O pożytkach z ludowości

W okresie przedmajowym te niekorzystne tendencje, skutkujące osłabieniem wpływu endecji na polską wieś – udało się zahamować m.in. drogą Paktu Lanckorońskiego i dwukrotnym utworzeniem ludowo-narodowych gabinetów Wincentego Witosa. Z czasem jednak, narodowcy dali się częściowo wypchnąć z terenów wiejskich ludowym radykałom, czy nawet komunistom i sanacji, zaś ubytku tego nie rekompensowała bynajmniej postawa znacznej części ziemiaństwa, zerkającego w stronę obozu piłsudczykowskiego. W efekcie już podczas wojny utrwalił się (w dużej mierze błędny) stereotyp NOW i NSZ jako nie tylko „pańskiego wojska”, ale nawet „wojska jeszcze bardziej pańskiego niż AK!”. O niebezpieczeństwie takiego uschematyzowania wizji narodowego oporu przeciw okupantom była przekonana część kierownictwa obozu, o czym świadczy choćby wybór nazwy Narodowo-Ludowej Organizacji Wojskowej przez grupę „młodych” endeckich konspiratorów na czele z dr. Karolem Stojanowskim i Janem Matłachowskim.

Ludowy nacjonalizm Witosa

Przedwojenna endecja była wszak ruchem stricte ludowym nie tylko ze względu na plebejskość swoich mas członkowskich, ale i przez udzielanie odpowiedzi na zasadnicze dla ludności wiejskiej pytanie o awans cywilizacyjny. I choć nie była to odpowiedź pełna (bowiem zdecydowanie w kwestii reformy rolnej wyrażały przede wszystkim grupy narodowo-radykalne, zwłaszcza „falangiści”), to jednak cały obóz zgadzał się co do fundamentalnej kwestii rozładowania nadmiaru rąk do pracy w rolnictwie drogą oczyszczenia dostępu do sfery handlu i usług (a docelowo także industrializacji). I myliłby się ktoś sądząc, że była to wizja alternatywna wobec tej, której hołdował np. Witos. Przeciwnie. Jeszcze w Pakcie Lanckorońskim lider „Piasta” zgadzał się, że rząd „będą tworzyć wyłącznie Polacy”, a na VI Kongresie Stronnictwa podkreślał, że mniejszość żydowska „staje się coraz bardziej bezczelna i arogancka”. Witos nie bał się „oskarżenia” o nacjonalizm twardo zaznaczając, że „W ujęciu ludowców nacjonalizm to nie jest szowinizm. Trudno zresztą zrozumieć, jak można uważać za zło i zbrodnię, jeżeli Polacy robią to, co robią wszystkie narody, to znaczy bronią swoich interesów”.

Przetrwanie czy zastój?

Idee ludowa i narodowa przed wojną przenikały się i uzupełniały, jednak w warunkach powojennych ich rozwój musiał odbywać się niezależnymi, choć równoległymi drogami. Te środowiska polityczne, które wybrały próbę działalności w trudnych realiach Polski nomen omen Ludowej, już to w formie niezależnego ruchu katolików świeckich (jak PAX), już w ramach ZSL miały świadomość reprezentowania przeważającej większości społeczeństwa – tak pod względem światopoglądowym, jak i społecznym. Sytuacja geopolityczna i wewnętrzna kraju uniemożliwiały jednak „skonsumowanie” takiego (wydawałoby się oczywistego) sojuszu. Z kolei po 1989 r. nie sprzyjały mu dysproporcje w rozwoju obu nurtów. Podzielony ruch narodowy znalazł się w długotrwałym regresie, natomiast ludowcy przezwyciężyli tendencje odśrodkowe, ostatecznie dysponując jedną, silną partią odwołującą się do tradycji chłopskich.

Sęk jednak w tym, że poza samym odwołaniem, historyczną otoczką i dumnym zawołaniem, ze „PSL ma więcej sztandarów niż inne partie członków” znaczna część liderów tej formacji oderwała się od naturalnych ludowych korzeni, zaś samo Stronnictwo nabrało cech partii biurokratycznej i swego rodzaju biura karier, a nie skutecznej reprezentacji mieszkańców wsi polskiej i polskiego rolnictwa. Świadczy o tym zresztą sam stan polskiej produkcji rolnej, jak i obecna struktura społeczna na wsi, gdzie wprawdzie faktycznie oderwano przeważającą część mieszkańców od pracy w rolnictwie, ale (niczym przed wojną) nie zaproponowano im żadnej zawodowej i socjalnej alternatywy.

Zasadniczy sukces PSL polega więc na tym, że dla sporego odsetka elektoratu nie ma innej alternatywy poza tą partią, na którą (w różnych formach) głosowali i do której należeli jeszcze dziadowie obecnych wyborców. I choć zakres swoistego „Solid South” ogranicza się stopniowo dla Stronnictwa do terenów Świętokrzyskiego, Lubelszczyzny, części Mazowsza, Łódzkiego, Małopolski czy Podlasia – to jednak wciąż pozwala to na przekraczanie progów wyborczych w kolejnych elekcjach. Wynika to nie tylko z faktu, że PSL stworzyło sprawny system „kapitalizmu politycznego” („mój wójt to świnia, ale muszę na niego głosować, bo jest z PSL tak jak nasz marszałek, więc załatwi kasę na moją drogę). Nie chodzi wyłącznie o to, że Stronnictwo jest dawcą stanowisk urzędniczych (czyli jedynej dostępnej dziś formy „aktywnej walki z bezrobociem”), ani nawet nie o to, że (jak przy okazji reformy emerytalnej) jego liderzy czasem jednak upomną się o jakiś postulat programowy. Decydujący jest jakże często brak alternatywy. W świadomości tak zwolenników, jak i przeciwników PSL = ludowcy, a to = wieś. A tymczasem jeszcze kilkanaście lat temu nie było to takie oczywiste.

Zmarnowany potencjał

Nie mając ani majątku, ani struktur odziedziczonych po ZSL niezależny ruch ludowy objawił się na polskiej scenie politycznej po 1989r. z dużą dynamiką – i od razu z potężnym bagażem wrogów. Ta pierwsza pozwoliła Gabrielowi Janowskiemu i grupie rolników spod Mławy jeszcze w czerwcu 1990 r. rzucić wyzwanie rządowi Mazowieckiego i planowi Balcerowicza. To drugie zjawisko objawiło się zaś tym, że od początku też starano się potencjał ten osłabić już to drogą wchłaniania przez PSL (na czym przegrał Roman Bartoszcze), już to rozbijania elektoratu (np. przez utworzenie PSL „Solidarność”, czyli jednej z wcześniejszych form niesławnego potem SKL). Pomimo tego jednak, w pierwszych wyborach parlamentarnych Porozumienie Ludowe, skupiające rdzeń niezależnych ludowców zdobyło 5,47 proc. głosów (wobec 9,22 proc. na PSL – Sojusz Programowy, jak zwała się wówczas lista Waldemara Pawlaka), w Sejmie i Senacie znalazło się blisko 40 parlamentarzystów reprezentujących post-solidarnościowe partie ludowe, a sam Janowski uzyskał rekordowy wynik w okręgu siedlecko-podlaskim (49 tysięcy głosów, czyli 19,75 proc. wszystkich głosujących).

Sejm I kadencji to dla niezależnych ludowców czas rządowych meandrów i dalszych podziałów, znaczony walką z kontynuatorami „dzieła” Balcerowicza z rządów Olszewskiego i Suchockiej (w których jednak ludowcy okresowo zasiadali) oraz staraniami i zachowanie niezależności od „jednoczycieli prawicy”. Siły bowiem, które już w latach 90-tych wykreowały i umocniły mit o zbawczej sile „zjednoczonej prawicy” – stosunkowo szybko odkryły, że będzie on trudny do realizacji bez wyeliminowania ludowej i narodowej co do wartości prawicy. Od początku czyniono więc starania, by przechwycić elektorat wiejski, co najwyżej przy współudziale pseudo-ludowego „pasa transmisyjnego do mas”. Ze strony formacji niepodległościowej działania takie prowadzili tak Olszewski, jak i Jarosław Kaczyński, wykorzystując infiltrowany przez siebie NSZZ RI „Solidarności”. Odrębna rola przypadała zaś następcy PSL „S” – Stronnictwu Ludowo-Chrześcijańskiemu, najpierw pilnującemu chadeckiej ewolucji ZChN, a następnie już jawnie kolaborującemu z Unią Demokratyczną/Unią Wolności. Oczywiście aż do czasu, gdy na widnokręgu skołowanej prawicy nie pojawiła się AWS.

Mało kto dziś pamięta, ale Akcja miała stanowić „koniec historii” prawicy w Polsce, a więc pełnić rolę dziś przypisywaną Prawu i Sprawiedliwości. W szeregach AWS znalazło się miejsce dla szybko zliftingowanego Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego, zaś do samego Ruchu Społecznego AWS wprowadził resztki swego Porozumienia Janowski, wcześniej zniechęcony do własnych prób budowy chadecji w Polsce. Z nadania Buzka i Krzaklewskiego to jednak nie były minister rolnictwa, człowiek szanowany i doceniany na wsi, ale latyfundyści z SKL otrzymali rząd dusz i kies na wsi, obejmując kierownictwo resortu rolnictwa, a przede wszystkim posady w agencjach rolnych. To właśnie SKL-owskie, janiszewskie, styczniowe, balzsowe porządki w rolnictwie na długo zniechęciły polskich producentów rolnych do prawicy. Paradoksalnie jednak, tchnęły wiatr w żagle istniejącej od paru lat, ale dotąd przyczajonej nowej fali niezależnego odrodzenia politycznego na wsi – „Samoobronie”.

Jednak przed przejściem do choćby skrótowego odniesienia się do dziejów wzlotu i upadku ruchu Andrzeja Leppera, warto zatrzymać się na chwilę by spojrzeć jak na wydarzenia na wielkiej scenie reagował statysta polityki lat 90-tych – czyli ruch narodowy.

Endecka drobna kaszka

Najprościej byłoby odpowiedzieć, że – jak to miewają w zwyczaju – endecy trafnie opisywali i przewidywali wydarzenia polityczne, ale nijak nie umieli wyciągnąć z nich praktycznych wniosków dla siebie. Co ciekawe, wśród licznych planów, strategii i koncepcji, w jakie zawsze obfitowało życie wewnętrzne obozu narodowego – całkiem sporo zatrącało o problem stosunku do ludowców. Jeszcze w 1990 r. stanowisko wzywające do poparcia prezydenckiej kandydatury Romana Bartoszcze wypracowało środowisko „Przeglądu Narodowego”. Próbowano okazjonalnych i lokalnych sojuszy z ludowcami (w różnych ich odmianach) przy okazji kolejnych wyborów samorządowych. Radykalni społecznie narodowcy z SN „Ojczyzna” zerkali już w stronę rodzącej się „Samoobrony”. Specyficzną drogę – odcinania się od innych endeków, ale już nie od ludowców (w każdym razie werbalnie) wybrało hermetyczne, acz ciekawe programowo Stronnictwo Ludowo-Narodowe prof. Czesława Blocha. Jednak przełomem – przynajmniej mentalnym – na tle tych wszystkich prób, okazała się decyzja Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego, które w 1997 r. opuściło AWS i wybrało sojusz z Polskim Stronnictwem Ludowym. Sojusz, który zaowocował szeregiem ciekawych inicjatyw (jak wspólny z ludowcami Komitet Obrony Integralności Terytorialnej Polski, powołany na kanwie oporu przeciw projektom reformy samorządowej autorstwa AWS i UW). Ostatecznie jednak drogi PSL i zjednoczonego już Stronnictwa Narodowego rozeszły się, głównie w związku z dokonanym przez ludowców już w 2001 r. wyborem kierunku politycznego w kierunku postępującej liberalizacji i „europeizacji” Stronnictwa. Duże znaczenie miało też pojawienie się w obrębie ruchu narodowego jego najnowszej emanacji w postaci Ligi Polskich Rodzin.

Zapomnieli o wsi?

Nie ma chyba większego sensu przypominać znanych ogólnie kolei losu LPR. Dość tylko zaznaczyć, że formacja ta mając od początku silne oparcie w środowiskach wiejskich – zupełnie nie miała na nie pomysłu. Nawet w pierwszym (de facto federacyjnym) okresie istnienia Ligi, jeden z jej liderów, Gabriel Janowski – z dużym uporem starał się prowadzić działalność organizacyjną i programową o charakterze ogólnopolskim w ramach swego Przymierza dla Polski, zamiast odwołać się do tradycji i doświadczeń PL. Pomimo tych wszystkich błędów – to właśnie głosy wsi dały w dużej mierze Lidze największy sukces w jej krótkiej historii, odniesiony w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 r. Lista LPR uzyskała wówczas 15,92 proc. głosów, a sama organizacja przyciągała mniejsze środowiska rolnicze, jak NSZZ RI „Solidarność”, czy Polski Blok Ludowy Wojciecha Mojzesowicza.

Witos, Dmowski, czy Szela?

Ostatecznie jednak Liga tej (jak i wielu innych) szansy nie wykorzystała. Współpracując lojalnie z PSL w niektórych samorządach (jak na Mazowszu i Lubelszczyźnie) – LPR sama nie utrwalała swoich przyczółków na wsi. W tym samym zaś czasie najpierw zdobyła je, a ostatecznie utraciła inna partia zarazem ludowa, jak i narodowa – czyli „Samoobrona”.

Zgodnie ze swą deklaracją ideową z 1993 r. – formacja ta (składająca się z rolniczego związku zawodowego i zmieniającej nazwę partii politycznej) określała się jako „chrześcijańsko-ludowy ruch socjal-narodowy”, przyciągający osoby takie jak gen. Stanisław Skalski, czy reżyser Bohdan Poręba, a Andrzej Lepper jeszcze w wywiadzie-rzece z tegoż roku „Samoobrona. Dlaczego? Przed czym?” powoływał się równo na Witosa, Dmowskiego, jak i na… Jakuba Szelę. W istocie u samego zarania „Samoobrony” nikt nie miał wątpliwości, że mamy do czynienia z naturalnym i oddolnym ruchem narodowym, pozbawionym może endeckiej szkoły myślenia, za to opartym o zdrowe instynkty i niezłe rozeznanie zagrożeń narodowych. Przy tym wszystkim zaś wyższość ruchu Leppera nad partiami endeckimi polegała na oparciu się o czytelną i jasno zdefiniowaną bazę społeczną.

Nadbudowa bez bazy

Blisko czterdzieści lat praktycznego niebytu w realnej polityce krajowej oduczyło część epigonów endecji myślenia w kategoriach polityki praktycznej i działań organizacyjnych. Wystarczająca – a czasem wręcz jedyna – wydawała się forma salonowo-klubowa, znakomicie nadająca się do wnikliwej egzegezy pism klasyków, jednak oduczająca kontaktu z realnym światem i bieżącymi problemami jego mieszkańców. Z kolei narodowcy aktywni w koncesjonowanych stowarzyszeniach katolików świeckich ograniczeni byli limitami rozwoju członkowskiego tych organizacji, jak i ścisłym podziałem ról w warunkach PRL-owskiego autorytaryzmu, utrudniającym np. bezpośredni dostęp do środowiska wiejskiego, czy robotniczego. W rezultacie jeszcze w latach 80-tych, a zwłaszcza po przełomie – endecy albo nie wiedzieli jak zbudować sobie zaplecze społeczne, albo nawet w ogóle nie widzieli takiej potrzeby. Część z nich sądziła, że oto – niczym w legendzie o popie wychodzącym po wyzwoleniu Konstantynopola spod podłogi Kościoła Mądrości Bożej by dokończyć mszę przerwaną tureckim najazdem – na świat powrócą rzesze przedwojennych wyborców SN. Inni zwyczajnie nie mogli się odnaleźć – nie było dawnej inteligencji, ziemiaństwa, „chrześcijańskiego rzemiosła” takiego jak w Dwudziestoleciu, wielkoprzemysłowa klasa robotnicza początkowo czuła się związana z ruchem „Solidarności”, a zanim się połapała – to już jej nie było. Wreszcie w stosunku do rolnictwa od razu niemal zapanował klimat pewnego nieprzystosowania. Endecy niby wiedzieli, że jest jakaś wieś, ale woleli, by się nią zajmowali „specjaliści” – czyli jacy bądź ludowcy.

W efekcie jedyne grupy społeczne, jakie przychodziły narodowcom do głowy, jako możliwe do pozyskania – związane były z Kościołem. Problem polegał jednak na tym, że i Kościół nie był już tym z czasów posługi prymasa Hlonda, czy biskupów Łosińskiego i Łukomskiego. Ten stan rzeczy wydawał się zmieniać dopiero rozwój Radia Maryja i rosnąca wrażliwość ideowa jego słuchaczy. I znowu – nie ma sensu wchodzić w szczegóły, w każdym razie nawet Lidze (pomimo okresowych złudzeń) nie udało się jednak tego środowiska trwale związać ze swym programem i linią polityczną. Ba, można wręcz zauważyć, że to nie tyle LPR i jej endeckie wartości miały wpływ na krąg odbiorców Radia i Telewizji TRWAM, ale przeciwnie, to zbiór nieco chaotycznych, nie do końca uświadomionych i przemyślanych narodowo-katolickich i romantyczno-insurekcyjnych emocji tego kręgu odbił się na taktyce i hasłach Ligi.

Prawdziwa klasa średnia

W tym samym czasie – wg nieco złośliwej oceny prof. Jadwigi Staniszkis – „Samoobrona” była „złą odpowiedzią na dobre pytania” prawdziwej polskiej klasy średniej – czyli faktycznych następców przedwojennego elektoratu endecji – kupców, drobnych przedsiębiorców, dużych przetwórców rolnych, wspartych do tego głosami lumpenproletariatu, modnie zwanego dziś „wykluczonymi społecznie”. Oto więc mieliśmy na scenie polityczne dwa ruchy polityczne – jeden z tradycją i programem (oraz kadrą), ale bez zaplecza społecznego, a drugi z przyszłością (jak się wydawało), z ogromnym potencjałem ludzkim, za to z nader nieskonkretyzowanym kierunkiem ideowego rozwoju. To oczywiste, że naturalnym krokiem wydawała się symbioza tych dwóch komplementarnych tendencji – i równie oczywiste, że w warunkach polskich oba te ruchy w ciągu kolejnych lat utraciły niemal wszystkie swoje walory, może poza dobrym samopoczuciem liderów.

Nie zapobiegły temu smutnemu finałowi nawet obronne gesty zrozumienia dziejowej konieczności dokonania fuzji obu trendów. Ani szumnie ogłoszony i po cichu zdechły LiS Romana Giertycha i Andrzeja Leppera, ani inicjatywa Narodowego Koła Parlamentarnego, a następnie Ruchu Ludowo-Narodowego nie dały spodziewanych rezultatów. Zawiniły głównie niekorzystne okoliczności zewnętrzne, ale przede wszystkim brak wiary samych zainteresowanych. W efekcie więc nastąpił regres tak niezależnego ruchu ludowego, jak i ponowna rozsypka narodowców.

Podorywki czy dogorywanie?

Sytuacja wśród nie-PSL-owskich ludowców wygląda tak, że w istocie mało kto wie, że takowi istnieją. „Ludowiec = członek PSL”, ta zbitka utrwala się w świadomości wyborców, mediów, a nawet samych polityków. Na marginesie sceny politycznej funkcjonują grupki takie jak Stronnictwo Piast Zdzisława Podkańskiego, Stronnictwo Ludowe „Ojcowizna”, Przymierze Ludowo-Narodowe, a także niedobitki po „Samoobronie” (w ramach partii, związku, Samoobrony Patriotycznej, OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych). Dzięki funkcjonowaniu w unijnych Komitetach Copa-Cogeca i oparciu o PiS pewnymi wpływami cieszą się NSZZ RI „Solidarność” Jerzego Chróścikowskiego i ZZR „Ojczyzna” Lucjana Cichosza. Raczej jako single i autorytety, niż jako liderzy – po scenie przewijają się jeszcze Gabriel Janowski i Wojciech Mojzesowicz. Gdzieś na boku, w żalu po wypadnięciu z establishmentu między PO, a PJN kręci się Roman Wierzbicki i jego rozłamowa „Solidarność Wiejska”, a w kontrze wobec systemu (choć blisko PiS) trwa Marian Zagórny i jego ZZR Solidarni.

Generalizując – ludowa opozycja nie bardzo różni się w swej kondycji organizacyjnej od organizacji pro-rządowych. W istocie bowiem większość wspomnianych grup – to jedynie szyldy (nie wyłączając najbardziej znanej Solidarności RI), dysponujące jeszcze pewnymi środkami, lecz stosunkowo niewielkim realnym zakresem obecności na wsiach. Nie inaczej zresztą jest po stronie zaplecza PSL, które wprawdzie deleguje swych licznych przedstawicieli do rozlicznych rad nadzorczych (jak czynią Kółka Rolnicze Władysława Serafina), ale w istocie niemal nie mają szeregowych członków wśród zwykłych rolników.

Perspektywą brak perspektyw

Nie znaczy to jednak, że ruch ludowy – w tym ten nie-PSL-owski nie ma potencjalnego zaplecza i szans rozwojowych. Wprost przeciwnie. Takie perspektywy istnieją, a nawet umacniają się z każdym kolejnym niekorzystnym dla polskiej gospodarki krokiem rządu czy fatalną decyzją Komisji Europejskiej. Wprawdzie wspólnym wysiłkiem większości rządów po ’89 ostatecznie udało się oderwać od pracy na roli większość mieszkańców naszych wsi, ale wobec niestworzenia im alternatywnych miejsc pracy – kręgi te wciąż nie mają swojej reprezentacji politycznej. Jest to dla nich tym dotkliwsze, że PSL – jak już wspomniano – przekształciło się w urzędniczy aparat wyborczy, lobbujący na rzecz latyfundystów, stworzonych zwłaszcza na ziemiach zachodnich i w centralnej Polsce – a więc wbrew swemu tradycyjnemu elektoratowi.

Co więcej, wprawdzie kolejne rządy starały się nie powtórzyć błędów ekipy AWS-UW, której udało się zantagonizować przeciw sobie jednocześnie wszystkie niemal sektory produkcji rolnej, co ułatwiło odrodzenie „Samoobrony”. Pomni tego doświadczenia, następni włodarze gospodarki prowadzili od tamtej pory „ekonomię hydrauliczną” wobec rolnictwa, wg zasady „popuszczamy mleczarstwu, przykręcamy drobiarstwu i odwrotnie”. Pomimo tego jednak, sytuacja ekonomiczna i socjalna wsi jest zła, a w dodatku jest już pewne, że pogorszy się jeszcze bardziej w związku z założeniami nowej Wspólnej Polityki Rolnej mającej obowiązywać od 2014 r. Nie tylko, że nie dojdzie wówczas do wyrównania dopłat do produkcji rolnej między Polską, a krajami starej Unii, ale też znacznemu ograniczeniu ulegnie sam dostęp do funduszy, powiązanych z obowiązkiem spełnienia szeregu norm rzekomo ekologicznych, a w istocie realizujących nadrzędną zasadę neo-WPR, że produkcję rolną należy za wszelką cenę ograniczać.

Do tego należy dodać wzrost kosztów produkcji rolnej i życia na wsi, jaki postępuje już dziś (choćby w związku z wprowadzeniem dodatkowych obciążeń, jak składka na ubezpieczenie zdrowotne, już wkrótce także nowa forma podatku dochodowego, a być może nawet podatek katastralny) i który nabierze jeszcze tempa po ewentualnym wejściu w życie Pakietu Klimatycznego. W tej sytuacji polska wieś to nie tylko jedyne w obrębie społeczeństwa polskiego środowisko łatwo identyfikowalne pod względem warunków socjalno-ekonomicznych. Środowisko to poddane jest ogromnej presji, a w efekcie może okazać się zdolne do wyartykułowania skutecznego sprzeciwu wobec obowiązującego niezmiennie od prawie ćwierć wieku kierunku polityki gospodarczej i zagranicznej. To zaś jest oczywisty punkt styczny z postulatami i oczekiwaniami nurtu narodowego.

Grzech bierności

Rzecz jasna o ile nie będzie on stał biernie wobec sytuacji na wsi, powtarzając, że „jesteśmy narodowcami, najwyżej narodowymi demokratami, ale w żadnym wypadku ludowymi narodowcami, czy narodowymi ludowcami”. Czas potrzebny na organizację zejdzie w takim przypadku na rozmyślanie nad słowami i wymyślanie nowych nazw partii, o których nikt nie usłyszy. Prawdziwa zaś szansa i wyzwanie – przemkną zaś niezauważone.

Na koniec trudno ostatnich doświadczeń niezależnych ludowców i niektórych narodowców nie odnosić do zagadnienia PiS-u. Jednym i drugim zdarzało się w ostatnich latach pracował pour la Roi de Prusse – czyli dla Jarosława Kaczyńskiego. Jedni i drudzy pomagali mu organizować elektoraty, tworzyć hasła i docierać do wyborców, których naturalnie sami powinni byli pozyskać. Właśnie z tego punktu widzenia tym bardziej konieczna wydaje się współpraca tych dwóch nurtów. Niekoniecznie w formie automatycznego poszywania kanap – ale z pewnością jako wypracowanie jednego ludowo-narodowego programu i wystąpienie z nim na przekór fali nadchodzącego, jeszcze głębszego kryzysu. Odpowiedzią nań winna być jedna ludowo-narodowa formacja, niezależnie od przyjętej formy organizacyjnej zdeterminowana, by wyciągnąć wnioski z błędów poprzedniczek z obu nurtów. Będącą jednocześnie nową jakością – jak i twórczym zwieńczeniem tej samej jedności poglądów i celów polskich, o których pisali i Witos, i Dmowski.

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 1 Average: 4]
Facebook

0 thoughts on “O pożytkach z ludowości”

  1. Obecnie na wieś dziarsko wkracza PiS, gdzie przejmuje dotychczasowy populistyczny elektorat Samoobrony.

  2. Czy zasadniczy zrąb tekstu nie powstał ponad rok temu? Byłyby też ciekawe przykłady przejmowania elektoratu wiejskiego przez PiS. Mało kto to studiował (ja nie).

  3. Czy zasadniczy zrąb tekstu nie powstał ponad rok temu? Byłyby też ciekawe przykłady przejmowania elektoratu wiejskiego przez PiS. Mało kto to studiował (ja nie).

  4. Tekst historyczny, bez próby zarysowania pomysłu na przyszłość: „Było źle, potem były błędy, potem już witaliśmy się z gąską, ale Panie sytuacja nas ograła i jakoś tak się wszystko spsiło”. Autor stwierdza, że ruch ludowy ma perspektywy. Tymczasem perspektywy te są mocno wątpliwe, bo coraz mniej ludzi żyje z rolnictwa i to jest trend w zasadzie nieodwracalny (o ile jakieś UFO nie porwie maszyn i technologii rolniczych…) Ruch taki musiałby nie tyle być rolniczym, co prowincjonalnym, czyli skupiającym przegrane tereny wiejskie i małomiasteczkowe – niekoniecznie żyjące z rolnictwa. Czy to może się udać? To też jest wątpliwe. Proszę porozmawiać z wiejskimi synami i córkami studiującymi w większych miastach, a dowie się Pan, że w większości pochodzą z Torunia, Zielonej Góry czy Krakowa, czasami z nieśmiałym dodatkiem „z okolic”. Młoda wieś wstydzi się wiejskości i prowincjonalności… Reasumując: nie ma programu, nie ma pomysłu, a wspólna tożsamość opiera się na wstydzie wdrukowanym przez „elitę wojewódzką”… W ludowości nie ma „siły atrakcyjnej”. To jest raczej coś od czego chce się uciec, bo kojarzy się z biedą, frustracją i kompleksami… Owszem, jeśli przerobimy „prawdziwy kryzys”, to może z tego powstać coś, ale raczej byłby to ruch ekonomicznego protestu, bez fundamentów i perspektyw, który może przejść znaną już drogą: protest, 5-minut sławy, klęska. PS. Proszę spojrzeć na takie Koko Euro Spoko. Pojawiły się babiny, które zaśpiewały prostą piosenkę, którą ludzie wybrali na przebój reprezentacji (5-minut sławy). Następnie elita tupnęła nogą i ludzie zaczęli się prześcigać w wyszydzaniu, deklarowaniu wstydu, że takie coś wygrało i Europa nas tak wyśmieje, że podczas Euro będzie trzeba udawać Niemca… Gusty przecież nie zmieniły się nagle. Zresztą przecież nie o gust chodzi, tylko o bycie „trendy”. Ci sami ludzie pójdą na koncert muzyki bekanej i pierdzianej, jeśli tylko „elita” zapewni ich, że to jest nowy środek wyrazu, który wyznacza najnowsze trendy artystyczne :). Awans do „elity” odbywa się u nas nie na drodze czegoś pozytywnego, tylko poprzez mechanizm: „nie myśl, nie pytaj, tylko śmiej się z tych, z których my się śmiejemy – wtedy osiągniesz fajność i akceptację”.

  5. Generalnie zalecam posiadanie programu w ogóle – zwłaszcza socjal-ekonomicznego, opartego na analizie socjologicznej potrzeb poszczególnych grup społecznych. Bez bazy społecznej – będę bowiem powtarzał do złudzenia – żaden ruch polityczny po prostu nie zaistnieje. Odnalezienie takiej bazy – czy będą to producenci rolni, czy np. konsumenci kredytów itp. jest tym, co odróżni twórców programów od ich realizatorów. A jaki powinien być to program (przynajmniej jeśli chodzi o rolnictwo) postaram się jeszcze wyjaśnić 🙂

  6. Po upływie pół roku jesteśmy nieco bogatsi w wiedzę o polityce rolnej PO-PSL, czy raczej o jej braku. Podatek katastralny – pomimo zaprzeczeń wygłaszanych przez wiceministra rozwoju regionalnego, Marcelego Niezgodę – staje się coraz bardziej realną perspektywą, dotkliwą zresztą nie tylko dla mieszkańców wsi, ale dla ogółu posiadaczy. Znamy też więcej szczegółów na temat planów wprowadzenia podatku dochodowego w rolnictwie – nie możemy natomiast doczekać wyartykułowania przez jego pomysłodawców prostej prawdy, że podatek rolny również ma charakter dochodowy, a więc nieuczciwą sztuczką czarnego PR-u jest tworzenie wrażenia, że rolnicy korzystają z jakiegoś szczególnego uprzywilejowania wobec fiskusa. Jest wręcz odwrotnie. Mówienie o potrzebie pozyskania dzięki nowemu podatkowi dodatkowych środków do budżetu państwa jest zwyczajnym mydleniem oczu w sytuacji, gdy 75 proc. gospodarstw rolnych nie uzyskuje dochodowości, jednak wg tych propozycji, wszystkie poniosą koszta związane choćby z prowadzeniem wymaganej przez fiskusa księgowości i to już od 2013 r. Wreszcie faktem stała się już reforma emerytalnej, która mimo pozornie osłonowych rozwiązań wprowadzonych pod naciskiem PSL w dalszym ciągu nie stanowi odpowiedzi na zasadnicze problemy socjalne wsi, jak niskie emerytury rolnicze i coraz późniejsze przejmowanie gospodarstw przez młodych (czy raczej już „młodych” – 40-letnich rolników). Wszystko to więc pokazuje, że z coraz większa konsekwencją realizowany jest plan „Polski bez rolnictwa”, stanowiący część większej koncepcji lansowanej przez kraje „starej Unii”. Można domniemywać, że obejmuje ona wizję UE jaki importera żywności, a jednocześnie eksportera produkcji przemysłowej np. w ramach wymiany handlowej z Ameryką Południową. Jest to założenie po pierwsze krótkowzroczne i mało realne – bo zakładające podjęcie nierównej walki z Chinami. Po drugie zaś – niekorzystne dla polskiej gospodarki. Jest to więc jedynie kolejny argument za jak najszybszym opuszczeniem Unii.

  7. Rolnik może i miłośnikiem unii jako takiej nie jest. Powie pewnie, że to też złodzieje, ale doda: „Przed wejściem do UE nasi nic chłopom nie dawali, a unia coś tam jednak daje. Mniej niż w innych krajach, ale lepszy rydz niż nic, a Pan chce, żeby i tego nie było. Idź Pan stąd i nie filozofuj!”

  8. Mentalny problem ludzi ulegających propagandzie „dawanych unijnych pieniędzy” dotyczy tak miasta, jak i wsi i kompleksowo musi być pokonany. Wbrew pozorom jednak rolnicy, choć „unijne pieniądze” dostają bezpośrednio do ręki w formie dopłat, to często lepiej też zdają sobie sprawę z ograniczeń i kosztów narzuconych przez UE.

  9. @Alek: Pisze pan „…Młoda wieś wstydzi się wiejskości i prowincjonalności… Reasumując: nie ma programu, nie ma pomysłu, a wspólna tożsamość opiera się na wstydzie wdrukowanym przez „elitę wojewódzką”… ” – niczego podobnego nie zauważyłem ani w mojej wiosce ani w mojej gminie. Wręcz przeciwnie: młodzi działaja w lokalnych inicjatywach, dumni są ze swojej podstawówki (najlepszej w województwie, 🙂 ), natomiast „element napływowy” z miasta bardzo ładnie integruje sie z „miejscowymi”, np. w ramach Programu Odnowy Wsi. Sołtys, i wiekszość aktywnych ludzi albo należy do albo sympatyzuje z PSL, dotyczy to również sporego grona ludzi „od doktoratu w góre”. Sympatia do PSLu jako „partii ludzi samodzielnych i odpowiedzialnych” moim zdaniem rosnie i bedzie rosła, niezależnie od sympatii czy antypatii do osób z Zarzadu PSLu. W wioskach i gminach wiejskich PSL po prostu widac.

  10. Rolnicy chcą przede wszystkim, żeby im dobrze płacili za to, co produkują, czyli żeby dało się na dobrym poziomie żyć z rolnictwa, ale są przekonani, że „oni tam w Warszawie” rozkradają pieniądze. Część z nich, ich znajomych lub dzieci była popracować na Zachodzie i znają tamtejszy socjal, dopłaty, warunki pracy i podoba im się to. Chcą by u nas było tak samo, ale w Polsce, „albo ludzie nie mają głowy do rządzenia, albo kradną…” Słyszał Pan by jacyś rolnicy domagali się ostatnio wystąpienia z UE?

  11. A dysponuje Pan jakimiś źródłowymi linkami do informacji o rolniczych wystąpieniach antyunijnych w ostatnim czasie?

  12. Panie Alku, tak czułem, że na tym polega nieporozumienie między nami. Ja pracuję na wsi i z rolnikami – a nie czytam linki 🙂

  13. Reforma rolna zawsze była katastrofą i do dzisiaj widać jej negatywne skutki. Rolnictwo oparte na sile roboczej rodzin łącznie z dziećmi, starym zdezelowanym sprzęcie i przeznaczanie dopłat rolnych na wesela, czyli kierowanie socjalu w gardło. To wszystko jest efektem przydzielenia ziemi każdemu. /////////// Kolejne zastrzyki z pieniędzy wpompowywane w rolnictwo są utrzymywaniem tego patologicznego stanu rzeczy. ////////// Prawdziwą konieczną reformą jest zerwanie chochoła z działalności rolnej. Oczywiście można ustalić jakieś wartości, które może zapewnić gospodarstwo rolne w zamian za utrzymanie osłonki z państwowego siana, ale większość musi przejść próbę i wejść na drogę rzeczywistej konkurencji o klienta.

  14. Panie Konradzie, nieporozumienie między nami jest takie, że ja mówię, iż rolnicy nie kochają unii, ale z dopłat by rezygnować nie chcieli, chyba że „dobrze by płacili za płody rolne”. Pan lansuje tezę, że jest jakieś napięcie na wsi w kierunku wystąpienia z UE. To są subiektywne i niereprezentatywne obserwacje osobiste – z dwóch stron. Dlatego zapytałem o coś obserwowalnego intersubiektywnie, a czymś takim byłyby udokumentowane protesty, które świadczyłyby o tym, że występuje jakieś napięcie w kierunku wystąpienia z UE, które dla zainteresowanych jest na tyle istotne by je publicznie wyrażać. Pan sugeruje, że wie lepiej, bo pracuje Pan z rolnikami. Czyli gdybym ja teraz napisał, że rolnikiem jestem, to miałbym pańskim zdaniem wyższy udział prawdy w prawdzie? Przecież to jest dziecinne.

  15. Panie Alku, na temat dziecinności poglądów nie śmiem z Panem polemizować, na temat rolnictwa jednak spróbuję. Proszę zwrócić uwagę, że powyższy tekst jest właśnie o tym co zmieni się na polskiej wsi po roku 2013, a więc też i o tym jak rolnicy mogą zareagować na wzrost kosztów życia i produkcji oraz mniejszą dostępność dopłat.

  16. „Proszę zwrócić uwagę, że powyższy tekst jest właśnie o tym co zmieni się na polskiej wsi po roku 2013, a więc też i o tym jak rolnicy mogą zareagować” Nie wiem czy czytał Pan ten tekst, ale ja na górze wiedzę przede wszystkim rys historyczny ruchu ludowego w Polsce z bardzo delikatnym trąceniem teraźniejszości i przyszłości. Jeśli chodzi o reakcje przyszłe, to są one niepewne, aczkolwiek dociśnięcie śruby może oczywiście spowodować nastroje sprzyjające buntom i to napisałem już w pierwszym komentarzu. Kwestią jest czy można liczyć na coś trwałego i czy baza producentów rolnych jest wystarczająca. Jako, że piszemy o zdarzeniu przyszłym i potencjalnym, to pewności mieć nie możemy, ale moje subiektywne odczucia są takie, że jeśli bunt będzie, to niezbyt trwały i na mniejszej bazie niż to było np. 20 lat temu za czasów Janowskiego lub Leppera. Zresztą widzi Pan, jakie poparcie zbiera socjalno-buntownicza ekipa towarzysza Ziętka z udziałem pańskiej małżonki. Bunt skanalizuje „antysystemowy” Kaczyński, bo ma szerszą bazę niż tylko rolnicza i tyle z tego będzie. Tak mi to wygląda.

  17. Pozostaję dziwnie spokojny, że zanim Kaczyńskiemu uda się coś skanalizować – to drugie tyle wyborców odstręczy sekciarstwem. Natomiast zgadzam się, że wykorzystanie tendencji społecznych do budowy obozu politycznego – to zadanie trudne. Sęk w tym, że jedynie możliwe.

  18. Nie jest jedynie możliwa, o czym napisał prof. Wielomski wzywając grecką armię do wzięcia odpowiedzialności… Gdyby profesor był konsekwentny, to powinien napisać list do młodych konserwatystów, by wstępowali do dobrych szkół wojskowych 😉 Wodzowie dawali początek dynastiom, lud chyba nigdy 😉

  19. Panie Alku, przy całej mojej dużej sympatii do armii, a zwłaszcza do części generalicji – uważam jednak, że lepiej jest liczyć na siebie 🙂

  20. @KR Jaki procent ludnosci uprawia jeszcze w Polsce ziemie i jak liczne sa ( srednio) rodziny rolnicze w Polsce? Czy mozna jeszcze mowic w Polsce o chlopstwie?

  21. Należy rozróżnić dwie kwestie – liczbę osób zajmujących się rolnictwem jako działalnością zarobkową (wg spisu rolnego w 2010 r. we własnym gospodarstwie rolnym pracowało 2,216 mln osób) i mieszkańców wsi zarobkujących w inny sposób, ale jednocześnie prowadzących niewielką produkcję na własny użytek. Z kolei współczynnik urodzeń na wsi jest wyższy niż w mieście (w 2009 r. wyniósł odpowiednio 11,4 prom. i 10,6 prom.) Wg danych GUS latach 2006-08 dzietność kobiet wzrosła z 1,41 do 1,53, czyli o 8,4 proc.

  22. Biorąc pod uwagę, że część rolników popiera partie niebranżowe, to może być przymało na dwie partie chłopskie. Samoobrona akumulowała także nierolników oraz zwyczajnych fanów Andrzeja Leppera jako uosobienie końca wersalu na wiejskiej. „Na Leppera” głosowano czasami „dla jaj”. Tym razem podział głosów mógłby się skończyć remisem podprogowym dla PSL i Buntu Ludowego, co miałoby niekorzystne skutki dla budowy przyszłych koalicji w parlamencie. Dlatego lepszy byłby bunt narodowy niż ludowy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.