POL-BREXIT

39 proc. ankietowanych chciałoby 23. czerwca głosować LEAVE, 36 proc.– REMAIN, a aż 25 proc. nie ma wyrobionego zdania. Zwłaszcza ten ostatni odsetek zwraca uwagę – stawia on bowiem pod znakiem zapytania faktyczne znaczenie całego sporu dla mieszkańców Wysp. Innymi słowy – czy paradoksalnie pytanie o wyjście z Unii, na tle polityki socjalnej, imigrantów, ale także dalszego zacieśniania Wspólnoty – nie wydaje się przypadkiem Brytyjczykom… tematem zastępczym.

Cywilizacja, nie ekonomia

Takie postawienie sprawy tylko pozornie jest zaskakujące, zwłaszcza w samej Anglii temperatura debaty zwłaszcza o polityce imigracyjnej wciąż jest dość wysoka. A jednak, przechodząc do konkretów – okazuje się, że np. będąca punktem spornym szczytu UE–UK kwestia benefitów na dzieci gastarbeiterów pozostające w krajach macierzystych – dotyka ledwie ok. 34 tys. osób obecnie mieszkających na Wyspach i wysyłających pieniądze do domów. W istocie konsekwentne przenoszenie dyskusji o imigrantach wyłącznie na pole socjal-ekonomiczne – jest sztuczką, mającą zaciemnić obraz i odwrócić uwagę brytyjskiej opinii od kwestii naprawdę istotnych w problemie „uchodźców”, a mianowicie zagadnień i zagrożeń cywilizacyjnych i kulturowych. O tych zaś polit-poprawny establishment brytyjski rozmawiać w żadnym wypadku nie chce, rozpaczliwie wręcz podtrzymując (choć oficjalnie potępiając) raczej przesądy socjalne: że przybysze zabierają miejsca pracy, choć równocześnie przyjeżdżają tylko po zasiłki, które następnie transferują zagranicę. Słowem – używane jest to samo instrumentarium, którym podkręca się niektóre środowiska polityczne w Polsce.

Tymczasem nie ma większego znaczenia, ani czy dany imigrant dostaje pracę za minimalne 1000 funtów miesięcznie, której żaden miejscowy nie chciałby się podjąć, ani czy dostaje 300 funtów benefitu i podatku na dzieci, bo od tego brytyjska gospodarka się nie załamie, a rynek pracy nie pęknie z przepełnienia (a raczej wprost przeciwnie – są to zjawiska wspierające płynność gospodarczą UK). Nawiasem mówiąc Polakom w kraju wciąż trzeba tłumaczyć, że choć kwoty pomocy socjalnej na Wyspach wydają im się zawrotne w porównaniu z polskimi – to jednak tu nikt z nich nie wyżyje, a wręcz warunkiem ich uzyskania często jest podjęcie pracy. Wizja więc imigrantów, którym niemal siłą wpycha się pieniądze za nieróbstwo – jest łagodnie mówiąc przerysowana i służyć ma raczej doprowadzaniu do absurdu polskich debat wewnętrznych, z kwiatkami takimi jak hasło, że „w związku z programem 500+ najedzie do Polski mnóstwo imigrantów”.

Nie – problem imigracji, tam gdzie ona realnie występuje na masową skalę, a więc także na Wyspach Brytyjskich – nie jest ekonomiczny, tylko cywilizacyjny – w przypadku przybywających z Lewantu, Maghrebu i Sahelu. Jednak przyznanie tej oczywistości kazałoby rządowi podzielić imigrantów na „lepszych” i „gorszych”, czyli odróżnić przyjeżdżających do pracy Polaków, Węgrów, Litwinów, Rumunów – od „południowców”. Po cichu zwykli Brytyjczycy znakomicie zresztą to widzą mówiąc wprost naszym rodakom: „lepiej wy, niż ciapaci!”. Tego jednak rząd Camerona sam powiedzieć nie może, stąd dla własnych interesów wyborczych bynajmniej nie zależy mu na tłumieniu przejawów niechęci do wszystkich „obcych”, motywowanych socjalnie.

Patrioci” Unii Europejskiej

Zagrywka to dość tania, mająca jednak tę słabą stronę, że wymagająca stałej eskalacji, a w dodatku posługujący się hasłami „anty–benefitowymi” licytując się nawzajem w radykalizmie w końcu wpadają albo na ścianę z pomysłami „odebrać wszystko wszystkim” – albo w pułapkę, że w dobrze pojmowanym interesie własnej gospodarki zgadzają się na zmiany kosmetyczne (w stosunku do obietnic i rozbuchanych oczekiwań części środowisk radykalnych, bo już np. nie dla samych zagrożonych imigrantów), wprowadzane pod pretekstem „kompromisu z UE”. Premier Cameron ma zapewne pełną świadomość, że deklaruje rzeczy nieszczególnie sensowne i rozsądne (albo niepotrzebne, bo do załatwienia w obecnym systemie – jak przedstawiane w UK jako triumf zastrzeżenie wobec rozszerzenia na Wyspy Eurozony) – nie mniej przecież tak nim, jak i jego kontynentalnymi rozmówcami kieruje tylko jedno dążenie: do utrzymania Unii Europejskiej w możliwie niezmienionym kształcie.

