Nie dla „papieskiego kalifatu”

1) Teoretyczne przynajmniej uzasadnienie równości bytów odmiennych jest w ontologii mającej (przez Ojców Kapadockich i Augustyna) na pewno nie mniejszy niż emanatyzm neoplatoński wpływ na teologię wczesnochrześcijańską czyli stricte platońskiej: w protologii Platona metafizycznymi zasadami pierwszymi są Jedno i Diada. Mnogość i gradacja bytów bierze się z działania Jednego, ale zasadą i źródłem tej wielości jest Diada.

2) „Diada” Dwóch Mieczy (bez próby „naginania” jej w którąkolwiek stronę) została nie tylko zarysowana wstępnie przez papieża Gelazego (i współczesnego mu Fulgencjusza z Ruspe), ale była również przyjmowana w teologii politycznej okresu karolińskiego (Alkuin, Szmaragd od św. Michała, Jonasz z Orleanu) i ottońskiego – jej ostatnim wyrazem jest w ikonografii wizerunek właśnie cesarza Henryka IV I Grzegorza VII jako „princeps terrarum” i „princeps sanctorum”, który załączam, przy czym Diada ta jest – analogicznie do teologii trynitarnej – wpisana w Triadę poprzez gołębia na berle cesarskim i za uchem papieża, symbolizującego Ducha Św. Pan Profesor swoją analizę rozpoczyna przecież wraz z gregoriańskim przewrotem, rozrywającym tę Diadę-Triadę, nic więc dziwnego, że to, co go (ów przewrót) poprzedzało umyka mu, czy też jest traktowane „po macoszemu”.

3) Naturalnie, że nie imputuję Hildebrandowi świadomej herezji; z pewnością nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego teologia polityczna (nie teologia s.s.) jest odwróceniem euzebiańskiego monarchianizmu.

4) to, że przez większą część średniowiecza faktyczna równowaga była nieosiągalnym marzeniem (również z tych powodów praktycznych, o których Profesor wspomina) jest oczywiście prawdą, ale to – a mon avis – powód do smutku, nie zaś do opowiadania się po jednej ze stron współwinnych tego stanu rzeczy. Stanąć po stronie „partii papieskiej” lub „partii cesarskiej” jest z pewnością wyborem pragmatycznym, lecz co do mnie nie mam wątpliwości, ze w XIII wieku ja dla gwelfów byłbym gibelinem a dla gibelinów gwelfem, toteż bitym przez obie strony. Trzeba jednak też postawić kropkę nad i – a nieprzypadkowe jest tu przywołanie nowożytnej myśli „suwerenistycznej” – i dopowiedzieć, że w ten sposób problem duchowo-polityczny kulminuje trywialnie doczesnym, Leninowskim „kto kogo?”. przywołując Eliota – historia Christianitas kończy się „nie hukiem, lecz skomleniem”.

5) Pan Profesor dokonał jednoznacznego wyboru motywując to jedynie realną, jego zdaniem, katechonicznością papieża. Należałoby jednak również dopowiedzieć, że jest to opowiedzenie się za czymś na kształt „chrześcijańskiego kalifatu”, a to słabo koresponduje z odpowiedzią Pana Naszego na pytanie faryzeuszy z Mt 21, 21. I przecież po katastrofie Bonifacego VIII papieże też dyskretnie wycofali się z roszczenia do tego „kalifatu”, podtrzymywanie zatem tej koncepcji jest byciem „le plus catholique que le pape”. Ja, w każdym bądź razie nie godzę się oddawać ani cesarzowi, co papieskie, ani papieżowi, co cesarskie. Owszem, w XIX wieku byłbym już ultramontaninem, ale z desperacji, wiedząc, że nie ma już cesarza, lecz także świadomym ryzyka, że „zastępczych”, sytuacyjnych, katechonów będzie się poszukiwać również w osobnikach podejrzanej konduity i nie będących bynajmniej Biskupami Rzymu.

Jacek Bartyzel

facebook

aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Nie dla „papieskiego kalifatu””

  1. Publikacja ta chyba merytorycznie dyskusję kończy: Pan Profesor nie dokonuje wyboru między cesarzem a papieżem; ja takiego wyboru dokonuję i stoję po stronie papieskiej. Ma Pan świadomość, że w takich konfliktach ci, co się nie opowiadają stają się najgorszymi wrogami dla każdej ze stron?

  2. „Ja, w każdym bądź razie nie godzę się oddawać ani cesarzowi, co papieskie, ani papieżowi, co cesarskie.” – doskonale powiedziane. A jeśli ci, co nie wybierają, są najgorszymi wrogami obu, to trudno. Jeśli wygrana jednej ze stron jest taką samą katastrofą co trwanie konfliktu, to dążenie do równowagi jest jedynym racjonalnym wyborem.

  3. @ adamwielomski – Uważa Profesor, że gdyby wygrało papiestwo, to Europa uniknęłaby dechrystianizacji? Oczywiście wiem, że to jest bardzo spekulatywne rozważanie.

  4. Polemiki obu Panów są dla mnie cokolwiek ezoteryczne. Oba stanowiska opierają się na (błędnym) założeniu, że Christianitas już była kiedyś zrealizowana. Tymczasem zaznajomiona z kulturą helleńską i rzymską starożytność chrześcijańska zakończyła się wnioskiem św. Augustyna, że władza jest skutkiem grzechu. Wg Doktora Łaski w Raju żadnej władzy nie było. Władza jest zatem w równej mierze „emanacją Chrystusa” co emanacją grzechu. Następne wieki to całkowity upadek kultury. Tzw. renesans karoliński szczyci się tym, że potrafi obliczyć kiedy wypada Wielkanoc. Ma również pewną znajomość gramatyki, nie na tyle jednak głęboką by odróżniać poezję od wywodu medycznego czy astronomię od logiki. Startująca „z niczego” scholastyka dochodzi jednak do wniosku, że władza jest czymś naturalnym, nie mającym związku z Upadkiem. Upadek to raczej brak władzy, anarchia. Od tego droga do współczesnego suwerena jest już prosta. Dlaczego jednak władza, czyli terytorialny monopol na przemoc ma być emanacją Chrystusa, który przemocy się wyrzekał? Mogę zrozumieć, że Chrystus jest Królem Wszechświata i rządzi np. w Chinach, gdy przyjąć, że króluje tam z Krzyża. Jeśli jednak Jego królestwo ma być „stąd” to go zwyczajnie nie ma i „historia” Christianitas rzeczywiście kończy się „nie hukiem, lecz skomleniem” o ile przyjąć, że to w ogóle jakaś historia. Społeczne panowanie Chrystusa realizowane przez przemoc ma sens o jakim mowa we współczesnej psychologii ewolucyjnej i neurokognitywistyce. Jeśli władza nie piętnuje zła i nie nagradza dobra to pojęcia zła i dobra w ogóle nie powstają w mózgach poddanych. Dobro i zło to bowiem to, co społecznie nagradzane i karane. A zatem to, co ludzie mają za dobro i zło zależy od władzy. Dlatego papież i cesarz walczą o pozycję dominującego samca w stadzie. Samiec alfa może być tylko jeden. „Duchowym żydom” przyznać trzeba, że kultura biblijna nigdy nie wyszła poza pojęcie Mesjasza Izraela. Żydów interesował jedynie król ich małego narodku wciśniętego pomiędzy światowe potęgi starożytnego świata. Takiego zbawiciela przepowiadali starotestamentowi prorocy, zostawiający bardziej globalną politykę samemu Bogu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.