Odpowiedzi na różne zarzuty, wątpliwości i kontrowersje cz. II

Omówienie zarzutów i wątpliwości natury „doktrynalnej” (ale sformułowanych na bardziej „ogólnym” poziomie precyzyjności)

  1. Czy głoszę błędy i herezje (jansenizm, purytanizm, etc)?

Ciągle powtarzającym się twierdzeniem wysuwanym w kierunku mej pisarskiej aktywności jest zarzut przypisujący mi promowanie takich błędów i herezji jak: purytanizm, kalwinizm czy jansenizm. Często sugeruje mi się też, że propaguję moralność „muzułmańską”. Spotkałem się nawet z głosami, jakoby, wspierał „manicheizm” czy nawet „kataryzm”. Jako, że nigdy owe oskarżenia nie są poparte merytorycznymi dowodami (polegającymi na wykazaniu, które konkretnie z promowanych przeze mnie poglądów są odrzuconymi przez Magisterium Kościoła błędami czy herezjami) czasami zarzuty te są nieco łagodzone i zamiast np. kalwinizmu „sensu stricte” przypisuje mi się zaledwie „kalwinistyczną mentalność” lub też „inspirowanie się protestantyzmem”. Wszystkie te zarzuty i oskarżenia są bzdurne, głupie i bezsensowne z kilku powodów:

Po pierwsze: głoszona przeze mnie „surowość moralna” (która w swej istocie jest tak naprawdę jasnością, konsekwencją i klarownością w objaśnianiu tradycyjnych zasad moralności katolickiej) była i jest inspirowana przez szczerą chęć podążania za katolicką ortodoksją. Każdy z poglądów, który promuje w swych artykułach i książkach udowadniam za pomocą licznych odwołań do zarówno przed jak i posoborowego Magisterium Kościoła oraz pism i wypowiedzi Ojców, Doktorów, Świętych, katolickich teologów o uznanej prawowierności. W porównaniu z ilością owych zaczerpnięć z tradycyjnie katolickiej doktryny, teologii i duchowości, odwołania jakie można odnaleźć w mych artykułach do samego Pisma świętego są rzadkie, a wówczas, gdy się one tam znajdują i tak upewniam się, czy aby nie podążam w ich interpretacji tylko za swą prywatną wykładnią (sprawdzając, jak dany fragment Biblii tłumaczyło Magisterium i katolicka teologia). W rzeczywistości też znajomość tego co mówi tradycyjnie protestancka teologia na temat takich kwestii jak mieszane tańce i plaże, skromność strojów, zawodowy boks, prawo władz cywilnych do karania nierządu, cudzołóstwa czy pornografii, jest w mym przypadku acz nader skromna w porównaniu z analogiczną wiedzą, jaką w ciągu wielu lat zdobyłem na owe tematy studiując tradycyjną teologię katolicką. Przykładowo, jestem w stanie podać jakieś 70 wypowiedzi autorytetów katolickich, w których przestrzega się przed tańcami i balami, ale nie wiem, czy byłbym zdolny przytoczyć choćby 5 cytatów autorstwa protestanckich pastorów i kaznodziei na ów temat.

Po drugie: mimo mych wielokrotnych próśb, które w przeciągu wielu lat, kierowałem do oponentów „brawaryzmu” o wykazanie, które z tez promowanych w mych artykułach, zostały napiętnowane, odrzucone albo przynajmniej skrytykowane przez Magisterium Kościoła, nikt z nich, nie był w stanie podać choćby jednego takiego poglądu. Inaczej rzecz ujmując: choć wciąż jestem zarzuca mi się błędy i herezje, to ilekroć wołam „sprawdzam” (domagając się konkretnych dowodów na poparcie tych zarzutów) następuje ze strony mych przeciwników milczenie. Faktycznie więc przeciwnicy „brawaryzmu” posługują się gołosłownymi oskarżeniami i pustosłowiem, które – przyjmując założenie, iż posługują się oni nimi świadomie – należałoby nazwać oszczerstwami, kalumniami i zniesławieniami.

Po trzecie: choć jest prawdą, iż kalwiniści i purytanie bardzo niechętnie odnosili się do tańców damsko-męskich, zaś janseniści krytykowali np. praktykę polegającą na bardzo łatwym udzielaniu rozgrzeszenia nałogowym grzesznikom, fakt ten jeszcze w żaden sposób nie świadczy, że przekonania takie są błędne, heretyckie czy też na inny sposób niekatolickie. Wszak obok błędnych poglądów kalwiniści, purytanie i janseniści głosili też sporą ilość opinii zgodnych z odwiecznym nauczaniem Kościoła. Zwolennicy tych herezji nie zostali potępieni przez Magisterium Kościoła za niechęć względem tańców i balów, domaganie się skromności strojów, twierdzenie, iż władze cywilne mają prawo karać nierząd i cudzołóstwo czy też krytykę zbyt łatwego rozgrzeszania pewnych notorycznym złoczyńców. Pośród setek tez wyznawanych przez kalwinistów, purytan czy jansenistów, które zostały uznane przez Stolicę Apostolską za błędne, heretyckie lub w najlepszym wypadku za nieroztropne i nierozważne, nie znajduje się opinia o treści: „Tańce i bale zazwyczaj są bliską okazją do grzechu”; „Władze publiczne powinny karać i zakazywać niemałżeńskich związków seksualnych”; „Mężczyźni i niewiasty nie powinni kąpać się razem lub przebywać w stopniu prawie całkowitego negliżu w tym samym miejscu”; Brak przemiany życia jest dowodem na to, iż prawdopodobnie skrucha penitenta była zwodnicza, fałszywa i w takim wypadku kapłan powinien wstrzymać się z udzieleniem rozgrzeszenia” (oczywiście nie ma tam też zdania, które co prawda nie brzmiałoby identycznie, lecz jego sens dał by się ująć w tych słowach). Kalwinizm, purytanizm i jansenizm są błędne, obrzydliwe i heretyckie z całkowicie innych powodów.

Wskazywanie zaś na to, że któryś z poglądów był podzielany przez jansenistów, a następnie twierdzenie, iż ktokolwiek powtarzający ową opinię dziś jest zwolennikiem jansenizmu jest tyle bezsensowne, co i głupie. Na takiej zasadzie można by wszak twierdzić, że np. sprzeciw wobec aborcji czy homoseksualizmu jest poglądem „fundamentalistycznie protestanckim”, gdyż przecież również wielu protestanckich fundamentalistów potępia te obrzydliwości. Tym bardziej groteskowe jest nazywanie w ten sposób poglądów, które nie dość, że nie zostały potępione przez Magisterium Kościoła, ale jeszcze stały się jego częścią albo też przynajmniej zostały przez nie zaaprobowane.

Po czwarte: moje zainteresowanie różnymi takimi kwestiami tradycyjnej moralności chrześcijańskiej jak: tańce, skromność strojów, mieszane plaże, boks zawodowy, relacje chrześcijanie – popkultura, prawo władz cywilnych do karania pewnych grzechów, etyka sytuacyjna (w tym kwestia bezwzględnej niedopuszczalności kłamstwa), ma swój początek w studiowaniu różnorodnych publikacji katolickich (wydawanych przed Vaticanum II kościelnych pism, katechizmów, kazań, etc), a także w mym zaangażowaniu się w ruch tradycjonalistyczny (sprawą skromności strojów zainteresowałem się czytając artykuły w piśmie „Zawsze Wierni” temu poświęcone).

Po piąte: choć wydaje się być prawdą, iż – historycznie rzecz biorąc – pewne postulaty „brawaryzmu” były praktycznie rzecz biorąc, częściej realizowane w łonie społeczności protestanckich aniżeli katolickich, to okoliczność ta i tak niczego jeszcze nie dowodzi. Powoływanie się wszak na to, co miliony katolików czyniło w faktycznej opozycji do tego czego w danej kwestii nauczał Kościół, musi bowiem prowadzić na manowce. Owszem, trudno jest zaprzeczyć temu, że np. tańce i bale na przestrzeni wieków częściej występowały w krajach katolickich, aniżeli protestanckich, ale analogiczną obserwację można wyciągnąć odnośnie skali popularności i poparcia, jaką cieszyły się różne radykalnie lewicowe ruchy w obu tych grupach krajów. Otóż, gdy przyjrzymy się historii takich krajów jak Włochy, Francja, Hiszpania, nie mówiąc już nawet o Ameryce Łacińskiej, to zauważymy, iż ugrupowania komunistyczne i socjalistyczne cieszyły się tam wsparciem dużej części społeczeństwa. Na przykład, we Włoszech przez dziesiątki lat tamtejsza partia komunistyczna otrzymywała w wyborach od 30 do 50 procent oddanych głosów. Nieraz zaś bywało tam tak, iż nawet zatwardziali komuniści uważali się za gorliwych katolików, regularnie chodzili na Msze święte i korzystali z sakramentów. Z kolei w wielu krajach Ameryki Łacińskiej komuniści nie objęli rządów tylko dlatego, że nie pozwalały im na to przewroty tamtejszych, opanowanych przez prawicę armii. Trudno tą występującą w tych tradycyjnie katolickich krajach skalę poparcia dla komunizmu i socjalizmu nawet porównać z często znikomym wsparciem, na jakie radykalna lewica mogła liczyć w krajach tradycyjnie protestanckich. Przykładowo, w USA czy Wielkiej Brytanii, nigdy nie działała silna partia o charakterze stricte komunistycznym lub socjalistycznym (wszak, mimo wszystko, trudno byłoby nazwać Demokratów czy brytyjskich Labourzystów tym mianem). Co prawda, w historycznie protestanckich krajach Skandynawii od lat władzę sprawują partie mające w nazwie przymiotnik „socjalistyczna”, ale i tak trudno jest tu o jakieś analogie, gdyż w rzeczywistości jest (i dawniej też było) tam mało ludności (w Szwecji np. mieszka niespełna 10 milionów osób, a we Włoszech dla porównania przeszło 60 milionów; Norwegia liczy sobie niespełna 5 milionów mieszkańców, a Brazylię zasiedla 150 milionów ludzi). Wychodzi więc na to, że przez dziesiątki lat, w sporej części krajów tradycyjnie katolickich sympatia dla komunizmu i socjalizmu była o wiele większa, aniżeli w krajach tradycyjnie protestanckich. Czy to oznacza więc, iż komunizm i socjalizm są katolickie, a niechęć względem nich protestanckie? Oczywiście, że nie, wszak te radykalnie lewicowe ideologie zostały niejednokrotnie potępione przez Magisterium Kościoła. Podobnych przykładów można by podawać więcej. Zwyczaj modlitwy przed jedzeniem „teoretycznie” jest jak najbardziej tradycyjnie katolicki, a mimo to wydaje się, iż znacznie częściej jest on praktykowany przez pobożnych protestantów, aniżeli pobożnych katolików. Takie formy synkretyzmu i okultyzmu jak voo doo, santeria czy macumba, rozpowszechniły się o wiele bardziej na terenach katolickich (Brazylia, Haiti, Kuba, Luizjana), aniżeli w krajach protestanckich. Czy to oznacza, że te obrzydliwe kulty są tradycyjnie katolickie? Inny przykład: zwłaszcza w krajach Ameryki Łacińskiej (ale także we Włoszech) od dawna upowszechniła się kultura i mentalność bardzo sprzyjająca różnym formom rozwiązłości seksualnej. Widać to choćby po tym, iż jeszcze przed Soborem Watykańskim II, w wielu krajach Ameryki Południowej większość dzieci było poczynanych poza małżeństwem, zaś ideałem mężczyzny stanowił tzw. machos, a więc osobnik, który z założenia źle traktuje swą żonę (zdradza ją i bije), a wyznacznikiem prawdziwej męskości dla niego jest posiadanie licznych kochanek, wizyty w domach publicznych, etc. Aż takiego kulturowo-społecznego przyzwolenia na rozwiązłość seksualną trudno by szukać w protestanckich Stanach Zjednoczonych. Czy to oznacza jednak, że kultura „machismo” jest tradycyjnie katolicka?

2. Czy odstraszam od Kościoła? Czy kompromituję i ośmieszam naukę katolicką?

Głoszenie całkowitego zakazu pozamałżeńskiego seksu, aborcji czy antykoncepcji może odstraszać od katolicyzmu setki milionów tych, którzy owe obrzydliwości praktykują. Co więcej, część z tych tradycyjnie katolickich nauk może wydawać się dla niejednego śmieszna (sam poznałem niejedną osobę, która śmiechem reagowała naprawdę, iż ludzie nie mają moralnego prawa współżyć przed ślubem). Tym, dla których zasady „Public Relation” są ważniejsze od głoszenia Prawdy „w porę i nie porę, w czas i nie w czas”, ewentualnie PR pomyliło im się z obowiązkiem dawania dobrego przykładu, otwarte głoszenie tych prawd i zasad, wydaje się być nieroztropne, gdyż sprawia, że w kościołach jest coraz więcej pustych ławek. Trudno jest mi oprzeć się wrażeniu, iż właśnie ten sposób myślenia reprezentują ci, którzy zarzucają mi, że swą „surowością moralną” zrażam do Tradycji katolickiej wielu ludzi.

Cóż, doświadczenie pokazuje, że wyludniają się raczej te wspólnoty i kościoły, które „obniżają poprzeczkę” zasad i wymagań, zaś w silę rosną społeczności mające image „wymagających”, „surowych” i „fundamentalistycznych” (dobrym tego przykładem jest islam będący najszybciej rozwijającą się religią świata). Temu kto jednak upiera się przy tej opinii, polecam pochylenie się nad słowami św. Pio z Pietlerciny: „Lepsza mała ilość przekonanych niż tłumy bez wiary”. Cóż wszak z tego, iż zatrzymałoby się w kościołach miliony obrońców aborcji poprzez to, iż złagodziłoby się negatywne stanowisko względem tej zbrodni? Jeśli ci ludzie chcą dalej zdążać do piekła i potrzebują kościołów, gdzie nie będą słyszeć kazań będących dla nich wyrzutem sumienia, to najwyraźniej pomylili oni adresy. Jeżeli pewni notoryczni złoczyńcy chodzą do spowiedzi po to, by „czuć, iż mają czyste sumienie”, zarazem jednak nie chcąc „raczej umrzeć niż zgrzeszyć” oraz unikać bliskich okazji do grzechu, to najwyraźniej pomylili konfesjonał z kozetką u jakiegoś freudystycznego psychoanalityka (ten drugi na pewno znajdzie lepsze wytłumaczenie dla łączenia ciągłego grzeszenia ze szczerą wolą poprawy). Parafrazując św. Pio: „Podpis spowiednika nie jest im potrzebny, by przyjęto ich do piekła”.

Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, iż reakcje na głoszoną przeze mnie „surowość moralną” często były pozytywne. Nieraz czytelnicy mych tekstów stwierdzali, iż do czegoś ich przekonałem, w jakiejś kwestii dałem do myślenia, coś pokazałem, etc. Owszem, z drugiej strony, często spotykałem się z reakcjami negatywnymi, a raz nawet jeden z użytkowników pewnego forum dyskusyjnego stwierdził, iż po tym, jak uświadomiłem mu, że prawowierność katolicka wyklucza bycie libertarianinem, on musi dokonać aktu apostazji z Kościoła katolickiego. Czy więc w takim razie powinien – niezgodnie ze stanem faktycznym – twierdzić, iż libertarianizm jest do pogodzenia z doktryną katolicką? A może – w imię trzymania liberałów i libertarian – w Kościele katolickim, powinien przynajmniej milczeć o tych kwestiach? Jakkolwiek by to nie brzmiało brutalnie, to uważam, że jeśli swymi tekstami uświadamiam pewnym ludziom, iż ich poglądy są niekatolickie, a oni, zamiast je porzucić, postanawiają porzucić katolicyzm, tak naprawdę wykonuję dobrą robotę. Jeżeli bowiem ktoś ceni własne widzimisię od autorytetu Magisterium Kościoła, to nie ma sensu, by człowiek taki nazywał się katolikiem. Chyba, że owym „sensem” nazwiemy sianie zgorszenia, demoralizacji i dezorientacji wśród innych katolików.

Nota bene, ci, którzy zarzucają mi „odstraszanie” i „zrażanie” innych katolików, niejednokrotnie postępowali względem mnie, tak jakby chcieli mnie wręcz za wszelką cenę odstraszyć od katolicyzmu. Ludzie ci, dokonywali wobec mnie takich czynów jak:

  • namawianie jednej ze współpracujących ze mną redakcji do niepublikowania jakichkolwiek tekstów mego autorstwa z jednoczesną sugestią, iż w razie ich publikowania, owa redakcja nie będzie dalej przez nich wspierana. Najprawdopodobniej ci byli to te same osoby, które potrafiły w złośliwy sposób komentować moją życiową nieporadność i problemy materialne. Dodam tylko, że punktem wyjścia do tego zdarzenia była publikacja przez owe pismo tekstu, który dla konserwatywnych katolików w żaden sposób nie mógł się wydawać kontrowersyjny (broniłem w nim tradycyjnego nauczania o wewnętrznym złu uciekania się do antykoncepcji w ramach małżeństwa przed poglądami ks. Prusaka).
  • złośliwe komentarze „Szkoda, że w czasie, gdy Brawario chodził do szkoły, nie było kamerek w telefonach komórkowych. Mielibyśmy dziś fajne filmiki do oglądania” po jednej z mych wypowiedzi dotyczących słynnej sprawy 14-letniej dziewczyny, która została przez swych kolegów rozebrana do naga, a następnie sfilmowana przez telefon komórkowy.
  • twierdzenie, iż powinienem „dostać kulę w łeb”.
  • nazywanie mnie „agentem”, „zboczeńcem seksualnym”, „chorym psychicznie”
  • organizowanie internetowych ankiet odnoszących się do mej osoby, a nazywających mnie „agentem”, „wariatem”, „koniem trojańskim”
  • nazywanie mnie „zboczeńcem seksualnym”.

Jeden z mych przeciwników parokrotnie wyjawił prawdziwe intencje stojące za tego rodzaju czynami: „Weź zostań tym muzułmaninem i daj nam wreszcie wszystkim spokój” oraz „A niech sobie chłopina żyje, tylko niech się od nas trzyma jak najdalej”. Chodziło więc i wciąż chodzi o to, by wyrzucić mą osobą poza nawias katolickiego życia, mentalnie „ekskomunikować”, odtrącić i skazać na izolację.

3. Dlaczego cenię postać Girolamo Savonaroli?

Nie jest tajemnicą, iż dużym szacunkiem darzę postać XV-wiecznego dominikańskiego mnicha Girolamo Savonaroli. Wywołuje to zrozumiałe kontrowersje zważywszy na fakt, iż ów zakonnik został ekskomunikowany przez papieża Aleksandra VI. Czy zatem moja atencja dla Savonaroli nie stanowi wyrazu nieposłuszeństwa Kościołowi? Gdyby klątwa nałożona na tego mnicha była jedynym posunięciem ze strony władz kościelnych w jego sprawie, do najpewniej, moje postępowanie należałoby uznać za akt nieposłuszeństwa. Faktem jest jednak, iż jeszcze za panowania Aleksandra VI pojawiły się widoczne oznaki, iż Kościół święty nie traktuje zbyt poważnie ekskomuniki apostoła Florencji. Dowodem tego jest choćby fakt, iż już w 1500 roku w Rzymie, a więc pod samym bokiem tego Papieża, jawnie sprzedawano medale wybite ku czci Savonaroli, „błogosławionego męczennika”. Następcy Aleksandra VI: Juliusz II i Leon X, mimo nalegań wrogów niedawno wyklętego mnicha, nie potępili jego osoby i pism. Ostatni z tych Papieży nakazał nawet Rafaelowi wymalowanie postaci Savonaroli obok św. Tomasza z Akwinu na obrazie przedstawiającym debatę nt. Najświętszego Sakramentu. W miarę upływu lat, postać Savonaroli zaczęła się w Kościele cieszyć coraz większym uznaniem. Papież Paweł III oświadczył, iż uzna heretykiem każdego, kto będzie atakował pamięć owego domikanina. W 1558 r., za panowania Pawła IV, specjalnie powołana komisja papieska poddała ocenie wszystkie pisma Savonaroli i uznała je za wolne od wszelkich błędów doktrynalnych. Zakazano jedynie publikowania jednego traktatu i kilku kazań jego autorstwa. Ale i one nie zostały napiętnowane jako heretyckie, a obawiano się jedynie, iż mogą one być fałszywie interpretowane, ze względu na surową krytykę ówczesnego Papieża i duchownych, w nich zawartą. Papież Benedykt XIV nie krył swej atencji dla Savonaroli. W swym wiekopomnym dziele pt. „De servororum Dei beatificatione” nie tylko, że wielokrotnie cytował florenckiego mnicha, ale jeszcze umieścił jego nazwisko w indeksie „błogosławionych sług Bożych i mężów czcigodnych i znakomitych świętością„. Przypomnijmy, iż Benedykt XIV cieszy się w Kościele katolickim opinią jednego z największych Papieży i teologów. Tajemnicą nie jest też, iż wielu Świętych bardzo ceniło Savonarolę. Można to powiedzieć, m.in. o: św. Filipie Nereuszu, św. Piusie V, św. Janie Marii Vianneyu, bł. Piotrze Grzegorzu Frassati, św. Franciszku Paoli, św. Katarzynie z Bresci. I nie da się tej estymy ograniczyć jedynie do pochwalania tylko pewnych aspektów życia Savonaroli. Święci oceniali pozytywnie Savonarolę w generalnym i ogólnym tego słowa znaczeniu. Bez przesady można stwierdzić, iż zaistniał wśród nich kult apostoła Florencji. Św. Fraciszek Paola wprost uważał Savonarolę za Świętego. Św. Katarzyna z Bresci czytała dzieła tego domikanina, a jego wizerunek miała w swej celi. Św. Filip Nereusz swą głęboką cześć względem Savonaroli, okazywał w ten sposób, iż na portrecie go przedstawiającym domalował aureolę. Bł. Piotr Jerzy Frassati przyjmując szkaplerz III zakonu dominikańskiego przyjął imię Girolamo na cześć Savonaroli. Każdemu, kto witał go tym imieniem odpowiadał zaś: „Obym umiał go naśladować w walce i cnocie”. Bł. Piotr Frassati tak to objaśniał: „Imię to przypomina mi postać drogą mojemu sercu (…) postać Fra Girolamo Savonaroli, którego imię ja, niegodny, noszę. Żywiąc gorący podziw dla tego zakonnika, który poszedł na śmierć jak święty, postanowiłem zostać tercjarzem jego zakonu i wziąć go sobie za wzór, choć niestety bardzo mi daleko do tego, by stać się do niego podobnym”.

Moja atencja względem Savonaroli i tak wydaje się być umiarkowana w stosunku do podziwu, jakim darzyli go wyżej wspomniani święci i błogosławieni. Poza tym, osobiście uważam, że ów mnich pobłądził będąc nieposłusznym poleceniom papieża Aleksandra VI. Cenię go jednak za gorliwość na rzecz obrony dobrych obyczajów, którą wykazał się tak w stosunku do Florencji, jak i w swych krytykach rozwiązłego stylu życia części ówczesnej hierarchii kościelnej. Ostatecznie zaś rzecz biorąc, to historia Kościoła katolickiego pokazuje nam postacie, które mimo tego, iż wspierały schizmę (jak Tertulian) lub herezję (jak Orygenes) były przez wieki bardzo cenione tak przez katolickich teologów, jak i nawet samych papieży, jako wybitni pisarze kościelni. Wszak zarówno Tertulian jak i Orygenes przez wieki byli w sposób aprobatywni cytowani w pismach Papieży, soborów, rzymskich katechizmach, jak i oficjalnych modlitwach Kościoła. Widać więc, iż odrzucenie pewnych złych aspektów czyjegoś postępowania (jak to miało miejsce w przypadku wspierającego schizmę Tertuliana) lub błędnych stron czyjegoś nauczania (jak to miało miejsce w przypadku głoszącego apokatastazę Orygenesa) może być do pogodzenia z cenieniem wkładu, jakie do tradycyjnej teologii katolickiej wniosły te osoby. Trudno stwierdzić, dlaczego podobną postawę należałoby odrzucić do postaci Girolamo Savonaroli? Wszak w przeciwieństwie do Orygenesa, jego wszystkie pisma zostały oficjalnie uznane za wolne od wszelkich błędów i herezji i choć rzeczywiście tak jak Tertulian okazywał on nieposłuszeństwo papieżowi, to jednak opór względem Aleksandra VI nie przybrał takich rozmiarów co nieposłuszeństwo Tertuliana, w wypadku którego można już mówić o otwartej popieraniu schizmy.

4. Modernizm, wrogość do Tradycji katolickiej.

Tego rodzaju zarzut jest stosowany przez niektórych z „tradycjonalistycznych katolików„. Ludzie ci, mogą do utraty sił, powtarzać tego rodzaju oskarżenie, ale nie zmieni to faktu, iż sam uważam się za rzymskiego katolika o skłonnościach wyraźnie tradycjonalistycznych, i właśnie w taki sposób zawsze jestem odbierany przez tzw. posoborowych katolików, którzy czytają moje teksty. Dla ścisłości, uważam się zarówno za „przedsoborowego” jak i „posoborowego” rzymskiego katolika. Sądzę zatem, iż:

– Całość nauczania Soboru Watykańskiego II, Katechizmu Kościoła Katolickiego (z 1992 r.), oraz posoborowych papieży (mam tu na myśli np. ich encykliki, adhortacje apostolskie, etc, a więc te z pism, które obligują swą treścią do okazywania im posłuszeństwa serca i rozumu) są w pełni ortodoksyjne, a więc wolne od jakichkolwiek błędów doktrynalnych i herezji. Dlatego też zarówno soborowemu jak i posoborowemu nauczaniu Kościoła należy okazywać całkowite posłuszeństwo serca i rozumu, zwane też religijną uległością ducha.

– Promulgowany w 1969 roku przez papieża Pawła VI ryt Mszy świętej jest całkowicie katolicki, ważny i jako takie nie stanowi niebezpieczeństwa dla wiary katolickiej i dusz.

– Choć posoborowy kryzys w Kościele jest jednym z cięższych doświadczeń, jakie w ciągu wieków przechodziła społeczność katolicka, to jednak pod wieloma aspektami, nie jest to kryzys, który nie miałby w historii Kościoła już swych precedensów, ani też jego źródłem nie jest soborowe i posoborowe nauczanie Kościoła, jak również posoborowa reforma liturgiczna.

Czy to oznacza, iż bezkrytycznie patrzę na wszystko co dzieje się w Kościele katolickim od czasów Vaticanum II? Oczywiście, taki wniosek byłby gigantycznym absurdem, gdyż oznaczałby podpisanie się przeze mnie pod tezą o absolutnej, niczym nieograniczonej bezgrzeszności i bezbłędności wszystkich rzymskich katolików, którym przyszło żyć w „posoborowych” czasach. A może moja pełna akceptacja dla soborowego i posoborowego Magisterium oraz rytu Mszy świętej z 1969 roku oznacza, że w całej rozciągłości popieram wszystkie czyny i/ lub wypowiedzi wszystkich posoborowych hierarchów kościelnych? I tego rodzaju wniosek jest zupełnie fałszywy. W rzeczywistości staram się rozróżniać co jest oficjalną nauką Kościoła (z którą muszę się w pełni zgadzać), co należy do publicznych gestów, czynów i inicjatyw hierarchów kościelnych, którym rzymscy katolicy nie są już zobowiązani okazywać tego rodzaju uległości (nie sądzę by np. wszystko co się działo w czasie pamiętnych spotkań w Asyżu wymagało od katolików pełnej moralnej aprobaty). By wyjaśnić dokładniej na czym polega to rozróżnienie, poniżej podam trzy przykłady tego rodzaju rozróżnień:

– Zgadzam się z nauczaniem soborowej deklaracji „Nostra Aetate” o tym, że muzułmanie wraz z chrześcijanami czczą jedynego Boga, ale uważam, że np. pocałunek złożony na Koranie przez bł. Jana Pawła II był już gestem bardzo wątpliwym moralnie i trudnym do usprawiedliwienia (sam mam nadzieję, iż wolałbym raczej umrzeć, aniżeli pocałować Koran).

– Zgadzam się z nauczaniem deklaracji „Nostra Aetate” tym, iż nawet w religiach niechrześcijańskich znajdują się prawdziwe i dobre elementy, do których należy odnosić się ze szczerym szacunkiem, jednak sądzę, iż zapraszanie politeistów do spotkania modlitewne w Asyżu stanowiło daleko posuniętą dwuznaczność (gdyż w imię modlitwy do jedynego Boga – która owszem może płynąć nawet z serc pogan, zapraszano do modłów ludzi o których z góry było wiadomo, iż będą modlić się także, albo nawet w głównej mierze do bożków, duchów, a także zwierząt).

– Sądzę, iż nawet w hinduizmie tkwią pewne ziarna prawdy ( a to zgodnie z nauczaniem „Nostra Aetate”) jednak postępowanie katolickiego prymasa Anglii i Walii, abpa Vincenta Nicholsa, który złożył kwiaty na ołtarzu poświęconym hinduistycznym bóstwom było obrzydliwym bałwochwalstwem.

Wbrew fałszywym sugestiom pewnych osób nie jestem zatem bezkrytycznym zwolennikiem spotkań w Asyżu, ani też nie popieram ani nie popierałem gestów typu całowanie Koranu. Co więcej, uważam, iż można w całości zgadzać się oficjalnym soborowym i posoborowym nauczaniem Kościoła, a jednocześnie być krytycznym względem tego rodzaju gestów i inicjatyw.

Mogę zresztą podać znacznie więcej przykładów stylu myślenia czy postępowania charakterystycznego dla niemałej części posoborowych katolików czy hierarchów, które budzą mój sprzeciw. A zatem, nie zgadzam się np. z takimi rzeczami jak:

– Deprecjonowanie Mszy trydenckiej. Uważam ów ryt za dostojny, czcigodny oraz godny polecenia katolikom.

– Porzucenie przez osoby duchowne sutann i habitów.

– Łatwość udzielania rozgrzeszenia osobom, które od lat tkwią w tych samych ciężkich nieprawościach.

– Udzielanie Komunii świętej i sakramentów politykom, których działalność w bardzo poważnych kwestiach stoi w jawnej sprzeczności z nauką Kościoła (np. wspieranie legalności aborcji), osobom nieskromnie odzianym, etc.

– Promowanie w nominalnie katolickich mediach filmów i programów rozrywkowych wymierzonych w tradycyjne cnoty chrześcijańskie. Jawnym tego przykładem była postawa TV Puls, gdzie (jeszcze wówczas, gdy kanał ów należał do polskiej gałęzi zakonu franciszkanów) niejednokrotnie można było ujrzeć filmy o przesłaniu pro-aborcyjnym (np. film „Wbrew regułom”), nihilistycznym (vide: musical „Chicago”), seriale w których pełno jest ewidentnie nieskromnych scen oraz półpornograficzny program „Goło i wesoło”.

– Faktyczne zamiatanie pod dywan obyczajowych skandali z udziałem osób duchownych (poprzez przenoszenie ich z parafii na parafię) zamiast surowego ich ukarania.

– Zniknięcie z ambon i kazalnic tradycyjnych ostrzeżeń przeciw mieszanym tańcom i nieskromnym strojom, a co więcej traktowanie ich, jako archaicznych, przestarzałych, etc.

– Skłonność do traktowania Biblii, jako złożonej, w dużej mierze, z mitów, bajek i legend, w których niemało jest historycznych, geograficznych i rzeczowych błędów.

– Brak nauczania o Bożych karach i sprawiedliwości, objawiających się jeszcze w tym życiu i na tej ziemi.

Gwoli ścisłości dodam jednak, iż choć wyliczone przeze mnie wyżej błędy i wypaczenia, są charakterystyczne dla niemałej części „posoborowych” katolików i hierarchów, to pewna część z nich była mocno widoczna już na długo przed Soborem Watykańskim II.

Jeżeli zatem ktoś uważa, iż tego rodzaju poglądy czy postawa są wrogie Tradycji Kościoła i wyrażają nastawienie modernistyczne, to trudno. Sam się za kogoś takiego nie uważam. Mogę też zaręczyć, iż w oczach jakichś 99 procent „posoborowych katolików” jestem postrzegany, jako radykalny tradycjonalista albo wręcz lefebrysta. Czy naprawdę ludzie ci tak skrajnie się mylą co do oceny mego nastawienia i poglądów???

5. Dlaczego wśród tradycjonalistycznych katolików jest sporo oponentów „brawaryzmu”?

Faktem jest, iż niektórzy wpływowe lub głośne osoby (świeckie) wywodzące się z tego środowiska traktują mnie w bardzo wrogi sposób, nieraz konsekwentnie dążąc do zupełnej marginalizacji mojej osoby i mych poglądów. Co gorsza, nieraz ci ludzie, w owym dążeniu, nie przebierają w środkach, począwszy od rozprzestrzeniania na mój temat fałszywych lub mocno zniekształconych informacji, a skończywszy na wysyłaniu listów do redakcji różnych katolickich i konserwatywnych pism oraz portali internetowych, nalegających na to, by moje teksty nie były publikowane na ich łamach. Jeden ze znanych mi wypadków takiego działania, ocierał się nawet wręcz o próbę szantażu, gdyż w wystosowanym do redakcji liście napisano, iż w razie dalszego publikowania przez ową redakcję mych tekstów, jego autorzy będą musieli zastanowić się nad sensownością dalszego wspierania przez nich owej medialnej inicjatywy.

Ta wrogość okazywana mi i mym poglądom przez pewną część tradycjonalistów jest jednak tylko jedną stroną medalu. Faktem jest, iż także, a może przede wszystkim, to ze strony tradycyjnych katolików odbierałem i wciąż odbieram niemało sygnałów życzliwości, sympatii i wsparcia.

Jednym z ewidentnych tego przykładów jest choćby postawa redakcji znanego i cenionego w środowiskach tradycyjnych serwisu „Msza.net”. Redakcja tego portalu z własnej inicjatywy zaprosiła mnie do współpracy, dała mi pełną wolność w redagowaniu własnej podstrony, a także konsekwentnie broniła prawa do jej istnienia w obliczu nalegań pewnego wpływowego tradycjonalisty domagającego się jej usunięcia.

Nie uważam więc, by większość tradycjonalistów była przeciwnikami mych poglądów. Sądzę, iż jakieś 30 do 50 procent „tradycyjnych katolików” w Polsce ma bardzo bliskie „brawaryzmowi” podejście do takich zjawisk jak tańce damsko-męskie, nieskromne stroje, koedukacyjne plaże lub też uznaje zasadność karania przez władze cywilne grzechów typu nierząd, cudzołóstwo czy też homoseksualizm. Powyższe szacunki opieram między innymi na internetowych ankietach, które przeprowadzałem swego czasu na jednym z tradycjonalistycznych forów dyskusyjnych. Owszem nie zawsze, ów poziom „brawaryzmu” jest widoczny w trakcie konkretnych dyskusji internetowych, jednak wynika to bardziej z faktu, iż spora część krytyków np. mieszanych tańców nie zajmuje się na co dzień studiowaniem nauczania autorytetów kościelnych na ten temat, stąd też nie za bardzo wie, jak ów punkt widzenia obronić w ferworze nieraz ostrej polemiki.

Co więcej, jeśli chodzi o tradycjonalistycznych księży i zakonników, to na swej drodze życiowej pośród nich spotkałem niejednego „brawarystę„.

Rozmawiałem na wywołujące u mych oponentów kontrowersje tematy z takimi tradycjonalistycznymi duchownymi jak: ks. Karl Stehlin, ks. Edward Wesołek, ks. Eryk Jacqmin czy ks. Rafał Trytek i żaden z nich nie wygłaszał twierdzeń typu: „Zasadniczo mieszane tańce i plaże nie stanowią problemu. Nie są one zagrożeniem dla normalnych ludzi” (a właśnie tego rodzaju twierdzenie jest zasadniczym poglądem mych oponentów). Wprost przeciwnie: ks. Edward Wesołek w rozmowie ze mną otwarcie stwierdził, iż już od czasów swych studiów w seminarium duchownym jest zdecydowanie przeciw tańcom damsko-męskim, gdyż „św. Jan Maria Vianney go przekonał” (to w nawiązaniu do lektury żywotu Proboszcza z Ars). Później zaś, ks. Wesołek napisał nawet tekst temu poświęcony, który został opublikowany na łamach „Zawsze Wierni” (co raczej nie mogło się odbyć bez aprobaty ks. Karla Stehlina, który sprawuje faktyczną kontrolę nad poprawnością teologiczną puszczanych tam tekstów). Ks. Jacqmin był w kwestii tańców bardzo podobnego zdania co ks. Wesołek. Ks. Rafał Trytek stwierdził, iż mieszanych tańców należy odradzać, zaś ks. Karl Stehlin jest ( a przynajmniej wówczas, gdy go słyszałem) zdecydowanym przeciwnikiem koedukacyjnych plaż (o mieszanych tańcach również nie wyrażał się pochlebnie). W tonie niechętnym damsko-męskim tańcom wypowiadali się również tacy sympatyzujący z ruchem tradycjonalistycznym kapłani jak: ks. Karol Tomczak czy ks. Wojciech Grzesiak.

Ze znanym, zwłaszcza w kręgach krakowskich tradycjonalistów, o.Eugeniuszem Kwiatkowskim (wieloletnim misjonarzem, egzorcystą, a przede wszystkim kapłanem o wielkiej świętości) na wspomniane tematy rozmawiałem wielokrotnie i bardzo długo. Zakonnikowi temu dałem do przeczytania nawet kilkustronicowe zestawienia mych głównych poglądów z prośbą, by ocenił on, czy znajduje tam jakiekolwiek błędy lub herezje. Ojciec Kwiatkowski nie dość, że nie znalazł tam takowych, to jeszcze podsumował owe opracowanie słowa: „Bardzo dobrze piszecie

„.

Choć dobrze by było, by tradycjonalistyczni księża częściej podejmowali te tematy na forum publicznym (co by znacznie utrudniło „libertynom-tradycjonalistom” ich propagandę nazywającą niechęć względem damsko-męskich tańców czy plaż mianem „purytanizmu”) to również w bardziej „oficjalnych” wypowiedziach dawali wyraz swemu „brawaryzmowi”. Przykładowo na stronach internetowych brytyjskiego dystryktu Bractwa św. Piusa X umieszczano cytaty Świętych oraz wybitnych teologów katolickich wymierzone w mieszane tańce. Bractwo św. Piusa X w Kanadzie wydało i rozprowadzało broszurę piętnującą zwyczaj uczęszczania na damsko-męskie plaże.

W wydawanym zaś przez owe bractwo w Polsce piśmie „Zawsze Wierni” niejednokrotnie publikowano teksty, w których znajdowały się, mniej lub bardziej silne, elementy „brawaryzmu”. W trakcie pisania tego materiału, przejrzałem pod tym kątem, treść pięć dziesięciu czterech numerów „Zawsze Wierni”. Oto jakie treści tam znalazłem:

  • nie wolno czynić najmniejszego grzechu, nawet, gdyby za jego pomocą można było uratować cały świat
  • muzyka rockowa jest zła, należy definitywnie do obozu szatana i jest czymś, do należy wyrzucić z domu
  • kasety zespołów w rodzaju AC/DC stanową doskonały przykład tego, co nie powinno znajdować się w tradycyjnie katolickich domach
  • telewizja stanowi bliską okazję do grzechu, która winna być wyrzucona i całkowicie wyeliminowana z życia rodzinnego
  • wspólne kąpiele mężczyzn i kobiet są zwyczajem godnym potępienia
  • wszystkie, bez wyjątku, współczesne stroje kąpielowe kobiet i mężczyzn są nieprzyzwoite i bezwstydne
  • dziewczęta nie powinny uczestniczyć w publicznych pokazach sportowych
  • niewiasty powinny ubierać się w sukienki lub spódnice, które zakrywają ich kolana (również wówczas, gdy siedzą), ramiona, biust i plecy, poza wcięciem koło szyi nie przekraczającym dwóch cali (szerokość dwóch palców) poniżej dekoltu z przodu i takiego samego z tyłu (z zastrzeżeniem, że niekiedy mogą być tolerowane rękawy sięgające połowy ramienia)
  • prawdziwie skromny strój niewieści nie tylko zakrywa wymienione wyżej części ciała, ale także nie podkreśla ich przez krój, etc.
  • mężczyźni nie powinni nosić koszulek bez rękawów i posiadających wycięcia obnażające brzuch czy klatkę piersiową, a także koszulek siatkowych
  • w zwyczajnych okolicznościach mężczyźni powinni nosić długie spodnie, nie zaś szorty
  • Kościół naucza, iż tańce stanowią okazję do grzechu, są niebezpieczne, a wielu swych nowoczesnych formach z całą pewnością są grzeszne.

Dodam, iż twierdzenia te są autorstwa tak reprezentatywnych dla Bractwa św. Piusa X osób jak: bp Bernard Fellay (przełożony generalny FSSPX), bp Tissier de Mallerais (sekretarz generalny FSSPX), ks. Karl Stehlin (przełożony dystryktu środkowo-europejskiego FSSPX), ks. Franz Schmidberger (przełożony FSSPX w l. 1982 – 1994), ks. Peter Scott (wieloletni przełożony dystryktu FSSPX na Stany Zjednoczone), ks. Jakub Emily (przełożony dystryktu FSSPX na Wielką Brytanię – d0 2003 roku).

Szczegółowy wykaz rzeczonych fragmentów z pisma „Zawsze Wierni” zamieściłem w jednym ze swych tekstów, który przeczytać można pod następującym adresem internetowym:

http://salwowski.msza.net/pub/brawarystyczne-zawsze-wierni.html

Dlaczego jednak, mimo wszystko, pewna część tradycjonalistów zalicza się do przeciwników mojej osoby i reprezentowanych przeze mnie poglądów? Myślę, iż przyczyny tego stanu rzeczy są bardzo zróżnicowane. Mamy tu czynienia ze splotem rozbieżności doktrynalnych z osobistymi urazami, nieporozumieniami i kłótniami. Spróbują poniżej naszkicować kilka przyczyn tego stanu rzeczy:

Po pierwsze: Tradycjonaliści nie są elitą wybranych wolną od wszelkich skaz, błędów i wypaczeń. Również w tych kręgach jest obecne zło, które ogranicza się nie tylko do niewłaściwych zachowań i rozrywek, ale obejmuje również określone poglądy i styl myślenia. Tak niestety jest, iż człowiek ma skłonność do wybiórczości. Lubimy wybierać sobie z Biblii i nauki Kościoła, to co nam się podoba, a odrzucać bądź ignorować, to nie pasuje do naszych utrwalonych wcześniej poglądów lub norm zachowania. Środowisko tradycjonalistycznych katolików również nie jest wolne od tej wady. Dzięki Bogu, owa wybiórczość jest nieco innego rodzaju, aniżeli powszechnie występująca np. w polskim, podobno katolickim, społeczeństwie. Nie jest więc dla tradycjonalistów problemem uznanie za słuszne katolickiego nauczania o niegodziwości seksu przedmałżeńskiego, antykoncepcji czy aborcji. Gdy jednak dochodzi się do kwestii bardziej szczegółowych, takich właśnie jak damsko-męskie tańce, mieszane plaże, normy skromności w ubiorze czy też prawo władz cywilnych do karania nierządu, cudzołóstwa czy pornografii, wtedy również „tradycyjni katolicy” zaczynają mieć problemy z wybiórczością. W końcu ci ludzie nie spadają z nieba albo też nie są przenoszeni z parafii Ars za probostwa św. Jana Vianneya.

Sprawę komplikuje dodatkowo nieraz fakt, iż do ruchu tradycjonalistycznego często ludzie trafiają kanałami politycznymi, w tym nierzadko poprzez ugrupowania, których idee są otwarcie sprzeczne z nauką katolicką (jak np. UPR czy NOP). Powstaje więc pewien dysonans: z jednej strony mamy utrwalone poglądy, rozrywki i zwyczaje, z drugiej zaś naukę katolicką, która nierzadko jest z tymi pierwszymi sprzeczna. Nie zawsze człowiek ma dość siły by odrzucić te pierwsze na rzecz tego drugiego. Czasami ów opór przeradza się we wściekłą agresję wobec tych, którzy ośmielają się wzywać do konsekwentnego przyjęcia nauki katolickiej. Niekiedy nie pomagają tu nawet jasne apele tradycjonalistycznych księży.

Ewidentnym przykładem takiej postawy jest sprawa relacji na linii NOP/ pismo „Szczerbiec” – Bractwo św. Piusa X. Swego czasu księża z owego bractwa działający w Polsce otwarcie określiło tak NOP jak i „Szczerbca” jako „szerzące idee potępione przez Boga i Kościół„. Co więcej ową krytykę wsparł sam przełożony generalny FSSPX, bp. Bernard Fellay określając NOP mianem partii „wydającej się kłaść nacisk na idee niezgodne z nauką Kościoła takie jak neonazizm”. W czasie, gdy omawiana sprawa była jeszcze żywa, byłem bardzo blisko Bractwa św. Piusa X i mogłem zaobserwować jak jego świeccy zwolennicy wcielali w życie „anty-NOPowskie” przestrogi swych księży. Bardzo często była to całkowita ignorancja i lekceważenie tak jasnych przecież deklaracji bp Fellaya oraz księży bractwa działających w Polsce. Wokół FSSPX w naszym kraju kręciło się wówczas wielu sympatyków NOP, jednak nie wykazywali oni chęci by zrewidować swe polityczne sympatie nawet w obliczu ich potępienia przez bractwo. To była dla mnie dobra lekcja, iż selektywność jest problemem również tradycjonalistów.

Po drugie: dla niektórych „tradycjonalistycznych katolików” stałem się „wrogiem” i „persona non grata” najwyraźniej ze względu na troskę o „dobry image” i „Public Relation” tego środowiska. Promowana przeze mnie „surowość moralna” jest postrzegana przez nich, jako zdecydowanie nie do przełknięcia przez ludzi mogących w przyszłości dołączyć do ruchu tradycyjnego, dlatego też moja osoba stała się czymś w rodzaju „ofiary” złożonej na ołtarzu poprawnego „image” i „PR” środowisk tradycyjnych.

Po trzecie: część „tradycyjnych katolików” w nieroztropny sposób daje wiarę przeinaczeniom, kłamstwom i oszczerstwom, jakie na temat mej osoby i mych poglądów są w tych kręgach rozpowszechniane. Sprzyja temu fakt, iż mam dość ograniczone możliwości by bronić swych przekonań i dobrego imienia: na Forum Krzyż, które jest chyba głównym miejscem, gdzie rozprzestrzeniane są owe nieprawdy, nie mogę się w ogóle bronić, gdyż od sierpnia 2007 roku został nałożony na mnie tzw. ban.

Po czwarte: spory w rodzinie są nieraz najbardziej gwałtowne. Paradoksalnie rzecz biorąc, nieraz im bardziej ludzie są sobie ideowo bliscy, to tym bardziej drażnić mogą ich choćby, względnie rzecz biorąc, niewielkie różnice zachodzące pomiędzy nimi.

Po piąte: nie można w tym wszystkim zapominać o działalności samego szatana i jego demonów. Tam gdzie pojawia się dobro, tam zakrada się również diabeł, by sianym przez siebie chaosem, nieporządkiem i wrogością, próbować je zniszczyć. To odwieczne, „tradycyjna” metoda działania demonów: skłócić bliskich ze sobą ludzi, podsycać wzajemną pychę i wrogość. Nawet w życiu Świętych widzimy, jak szatan sięgał po tego rodzaju metody. Przecież jednymi z najbardziej zagorzałych oponentów św. Proboszcza z Ars byli niektórzy księża, którzy zarzucali mu, iż jest on kryptojansenistą. Z kolei, św. Ludwik Maria Grignon de Monfort miał ogromne kłopoty ze swymi współbraćmi w kapłaństwie. Był czas, gdy prawie wszyscy biskupi we Francji zabraniali mu w swych diecezjach duszpasterskiej posługi, a kiedy odwiedzał on swe dawne seminarium duchowne, rektor tegoż miejsca nie chciał go nawet tam wpuścić. Św. Ignacy Loyola zaś – zanim uzyskał zgodę na założenie zakonu – był ośmiokrotnie stawiany przed sądem (zarzucano mu m.in., to, że jest „nawiedzony”). Święci byli jednak cierpliwi, pokorni i dobrzy, dlatego nie dawali się wywieść w pole szatanowi poprzez takie zasadzki. Niestety mi jednak nieraz jest bardzo daleko do postawy owych Świętych. Nieraz w obliczu obelg, szyderstw, zniewag i innych ataków, nie zachowywałem spokoju, lecz odpowiadałem swych oponentom w sposób agresywny. W ten sposób ułatwiałem diabłu jego mącicielską robotę.

6. Czy jestem zwolennikiem „herezji dobroludzizmu”?

Zdarza się, iż w kontekście zarzuca z związku a akcentowaniem przeze mnie potrzeby prowadzenia moralnego życia oraz docenianiem pewnych dobrych postaw i cech występujących wśród innowierców, zarzuca mi się wyznawanie tzw herezji dobroludzizmu. Ma to polegać na rzekomym podzielaniu przeze mnie następującej wizji „Nie ważne w co się wierzy, byle się dobrze żyło”. Oczywiście nie podzielam takiego poglądu. Idąc za słowami Pisma świętego i odwiecznym nauczaniem Kościoła uznaję, iż „Bez wiary bowiem nie można podobać się Bogu” (Hebr 11, 6); „kto nie uwierzy będzie potępiony” (Mk 16, 16); „I w żadnym innym nie masz zbawienia, albowiem nie masz żadnego innego imienia pod niebem (poza imieniem Jezusa), danego ludziom, w którym mielibyśmy być zbawieni” (Dz. Ap 4, 12); „Wiara jest podstawą wszelkiego dobra (oraz) początkiem ludzkiego zbawienia” (św. Fulgencjusz z Ruspe). Rzecz jasna, nie chodzi mi w tym miejscu też o wiarę w cokolwiek lub kogokolwiek (Artemidę, Zeusa, Sziwę, drzewa, kamienie, dobroć ludzkiej natury, potęgę wszechświata, etc), ale mam na myśli wiarę w naszego Pana Jezusa Chrystusa oraz wszystko co On nam objawił za pośrednictwem Pisma świętego i Tradycji apostolskiej (co zaś Magisterium Kościoła strzeże, wyjaśnia i podaje do wierzenia). Nie mam wątpliwości ku temu, iż brak wiary w prawdziwego Boga ( i to co On objawił) jest największą nieprawością i obrzydliwością. Ten kto odrzuca wiarę w jedynego prawdziwego Boga lub też ŚWIADOMIE I Z PREMEDYTACJĄ wybiera sobie te prawdy z Objawienia Bożego, w które chce wierzyć, odrzucając zaś i przekręcając tą część z nich, których nie chce uznawać za prawdziwe, to choćby człowiek taki w najbardziej idealny sposób realizował zasady moralne na płaszczyźnie relacji międzyludzkich (które to zostały ujęte w Dekalogu od IV do X przykazania), niechybnie pójdzie na wieczne potępienie, jeśli przed śmiercią nie nawróci się ze swej złej postawy w tym względzie.

Skąd biorą się więc oskarżenia względem mnie o „herezję dobroludzizmu”? W dużej mierze bazują one na tych mych wypowiedziach, w których chwaliłem oraz doceniałem bogobojność, gorliwość i oddanie Panu Bogu, które dostrzegam zwłaszcza wśród pewnych konserwatywnie nastawionych protestantów, a pewnym sensie także pośród muzułmanów, wyrażając przy tym nadzieję, iż wielu z nich będzie kiedyś w Niebie. Co więcej, owe „dowartościowaniu” niektórych spośród innowierców, było zestawiane z mocną krytyką jaką kierowałem pod adresem postawy wielu katolików. Zdaję sobie sprawę z tego, iż na pierwszy rzut oka takie, a nie inne nastawienie z mej strony, może wydawać się co najmniej nielogiczne i niekonsekwentne. Skoro bowiem uznaję, iż brak wiary w prawdziwego Boga lub jakąkolwiek część Bożego Objawienia jest największym z grzechów, to jak mogę jednocześnie chwalić moralność i bogobojność konserwatywnych protestantów, a tym bardziej wyrażać nadzieją na ich zbawienie? Wszak ludzie ci nie wierząc w niektóre z prawd wiary wydają się popełniać największy grzech przeciw Bogu, a w związku z tym blednąć muszą wszelkie ich cnoty (tak jak np. karmienie głodnych dzieci blednie w obliczu jednoczesnego praktykowania pedofilii) i tym samym zdążają prostą drogą do piekła. Cóż, w swym rozumowaniu i wartościowaniu tych spraw, idę po prostu za oficjalnym nauczaniem Kościoła rzymsko-katolickiego. Już wszak „przedsoborowe” Magisterium Kościoła uznawało, iż z jednej strony „bez wiary nie można podobać się Bogu”, a heretyków i schizmatyków czeka wieczny ogień piekielny jeśli przed śmiercią nie wyznają wiary katolickiej (Sobór Florencki, „dekret dla Greków”), z drugiej zaś strony nauczało: „Człowiek, który bez własnej winy pozostaje poza Kościołem, jeżeli pozostaje w dobrej wierze i przyjął chrzest, albo przynajmniej ma ukryte pragnienie chrztu oraz jeżeli ponadto szczerze poszukuje prawdy i wypełnia wolę Bożą na miarę swych możliwości, to jest rzeczywiście oddzielony od ciała Kościoła, ale jest zjednoczony z duszą Kościoła i DLATEGO POZOSTAJE NA DRODZE ZBAWIENIA” (Katechizm św. Piusa X, cz. I, IX). Możliwości są więc dwie. Pierwsza z nich, to twierdzenie, iż Katechizm św. Piusa X zaprzeczył wcześniejszemu nauczaniu Kościoła, uznając, iż heretycy, schizmatycy, a nawet niechrześcijanie mogą znajdować się drodze do zbawienia. Drugą możliwością jest to, iż nie błądziły ani sobory we Florencji i Trydencie ogłaszając, że heretycy pójdą do piekła, zaś bez wiary nie można podobać się Bogu, ani Katechizm św. Piusa X nauczając, że ci spośród innowierców którzy są w dobrej wierze, szczerze szukają prawdy i wypełniają wolę Bożą na miarę swych możliwości pozostają na drodze do zbawienia. Zwolennicy o. Fenneya wybrali tą pierwszą opcję, ja zaś obstaję przy drugiej z nich. Rozwiązaniem tej pozornej sprzeczności jest stwierdzenie, że najwyraźniej nawet ci spośród innowierców, którzy spełniają warunki opisane przez Katechizm św. Piusa X (szczere poszukiwanie prawdy, wypełnienia woli Bożej na miarę swych możności) tak naprawdę posiadają już cnotę prawdziwej wiary, zaś fakt, iż nie uznają niektórych z prawd wiary będących częścią Bożego Objawienia nie wynika z ich pychy, ducha buntu i nieposłuszeństwa względem Boga, ale jest raczej wynikiem niezawinionego przez siebie błędnego rozeznania co do tożsamości prawdziwego Kościoła i religii, zgorszeń zaciemniających możność ich poznania, etc. Inaczej mówiąc, w wypadku tychże innowierców trudno jest podejrzewać zaistnienie uporczywej, świadomej, herezji sensu stricte, zwanej również mianem „herezji formalnej”. Pogłębiając i precyzując owe tradycyjnie katolickie, „przedsoborowe” rozróżnienia, Sobór Watykański II uznał, że tych chrześcijan, którzy urodzili się w niekatolickich społecznościach i przepajają się wiarą w Chrystusa należy uważać za „braci w Panu” oraz stwierdził: „Z drugiej strony MUSZĄ katolicy z RADOŚCIĄ UZNAĆ i ocenić dobra naprawdę chrześcijańskie płynące ze wspólnej ojcowizny, które się znajdują u braci od nas odłączonych. SŁUSZNĄ I ZBAWIENNĄ RZECZĄ jest rzeczą uznać Chrystusowe bogactwa i cnotliwe postępowanie w życiu drugich, którzy dają świadectwo Chrystusowi, czasem aż do przelania krwi. Bóg bowiem w swych dziełach jest zawsze podziwu godny i należy Go w nich podziwiać. Nie można też przeoczyć faktu, że cokolwiek sprawia łaska Ducha Św. w odłączonych braciach, MOŻE RÓWNIEŻ NAM POSŁUŻYĆ KU ZBUDOWANIU. Wszystko, co szczerze chrześcijańskie, nigdy nie stoi w sprzeczności z prawdziwymi dobrami wiary, owszem, zawsze może posłużyć ku doskonalszemu wniknięciu w samą tajemnicę Chrystusa i Kościoła.” („Unitatis redintegratio”, n. 4). Gdy wszystko porównamy to z prawdą nauczania katolickiego, iż samo bycie członkiem Kościoła katolickiego nie jest jeszcze wystarczające do zbawienia, a także dostrzeganiem oczywistych faktów polegających na tym, że wiele osób nazywających się rzymskimi katolikami nie tylko żyje w sposób bardzo niemoralny, ale dodatkowo w sferze wyznawanych przez siebie poglądów odrzuca nauczanie Kościoła w niejednej ważnej sprawie wiary i moralności, to postawa dająca się ująć w słowach „Lepszy najgorszy katolik niż najbardziej cnotliwy protestant” staje tym bardziej wątpliwa. Z oficjalnego nauczania Kościoła jasno bowiem wynika, iż jest dokładnie na odwrót. Dobrzy i szczerzy protestanci są na drodze prowadzącej do zbawienia (a więc podobają się Bogu), zaś źli katolicy zdążają ku piekłu (a więc są niemili i wstrętni Panu Bogu). Myślę, że na gruncie zdroworozsądkowym, wielu, nawet „antyekumenicznie” nastawionych „tradycyjnych katolików” wyczuwa tą prawdę i np. mieszkając w USA w wyborach prezydenckich głosowali by raczej na konserwatywnych protestantów (w rodzaju Micke’a Huckabee czy Georga W. Busha) niż na tamtejszych „ale-katolików” w stylu Teda Kennedy, Nancy Peloci lub Joe Biddena.

7. Czy myli mi się wiara z moralnością?

Bł. Jan Paweł II w encyklice „Veritatis splendor” napiętnował pogląd negujący nierozerwalny związek zachodzący pomiędzy wiarą i moralnością (tamże, n. 4). Nierzadko nawet jednak konserwatywni katolicy mówią: „Wiara to nie moralność„. Tkwi w tym pewne ziarno prawdy, ale jest to zwrot bardzo dwuznaczny i niebezpieczny. Wiara i moralność to system naczyń połączonych. Moralność jest praktyczną odpowiedzią na wiarę. Bez konsekwentnej praktyki codziennego życia, nasza wiara zaczyna umierać. Poza tym, również w pewne zasady należące do porządku moralnego zobowiązani jesteśmy wierzyć i odmawiając im wiary stajemy się heretykami. Częścią Bożego Objawienia (a zarazem naturalnym prawem moralnym wypisanym przez Boga w naszych sercach) są wszak prawdy o moralnej obrzydliwości takich zachowań jak kradzież, oszustwo, kłamstwo, morderstwo niewinnego homoseksualizm, nierząd, cudzołóstwo, etc. Ktokolwiek nie wierzy więc, iż np. kłamstwo jest zawsze w oczach Pana Boga ohydą, ten tym samym odrzuca prawdę, która została nam objawiona z Nieba i staje się w ten sposób nie tylko niemoralnym, grzesznym człowiekiem, ale także heretykiem. Tak więc, choć można być prawowiernym katolikiem będąc jednocześnie notorycznym i ciężkim złoczyńcą (wówczas jednak posiada się wiarę „martwą” nie ożywioną przez dobre uczynki), to stajemy się już heretykami wówczas, gdy zaczynamy usprawiedliwiać dokonywane przez siebie zło (np. mówimy, że kłamstwo może być czasami dobre, pozamałżeński seks jest sam w sobie moralnie OK, etc).

. Warto zauważyć, iż tak naprawdę największym wrogiem Kościoła i chrześcijaństwa jest niemoralne życie katolików i chrześcijan. Św. Maksymilian Maria Kolbe w jednym ze swych tekstów przytaczał masońskie zawołanie: „My Kościoła nie zwyciężymy rozumowaniem, lecz psuciem obyczajów„. Kiedy spojrzymy na historię Kościoła katolickiego i chrześcijaństwa, dostrzeżemy, iż wolnomularze dobrze wiedzieli co mówią. Największe kryzysy w łonie katolicyzmu często wiązały się z upadkiem moralnym szerzącym się wśród duchownych lub katolików świeckich. Choć pozornie rzecz biorąc mogły one wyglądać na motywowane głównie rozbieżnościami i nieporozumieniami na tle doktryny, to gdy przyjrzymy się im głębiej, to w wielkiej mierze stało za nimi złe świadectwo jakie wierze katolickiej dawało wielu duchownych i świeckich katolików. Gdyby nie antyświadectwo, jakie dawane było przez sporą część hierarchów kościelnychi świeckich katolików, prawdopodobnie nie byłoby takich heretyckich ruchów jak: waldensi, katarzy czy XVI-wieczna reformacja (a na pewno zaś nie zyskałyby one tak wielu zwolenników). Tertulian mówił „Krew męczenników jest nasieniem chrześcijan„, zaś św. Jan Trytoniusz powiadał: „Jeśli dobrze wierzysz, lecz źle żyjesz, własnym mieczem się zabijesz”. Z tych dwóch sentencji można wykuć następujące prawidło: O ile świętość (przejawiająca się również w krwawym męczeństwie) jest potęgą Kościoła, o tyle złe życie chrześcijan jest jego największym niszczycielem. To uświęcone życie chrześcijan pozwoliło zburzyć pogańskie imperium Rzymu. Poganie patrzyli na pierwszych chrześcijan i zadawali sobie pytanie: „Co w nich jest takiego, że nie dość, iż potrafią żyć zupełnie inaczej od nas, to jeszcze niejednokrotnie idą z radością i imieniem swego Boga na ustach na okrutną śmierć?„. W ten sposób imię naszego Pana Jezusa Chrystusa było rozsławiane. Im bardziej jednak chrześcijanie odchodzą od świętego życia, im bardziej grzech staje się naszym życiu normą i regułą, tym więcej jest różnorodnych schizm, herezji, rozłamów, a w ostatecznej tego konsekwencji narody stają się coraz bardziej zlaicyzowane, a nawet zateizowane. Kłaniają się tu słowa św. Pawła Apostoła: „Z waszej to bowiem przyczyny poganie – zgodnie z tym co jest napisane – poganie bluźnią imieniu Boga” (Rzym 2, 24). Pismo święte i nauczanie Kościoła zawsze podkreślały wagę i ważność dobrego przykładu, jakie winni innym dawać wyznawcy prawdziwej wiary. Święte życie chrześcijan jest o wiele bardziej przekonywujące, aniżeli choćby tysiące najmądrzejszych podręczników apologetycznych. Nie wiem, czy ktokolwiek został nawrócony poprzez mądre dywagacje rozumowo udowadniające prawdziwość wiary katolickiej (zapewne czasami i tak się zdarzało), historia i teraźniejszość pokazuje jednak, że największymi ewangelizatorami byli Święci, którzy własnym życiem poświadczali prawdziwość tego w co wierzą. Jeśli katolicy nie wezmą sobie prawdziwie do serca prawdy, iż ich powołaniem i obowiązkiem jest świętość; jeżeli nie zaczną być solą tej ziemi, to wszelkie pretensje o upadek cywilizacji, porzucanie przez wielu wiary katolickiej, będą mogli mieć przede wszystkim do siebie. Właśnie z tego powodu tak wiele miejsca poświęcam tematyce moralnej.

8. Ponuractwo, kult umartwienia, wrogość do przyjemności, radości życia, etc.

Różnej maści liberałowie i lewicowcy od dawna kreują obraz życia posłusznego tradycyjnym zasadom moralności chrześcijańskiej, jako egzystencji smutnej, ponurej, pozbawionej wszelkich przyjemności i uciekającej od radości życia. Prezentowane przeze mnie stanowisko w takich sprawach jak tańce damsko-męskie, skromność strojów, stosunek do współczesnej popkultury, zachowywanie umiaru w jedzeniu i piciu, notorycznie jest ukazywane w takich samych kategoriach. Jest to zdecydowanie niesprawiedliwy i krzywdzący obraz mego światopoglądu. Nieraz wszak powtarzałem, iż nie mam nic przeciw czerpaniu radości z życia, korzystaniu z dozwolonych przyjemności oraz różnym formom zabawy. Nie mam np. nic przeciwko temu, by urządzać wycieczki w góry ciesząc się i podziwiając piękno majestatycznych gór. Nie widzę niczego złego w patrzeniu na pełne gwiazd nocą niebo, słuchaniu śpiewu ptaków czy też cieszeniu się widokiem rozbłyskujących fajerwerków. Nie mam nic przeciwko grze w piłkę, kalambury, jeździe na łyżwach, deskorolce bądź rolkach, smacznym posiłkom, piciu z umiarem wina, wspólnym piknikom czy też radosnym śpiewaniu przy ognisku. Z tych i wielu innych życiowych przyjemności, jako chrześcijanie mamy pełne prawo się cieszyć jako Bożym błogosławieństwem i pociechą, która ma nam pomóc łatwiej znosić trudy tego życia. Istnieją jednak pewne granice, których chrześcijanie winni nie przekraczać w swym korzystaniu z życiowych przyjemności. A są nimi grzech i bliskie okazje doń prowadzące.

9. Dlaczego nie mam imprimatur władz kościelnych?

Moi przeciwnicy czasami w formie zarzuty podnoszą okoliczność, iż moja działalność publicystyczna nie jest poddawana kontroli władz kościelnych w postaci „imprimatur” czy „nihil obstat”. Cóż fakt, iż np. witryna „salwowski,msza.net” nie posiada asystenta kościelnego nie różni się niczym od statutu, jaki w tym względzie mają np. „Polonia Christiana” (a także TFP i jego polska odnoga „Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Piotra Skargi”), „Christianitas”, „Fronda” czy też „Forum Krzyż”. Wszystkie te instytucje działają wszak, jako prywatne inicjatywy świeckich katolików nie podlegające bezpośredniej kontroli władz kościelnych. Dlaczego zatem kwestionuje się zasadność tej formy działalności w przypadku mojej osoby? Jeśli ktoś podważa ortodoksyjność mych publikacji, zawsze może to spróbować uczynić w merytoryczny sposób, a więc wykazując, które z mych poglądów są sprzeczne z nauczaniem Magisterium Kościoła. To zaś, że nie prowadzę swej działalności publicystycznej pod oficjalną opieką władz kościelnych, nie znaczy, że wyrażanych w niej poglądów nie konsultuję z osobami duchownymi. Prawdą jest, że nieraz poddawałem tezy zawarte w mych publikacjach ocenie księży. Kilka tego przykładów przytoczyłem powyżej, w punkcie, gdzie omawiam sprawę napięć i nieporozumień, jakie występują pomiędzy mną a niektórymi (świeckimi) „tradycjonalistami katolickimi – patrz: m.in. ocena ze strony o. Eugeniusza Kwiatkowskiego z Krakowa.

Warto też dodać, że niemała liczba mych tekstów ukazała się w pismach i witrynach internetowych, które posiadają oficjalnych asystentów kościelnych, a co za tym idzie treść tych artykułów była poddawana ocenie w świetle ich ortodoksyjności. Mam tu na myśli: „Wzrastanie”, „Źródło”, „Niedziela”, „Przewodnik katolicki”, „Katolik.pl”, „Wiara.pl”, czy „Miłujcie się”.

Co ciekawe, człowiek, który najczęściej i najgłośniej, podnosi omawiany w tym punkcie zarzut, sam prowadzi bloga nie posiadającego asystenta kościelnego, zaś wszystkie jego artykuły, które dane mi było przeczytać, ukazywały się w pismach również pozbawionych tej formy kontroli ze strony władz Kościoła. Być może dzieje się tak dlatego, że poglądy tego człowieka na kwestię pojedynków (usprawiedliwia on ową praktykę), prawo i obowiązek władz cywilnych do karania i zakazywania pozamałżeńskich związków seksualnych (twierdzi on, że władze cywilne nie mają do tego prawa) czy choćby muzyczne gusta (jest fanem „Iron Maiden”) nie uzyskałyby imprimatur żadnego ceniącego sobie katolicką prawowierność księdza – obojętnie czy byłby to ksiądz „posoborowy”, „lefebrysta”, „indultowiec” czy „sedewakantysta”.

10. Czy manipuluję i dokonuję nadinterpretacji nauki Kościoła?

Dziwnym jest, iż jakkolwiek często jest mi stawiany zarzut nadinterpretacji i manipulacji nauczaniem Kościoła, o tyle bardzo rzadko próbuje się to oskarżenie udowodnić. Do dziś np. nie wiem, na czym polega moja rzekoma nadinterpretacja, wówczas, gdy w sposób DOSŁOWNY przytaczam pewny fragmenty doktryny katolickiej i pragnę rozumieć je prosto, jasno i klarownie. Jaka nadinterpretacja tkwi w stwierdzeniu, iż „tego co jest mniejszym złem nie mamy prawa czynić w żadnej sytuacji, nawet dla ratowania całego świata” w sytuacji, gdy jest ono oparte na jasnych, jednoznacznych i dosłownych wypowiedziach Magisterium, w którym czytamy, że: „W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw (Paweł VI, „Humanae vitae:, n. 14); Błędna jest więc ocena moralności czynów ludzkich, biorąca pod uwagę tylko intencję, która ją inspiruje, lub okoliczności (środowisko, presja społeczna lub konieczność działania, itd.) stanowiące ich tło. Istnieją czyny, które z siebie i w sobie, niezależnie od okoliczności i intencji, są zawsze i bezwzględnie niedozwolone ze względu na ich przedmiot, jak bluźnierstwo i krzywoprzysięstwo, zabójstwo i cudzołóstwo. Niedopuszczalne jest czynienie zła, by wynikło z niego dobro (…). Dobra intencja (np. pomoc bliźniemu) nie czyni dobrym, ani słusznym zachowania, które samo w sobie jest nieuporządkowane (jak kłamstwo czy oszczerstwo). Cel nie uświęca środków (…). Okoliczności, a w tym także konsekwencje, są drugorzędnymi elementami czynu moralnego. Przyczyniają się one do powiększenia lub zmniejszenia dobra lub zła moralnego czynów ludzkich (np. wysokość skradzionej kwoty). Mogą one również zmniejszyć lub zwiększyć odpowiedzialność sprawcy (np. działanie ze strachu przed śmiercią). Okoliczności nie mogą same z siebie zmienić jakości moralnej samych czynów; nie mogą uczynić ani dobrym, ani słusznym tego działania, które jest samo w sobie złe. (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1753-1754, 1756)? Jaką nadinterpretację stosuję wówczas, gdy piszę, że jednym z takich zawsze i wszędzie zakazanych zachowań jest kłamstwo? Przecież i w tym wypadku nie dodaję w tej kwestii od siebie niczego co nie powiedziane by zostało przez Magisterium Kościoła i jego Świętych: „Nigdy nie można kłamać, ani w żartach, ani dla własnej korzyści, ani dla korzyści kogoś innego, gdyż kłamstwo zawsze jest złem samym w sobie „ (Katechizm św. Piusa X, cz. III, VIII. 11); „Dobra intencja (np. pomoc bliźniemu) nie czyni dobrym, ani słusznym zachowania, które samo w sobie jest nieuporządkowane (jak kłamstwo czy złorzeczenie). Cel nie uświęca środków (…)” (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1753); „Pismo św. Starego i Nowego Zakonu przestrzega nas przed kłamstwem. Czynią to i Święci, mówiąc, że nawet dla uratowania świata całego od zagłady nie należałoby kłamać. Choćby nawet przez kłamstwo można z piekła uwolnić potępionych i wprowadzić ich do nieba, nie wolnoby nam było tego uczynić. (…) Choćbmyśmy mogli kogoś uchronić od śmierci kłamstwem, nie wolnoby go popełnić. (…) Dla ocalenia życia i majątku nie wolno zasmucać Boga, bo życie i majątek trwają do czasu, a Bóg i szczęśliwość duszy trwać będą na wieki” (św. Jan Maria Vianney)? Czy mój błąd polega na tym, iż „nigdy” interpretuję jako „nigdy”, „nigdzie” jako „nigdzie”, a „zawsze” jako „zawsze”, a nie zaś jako „prawie nigdy”, „zazwyczaj”, „prawie „zawsze”?

Nie wiem też na czym polega ma rzekoma nadinterpretacja i manipulacja tradycyjnego nauczania katolickiego na temat tańców? Czy na tym, iż ze sformułowań tam zawartych, a mówiących, że tańce i bale są niebezpieczną okazją do grzechu „zazwyczaj”, „prawie zawsze”, „prawie wszystkie”, „w większości” nie traktuję jako metafor mających w rzeczywistości oznaczać „rzadko”, „czasami”, „niekiedy”, „sporadycznie”? A może ruchy, gesty, postawy oraz okoliczności towarzyszące tańcom z początku XXI wieku, są w porównaniu np. z tańcami rozpowszechnionymi w 16, 18 czy 19 wieku, skromne, niewinne oraz przyzwoite, tak, iż nie można odnieść tradycyjnych przestróg przed tańcami do ich współczesnych odpowiedników?

11. Czy ma publicystyka jest skoncentrowana przede wszystkim na kwestiach moralności seksualnej?

Częstym zarzutem, jaki stawiany jest mej publicznej działalności stanowi twierdzenie, iż głównym poruszanym przeze mnie tematem są sprawy moralności seksualnej. Nierzadko w domyśle tego zarzutu czai się sugestia, jakoby wynikało to z jakichś moich seksualnych obsesji bądź zahamowań. Cóż mogę na to odpowiedzieć? Przede wszystkim, czuję się niejako wyróżniony tym, że kolejny z tradycyjnie lewicowych i wolnomyślicielskich argumentów wysuwanych przeciw Kościołowi i chrześcijaństwu jest stosowany także w opozycji do mej publicystyki. To bowiem Kościołowi katolickiemu nieraz różni jego wrogowie i krytycy przypisywali i wciąż przypisują obsesję na punkcie seksu i tropieniu grzechów z tym związanych.

Co do siebie, to nie mogę zaprzeczyć, iż rzeczywiście niemała część mych wypowiedzi jest poświęcona tej tematyce. Nie widzę w tym nic dziwnego, gdy zważy się na to, iż główny atak sił antychrześcijańskich najczęściej jest kierowany właśnie przeciw zasadom chrześcijańskiej moralności dotyczących życia seksualnego. Naturalne jest więc to, iż w ramach reakcji na owe działania, dużo sił poświęca się obronie VI i IX Przykazania. Mimo to, nie sądzę jednak, by większość mych artykułów i innego rodzaju wypowiedzi dotyczyła tych kwestii. Jeżeli już, to zdecydowana mniejszość z nich bezpośrednio poświęcona jest sprawom seksu. Na przykład, na prowadzonej przeze mnie witrynie: www.salwowski.msza.net zamieściłem (podaję stan z dnia 19 czerwca 2011 r.) 35 artykułów, spośród których 8 (czyli niecałe 23 procent) skupionych poświęconych jest, w głównej mierze tejże tematyce (tańcom damsko-męskim, skromności strojów, mieszanym plażom, obronie zasadności delegalizacji i penalizacji nierządu oraz cudzołóstwa). Pozostałych 27 tekstów opublikowanych tam przeze mnie, w sposób bezpośredni dotyczy innych spraw, a więc np. zawodowego boksu, kary śmierci, obronie moralności stosowania kar cielesnych, kompromisu aborcyjnego, potrzebie politycznego wsparcia dla działalności p. Marka Jurka, ekumenizmu, paleniu Koranu, modlitwie przed jedzeniem, obecności Bożych kar w najnowszej historii, katolickiego nauczania o bogobójstwie i moralnej odpowiedzialności zań żydów oraz chrześcijan, twórczości i postaci Mela Gibsona. Owszem w części spośród tych 27 artykułów także znajdowały się jakieś nawiązania do moralności seksualnej, ale to nie one stanowiły ich główny temat. Na przykład w tekście pt. „Mel Gibson – pytania, które trzeba postawić” krytykowałem twórczość owego aktora i reżysera nie tylko za celebrację wolnego seksu widoczną w filmach z jego udziałem, ale także za czynienie z przemocy rozrywki (seria „Zabójcza Broń” jest tego dobrym przykładem), apoteozę buntu względem prawowitej władzy („Waleczne serce”, „Patriota”) oraz przedstawianie w pozytywnym świetle spirytyzmu (miało to miejsce w filmie „Pocahontas”, gdzie Gibson udzielał głosu postaci kapitana Johna Smitha). Jeśli chodzi zaś o artykuły publikowane przeze mnie w innych miejscach, to jeszcze mniej z nich dotyczy seksualności. Można mieć więc zatem uzasadnione wątpliwości co do tego, czy rzeczywiście większość z mych wypowiedzi koncentruje się na seksie. To raczej te z mych wypowiedzi, które są dotyczą VI i IX Przykazania cieszą się największym zainteresowaniem i wywołują najwięcej kontrowersji – stąd powstaje mylne wrażenie, jakoby większość mej pisarskiej twórczości dotyczyła tych spraw.

12. Skupianie się na kwestiach trzeciorzędnych, mało ważnych z pomijaniem rzeczy fundamentalnych i najważniejszych.

Nie czas ratować róże, gdy płoną lasy” – to powiedzenie jest niejednokrotnie przywoływane w kontekście mej działalności publicystycznej. Twierdzi się zatem, iż nawet jeśli w kwestiach, które poruszam, mam dużo racji i słuszności, to w obecnym czasie, nie są to sprawy najważniejsze, które należałoby nagłaśniać i akcentować. Oczywiście zgadzam się z tym, że np. sprawa obrony nienarodzonych dzieci jest dużo ważniejsza od przypominania tradycyjnych przestróg przed tańcami i balami. Tak naprawdę jednak, nie ma takich kwestii moralnych, które można by uznać za nieważne czy zupełnie nieistotne. Podobnie jak wiara i moralność są ze sobą ściśle połączone, tak poszczególne zasady moralności chrześcijańskiej choć różnią się rzecz jasna pomiędzy sobą stopniem ważności i doniosłości, są ze sobą bardzo mocno powiązane. Przykładowo, zabicie nienarodzonego dziecięcia jest znacznie gorszą obrzydliwością aniżeli współżycie przedmałżeńskie (czyli „nierząd”), jednak nie zmienia to faktu, że pomiędzy oboma tymi nieprawościami zachodzą nieraz bliskie związki. Grzechy nierządu często wszak owocują grzechami aborcji. Czy można więc powiedzieć, iż skoro zabijanie nienarodzonych dzieci jest znacznie większym złem od nierządu, to należy dać sobie spokój z piętnowanie tego drugiego? Na podobnej zasadzie, można oczywiście powiedzieć, iż jawna pornografia jest znacznie większym złem, niż erotyzowane teledyski w MTV i Vivie, ale czy rzeczywiście uprawnionym stąd wnioskiem jest stwierdzenie, że należy dać sobie spokój z przestrzeganiem przed tymi drugimi? Nie przeczę wcale temu, iż stopień gorliwość jaką wkłada się w zwalczanie poszczególnych niebezpieczeństw, powinien być proporcjonalnie dostosowana do skali zagrożenia z nimi związanych. Tyle tylko, że różni ludzie mogą być w różnym stopniu powołani do zajmowania się poszczególnymi tematami. Szczególnym powołaniem i misją jednego może być zwalczanie rozpusty, pornografii czy prostytucji. To, iż człowiek taki będzie w związku z tym znacznie mniej czasu spędzał na antyaborcyjnych pikietach niż inni, nie oznacza wszak, że uważa zabijanie nienarodzonych za coś mniej złego. Jeszcze komuś innego Bóg może w sposób specjalny powołać do przestrzegania przed pijaństwem i pracy nad nawracaniem pijaków.

Z pewnością, dużą nieprawidłowością byłaby sytuacja polegająca na tym, iż – w sensie generalnym – instytucje powołane do zwalczania zła, w sposób zupełnie nieproporcjonalny traktowałyby poszczególne grzechy. Co najmniej dziwaczna sytuacja zachodziłaby np. w wypadku nakładania ekskomuniki przez władze kościelne za niepłacenie podatków przy jednoczesnym zniesieniu tejże sankcji za aborcję. Podobnie niezrozumiałym byłoby postępowanie władz cywilnych karzących chłostą nierząd i cudzołóstwo (co samo w sobie jest oczywiście dobre i wskazane) przy równoczesnym karaniu zabijania niewinnych ludzi za pomocą pieniężnej grzywny. W sprawach o których piszę teraz nie należy jednak mylić płaszczyzny bardziej ogólnej i społecznej z wymiarem działań indywidualnych ludzi. Poszczególne osoby mogą być po prostu, w sposób szczególny powołane do zwalczania pewnych niebezpieczeństw bardziej niż inne. I należy to uznać oraz uszanować. Osobiście, czuję się w sposób szczególny powołany przez Boga do przypominania tych spośród zasad tradycyjnej moralności chrześcijańskiej, które współcześnie zostały niemal zupełnie zapomniane. Co więcej z perspektywy czasu, coraz bardziej widzę, iż np. przypominanie odwiecznego nauczania katolickiego na temat tańców i balów ma wymiar jak najbardziej praktyczny stanowiąc odpowiedź na aktualne problemy i wyzwania. Czyż bowiem od kilku lat nie mamy do czynienia z wielką modą na praktykowanie i uczenie się tańców damsko-męskich? Czy miliony ludzi nie jest łowionych w sidła rozpusty i rozwiązłości właśnie za pomocą różnego rodzaju imprez z tańcami (np. dyskotek)? Może więc, w dzisiejszych czasach, tym bardziej aktualne są krytyki, jakie przez wiele wieków, najwybitniejsze autorytety kościelne,kierowały w stronę tańców i balów?

Poza tym warto pamiętać o słowach Pana Jezusa, iż wierność w małych rzeczach jest gwarancją wierności w wielkich sprawach: „Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie” (Łuk 16:10). Nie możemy też zapominać o tym, że „Ktokolwiek by tedy rozwiązał jedno z tych przykazań najmniejszych i nauczałby tak ludzi, najmniejszym będzie nazwany w Królestwie Niebios, a ktokolwiek by czynił i nauczał, ten będzie nazwany wielkim w Królestwie Niebios” (Mt. 5,17.19).

13. Chwiejność w poglądach, częste wolty ideowe, „rzucanie się od ściany do ściany”

Niektórzy z mych oponentów twierdzą, iż jestem osobą, która często w sposób radykalny zmienia poglądy, np. z lefebrysty miałem się rzekomo stać modernistą i „wojtylianistą” zaś popieranie antysemickiego pisma „Szczerbiec” podobno zastąpiłem skrajnym „filosemityzmem”. Powyższa opinia jest złośliwa i nieprawdziwa. Oczywiście nie przeczę temu, iż w ciągu kilkunastu lat mej publicystycznej aktywności w ogóle nie zmieniłem żadnych ze swych poglądów. Cechą każdego człowieka jest omylność i w związku z tym wszyscy ludzie powinni być otwarci na korygowanie tych ze swych przekonań, które mogą okazać się błędne. I ja więc swe dawniejsze stanowisko w niektórych kwestiach zmieniłem, złagodziłem, a co do pewnych innych spraw stałem się nieco bardziej surowy (np. przed laty podchodziłem w sposób dość luźny do chrześcijańskiej powinności jaką jest okazywanie posłuszeństwa władzom cywilnym, płacenie podatków, etc). Nie sądzę jednak, by owe zmiany można było nazwać „radykalnymi”. Wszystkie korekty, jakie przez lata dokonałem w swych przekonaniach mieszczą się w ramach konserwatywnie katolickich i prawicowych poglądów. Radykalnego tradycjonalizmu nie zamieniłem bynajmniej na modernizm, ale stałem się po prostu bardziej umiarkowanym tradycjonalistą katolickim. Z konserwatysty i prawicowca także nie przeobraziłem się w jakiegoś lewicowca, liberała czy libertarianina.

Jeśli chodzi zaś o me kontakty z pismem „Szczerbiec” to owszem w l. 1996-1997 na prośbę mego znajomego podjąłem luźną współpracę z tym pismem. W tym czasie „Szczerbiec” opublikował pięć tekstów mego autorstwa. Czy moje artykuły miały coś wspólnego z historycznym rewizjonizmem, będącym domeną tego pisma? Nie, albowiem były one poświęcone zupełnie innej tematyce. Czy moja współpraca z „Szczerbcem” oznaczała podpisywanie się pod radykalnym antysemityzmem uprawianym przez to czasopismo? Kolejne pudło. Nigdy nie utożsamiałem się z jadowitą antyżydowskością „Szczerbca”, a co więcej, jeszcze w trakcie trwania mojej współpracy z tym pismem, wystosowałem do p. Adama Gmurczyka (redaktora naczelnego owego periodyku) prywatny, acz stanowczy protest wobec promowanego przez niego radykalnemu antysemityzmowi. Nie jest więc tak, jak to insynuują pewne osoby, że w krótkim czasie przeszedłem od żarliwego antyizraelityzmu do gorliwego filosemityzmu. Osobiście uważam, że judaizm ma w sobie silne pierwiastki antychrześcijańskie, zaś udział Żydów w różnych niemoralnych i bezbożnych przedsięwzięciach często nieproporcjonalnie wyższy w stosunku do ich procentowego udziału w danym społeczeństwie. Dostrzeganie jednak tych faktów nie oznacza, iż będę popierał kwestionowanie człowieczeństwa Żydów (tak jak w swoim czasie czyniło to pismo „Szczerbiec”); życzył Żydom wszystkiego co najgorsze i złe; twierdził, że Żydów nie da się ani ucywilizować ani nawrócić, dlatego też najlepiej jest ich bić, ograbiać z majątków, pozbawiać praw obywatelskich czy zabijać.

14. Czy uważam wszystko za „bliską okazję do grzechu”?

Wbrew często powtarzającym się sugestiom nie uważam wszystkich życiowych sytuacji za „bliską okazję do grzechu” i w związku z tym praktyczne zastosowanie zasady, iż takich okazji należy unikać czyniłoby z życia nieznośną mękę polegającą na ciągłym lęku przed zgrzeszeniem. Wraz z tradycyjną moralistyką katolicką rozróżniam pomiędzy „bliskimi okazjami do grzechu” a tzw. dalszymi okazjami do grzechu. „Dalszymi okazjami do grzechu” są sytuacje, w których sporadycznie i rzadko popadamy w grzech. Pozostawiania w takich sytuacjach nie jesteśmy zobowiązani unikać, gdyż praktycznie byłoby to niemożliwe. Wystarczy wówczas zachować pewne podstawowe zasady ostrożności, by nie upaść w grzech. Czymś zdecydowanie innym są jednak tzw. bliskie okazje do grzechu. Tym mianem zwie się „te wszystkie okoliczności czasu, miejsca, osoby albo rzeczy, w których czy to z ich natur, czy też z naszej słabości, zwykle popadamy w grzechy” (Katechizm św. Piusa X, cz. IV, p. 67). Tych właśnie okoliczności chrześcijanie winni gorliwie i pilni unikać, a pozostawianie w nich może być usprawiedliwione tylko koniecznością zachowania odpowiednio ważnych dóbr. Obowiązek unikania „bliskich okazji do grzechu” nie oznacza jednak na przykład praktycznego wycofania się z życia społecznego, zawodowego czy rodzinnego i prowadzenia życia pustelniczego. W rzeczywistości bowiem „bliskie okazje do grzechu” nie stanowią większości sytuacji w naszym życiu i da się je omijać prowadząc w miarę „normalny” żywot.

http://salwowski.msza.net/pub/odpowiedz-na-rozne-zarzuty-watpliwosci-i-kontrowersje.html

a. me.

Click to rate this post!
[Total: 2 Average: 1.5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.