Dlatego właśnie i Cameron, i Szydło krygując się i mrugając do własnych wyborców, a zupełnie jawnie i bez krępacji Juncker i Tusk działają na rzecz superpaństwa brukselskiego i jego klasy rządzącej, nie zaś narodowych i państwowych interesów składowych takich jak Zjednoczone Królestwo, czy Polska. Jakby symbolicznie – wołającemu „Kocham Brukselę i kocham Wielką Brytanię” Tuskowi nawet nie przeszło przez gardło, iż kocha też (?) Polskę. Cóż, przynajmniej nie musiał się dławić na ewidentnym kłamstwie… Przy okazji jednak ciekawe, że kiedy „Donkowi” wreszcie pozwolono pobawić się w „prezydenta Europy”, to stało się to w okolicznościach mocno niekorzystnej dla Polaków – a napawający się swoim rzekomym znaczeniem Tusk nie dość, że sam podpadł naszym na Wyspach, to jeszcze swoim mizdrzeniem osłonił fakt, że to przecież premier Szydło zgodziła się na żądania Camerona – i to z wyraźną szkodą dla Polski i Polaków, w tym zwłaszcza tych mieszkających na Wyspach, którzy przecież w ostatnich wyborach przyłożyli się do wymiany partii rządzącej w III RP.

Dlaczego należy głosować LEAVE

Żadne propagandowe wygibasy, zwłaszcza ze strony wiceministra Szymańskiego (prywatnie przesympatycznego…) nie zmienią bowiem faktu, że to hagiograficznej telewizji publicznej mimowolnie najlepiej wyszło podsumowanie całej sytuacji z BREXITEM. Puszczając od razu 20. lutego na czerwonym pasku podczas wywiadu z Szymańskim zastrzeżenie „jeśli Brytyjczycy powiedzą NIE – całe porozumienie z Unią pójdzie do kosza” – podpowiedziano właściwe postępowanie wszystkim uprawnionym do głosowania w czerwcowym referendum polskim rezydentom w UK. Jeśli bowiem nie chcą oni (a sądząc po temperaturze tamtejszych polskich portali – na pewno tak jest…) – by porozumienie, które docelowo może odbierać/ograniczać benefity także dla nich weszło w życie – powinni głosować LEAVE, czyli za wyjściem z Unii. Wymaga to tylko (?) uświadomienia sobie oczywistej prawdy: że nie dzięki Unii pracują w Wielkiej Brytanii, tylko ze względu na interes miejscowej gospodarki.

Sam Szymański reprezentując oficjalną linię rządu w tej sprawie – bawi się przy okazji w prowokacje tanie, a niebezpieczne i niegodne kogoś uważającego się niegdyś za kogoś w rodzaju polskiego narodowca, w rodzaju napuszczania starych imigrantów polskich w UK na nowych. Co więcej, ustępując Cameronowi w zagrywce na rzecz przetrwania UE – rząd PiS działa na szkodę finansów Polski i Polaków, bo właśnie zgodził się na przykręcenie strumyczka pieniędzy płynących z Wysp do kraju (1,1 miliarda złotych w III kwartale 2015 r.). To realny ubytek dochodów obywateli (a zatem i obrotów w gospodarce), którego PiS nie ma czym zastąpić. No i rzecz kolejna, do rozważenia przede wszystkim przez patriotycznych wyborców oddających dotąd swe głosy na partię Kaczyńskiego – skoro kilka prostych dąsów, zapowiedź referendum i postraszenie Brexitem dało Wielkiej Brytanii „specjalny status w UE” – to co przeszkadza „eurorealistom z PiS”, sojusznikom Camerona – by pójść jego śladem i też zagrać z Brukselą przynajmniej w „dołóżcie nam – bo wychodzimy!”?

NATO jako gwarancja przetrwania UE

Zarówno ustąpienie Cameronowi „byle Unia przetrwała”, jak i fakt, że obecny rząd RP nie jest zdolny nawet do takiej taktyczno–propagandowej zagrywki – kwestionuje wszystkie pseudo-patriotyczne zaklęcia i zadęcia tej ekipy. Co więcej, przedstawiana przez Szydło, Szymańskiego i innych motywacja, w tym zwłaszcza podkreślanie wagi „atlantyckiego sojuszu” łączącego ponad wszystko m.in. Polskę i Wielką Brytanią – ostatecznie chyba udowodnia co jest spoiwem geopolitycznego zniewolenia Polski, także tego dokonującego się w ramach unijnego superpaństwa. Otóż nie da się go ani osłabić, ani opuścić bez wcześniejszej dekompozycji NATO i amerykańskiej hegemonii nad Europą i Polską. Całkowicie fałszywe okazuje się więc budowanie zwłaszcza przez PiS pozornej alternatywy „jesteśmy bardzo za USA i NATO, a za UE tylko pod pewnymi warunkami i z konieczności”. Nie, jako przedstawiciele szczególnie fanatycznej frakcji partii amerykańskiej w Polsce – PiS-owcy po prostu muszą utrzymywać nas też w UE, takie bowiem są rozkazy i interesy ich hegemona. A fakt, że dzieje się to ze szkodą dla Polski i Polaków – nie ma dla nich, jak widać, większego znaczenia.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *