Na antonińskich salonach i gostyńskiej Świętej Górze

W latach 1815-1845 z inicjatywy ekscentrycznego księcia Hermana Ludwika (Hermanna Ludwiga) von Pückler-Muskau na obu brzegach Nysy Łużyckiej wyrosło niezwykłe założenie Parku Mużakowskiego, ujmujące zacienionymi zakątkami, finezyjnymi zameczkami i urokliwymi mostkami, a przedzielone po 1945 r. polsko-niemiecką granicą. I choć administracyjno-polityczne przemiany boleśnie podzieliły ową fantastyczną architektoniczno-krajobrazową kompozycję, to przecież znamiennym pozostaje fakt, iż zachwycającym malowniczością parkiem ręka w rękę opiekują się dziś i Polacy, i Niemcy. Bo przecież Odra i Nysa Łużycka przez stulecia nie tyle dzieliły, ile łączyły kulturę słowiańską i germańską. Daleko na zachód od nich sięgały wszak słowiańskie plemiona, gospodarujące nawet na lewych brzegach bystrej Soławy i dostojnej Łaby. Daleko na wschód od nich sięgało osadnictwo niemieckie, w dość zwarty sposób rozłożone swego czasu aż po Górny Śląsk i Prusy Wschodnie, a nieobce i odległym Inflantom. Stojąc ponad falami Odry i Nysy wzrok nasz w żaden sposób nie obejmie granic słowińskiego ni germańskiego świata po obu ich stronach. Czyż dosięgnie hanowerskiego elektoratu, gdzie ‘Wendów’ notowano aż po XX stulecie? Czy dostrzeże mury Dorpatu? Historyczna germańsko-słowiańska rubież to wszak olbrzymi obszar tej części Europy, w której najdłużej panująca niemiecka dynastia wywodziła się od obodrzyckich książąt, w której wyniośli Teutoni kolonizowali mazurskie knieje i inflanckie wybrzeża, a słowiańskie plemię Ranów z Rugii kładło podwaliny pod żeglarskie znaczenie Bałtyku. Więcej nawet – oto w pomorskim Warcinie (kasz. Warcëno) osiadł sam Otto von Bismarck, a pracowite ręce najściślej pokrewnych Lechitom Szprewian wzniosły gród Kopanica, tworząc zaczątek późniejszego Berlina…

I choć na terenach słowiańskich Germanie zazwyczaj występowali w roli najeźdźców, to przecież sami niemieccy osadnicy i ich potomkowie szczerze owe ziemie pokochali. I jeśli przodkowie dzielnego Jaksy tworzyli ośrodek, który stanie się niekwestionowanym sercem nowoczesnych, współczesnych Niemiec, degradujący w tej roli na polach Sadowej nazbyt kosmopolityczny Wiedeń, to nie od rzeczy będzie i wspomnienie o przeplataniu się wpływów polskich i niemieckich w samej kolebce Piastów – Wielkopolsce, której najważniejszy gród w Poznaniu chlubi się po dziś dzień zarówno rekonstruowaną siedzibą króla Przemysła I, jak i zamkiem cesarza Wilhelma II…

Z Wielkopolską związany był. m.in. prawdziwy morski heros – admirał Józef Unrug, urodzony w Brandenburgu jako Józef (Joseph) von Unruh, który w czasie I wojny światowej służył na niemieckich statkach i łodziach podwodnych, a w czasie kolejnej zasłynął jako dowódca polskiej floty w walce z Rzeszą w pamiętnym Wrześniu. Mówiący równie biegle po polsku i niemiecku, wyrzekł się po przegranej przez Rzeczpospolitą kampanii jakichkolwiek związków z germańskością, nakazując nawet w niemieckim obozie jenieckim… ostentacyjnie wzywać dla siebie tłumacza. Zaiste, krętymi ścieżkami chadzały polsko-niemieckie losy…

Inną ich odsłonę stanowić może postać księcia Antoniego Radziwiłła, przedstawiciela jednego z największych polskich rodów, który poślubił bratanicę króla Prus, a jako jeden z nielicznych próbował oprzeć sprawę polską o tron Hohenzollernów w czasach, które bodaj najmniej takiemu rozwiązaniu sprzyjały. Fuzja szczerego lechickiego patriotyzmu i państwowej lojalności jawiła się bowiem wówczas jako próba godzenia ognia z wodą, jednak księciu Antoniemu udało się stworzyć z niej zaskakująco spójną wizję, inna sprawa czy aby nie chybioną, wizję która przyniosła mu z czasem namiestnictwo autonomicznego Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Bo wbrew rodowej tradycji, dwunasty ordynat na Nieświeżu nie bardzo uganiał się za dzikim zwierzem po litewskich kniejach, za to całym sercem związał się z wielkopolską dziedziną Lecha, Popiela i Piasta…

Wielu wybitnych architektów przełomu XVIII i XIX stulecia, obok klasycznych (a mówimy przecież o epoce klasycyzmu!) projektów idących z duchem czasu, chętnie kreśliło na szkicach – jakby wciąż żyjąc jeszcze mentalnością rokoka – bardziej awangardowe pomysły, które rzadko kiedy zyskiwały szansę realizacji. Taką szansę dał samemu Karolowi Fryderykowi (Karlowi Friedrichowi) Schinklowi właśnie wielkopolski Radziwiłł, gdy na polanie osiedla Szperek, bezzwłocznie przemianowanego na Antonin, wyrosły w latach 1822-1824 niezwykle oryginalne mury myśliwskiego pałacu, którego główną wertykalną osią stał się… komin pieca. W skromnych acz wykwintnych ścianach niezwykłej rezydencji książę Antoni odnalazł domowe ciepło i swoistą oazę, w której mógł bez przeszkód oddawać się swoim pasjom. A największą bodaj z nich pozostawała muzyka. To, że przyjaźnił się z Ludwikiem (Ludwigiem) van Beethovenem czy Feliksem (Felixem) Mendelssohnem-Bartholdy w przypadku wychowanego w odpowiedniej wrażliwości arystokraty zupełnie nie dziwi. Jednak właściciel Antonina sam grywał na co najmniej kilku instrumentach, śpiewał i komponował utwory muzyczne, m.in. pisząc jako pierwszy muzykę do ‘Fausta’ Jana (Johanna) Wolfganga von Goethe. W jego zaś wielkopolskiej rezydencji o ekscentrycznej bryle gościł nie tylko książę Wilhelm von Hohenzollern – późniejszy pierwszy cesarz Niemiec, bez pamięci (i do końca życia!) zakochany w Elizie Radziwiłłównie, ale i dwukrotnie Fryderyk Szopen, który uczył gry na fortepianie inną książęcą córkę – Wandę. Przy tej okazji „mistrz tonów” ułożył dla swego gospodarza ‘Introdukcję’ i ‘Poloneza C-dur’, a później dedykował mu ‘Trio g-moll’.

Jeśli jednak pragniemy nadal – choćby powierzchownie – śledzić najbardziej spektakularne wątki polsko-niemieckie z muzyką w tle w ojczyźnie Piasta, to koniecznie nawiedzić musimy jeszcze jedno miejsce. Oto bowiem pośród ozdobionych zielenią lasów i złotem pól, pośród okraszonych błękitem migocących jezior dziedzin tejże Wielopolski wyrosło niezwykłe podgostyńskie sanktuarium, w którego pełnych barokowego przepychu, ale i ascetycznej zadumy murach mieszały się ze sobą dostojna łacina, surowy język Niemców i swojska polszczyzna. Dodajmy do tego swoistego manifestu kosmopolityzmu w kolebce Ziemowita samą esencję chrześcijaństwa – najistotniejszego rozsadnika semickich tradycji (naziści twierdzili wręcz, że „zażydziło” ono Europę, stąd też ich bestialstwa względem duchownych i próby rugowania chrystianizmu z przestrzeni publicznej) oraz być może najważniejszej ostoi zapomnianych myśli greckich filozofów i rzymskiej kultury, niejednokrotnie broniącej dorobku antyku przed barbarzyńcami (a to chyba do dziś nieszczególnie się zmieniło…). A wymieszane ze sobą w cieniu krzyża Izrael, Hellada i wieczna Roma prowadziły pośród wielkopolskich pejzaży także do udatnego mariażu Słowiańszczyzny z Germanią…

Często mówi się o klasztorze w Gostyniu. Znaczne to uproszczenie: zabudowania lokowanego przez piastowskich książąt grodu kończą się niespodziewanie tuż przed samą Świętą Górą, na której rozkwitnął kult cudownego obrazu Matki Boskiej Świętogórskiej. Na wzniesieniu już w 1468 r. Piotr Borek Gostyński ufundował stosowną kaplicę dla pielgrzymów, a za sprawą jego syna – trzeciego już w rodzie imiennika świętego Macieja – ponad wyniesieniem Świętej Góry wyrosły mury kościoła. Po ciężkich latach reformacji, gdy nie bez inicjatywy Leszczyńskich świątynię sprofanowano, powróciła ona w 1565 r. do katolików, o czym biskupowi Stanisławowi Hozjuszowi (notabene niedoszłemu papieżowi-Polakowi!) ze zdumiewającym entuzjazmem doniósł świetnie wykształcony poznański Żyd, Stefan Mikan. Obecne założenie powstało w latach 1675-1756, a unikalna kopuła wyszła spod wprawnej ręki Pompei Ferrariego, do dziś głosząc chwałę klasztoru filipinów i sławę niezwykłego sanktuarium na wzgórzu u rogatek wielkopolskiego grodu.

Wiele wspomnień o niezwykłych postaciach zaklęła w swych murach Święta Góra. Powiedzieliśmy już o niepowtarzalnym Ferrarim i znamienitych fundatorach, niechże zatem stanie nam przed oczami także pełen świątobliwej pokory ksiądz Stanisław Grudowicz (swoją drogą to ciekawe, że tytuł księdza nieczęsto się w Polsce stosuje, a przed nazwiskami Jana Długosza, Mikołaja Kopernika, Hugona Kołłątaja czy Stanisława Staszica niemal nigdy!), szczodry Adam Konarzewski, Wawrzyniec Kuśniak (także ksiądz) oraz szczególnie wyczulony na cierpienie Edmund Bojanowski – szlachetne żywoty wpisane w losy najbardziej polskiej z ziem…

Wspomnijmy wreszcie i jegomościa, który (pod)gostyńskie sanktuarium ozdobił nie cudami architektury, myślą i przywarami ducha, ale wykwintną muzyką. Genialnego, a przez długi czas zapomnianego kompozytora. Mówiąc najkrócej: Józefa Zeidlera, nie na darmo zwanego „polskim Mozartem”. Postać to zresztą dość tajemnicza. Wiemy, że przyszedł na świat ok. 1744 r., ale miejsce narodzin i pochodzenie owego fenomenalnego muzyka pozostają zagadką. Imię sugeruje nader rodzime konotacje z krajem i narodem, które zrodzone zostały z piastowskiej monarchii, nazwisko zaś zdaje się być bliskie rodakom późniejszych twórców Parku Mużakowskiego…
Kimkolwiek by nie był, trafił ów zawołany muzykant na zaiste dobre miejsce. Już w 1639 r. powstał tutaj fundusz przeznaczony na „śpiewanie kursu czyli offici mniejszego o Najśw. Pannie Maryi”. Od XVII stulecia mury sanktuarium obcowały z dźwiękami regularnej kapeli (pierwszym znanym jej muzykiem był gostynianin Paweł Sławetny), która – podążając śladami samego świętego Filipa Neri – uświetniała wszelkie ważniejsze wydarzenia świętogórskie. W rytm wielkopolskich uroczystości i nabożeństw grali więc muzycy niepośledniej miary, a klasztorne archiwa wypełnione są zapisami utworów Józefa (Josepha) Haydna, Wolfganga Amadeusza Mozarta, a także Franciszka Ścigalskiego i Maksymiliana Koperskiego.

Józef Zeidler trafił na Świętą Górę ok. 1780 r. Jego kompozycje, napisane zwłaszcza na zespoły wokalno-instrumentalne w stylu koncertującym, niosły się jak Wielkopolska długa i szeroka. Pozostawił ich po sobie ponad 30, dając wykwintną próbę swego talentu w litaniach, mszach, motetach, nieszporach, pastorałkach i wyśmienitym requiem.

„Polski Mozart” zmarł kwietniową porą 1806 r., ledwie kilka miesięcy przed tym, gdy kolebkę Piasta po raz kolejny nawiedzi generał Jan Henryk Dąbrowski, a za sprawą mocnego uderzenia Cesarstwa Francuskiego i udanego zbrojnego zrywu rodaków Ziemowita Prusy Południowe stawać się będą częścią „Polski zdobytej na królu pruskim”, przekształconej w końcu w Księstwo Warszawskie…

Gostyńskie sanktuarium nigdy nie sprzeniewierzyło się swoim muzycznym tradycjom. Z nie lada rozmachem działa tutaj Świętogórska Orkiestra Dęta i mieszany chór czterogłosowy Palestrina, odbywa się Festiwal Muzyki Oratoryjnej „Musica Sacromontana”, a dwusetna rocznica śmierci najważniejszego z klasztornych kompozytorów, tworzącego – jak głosi pamiątkowa tablica – ‘Bogu na cześć i uwielbienie, Matce Najświętszej na chwałę a ludziom na duchowy pożytek i radość’, stała się świetnym pretekstem do powołania Stowarzyszenia Miłośników Muzyki Świętogórskiej im. Józefa Zeidlera…

Bo w czasach, w których chamstwo i obskurantyzm czystej wody stały się wyznacznikiem „luzu” i ogólnoludzkich aspiracji, głęboko zanurzone w europejskiej tradycji mury gostyńskiej Świętej Góry wciąż pozostają żywym ośrodkiem religii, wykwintnej architektury i dostojnej muzyki dawnych wieków. Wciąż zachwycają, inspirują, budzą podziw. Wciąż trwają na straży kultury „wysokiej”, tak bardzo kosmopolitycznej, a przecież tak bardzo wpisanej w swojskie pejzaże Wielkopolski… Wielopolski sielskiej, arcypolskiej, ale też uniwersalnej niczym rozległe kontakty księcia Antoniego Radziwiłła i sakralna muzyka. I jak długo trwać będą ludzie wrażliwi na kulturę, tak długo trwać będzie ów gostyński skarbiec tradycji, mądrych ksiąg i poruszających dźwięków. Bo prawdziwej wielkości takiej czy innej góry nie określa tylko wysokość, ale także bardziej ulotna bliskość niebios, bliskość aniołów i muz… A to towarzystwo zawsze na Świętej Górze czuło się znakomicie…

Bartłomiej Grzegorz Sala

Więcej o tradycjach muzycznych (i nie tylko) gostyńskiej Świętej Góry zob. m.in. w: Święta Góra. Przewodnik [tak skromny tytuł owego znakomitego mini-kompendium tłumaczyć można chyba tylko chrześcijańską pokorą!], praca zbiorowa, Gostyń 2007.

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Na antonińskich salonach i gostyńskiej Świętej Górze”

  1. Nie ma sie co podniecac niemcami i niemiecczyzna.. A przypadek Pana Jozefa Unrug’a potwierdza tylko slowa przytoczone ponizej : Prusy, panstwo powstale na cmentarzyskach slowianskich, nie posiadajace wlasciwie podstawy narodowej – bo nie ma narodu ani jezyka pruskiego, a nazwa prusy jest przywlaszczona – panstwo geograficznie podzielone, moglo zyc, utrzymywac siei rosnac jedynie kosztem sasiadow, wciagajac do swego sztucznego organizmu obce pierwiastki i w ten mechaniczny sposob tworzac swoja egzystencje, ktora sama dla siebie byla celem, o nikogo i o nic sie nie troszczyla : – niezrownany okaz politycznego pasozyta i takie sa niemcy, chociaz zgadzam sie ze nie cale 🙂 np. bawaria..

  2. Bardzo dziękuję za komentarze! Rzeczywiście, gdybym miał pisać o historii politycznej, pewnie nie padłoby jedno dobre słowo o Niemcach, ktorych złowroga rola na Słowiańszczyźnie jest powszechnie znana. Skupiłem się jednak na przeplataniu się różnych kultur na dużym obszarze Europy, a staram się wyraźnie rozgraniczać te dwie sfery – polityczną i kulturową. Podobnie, wysoko cenię kulturę carskiej Rosji, bynajmniej nie kibicując innym jej poczynaniom. Stąd podkreślenie w tekście kulturotwórczej roli i Germanów, i Słowian. Naturalnie, kultura germańska rozwijała się często kosztem niszczenia innych kultur, co nie zmienia jednak faktu jej imponującego dorobku. A Słowian Połabskich również przypomniałem nie bez powodu… Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *