykle byli ostrożni.”

Zrobiło się uroczo. Brnąłem dalej:

„Tradycjonaliści nie godzą się na uznanie odmiennej wizji świata, bo to oznacza – jak wyjaśnia Herrada – załamanie się mitu, rujnuje kosmiczny porządek oparty na nieustannym powtarzaniu tej samej fikcyjnej opowieści i podtrzymywaniu wiary w jej realność. Na przykład, że dzieci pochodzą z małżeństw.”

Wreszcie też dowiedziałem się, co to jest ta słynna homofobia:

Homofobia jest produktem lęku racjonalizowanego pojęciem tradycyjnej kultury, tradycyjnej rodziny, naturalnego ładu, w którym homoseksualizm jest wynaturzeniem. Im czasy bardziej niepewne, tym ten lęk jest silniejszy. W czasach niepewnych akceptacja rodzin jednopłciowych budzi grozę i apokaliptyczny strach. Kultura jest zagrożona! Cywilizacja chyli się ku upadkowi! Trudno o lepszy dowód na kryzys Europy.”

Ufff. Ulżyło mi. Nie jestem homofobem. Geje po prostu nie wzbudzają mojego lęku, a jedynie wesołość i naturalny (atawistyczny?) dystans estetyczny. Ale kto wie, może doczekam, że za jakiś czas homofobia będzie także „produktem wesołości i dystansu estetycznego racjonalizowanych pojęciem tradycyjnej kultury…”. Istnieje więc szansa, że na choróbsko to w końcu zapadnę, ale póki co trzymam się mocno i zdrowo.

Wracając do tekstu, to przyznam się, że dawno takiego bełkotu nie czytałem. To zaskoczenie in minus, bo wiele tekstów Jacka Żakowskiego, z którymi się zdecydowanie nie zgadzałem, dało się jednak czytać z przyjemnością. Dokonując tym razem gwałtu semantycznego, polegającego na  przestawieniu wajchy ideowej konserwatyzmu ze związków z tradycją na związki z LGBT, nieco mnie zadziwił. Jest to ciekawa zapowiedź tego, co będzie nas czekać w przyszłości.

Wychodzi na to, że nieuchronnie zmierzamy do realizacji hasła „Geje wszystkich partii łączcie się”, co jest operacją jak najbardziej wykonalną, zwłaszcza w kontekście ustaw „o mowie nienawiści”.

Nie śmiałbym się jednak z tez Żakowskiego i Bendyka. Konserwatyzm dzisiejszej doby rzeczywiście w warstwie aksjologicznej mocno niedomaga, a już szczególnie anglosaski. Punktują to redaktorzy „Polityki” nie bez racji, choć wyciągają z tego dość karkołomne wnioski pod z góry upatrzone tezy. Wytyczenie linii demarkacyjnej pomiędzy konserwatyzmem a tradycjonalizmem, choć na pierwszy rzut oka sprzeczne, nie jest pozbawione sensu. W końcu nie jest tajemnicą, że jedną z bardziej „tradycjonalistycznych” formacji, jeśli chodzi o stosunek do gejów i lesbijek, jest SLD.

Lewica wyczuła słaby punkt prawicy. Dlatego o redefinicję tego, czym jest konserwatyzm, tradycjonalizm i prawica aż się prosi. Chyba, że jest już pozamiatane.

Maciej Eckardt

www.eckardt.pl

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *