Piasta: Wojna i propaganda

Morale wojska i ludności cywilnej jest jednym z czynników decydujących o zwycięstwie w każdej wojnie. Nic więc dziwnego, że media (dawniej gównie prasa i radio) dwoją się i troją by przekonać obywateli własnego kraju, że znajduje się on na prostej drodze do zwycięstwa. Czasami jednak propaganda tak dalece odstaje od rzeczywistości, że zakrawa na groteskę. Nie inaczej rzecz się miała z polską prasą w kampanii wrześniowej.

82 lata temu Polska znalazła się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Nieprzyjaciel zaciskał na nas swoje mordercze kleszcze. Od kilku dni bitwa graniczna była przegrana. Warszawa z niepokojem czekała nadejścia Niemców. Po siedmiu dniach epopei poddało się Westerplatte. Nadal bronił się Hel, Gdynia i Oksywie. To jednak były wyjątki. Niemiecka 10 Armia, po przełamaniu obrony Armii Łódź i Kraków rozbiła armię odwodową zmuszając ją do wycofania się na prawy brzeg Wisły. W tym samym czasie niemiecka 8 Armia, po przełamaniu linii obrony Armii Łódź nad Wartą, odrzuciła ją w kierunku wschodnim a niemiecka 3 Armia zdołała odrzucić Armię Modlin na linię Wisły. Zagroziło to odcięciem wysuniętych na zachód sił Armii Poznań i Pomorze.

Sojusznicy zawiedli. Na zachodzie w najlepsze trwała „dziwna wojna”. Mimo formalnego wypowiedzenia wojny Francja i Wielka Brytania pozostały i miały pozostać nadal bierne.
Wszystko wskazywało na to, że lada chwila… pobijemy Niemców i wygramy wojnę. Przynajmniej takie wnioski można było wyciągnąć czytając krajową prasę.

„Porty niemieckie zbombardowane przez lotników angielskich” – grzmiał 5 września 1939 roku „Ekspres poranny”, informując zresztą w tym samym wydaniu o wkroczeniu naszej kawalerii do Prus Wschodnich. Dzień później do czytelników dziennika o optymistycznym tytule „Dzień dobry!” doszły istotnie dobre wieści. Mianowicie Francuzi wkroczyli do Nadrenii przerywając linię Zygfryda. Z kolei 9 września czytelnicy dziennika ilustrowanego „Wiek Nowy” przeczytali o zabójczo skutecznym rajdzie brytyjskich bombowców na przemysłowe zaplecze Berlina i załamaniu armii niemieckiej na zachodzie. Nawet 14 września na czołówkę „Polski Zbrojnej” wdarł się tekst pod wiele mówiącym tytułem „Bijemy niemców na lądzie i morzu” (pisownia oryginalna). I bylibyśmy tą wojnę bezsprzecznie wygrali gdyby nie pewien uciążliwy drobiazg. Mianowicie z nieznanych przyczyn donosząca o polskich przewagach prasa przestała się ukazywać…

Napuszoną wojenną propagandę z września 1939 roku możemy z obecnej perspektywy sprowadzić do roli zabawnej dykteryjki. Warto jednak wznieść się ponad jej tragikomiczny wydźwięk i wyciągnąć elementarne wnioski. Choćby taki, że nawet gdy wszystko wkoło wali się i pali zawsze znajdą się tacy, którzy gotowi są z pełną powagą potwierdzić, iż jest to co najwyżej kontrolowane wyburzenie połączone z ćwiczeniami strażackimi. Albo taki, że jakkolwiek propagandę od czasu do czasu warto uprawiać, jednak we własną propagandę nigdy nie wolno wierzyć.

To ostatnie przemyślenie dedykuję w szczególności współczesnym „silnym, zwartym i gotowym”, którzy tak chętnie prawią peany na temat własnych osiągnięć. Świat kreowany przez was w telewizyjny wiadomościach jest równie prawdziwy, co świat rodem z wojennych gazet z ’39 roku. Oby zderzenie z rzeczywistością nie okazało się równie brutalne.

Przemysław Piasta

W niniejszym tekście wykorzystałem obszerne fragmenty tekstu „Bijemy Niemców na lądzie i morzu” mojego autorstwa.

za: https://myslpolska.info

Facebook

7 thoughts on “Piasta: Wojna i propaganda”

  1. (…)To jednak były wyjątki.(…)
    Te wyjątki leżą na wybrzeżu, które w ówczesnych realiach były kotłem… a zatem Niemcy nie musieli się tam wysilać. Z tego co wiem to raczej prawda, bo po za Westerplatte nie słyszałem, o jakiś zaciętych bojach.

  2. W obecnych czasach taka propaganda raczej by nie przeszło… za łatwo sprawdzić. Wystarczy uruchomić TOR’a, wejść na jakieś Google.de itp. i zrobić zwykłą kontrolę krzyżową… przecież takiego nalotu 600 bombowców na Berlin nie da się ukryć.

    1. Nie przeszło? Wielu ludzi do dzisiaj wierzy w wymyślane przez spanikowanych Ukraińców bajki o rosyjskich dywizjach spadochroniarzy i armiach pancernych które to rzekomo miały być przyczyną klęsk jej armii w Donbasie. Tak samo wielu dałoby się pokroić za to że różne amerykańskie filmy pokazujące bombardowanie jakichś losowych szop rzeczywiście przedstawiają zabicie jakiegoś groźnego terrorysty. Co z tego że 10% ludzi zweryfikuje jakoś to co im propaganda podaje, skoro pozostałe 90% uwierzy…

      1. (…)Wielu ludzi do dzisiaj wierzy w wymyślane przez spanikowanych Ukraińców bajki o rosyjskich dywizjach spadochroniarzy i armiach pancernych które to rzekomo miały być przyczyną klęsk jej armii w Donbasie.(…)
        Wielu wierzy też w banderowców na każdym rogu Kijowa…

        1. Też wielu wierzy, ale banderyzacja ukraińskiej tzw. “debaty publicznej” jest widocznym faktem. Tak samo jak widocznym faktem była skala rosyjskiego wsparcia dla rebelii w Donbasie, ograniczająca się do dostaw broni i amunicji oraz pojedynczych doradców-specjalistów. Tyle wystarczyło do pobicia istniejącej głównie na papierze ukraińskiej armii(historia podobna do Rosjan w Czeczenii), ale strawniejszą dla opinii publicznej niż dezercje, tchórzostwo i alkoholizm przyczyną klęski są pskowskie dywizje…

  3. Sytuacja w 39 byla nie do pozazdroszczenia bo Polska nie byla przygotowana do obrony ale
    raczej do “marszu na Berlin” i zwycieskiej defilady pod Brama Brandenburska.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *