“Nacjonalizmy walczą dziś z liberalnymi elitami, tak jak w XIX wieku walczyły z arystokratycznymi”. Z A. Wielomskim rozmawia K. Smuniewski

  1. J. Plumyene stwierdził, że rewolucja francuska „wymyśliła Naród przeciwko królowi, prawowitość z dołu przeciwko prawowitości z góry”. Jak wiadomo pierwszymi nacjonalistami byli jakobini opierający się na demokratycznych ideach J. J. Rousseau. Potem jednak, w połowie XIX wieku nacjonalizm zaczął skręcać mocno w prawo, by z czasem stać się synonimem „skrajnej prawicy”. Jak wygląda to dziś? Czy historia nacjonalizmu zatoczyła koło?

Zadanie mi tego pytania świadczy o Twojej dobrej znajomości moich książek. Cytat pochodzi z mojej rozprawy Nacjonalizm francuski 1886-1940, a teza o zatoczeniu koła w historii nacjonalizmu z mojego artykułu Trzy fale nacjonalizmu z katechonicznego pisma „Pro Fide Rege et Lege”. W sumie odpowiedź na to pytanie zawiera wspomniany tekst o falach nacjonalizmu, ale tym z Czytelników, którzy mogli go nie czytać, pokrótce przedstawię moją tezę: nacjonalizm narodził się wraz z Rewolucją Francuską jako wariant idei suwerenności ludu, gdy ten ostatni utożsamiono z narodem, skąd powstała formuła „suwerenności narodu”. Formuła ta zanegowała tradycyjną ideę o pochodzeniu władzy monarszej od Boga i przeniosła suwerenność z króla na naród. Narodowi przyznano prawo do posiadania własnego państwa w „narodowych” granicach i prawo do wybierania sobie władzy. Słowem, pierwsi nacjonaliści uznawali, że nacjonalizm (sam termin powstał kilkadziesiąt lat później, wtedy używano terminu „patriotyzm”, acz w znaczeniu szerszym niż dziś, łączącym i patriotyzm i nacjonalizm) to prawo narodu do samostanowienia politycznego tak w stosunku do innych narodów, jak i we własnym państwie. W polskiej tradycji podobnie problem widzieli romantycy, a także wczesna endecja pod koniec XIX stulecia.

Idea ta zaczęła się zmieniać wraz z rosnącym rozczarowaniem wobec republikanizmu, liberalizmu i demokracji w drugiej połowie XIX wieku. Politycy z tych formacji, mając na ustach „suwerenność narodu” prowadzili polityki ku korzyści plutokracji i elit partyjnych. Rządy narodu przekształciły się w rządy partyjne i oligarchiczne. Stąd pod koniec XIX wieku na Zachodzie, a w Europie wschodniej (także w Polsce) w okresie międzywojennym, nacjonaliści odwrócili się od rządów parlamentarnych, widząc rozejście się obiektywnego dobra narodu z wolą parlamentarzystów, wybranych przez naród, który został podzielony na skonfliktowane partie i klasy społeczne. Nacjonaliści uznali, że obiektywny interes narodu wyrażać może tylko instytucja, która nie podlega wyborczym fluktuacjom i towarzyszącej wyborom demagogii. Zwinęli więc sztandary parlamentaryzmu i zaproponowali rządy autorytarne. Oto nacjonalizm drugiej fali. To Maurice Barrès i Charles Maurras we Francji, Enrico Corradini i Benito Mussolini we Włoszech, gen. Franco w Hiszpanii, Antonio de Oliveira Salazar w Portugalii i wielu innych. W Polsce tego przełomu dokonał w 1926 roku Dmowski zrywając z parlamentarną koncepcję Związku Ludowo-Narodowego i dając hasło do powstania tzw. młodej endecji. Niestety, nacjonalizm „drugiej fali” został skompromitowany przez hitleryzm, który z germańską przesadą dopuścił się masowych zbrodni, a w dodatku nabrał charakteru rasowego, przestając w ogóle być nacjonalizmem. Okazał się odpadkiem od ideologii darwinizmu społecznego. Opłakane skutki jego aktywności wszyscy znamy: i dla Polski i dla Europy, jak i dla samego nacjonalizmu po 1945 roku.

Jakie cechy ma dzisiejszy „nacjonalizm trzeciej fali”? Co łączy go z dawnymi formami nacjonalizmu, a co go od nich oddziela?

Poprzez nacjonalizm „trzeciej fali” rozumiem odbudowane, po kilkudziesięciu latach niebytu politycznego, formacje narodowe we współczesnej Europie. Są one zbliżone do nacjonalizmu „pierwszej fali”, gdyż ponownie stanęły na pozycjach demokratycznych i odwołują się do idei suwerenności narodu. Nacjonaliści okresu międzywojennego widzieli schyłek liberalnej demokracji i cieszyli się popularnością wśród korpusu oficerskiego, a także części starych zamożnych elit. Mogli więc dojść do władzy typu niedemokratycznego, korzystając z poparcia wojska i części elit polityczno-finansowych. Dziś nie ma ani takiego korpusu oficerskiego, ani takich elit. Rządzą nami internacjonaliści („Europejczycy”), mający monopol wsparcia finansowego i medialnego. Powtarzają wszystkie błędy rządów partyjnych z okresu, gdy na przełomie XIX i XX wieku nacjonaliści odwracali się ze wzgardą od liberalnej demokracji. Ale stronnictwa narodowe nie mają poparcia nigdzie, poza ludem, przerażonym przez fale przybywających imigrantów i widzącym swoją powolną pauperyzację na korzyść nielicznej plutokracji związanej z ponadnarodowymi bankami i korporacjami. Dlatego nacjonaliści „trzeciej fali”, nie mając żadnego poparcia w elitach i instytucjach władzy, ponownie muszą odwołać się do suwerennego narodu, stać się wyrazicielem jego antyestabliszmentowych aspiracji. Gdy w 1789 roku nacjonaliści zwalczali „arystokratów” i dowodzili, że nie są oni częścią narodu, tak w 2019 roku zwalczają liberalny establiszment polityczno-finansowy, który znajduje się poza wszelką kontrolą, rządząc dla własnej korzyści. To jest istota wszystkich europejskich ruchów narodowych: Front National (obecnie Rassemblement National), Salviniego, austriackich „wolnościowców”, hiszpańskiego Vox, także Konfederacji w Polsce.

Istotą współczesnego nacjonalizmu są dwie idee: obrona państwa narodowego przed globalizacją i integracją europejską, a także obrona klasy średniej przez pauperyzacją i proletaryzacją tak, aby nie stała się ostatecznie pozbawionym własności plebsem, zależnym od sojuszu państwa socjalnego z wielkim kapitałem. Z nacjonalizmem „pierwszej fali” związek tkwi w idei suwerenności narodu przeciwko kosmopolitycznym elitom. Z nacjonalizmem „drugiej fali” przekonanie, że politycznie rzecz patrząc, państwo narodowe jest celem samym dla siebie, a nie – jak sądzili rewolucyjni nacjonaliści z „pierwszej fali” – etapem do zbudowania futurystycznej Federacji Europejskiej.

W jednym z artykułów pisał Pan, że „słabością nacjonalizmu demokratycznego w czasie rewolucji francuskiej był jego faktycznie niedemokratyczny charakter”, bo przecież lud francuski był wówczas oporny na hasła oświecenia, przywiązany do tradycji i Kościoła, nieufny wobec nowinek oświeceniowych radykałów. Jak to może wyglądać w przypadku współczesnego demokratycznego nacjonalizmu? Czy jest/będzie on demokratyczny w pełniejszym stopniu w związku z tym, że uświadomienie narodowe mas dawno już stało się faktem, a teraz zachodzi po prostu pobudzenie tych tendencji przez nacjonalistów?

Nacjonalizm rewolucyjny „pierwszej fali” był zjawiskiem miejskim, a w miastach mieszkało wtenczas kilkanaście procent ludności. Wieś była wobec niego oporna, albo wręcz mu wroga. Stąd sojusz konserwatywnej arystokracji z chłopstwem, co widzimy w kontrrewolucjach w Wandei, ludowych powstaniach antynapoleońskich w Tyrolu i w Hiszpanii. Nacjonaliści-rewolucjoniści byli politycznymi doktrynerami, którzy arbitralnie wyrzucili z narodu szlachtę, duchowieństwo, katolików, chłopów, pozbawiony własności proletariat wiejski. Słali na gilotynę każdego, kto się sprzeciwiał ich fanatyzmowi. Byli, mówiąc językiem Mussoliniego, „twórczą mniejszością”, czyli grupą niezwykle aktywną politycznie, ale nie mającą wsparcia narodu, w imieniu którego wypowiadali się. Aby utrzymać władzę musieli więc sięgnąć po dyktaturę, opowiadając brednie, że sprawują ją w imieniu „narodu”. Byli uzurpatorami, którzy – w imię suwerenności narodu i jego praw – przyczynili się do jego całkowitej dezintegracji. Cała Francja odetchnęła z ulgą, gdy spadła głowa Robespierre’a.

Autentyczny nacjonalizm, wyrastający nie z przesłanek ideologicznych i filozoficznych abstrakcyjnych teorii, musi odwoływać się do interesu wszystkich grup społecznych, tak jak czynią to nacjonaliści „trzeciej fali”. Oczywiście, nie ma możliwości zaspokojenia oczekiwań wszystkich. Każdy specjalista od pijaru wie, że nie ma idei, która trafia do każdego, ponieważ uwzględnianie interesów wszystkich grup jest przeciwne interesom grup dotychczas uprzywilejowanych. Współczesny nacjonalizm, ponownie demokratyczny, sprzeciwia się uprzywilejowaniu wielkiego kapitału i bankierów, a więc trudno oczekiwać, aby elity te go wsparły, wbrew własnej uprzywilejowanej pozycji. Jest jednak zasadnicza różnica między nacjonalizmem z 1789 a 2019 roku: ten pierwszy wyrażał idee i wizję świata miejskiej mniejszości, ignorując interesy chłopstwa, katolików i tradycyjnych elit. Ten współczesny ignoruje wyłącznie interesy rozmaitych mniejszości: finansowych, salonowo-politycznych, często też mniejszości seksualnych, imigrantów, oderwanych od rzeczywistości społecznej intelektualistów. Odwołuje się do „anonimowej większości”, która stanowi jakieś 80-90% współczesnego społeczeństwa. Dlatego nacjonaliści mogą sprawować władzę za pomocą demokratycznych instytucji, gdyż potencjalnie mogą mieć za sobą większość. Przeciwko nim są elity polityczno-finansowe dysponujące wielką siłą medialnego rażenia i unicestwiania. To walka narodu z tyranią post-rewolucyjnych elit, bełkoczących coś o „demokracji” i „prawach człowieka”.

Czy w przypadku nurtów populistycznych, takich jak hiszpański Vox, włoska Liga Matteo Salviniego (który zrezygnował z padańskiego separatyzmu na rzecz ogólnowłoskiego patriotyzmu) lub niemiecka AfD możemy w ogóle mówić o nacjonalizmie? A może raczej o ruchach sprzeciwu, w których momentami uwidaczniają się cechy nacjonalistyczne, bądź też w ich łonie działają grupy nacjonalistyczne, wpływające na część haseł?

Odpowiem na to pytanie odwołując się do historii Front National. Mało kto dziś pamięta początki tej partii. A na początku Jean-Marie Le Pen był jednym z kilku przywódców. Kogo tam nie było? Nacjonaliści, péteniści, zwolennicy Algierii Francuskiej, faszyści, kombatanci z Waffen SS, spauperyzowani rolnicy, rzemieślnicy i sklepikarze, katoliccy konserwatyści, etc. Wszystkich ich łączył „populizm” (gdy w Polsce pojęcie to ma charakter pejoratywny, to przez słowo to w językach zachodnich rozumie się przekonanie, że zwykli ludzie, czyli ogół narodu lub ludu – łac. Populus – lepiej rozumieją swoje interesy niż elity polityczne). Był to ruch protestu przeciwko establiszmentowi pod ogólnymi hasłami narodowymi. Wiele lat Le Penowi zajęło nadanie partii charakteru nacjonalistycznego, a przede wszystkim eliminacja z niej faszystów i byłych esesmanów, których obecność była kompromitująca dla stronnictwa.

Dzisiejsze świeżo-powstałe ruchy narodowe, takie jak wymienione przez Ciebie Liga, Vox, AfD, mają podobny problem. Mają charakter bardzo mgławicowy. Podpisują się pod terminem „nacjonalizmem”, bo jest to pojęcie najbardziej ogólne. W AfD mamy konserwatystów, konserwatywnych liberałów, nacjonalistów przerażonych imigracją, ale także i licznych rewizjonistów historycznych (np. Erika Steinbach), z których część podejrzewam o źle skrywane łzy po „wujku Adolfie”. Gdy jedni chcą współpracować z polskimi eurosceptykami, inni z nostalgią patrzą na mapę z granicami z 1939 roku. W tej chwili AfD w sumie nie popiera nawet idei państwa narodowego, chcąc reformować Unię Europejską, co czyni tak trudną współpracę europosłów z tej partii z nacjonalistami od Marine Le Pen i Salviniego. Trzeba kilku lat, aby ruchy te ukształtowały się (lub nie) w zwarte formacje nacjonalistyczne. Ta pierwotna mgławicowość cechuje też Konfederację, w której są i nacjonaliści i „korwiniści”, z których znaczna część nie uznaje państwa narodowego jako wartości absolutnej, włączając w to samego JKM.

Starsze ruchy nacjonalistyczne, takie jak lepenizm, to ukształtowane i zwarte ruchy narodowe. Młodsze są mozaiką różnych elementów ideowych, połączonych przez idee antyestabliszmentowe. Dlatego uważam za szczególnie istotną współpracę tych ruchów z Rassemblement National, gdzie można podpatrzyć nacjonalizm w pełnej krasie, bez dewiacji neofaszystowskich, rasizmu czy libertarianizmu, gdzie wartością najwyższą jest państwo narodowe i jego racja stanu. Gdy oglądam sobie na You Tubie lub na France24 Marine Le Pen, gdy wypowiada się o polityce zagranicznej Francji, to przypomina mi się stwierdzenie jednego z badaczy myśli politycznej Charlesa Maurrasa: „gdy Maurras mówił słowo Francja, wtenczas echo mu odpowiadało: racja stanu, racja stanu, racja stanu!”.

Istnieje wiele definicji nacjonalizmu. W łonie środowisk narodowych w Polsce najczęściej jednak przyjmuje się tą, która zakłada, że nacjonalizm to nurt uznający naród za najdoskonalszą formę wspólnoty, głoszący, że naród winien być podmiotem polityki, a jego interesy najważniejszym motywem działania politycznego. Czy nurty miałkie ideowo, zasadzające się właściwie wyłącznie na odruchach i populizmie, nie posiadające głębszej doktryny, a dodatkowo nieraz np. przystające na obyczajowy permisywizm (zjawiska takie jak aborcja czy ruchy LGBT są przecież nie tylko niemoralne z katolickiego punktu widzenia, ale i zwyczajnie szkodliwe dla interesów wspólnoty) mogą być uznawane za nacjonalistyczne w tym rozumieniu?

 

Generalnie w literaturze przedmiotu spotykamy cztery definicje nacjonalizmu: 1/ idea, że naród ma prawo do samodecydowania o swoim państwowym istnieniu w granicach etnicznych, czy etniczno-kulturowych (prawo do samostanowienia w stosunkach międzynarodowych); 2/ idea, że naród ma prawo do sprawowania suwerennej władzy w swoim państwie; 3/ przekonanie, że własny naród jest wyższy i lepszy, czyli ma prawo do gnębienia sąsiadów, ich eksploatacji ekonomicznej, uciskania mniejszości narodowych (szowinizm); 4/ przekonanie, że istnieje coś takiego jak obiektywny interes narodu, który musi stać ponad interesami grup i jednostek. Przedstawiona przez Ciebie, w pytaniu, definicja polskich nacjonalistów odpowiada definicji nr 4 (ostatniej). Dwie pierwsze definicje są charakterystyczne dla nacjonalizmu „pierwszej fali”, czyli są archaizmami z okresu Rewolucji Francuskiej i z XIX wieku. Z kolei definicja nr 3 jest moralnie odrażająca i z daleka śmierdzi hitleryzmem, a długofalowo kończy się porażką, jak każda forma makiawelizmu stosowanego nazbyt długo, gdyż powoduje zwrócenie się wszystkich przeciwko podmiotowi tak rozumiejącymi politykę, w tym przypadku politykę narodową. Dlatego podpisuję się pod Twoją definicją i winien to uczynić każdy, kto chce, aby polski nacjonalizmem był wyrazicielem polskiego interesu narodowego.

Czy ruchy miałkie ideowo możemy uznać za narodowe w tym rozumieniu tego terminu? Jeśli ktoś jest ideowo miałki, mało rozwinięty intelektualnie, to nie może także – za pomocą rozumu – rozeznać co jest, a co nie jest długofalowo pojętym i racjonalnym interesem narodowym. Znów wracamy do przypadku rewolucjonistów francuskich, którzy odwołując się do kategorii narodu wykluczyli zeń, na dzień dobry, jakieś 80-90% Francuzów, z katolikami na czele. Hasłami narodowymi można przecież pokryć każde działanie polityczne, nawet najbardziej antynarodowe. Przypomnę, że strategię przyłączenia Polski do UE nazwano Narodową Strategią Integracji. Hasła grupowe czy klasowe także można przedstawić jako narodowe. Wystarczy rzec, że proletariat to naród „właściwy” i można przedstawić ideę spoliacji właścicieli jako „narodową”, co w czasie Rewolucji Francuskiej głosił Babeuf. Wtedy też dobra zrabowane szlachcie i Kościołowi katolickiemu rozprzedawano po znajomości zwolennikom rewolucji jako „dobra narodowe”. Papier i słowo mogą zniekształcić każde pojęcie, a czym ruch jest bardziej ideowo miałki, tym mu to łatwiej uczynić.

Co do zabijania dzieci poczętych i sprzeciwu wobec LGBT, to sytuacja jest bardziej skomplikowana. W Polsce te problemy w sposób oczywisty są rozstrzygane przez tradycję endecką, ponieważ jest ona silnie spojona z tradycją katolicką. Na Zachodzie, niestety, już tak nie jest. Tam etyka katolicka dawno już padła pod walcem rewolucyjnym. W takiej Francji, skrajnie zlaicyzowanej i moralnie zdeprawowanej, sprzeciw wobec zabijania dzieci poczętych i afirmacji LGBT oznacza marginalizację polityczną. Stary Le Pen krytykował sprytnie tzw. aborcję z pozycji demograficznych, czyli za pomocą haseł nacjonalistycznych, nie mają odwagi sięgnąć już po argumenty katolickie i z prawa natury. Marine Le Pen uznała i aborcję i LGBT, i był to jeden z powodów jej przejścia z 15% – czego jej ojcu nigdy nie udało się dokonać – na poziom 25% poparcia społecznego. Gdy rozmawiam z francuskimi politykami i myślicielami prawicowymi na te tematy, to z reguły prywatnie są wobec aborcji i afirmacji LGBT niezwykle krytyczni, ale są świadomi, że podniesienie ponowne tych spraw oznacza marginalizację polityczną. Stają przed dylematem: bronić państwa godząc się z aborcją czy bronić dzieci poczętych i stracić w ciągu tygodnia połowę elektoratu? Pamiętajmy, że żyją na Zachodzie, czyli w świecie dogłębnie zdechrystianizowanym, przeoranym przez liberalizm, gdzie postulaty światopoglądowe Wiosny Biedronia są uważane za normę, a nie za moralny ekstremizm.

Z jednej strony, na Zachodzie znaczące postępy robią siły niekoniecznie oparte na pogłębionej ideologii. Z drugiej jednak, widzimy, że brak sprecyzowanej doktryny, ideologii, a jedynie opieranie się na ogólnikowych hasłach może wieść na manowce. Przykładowo, węgierski Jobbik, mimo że swego czasu był siłą dość radykalną, to w zasadzie opierał się raczej na emocjonalnych hasłach i kilku historycznych mitach niż na przemyślanej i dostosowanej do dzisiejszych czasów nacjonalistycznej doktrynie. Z czasem doprowadziło to do sytuacji, w której, nie wyrzekając się powołań na te mity, de facto stracił zęby, zaczął wchodzić w sojusze z liberałami, jest dziś może nawet mniej radykalny niż Fidesz. Patrząc na to z innej strony, znajdziemy na Zachodzie (we Francji, Włoszech, Niemczech) po 1945 r. grupki o pogłębionej refleksji ideowej, które jednak nie odniosły istotniejszego sukcesu. Gdzie leży „złoty środek”?

Między tymi skrajnościami. Ludzie pozbawieni ideowej edukacji, silnego fundamentu ideowego, często zatracają się w demokratycznej rzeczywistości politycznej. Jobbik to dobry przykład. Mnie kojarzy się z ciągłymi przemarszami i defiladami, jakby w faszystowskim stylu, za czym nie szła głębsza refleksja doktrynalna. Dlatego jego politycy tak łatwo się zagubili. Być może to, co teraz powiem zostanie ocenzurowane przez waszą Redakcję i Czytelnicy tego nie przeczytają, ale uważam, że to jest bardzo poważny problem także współczesnych polskich narodowców. Moi znajomi księgarze od lat powtarzają mi, że na imprezach narodowych znakomicie sprzedają się książki Ziemkiewicza, Michalkiewicza czy Zychowicza, ale nie Dmowskiego, Doboszyńskiego i przedwojennych klasyków. Sprzedają się też znakomicie książki o żołnierzach wyklętych, rosyjskich agentach, walce z „komuną”, prace pisane w narracji antykomunistyczno-solidarnościowej, etc. Uważam, że polski ruch narodowy jest dziś, z powodu braków własnej refleksji doktrynalnej, silnie infiltrowany ideowo przez środowiska pisowskie i neo-sanacyjne, przez literaturę z IPN, pisaną przez ludzi ideowo obcych tradycji endeckiej. Skutkiem tego, wyjąwszy symbolikę Mieczyków Chrobrego i historycznych nazw organizacji, znaczna część współczesnych narodowców to krypto-pisowcy i krypto-piłsudczycy. W Sejmie, który właśnie skończył kadencję, mieliśmy takiego pseudo-narodowego posła, który zajmował się wyłącznie pisowskimi tematami dekomunizacyjnymi i skończył jako wiceminister w pisowskim rządzie. To jest realny problem: Ruch Narodowy, a tym samym i Konfederacja, nie dokonała doktrynalnej delimitacji własnych pozycji od pisowskiej wizji świata, w oczach wielu (także i znacznej częśći swoich zwolenników) będąc jedynie bardziej radykalną wersją „kaczyzmu”. Partia narodowa doktrynalnie zinfiltrowana przez stronnictwo jej obce, staje się zapleczem kadrowym dla tegoż obcego stronnictwa.

Drugą skrajnością jest partia-sekta. Wywodząc się ze środowiska konserwatywno-monarchistycznego dość starannie przerobiłem ten problem, gdy wszystkie kwestie bieżące, cała gra partyjno-polityczna oceniana jest z „perspektywy ideowej”. Tyle się o tej „perspektywie” nasłuchałem, że mam już na nią alergię. Generalnie z osobami nazbyt nafaszerowanymi ideologicznie nie sposób robić polityki, gdyż wszędzie widzą „zdradę ideałów” i „ideowy kompromis”. Nie interesuje ich rzeczywistość polityczna empiryczna, preferując – w przypadku konserwatystów – byty w platońskim świecie idei, pełnym problemów prawowitości do tronu poszczególnych linii dynastycznych, gdy dobrze wiadomo, że żaden ze skłóconych pretendentów nigdy nie otrze się o żadną realną możliwość dojścia do władzy. Niektórzy konserwatyści, na modłę bizantyjską, dokonali sakralizacji swoich idei i zupełnie odpłynęli od rzeczywistości. W obliczu wyborów do Sejmu część z nich nie popiera Konfederacji, wszędzie widząc zbrukanie ideałów przez kompromisy. Niektóre środowiska ogłaszają bojkot wyborów, nie rozumiejąc, że ten, kto nie idzie głosować, ten akceptuje pośrednio status quo. Dlatego w ostatnim czasie świadomie dystansuję się nieco od tego środowiska, uznając je za intelektualnie ciekawe, ale politycznie za sterylne i impotentne.

Podobne doktrynerstwo grozi też ruchom narodowym, nadmiernie przytłoczonym przez wielkie nazwiska Maurrasa czy Dmowskiego, które starają się odpowiedzieć na wyzwania współczesności wyłącznie za pomocą cytatów z nieżyjących mistrzów, zapominając, że pisali swoje teksty w pewnych okolicznościach czasu i miejsca, a okoliczności te od kilkudziesięciu lat są inne. Powojenni maurrasiści we Francji nigdy do niczego nie doszli. Musiał przyjść Le Pen, który zaproponował nowe idee.

Generalnie, za „złoty środek” uważam niezwykłą giętkość polityczną, nazywaną przeze mnie „realizmem politycznym” (Bolesław Piasecki to arcymistrz strategii w warunkach skrajnie trudnych!), połączoną z solidnym fundamentem doktrynalnym, nakazującym umieć walczyć politycznie o konkretne idee, dla konkretnych wartości politycznych. Umiejętność tę wielokrotnie podziwiano odnośnie konserwatystów z XIX wieku, którzy nienawidząc śmiertelnie rewolucjonistów, wykazywali nadzwyczajną giętkość polityczną. Dlatego odrzucam zarówno karierowiczostwo, jak i sekciarstwo polityczne. Prawda polityczna istnieje, ale nie jest ani sakralnym dogmatem, ani towarem, który sprzedaje się za dobry stołek.

Egalitarystyczne współczesne ruchy narodowo-populistyczne zwracają się przeciw kosmopolitycznym elitom, globalizmowi i islamskiej imigracji. Jak oceniać ich szanse na dojście do władzy w krajach europejskich? Czy zmieni to bieg historii? Czy długofalowo patrząc nacjonalizm ma w ogóle przyszłość?

Gdybyś postawił mi to pytanie z dziesięć lat temu, to wykazałbym duży sceptycyzm co do realnych możliwości tych ruchów. Jednak ostatni kryzys gospodarczy odsłonił wielu ludziom prawdę o „państwie dobrobytu”. Liberalna demokracja to rodzaj wczasów na kredyt, oferowanych dla narodów, które nie umieją gospodarować pieniędzmi i zjadają więcej niż wytwarzają i sprzedają. Do tej pory powiększających się długów państwowych nie odczuwano, gdyż PKB wzrastał nieco szybciej, lub w podobnym tempie, co zadłużenie i spłacane odsetki. Ale gdy wzrost gospodarczy tąpnął, to odsetki nagle zaczęły przeważać nad wzrostem, co spowodowało redukcję wydatków budżetowych. Ludzie wściekli się. Do jednych dotarło, że żyją na kredyt i nie jest możliwe trwać w tym stanie w nieskończoność. Większość oczywiście nie zrozumiała tego mechanizmu i zobaczyła tylko, że państwo przestaje dawać i zwiększa swój fiskalizm, także kosztem ich portfeli. Stąd ruch „żółtych kamizelek”, które głoszą ekonomicznie nonsensowny program wzrostu wydatków socjalnych i obniżki podatków równocześnie. Stan demoliberalnej błogości prysł jak bańka mydlana, co otworzyło drogę do wielkiej polityki dla rozmaitych ruchów antysystemowych, tak lewicowych, jak i narodowych. Stronnictwa nacjonalistyczne posiadały w tej walce o schedę przewagę z powodu polityki migracyjnej Angeli Merkel, która zaraz potem zaludniła Europę milionami islamskich imigrantów. Nacjonaliści wyszli z mysiej dziury, w której siedzieli po 1945 roku, i przeszli do politycznego natarcia. Ta sama szansa pojawi się zapewne niedługo i w Polsce, gdy tąpnie system pisowskich „plusów”, co stanie się przy pierwszym spadku wzrostu gospodarczego. Oczywiście, rząd może cały program plusowy kontynuować na kredyt, ale gdy odsetki przewyższą wzrost gospodarczy, to wtedy nastąpi kryzys, a może i załamanie się całego systemu partyjnego. To będzie czas dla prawicy „populistycznej”. Gdy zabraknie miejsc pracy to Polacy inaczej spojrzą też na imigrantów zarobkowych. Czas polityczny narodowców, w mojej ocenie jako politologia, zbliża się.

Skoro nacjonalizm już raz zaczął ewoluować w prawo, w ciągu kilkudziesięciu, a w niektórych krajach nawet kilkunastu lat, przechodząc ze skrajnej lewicy na skrajną prawicę, to czy w przyszłości również zachodzi taka możliwość? To oczywiście pytanie, na które trudno odpowiedzieć, ale spróbujmy – czy Twoim zdaniem, w przypadku hipotetycznego objęcia władzy przez Le Pen, Strache czy Salviniego będziemy świadkami nie tylko odrodzenia nurtów narodowych, ale i autorytaryzmów?

Wielką mądrością Hegla, gdy budował swoją filozofię dziejów, było doszukiwanie się celu historii jedynie do momentu w którym kończył pisać swoje rozważania. Stwierdził, że umysł ludzki nie jest zdolny przewidzieć przyszłości. Błąd Marksa, jako heglisty, polegał na tym, że wydało mu się, że przyszłość poznał i przewidział, prorokując przyszły komunizm. Z profetyczną wizją nacjonalistów rządzących Europą jest podobnie. Nie wiemy na ile szczerze są demokratami, a na ile hasła suwerenności narodu traktują jako armaty do uderzenia w demoliberalny establiszment. Liberalni demokraci tworzą zwartą międzynarodówkę, a NATO mając zapisaną zasadę obrony demokracji może przerodzić się w rodzaj Świętego Przymierza dla rządzącego establiszmentu. Stąd moje przypuszczenie jest takie, że gdyby nacjonaliści mieli znosić demokrację, to musiałby to być proces paneuropejski, kontynentalny. Gdy spojrzymy na takie kraje jak Włochy i Austria – gdzie nacjonaliści współrządzą lub współrządzili, to nie widzę tutaj żadnych prób znoszenia czy ograniczania demokracji. Włoska telewizja państwowa jest politycznie znacznie bardziej rzetelna niż TVP Jacka Kurskiego.

Wiele z dzisiejszych ruchów narodowych ma oblicze laickie, a jeśli pozytywnie odnosi się do religii, to ma to wymiar często wyłącznie symboliczny. Wynika to oczywiście z daleko posuniętej laicyzacji społeczeństw, szczególnie zachodnich. Czy jednak można sobie wyobrazić odwrócenie tych trendów? Jakąś formę sojuszu resztek wierzących i patriotów, przeciw nihilizmowi i islamowi? W końcu nawet demokratyczni nacjonaliści cenili pewne formy religijności.

Jestem politologiem, więc staram się, aby moje oceny polityczne były realistyczne. Historia pokazuje, że społeczeństwa raz zarażone przez niedowiarstwo zwykle tracą wiarę w ogóle, po czym pogrążają się w nihilizmie, materializmie i konsumpcji. Tracą dzietność i odwagę. Wymierają, a resztki są podbijane przez witalnych barbarzyńców, przynoszących nową religię, która zdobywa dla siebie świat. I w kategoriach racjonalnych to samo powinno spotkać chrześcijaństwo. Zresztą patrząc na papieża Franciszka, to – w porównaniu z poprzednim Wielkim Pontyfikatem Benedykta XVI – zadaję sobie pytanie czy stoi on na czele łodzi św. Piotra czy celowo ją podtapia? Z drugiej strony, jako wierny syn Kościoła rzymskiego jestem zobowiązany wierzyć w obietnice, które św. Piotr usłyszał od Jezusa, że będzie się modlił o niego i o Kościół i „bramy piekielne go nie przemogą”. Siłami naturalnymi Kościoła uratować się nie da, więc pozostają wyłącznie interwencje nadprzyrodzone, asystencja Ducha Świętego, etc. Ale to oczywiście kwestia wiary, a nie wiedzy.

Paradoksalnie, patrząc na rzecz z punktu widzenia politologicznego, postępująca w przyśpieszonym tempie sekularyzacja posiada pewne plusy dla współczesnych ruchów narodowych. Pluralistyczne – czytaj: sfragmentaryzowane ideowo – społeczeństwa europejskie potrzebują dziś tożsamości. O ile tożsamością znaczącej części stał się pełny brzuch, to wielu ludzi szuka nowych wartości i idei wspólnotowych. Stąd popularność sekt i rozmaitych ideologii. Już w okresie międzywojennym nacjonalizm często był traktowany jako rodzaj zastępczej tożsamości post-sekularyzacyjnej, mogącej uratować jedność idei i mentalności społeczeństwa, które utraciło jedność w Bogu. Bardzo dużo czytałem na ten temat rozważań nacjonalistów i faszystów z krajów łacińskich (Francja, Hiszpania, Włochy). Problem naukowo opisywał Eric Voegelin pisząc o „religiach politycznych”. Bardzo żałując i płacząc po rozpadzie jedności konfesyjnej, międzywojenni nacjonaliści uważali, że idea narodowa z socjologicznego i psychologicznego punktu widzenia posiada prospołeczny i pro-wspólnotowy charakter, tak jak religia. Na  szczęście w Polsce nie doszliśmy jeszcze do stanu w którym idea narodu zastępuje religię jako czynnik jednoczący, ale – w moim przekonaniu – ta konkluzja jest już na horyzoncie i zmierza do nas wielkimi krokami. W końcu papugujemy za Zachodem wszystko, w tempie błyskawicznym przyswajając sobie najgłupsze ideologiczne treści stamtąd płynące. A wszystkie te idee sprowadzają się do negacji Boga i Jego praw względem ludzi.

Gdzie w tym wszystkim rola państwa? Czy w dobie internetu i społeczeństw przesiąkniętych kultem wolności słowa, indywidualizmem, a czasem wręcz libertynizmem, można sobie wyobrazić zwycięstwo idei głoszących prymat wspólnoty nad jednostką oraz przymus państwa narodowego w szeregu dziedzin?

Moja główna niezgoda z polskim „korwinizmem” czy importowanym ze Stanów Zjednoczonych kalwińskim z genezy libertarianizmem, wynika właśnie z omijania przez te nurty państwa jako centralnego pojęcia politycznego. Osobiście zgadzam się z Carlem Schmittem, że państwo narodowe i myślenie w jego kategoriach (Staatlichkeit) stanowi intelektualne i polityczne arcydzieło epoki nowożytnej. Państwo jest kluczowe, ponieważ jest najwyższym punktem odniesienia dla refleksji politologicznej i politycznej, stanowiąc najwyższy i najważniejszy podmiot lojalności. Najpierw jesteśmy obywatelami Państwa Polskiego, a dopiero potem mieszkańcami Mazowsza lub Pomorza, inteligentami lub robotnikami, konserwatystami lub marksistami. Jeśli dla kogoś ważniejsza jest świadomość regionalna, klasowa, ideologiczna to odrzuca myślenie w kategoriach etatystycznych, stając się – świadomie lub nie – rodzajem ideowej dywersji na tyłach, kanałem obcych wpływów, które głoszą doktryny regionalistyczne, klasowe czy internacjonalistyczne ideologie. Dziś myślenie państwowe zagrożone jest przez szerzący się regionalizm (przypadek Katalonii jest tutaj najbardziej klasyczny) i ideologie. Przez XX wiek ideologią internacjonalistyczną, podkopującą lojalność wobec państwa narodowego, był komunizm. Dziś, gdy komunizm upadł, jego miejsce zajął kosmopolityczny liberalizm tworzący tłum apatrydów, którzy czują lojalność do abstrakcyjnych idei rynku, ludzkości, wolności, etc, a nie do państwa narodowego.

Samo postawienie pytania czy państwo może i powinno wychowywać, edukować, wskazywać dobro polityczne jest wynikiem wszechobecnej propagandy liberalnej wolności i ideologicznie motywowanego braku przymusu (oczywiście poza zwalczaniem „mowy nienawiści”, gdyż tutaj przymus liberałom zupełnie nie przeszkadza). Jestem zwolennikiem filozofii klasycznej i scholastycznej, która naucza, że celem państwa jest wychowywanie obywateli ku dobru, aby – jak mówi Leo Strauss – znaleźli „dobre życie”, czyli oparte na prawie natury i sprawiedliwości. W warunkach bardziej masowych ważny jest tutaj czynnik religijny, który upowszechnia te idee i cnoty w języku teologicznym. Uważam, że prawdziwa suwerenność nie tkwi tylko w instytucjach politycznych, deklaracjach prawnych, pewnej niezależności gospodarczej, lecz także w czynniku światopoglądowym. W literaturze naukowej z okresu PRL, dotyczącej relacji niemiecko-polskich w Średniowieczu, czasami pojawiało się trafne określenie „suwerenności ideologicznej”. Pod pojęciem tym rozumiano niezależność Polski Piastów od cesarskiej teologii politycznej, akcentując autochtoniczność i polskość oficjalnej idei państwowej, która nie uznawała imperialnej supremacji. Dziś tego nam brakuje, ponieważ polskie elity polityczno-medialne są na kolanach przed liberalną ideologią zachodnią. Jeśli Zachód narzucił nam skutecznie swoje credo polityczne, to tym samym ma uprawnienie, aby doglądać jak je realizujemy, czy nasz liberalizm jest liberalny w zgodzie z zachodnimi standardami, czy nasza demokracja spełnia zachodnie minima, etc. Słowem, kto narzuca oficjalną ideologię państwu, w sposób naturalny pełni funkcję kontrolną wobec tego państwa. Jak mówi słynna formuła suwerenności, zaczerpnięta z prawa kanonicznego dotyczącego papieskiej jurysdykcji w Kościele, „suweren to ten, kto osądza wszystkich, a sam nie jest przez nikogo osądzany”.

Państwo autentycznie suwerenne musi odzyskać suwerenność światopoglądową, nauczając własnych treści. Zauważmy, że państwa autentycznie suwerenne, które nie dają sobie narzucić zachodniej ideologii – takie jak Rosja czy Chiny – nie wpuszczają obcego kapitału do mediów, tworzą własne sieci społecznościowe w miejsce Facebooka, ograniczają dostęp do wywrotowych treści w Internecie, zakazują stypendystom zagranicznych fundacji sprawować funkcje publiczne. To jest poziom myślenia o roli suwerennego państwa, który jest nie do pojęcia dla polskich elit politycznych. Dlatego mamy „państwo z dykty”.

Nie da się ukryć, że ugrupowania takie jak francuski Front National (od przejęcia w nim rządów przez Marine Le Pen), ze swoim laicyzmem i mało ofensywnym wobec upadku obyczajowości programem, nie do końca przystają do ideału, który głoszą polscy narodowcy. Czy mimo to należy w nich jednak widzieć sprzymierzeńca? Jeśli tak, to dlaczego?

Po części na pytanie to odpowiedziałem już wcześniej. Osobiście, z punktu widzenia ideowego, jestem zbulwersowany nową linią ideową Marine Le Pen, ale jestem także świadomy warunków skrajnie zsekularyzowanego i zdeprawowanego przez liberalizm społeczeństwa w którym działają francuscy nacjonaliści. Mają do wyboru obronę pryncypiów i 15% poparcia, co w warunkach ordynacji większościowej oznacza marginalizację polityczną, albo liberalizację i 25% poparcia, co czyni z Rassemblement National pretendenta do realnej władzy nad Francją. Moim zdaniem, politycznie rzecz patrząc, Marine Le Pen postąpiła słusznie i realistycznie, acz intelektualiści związani ze stronnictwem na łamach książek i mediów powinni wykazywać sceptycyzm co do kierunku. Intelektualista prawicowy winien bronić zasad i rozdzielać to, co jest dobre samo w sobie, od tego, co jest realistycznie politycznie. To jest to napięcie między pragmatyzmem a ideową ortodoksją o które mnie pytałeś i na które odpowiedziałem, że należy być elastycznym politycznie, zachowując niewzruszenie swoje poglądy.

Podobnie wspomniałem, że francuscy nacjonaliści stanowią dziś wzorcowe myślenie o państwie w kategoriach państwa narodowego (fr. Etat-Nation). Dość dobrze znam to środowisko, bardzo dużo naczytałem się ich pism i publicystyki. To perfekcyjne zrozumienie racji stanu w warunkach świata demokratycznego i społeczeństwa masowego. Innymi słowy, to dla europejskiej prawicy narodowej autentyczni maîtres à penser, mistrzowie myślenia. Pamiętam, że gdy kilka lat temu, wraz z Żoną, byliśmy w Parlamencie Europejskim i z galerii oglądaliśmy tych wszystkich miałkich intelektualnie europosłów, wygadujących ogólnikowe dyrdymały, to piorunujące wrażenie zrobiło na nas wystąpienie Marine Le Pen. Moja Żona wyszeptała mi wtedy do ucha: „Le Penowa to jedyny poważny polityk w całym tym parlamencie”.

Jak w tej układance zaklasyfikować nurty jeszcze mniej radykalne? Pytanie dotyczy węgierskiego Fideszu, polskiego PiS-u oraz zjawisk takich jak Donald Trump. Abstrahując od osiągnięć bądź ich braku – czy należy w ich popularności widzieć zwiastun wzrostu w siłę tendencji narodowych?

Ze względu na barierę językową o rządach Fideszu wiem najmniej. Zwolennicy przestawiają je w samych superlatywach, a krytycy niczym neofaszyzm. Na ile się jednak orientuję, zestawianie Fideszu z PiS-em jest dla Węgrów krzywdzące, co widać szczególnie w polityce zagranicznej. Viktor Orban to prawdziwy wirtuoz stosunków międzynarodowych, grający raz na skrzypcach niemieckich, raz na rosyjskich, lawirujący, mistrz polityki niezaangażowania. W porównaniu z nim Jarosław Kaczyński to polityk do bólu przewidywalny i toporny: zawsze i w każdej kwestii wiszący u amerykańskiej klamki, co niechybnie skończy się realizacją, w jakiejś formule, żądań wynikłych z ustawy 447. Już przekształcił Polskę w pole bitwy pancernej rosyjsko-amerykańskiej w ewentualnej wojnie światowej. Mimo to PiS pokazuje, i to trzeba mu przyznać, że można sprawować rządy mając w pogardzie demoliberalne media i naciski zachodnioeuropejskie w rozmaitych sprawach. Oficjalna doktryna PiS jest „niepodległościowa” i „patriotyczna” na tyle, że znaczna część polskich narodowców wydaje się pod silnym ideowym wpływem tej formacji, na nieszczęście dla Konfederacji i dla autentycznej tradycji endeckiej. We wcześniejszych latach Kaczyńscy nigdy nie ukrywali swojego obrzydzenia dla Dmowskiego. Nie dziwne, byli przecież wychowankami ideowymi wolnomularza Jana Józefa Lipskiego.

Ale wracając do Twojego pytania: dojście do władzy Fideszu, PiS-u i Trumpa pokazuje, że w wyniku kryzysu liberalizmu i socjalnego państwa dobrobytu do władzy mogą dojść siły odwołujące się do wokabularza bardziej narodowego, a przynajmniej patriotycznego, nawet jeśli taki Kaczyński i Trump wypadają bardzo miernie w praktycznej realizacji swoich postulatów. Pierwszy prowadzi politykę zagraniczną wyznaczaną mu w Waszyngtonie, a drugi przez żydowskie lobby w USA. Wymienione wyżej ruchy i osoby w świadomości społecznej poczyniły jednak wyłom, że można zadeklarować się przeciwko rządzącemu establiszmentowi (przynajmniej werbalnie) i wygrać wybory. Chodzi o to, aby ten wyłom powiększyć i utrzymać, aby usunąć pseudo-narodową prawicę i zająć jej miejsce. W przypadku polskim trzeba czekać na odejście z polityki Jarosława Kaczyńskiego. Bez jego charyzmatycznego i twardego przywództwa PiS rozsypie się jak domek z kart. Po trzech miesiącach bez niego w Sejmie będą ze trzy PiS-y. I to będzie moment dla polskiej wersji Front National!

Rozmawiał Konrad Smuniewski

Rozmowa ukazała się w “Polityce Narodowej”. 2019, nr 22

[Głosów: 10   Average: 4.6/5]
Facebook

2 thoughts on ““Nacjonalizmy walczą dziś z liberalnymi elitami, tak jak w XIX wieku walczyły z arystokratycznymi”. Z A. Wielomskim rozmawia K. Smuniewski”

  1. Nacjonalizm wytworem Rewolucji Francuskiej? Ciekawe, bo ile Nicolaus Copernicus mógł wątpliwości co do swojej tożsamości etnicznej to już Zawisza Czarny bez żadnych wątpliwości wysptąpił przeciwko Zakonowi Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie .

    1. @JSC – nacjonalizm to nie to samo co naród (ani tym bardziej proto-naród czy etniczna tożsamość).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *