Libia po Kadafim

Jak na razie nasze myślenie o Libii zaczyna przenikać spokój i to, że oto odszedł człowiek stanowiący dla nas – Zachodu, zagrożenie.

Co do spokoju: z uporem powtarzam, że kraje arabskie nie są przygotowane na liberalną demokrację w wydaniu zachodnim. Jednym z możliwych scenariuszy jest w związku z tym przejęcie władzy przez ugrupowania muzułmańskie – rzecz naturalna w kraju podzielonym przez waśnie etniczne i plemienne, gdzie jedynym czynnikiem pretendującym do miana tzw. wspólnego mianownika ma szansę stać się islam. Złudzeń co do tego, że powstaną same (współdziałające w ramach narzuconych przez pluralizm) równorzędne i pokojowo nastawione ugrupowania wyborcze i partie polityczne,  nie mam żadnych (jakkolwiek zapewne będą również i takie). Walka o władzę nie ma szans na całkowicie legalne rozstrzygnięcie przy urnach wyborczych. Próby podejmowane w Iraku i Afganistanie pokazały to aż nadto wyraźnie.

Tym, co zrobił Kadafi, było zamknięcie libijskich klanów i plemion w karbach żelaznej dyscypliny. Teraz, gdy owej dyscypliny nie ma, poszczególne grupy (polityczne, etniczne, etc.) zechcą przejąć wpływy – nie bacząc stanowiące dla nich jedynie pustą formę zasady demokratyczne. Będą się kierować prostą zasadą, zgodnie z którą wybory i demokracja – owszem, ale bez przesady. Przesadę zaś rozumieć należy jako wynik nie licujący z ich własnym interesem. Nie jest to sarkazm – to po prostu styl myślenia o polityce i władzy, który w krajach Afryki oraz na Bliskim Wschodzie pozostaje ciągle żywy. Nie jest ważne pod jakim szyldem ustrojowym funkcjonuje państwo. Zawsze musi rządzić „numer 1” – jego nazwa jest tu sprawą drugorzędną (król, dyktator, partia polityczna – nie ma znaczenia). Rządzi zawsze jeden, nie zaś kilkuset – i tak rozumuje przeciętny mieszkaniec Libii. I w myślach dodaje: „dobrze, żeby to byli nasi, bo w przeciwnym wypadku ‘tamci’ mogą nas okraść lub zabić. Więc musimy być zawsze lepsi”[1].

A kto w tym przypadku może zechcieć zakłócić stworzoną przez USA & przyjaciół idyllę? Przede wszystkim wspomnieć wypada o Bractwie Muzułmańskim, które nie kryje swoich radykalnych poglądów, jak też w sposób otwarty dąży do budowy państwa islamskiego bez względu na koszt, jaki trzeba będzie ponieść. Idąc dalej: z pewnością nie zabraknie tych, którzy najwięcej stracili na zmianach – a więc beneficjentów rządów Kadafiego: jego stronników, rodziny, wysokich rangą oficerów, funkcjonariuszy służb specjalnych i policji bezpieczeństwa… Nie sądzę, by wszyscy oni weszli od razu na salony z otwartą przyłbicą, więc po części będzie to zapewne walka w ukryciu: partyzantka, może (co było by logiczne zwłaszcza w przypadku służb) dywersja informacyjna oraz próba wpływania proces polityczny oraz prawny przy wykorzystaniu niemałej przecież wiedzy.

Idźmy dalej: społeczeństwo libijskie nadal dzieli się na plemiona i rody – nierzadko bardzo wpływowe i cieszące się dużą autonomią, a także dysponujące pewnym potencjałem militarnym. Chęć zyskania lub wzmocnienia zajmowanej pozycji politycznej jest z ich strony prawie pewna, a celem wcale nie musi być parlament, lecz prowincja lub miasto. Afganistan pokazał wyraźnie, że plemiona niejednokrotnie uznają państwo za coś utopijnego i niepotrzebnego, stanowiącego dla nich zbędny balast. Chcą pełnej kontroli nad ziemią, na której żyją od pokoleń, a bezpośrednia władza sądownicza szejka ma status nieporównywalnie ważniejszy od niewydolnego i skorumpowanego aparatu administracyjnego państwa, przy okazji znajdującego się bardzo daleko. Można założyć, że zjawisko, o którym mowa, da o sobie znać także w Libii.

Nie mniej groźny jest podział wewnątrz zainstalowanych przez Zachód tymczasowych władz, stanowiący kolejne potencjalne ognisko zapalne. Jest to zbieranina złożona z byłych współpracowników Kadafiego, przywódców powstania i byłych opozycjonistów-uchodźców politycznych.  Są tam obecni zarówno politycy świecko-liberalni, jak i działacze łączeni z ruchem fundamentalizmu muzułmańskiego. Pojawiły się już pierwsze ostrych konfliktów między obu w/w frakcjami.

Przypomnijmy: Przywódcą Narodowej Rady Libijskiej jest Mustafa Dżalil – były minister sprawiedliwości u Kadafiego, ale (przynajmniej tak twierdzą amerykańscy specjaliści) cieszy się zaufaniem Libijczyków. Stanowisko tymczasowego premiera objął Mahmud Dżebril, ekonomista wykształcony na Uniwersytecie Kairskim i w USA, gdzie zdobył doktorat. W latach 2007-2011 pracował w rządzie Kaddafiego jako szef Krajowego Zarządu Rozwoju Ekonomicznego, popierając politykę prywatyzacji i liberalizacji gospodarki. Był to okres odwilży w stosunkach Trypolisu z Zachodem. Dżebril uchodzi za polityka zaostrzającego podziały. Minister finansów i przemysłu naftowego (dla Libii mającego znaczenie pierwszoplanowe), Ali Tarhuni – to uchodźca polityczny. Wyjechał z kraju w 1970 roku, czyli zaraz po przewrocie Kaddafiego (1969). Wykładał na University of Washington w Seattle i wrócił do Libii natychmiast po rozpoczęciu powstania. Wojskowy dowódca rebelii Abdel Hakim Belhadż uważany jest za głównego reprezentanta islamistów w nowej ekipie rządzącej. Był jednym z założycieli Libijskiej Islamskiej Grupy Bojowej, którą Departament Stanu zaklasyfikował jako organizację terrorystyczną. Do zespołu kierowniczego zaliczany jest także Ali al-Salabi, jeden z najwybitniejszych uczonych islamskich w Libii. We wrześniu wezwał on Dżebrila do rezygnacji.

Podsumowując: Libią rządzi dziś bezmyślnie dobrana przez Amerykanów mieszanka przedstawicieli różnych grup politycznego ryzyka, pozbawionych jedynego łączącego ich elementu – a więc wspólnego wroga. Dodatkowo nowo formowane siły zbrojne kraju kontroluje podejrzewany o terroryzm islamski ekstremista, a całość nowej administracji nawet dla ich zachodnich protektorów stanowi zupełną, politycznie jeszcze nie sprawdzoną, niewiadomą.

NRL wyznaczyła harmonogram transformacji i tworzenia stałych władz. Rada wybierze najpierw oficjalnego premiera, który powoła tymczasowy gabinet. Rząd będzie miał osiem miesięcy na przygotowanie wyborów do Zgromadzenia Narodowego. Wybrany parlament wyznaczy zespół do opracowania konstytucji kraju. Innymi słowy: czeka nas od 10 miesięcy do roku tymczasowości, formowania gabinetów, politycznych przepychanek i prób porządkowania sytuacji. Niepowtarzalna okazja dla każdego, kto ma dość sił i środków, by w chaosie, jaki zapanuje po Muammarze Kadafim, oderwać coś dla siebie.

Dowody? Proszę bardzo. Oto – jak pisze w tekście, zamieszczonym na naszym portalu p. Wiesław Kwaśniewski – w samym tylko Trypolisie „rywalizacja plemienna i napięta atmosfera, prowadząca do zbrojnych starć w mieście między ugrupowaniami laickimi i islamistami, zmusiła Tymczasową Radę do utworzenia 22-u tysięcznych sił porządkowych, pod dowództwem Abdullaha Ahmeda Nakera, bliskiego zaufanego prezydenta Tymczasowej Rady, Mustafy Abdela Jalila. Ta decyzja wywołała sprzeciw Abdulhakima Belhajba, dowódcy Rady Wojennej Trypolisu jednocześnie lidera ugrupowania islamskiego Oddział Walczących Libijskich Islamistów, organizacji powiązanej z terrorystami islamskimi”. A to tylko jedno miasto (co prawda stolica) w jeden dzień po śmierci Kadafiego.

Idźmy dalej. „Zwycięskie NATO jest poważnie zaniepokojone zniknięciem tysięcy przenośnych wyrzutni ziemia-powietrze wraz z pociskami, które były magazynowane w arsenałach libijskiej armii. Zostały one rozgrabione w sposób niekontrolowany po zdobyciu kolejnych garnizonów we wszystkich głównych miastach Libii. (…) Według informacji wywiadu, tysiące libijskich rakiet ziemia-powietrze znalazło się w nieodpowiednich rękach, jednak nie ustalono skali problemu. Rebelianci oświadczyli, że co najmniej 5 tysięcy rakiet Sam-7 zniknęło z arsenałów zrabowanych przez 40 różnych oddziałów rebelianckiej milicji, teoretycznie podporządkowanych tymczasowym władzom. Źródła NATO podtrzymują opinię, że zniknęło znacznie więcej niż 10 tysięcy takich uzbrojonych wyrzutni, oraz nowszego typu Sa-24, co stanowi poważne zagrożenie nie tylko dla lotnictwa cywilnego, ale stało się przedmiotem przemytu do innych krajów. Wywiady takich krajów jak Izrael, Algeria i kilku nie wymienionych krajów europejskich, stwierdziły przerzut libijskiej broni do baz islamskich terrorystów w Maghrebie, ulokowanych w Sahel, a następnie do Sudanu, Gazy, Kenii i Afganistanu”.

Czytaj: NATO załatwiło dostęp do potężnych libijskich arsenałów każdemu, kto chce, likwidując przy tym jedyną blokadę, którą stanowiły rządy Kadafiego. Bezcenne źródło dostaw dla bojówek i terrorystów wszelkiej maści.

Najważniejszym dla Zachodu celem ekonomicznym w Libii jest rzecz jasna dostęp do tamtejszych złóż ropy i gazu. Przytoczmy stosowny fragment tekstu p. Kwaśniewskiego: „Nie ma żadnych wiadomości o wznowieniu petro-produkcji i eksportu gazu i przetworów ropy oraz rekonstrukcji kraju zniszczonego wojną, którą sekretarz generalny ONZ obwieścił za zakończoną. Włosko-libijski rurociąg gazowy Greenstream nie dostarcza gazu do Włoch. Wprawdzie przedstawiciel włoskiego koncernu ENI zapowiedział uruchomienie dostaw gazu, ale zbiegło się ono z innym oświadczeniem, przekazanym w internetowym apelu wiernych Raisowi, którzy deklarują zdolność do zbrojnego oporu w formie partyzanckiej, dywersji i niszczenia rurociągów, które mają dostarczać libijskie zasoby krajom agresji NATO, a zwłaszcza Włochom”.

Sytuacja w Libii wydaje się więc być wysoce niepokojąca (z trudem powstrzymuję się od określenia jej jako krytycznej). W moim przekonaniu tym, co czeka nas w najbliższych miesiącach, jest libijska wersja wydarzeń w Iraku i Afganistanie. Pesymizm powyższego tekstu nie był zamirzony, ale trudno o Libii w dniu 22.10.2011 pisać inaczej. Brak szans na rychłe – a tak przecież potrzebne – ustabilizowanie sytuacji kraju, z kolei Zachód świętuje kolejny strzał we własną stopę, który sam sobie zafundował.


[1] Mam nadzieję, że Czytelnik zechce wybaczyć mi zastosowanie w tym miejscu pewnych uproszczeń, ale zabieg ten lepiej niż cokolwiek innego pozwolił na uchwycenie sedna interesującego nas problemu.

Facebook
[Głosów:0    Średnia:0/5]

0 thoughts on “Libia po Kadafim”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *