Pontyfikat Franciszka – szansa na odnowę Kościoła?

Gdy 13 marca, po pojawieniu się białego dymu nad bazyliką św. Piotra, ogłoszono nazwisko nowej głowy Kościoła katolickiego, wybór Jorge Mario Bergoglio został przyjęty z niemałym zaskoczeniem. Wszak nie był on zaliczany przez, ponoć świetnie poinformowane, umiejące dotrzeć niemal wszędzie, media do grana faworytów. Wiele wskazywało na to, że papieżem może zostać ktoś spoza Europy, ale z wśród kandydatów z Ameryki Łacińskiej dużo więcej szans dawano kardynałowi z Brazylii Odilo Schererowi.

Od Soboru Watykańskiego II, którego postanowienia dokonały istotnych zmian w Kościele o charakterze zbyt rewolucyjnym dla części duchownych i wiernych, coraz bardzie widoczny wśród hierarchów katolickich był podział na konserwatystów i zwolenników tzw. Kościoła otwartego, próbującego nawiązać dialog ze współczesnością dla której Bóg coraz rzadziej stanowi istotny punkt odniesienia. Jego apogeum stanowiło konklawe w 1978 r., kiedy na Stolicę Piotrową powołano Karola Wojtyłę. Przy okazji tegorocznych wyborów kolegium było dużo bardziej jednorodne pod względem doktrynalnym, a różnice zdań wśród kardynałów dotyczyły raczej tego na jakich działaniach nowy papież powinien się koncentrować. Jedna strona twierdziła, że głównym celem powinna być walka z postępującą dechrystianizacją, inni natomiast zwracali uwagę na konieczność naprawy Kościoła od wewnątrz i oczyszczenia go z tak głośnych w ostatnich latach skandali, przede wszystkim pedofilskich. Tak szybki wybór papieża nakazuje mniemać, że udało się znaleźć człowieka, umiejętnie potrafiącego łączyć powstrzymywanie laicyzacji z odnową Kościoła.

Jan Paweł II i Benedykt XVI – dwa różne pontyfikaty

Pontyfikat Jana Pawła II może uchodzić za wzorcowy model łączący dwie, konserwatywną i otwartą, wydawać by się mogło, bardzo odległe tendencje w łonie Kościoła. Polski papież miał niesłychaną łatwość nawiązywania kontaktów i zrozumienia dla tłumu, niezależnie od tego, czy przemawiał do rodaków w Stoczni Gdańskiej, dając im nadzieję na lepsze jutro i siłę, aby przetrwać najtrudniejsze chwile w drodze do pełnej niepodległości  czy w odległych krajach Ameryki Południowej. Charakter Jana Pawła II ułatwiał mu zjednywanie sobie ludzi. Nawet ideologiczni przeciwnicy papieża Polaka darzyli go ogromnym szacunkiem. Komunistyczny dyktator Kuby Fidel Castro po śmierci Jana Pawła II wziął udział we mszy za jego duszę w hawańskiej katedrze, a zmarłego pozwolił sobie nazwać  „niezapomnianym przyjacielem”. Skoro zatem mówiły o nim ciepło osoby będący tak daleko od nauczania Kościoła, może w naturalny sposób rodzić się pytanie, czy aby Jan Paweł II nie szedł na zbyt daleko idące kompromisy z niechrześcijańskim światem. Nic bardziej mylnego.  Polski papież w sposób nie pozostawiający wątpliwości oddzielał dobro od zła. Językiem nieobrażającym drugiego człowieka, ale jednak bardzo dobitnie wyrażał swój sprzeciw wobec aborcji i eutanazji  które to zjawiska nazywał symbolami cywilizacji śmierci. W Meksyku, w czasie swojego pierwszego zagranicznego wyjazdu, w kraju, w którym wśród hierarchów kościelnych dużym poparciem cieszyła się tzw. teologia wyzwolenia, popierająca działania rewolucjonistów, nie zawahał się określić tej koncepcji jako sprzecznej z nauczaniem Kościoła.

Po śmieci Jana Pawła II wybór kolegium kardynalskiego padł na Niemca Josepha Ratzingera, który stanął przed bardzo trudnym zadaniem kontynuacji misji swojego wybitnego poprzednika, czemu niestety nie był w stanie podołać. Jego tegoroczna rezygnacja, mająca zresztą charakter precedensowy,  motywowana pogarszającym się stanem zdrowia dowodzi, że ma on sam świadomość niespełnienia pokładanych w nim nadziei. W momencie wyboru na Stolicę Piotrową Joseph Ratzinger był aż o 20 lat starszy od Karola Wojtyły, gdy ten rozpoczynał swój pontyfikat. Było zatem raczej pewne, że papiestwo Benedykta XVI nie będzie trwało tak długo jako okres urzędowania Jana Pawła II. Mało kto jednak w 2005 r. przypuszczał, że po niespełna ośmiu latach Ratzinger zdecyduje o swoim odejściu.

Styl Benedykta XVI różnił się znacząco od tego, do czego przyzwyczaił nas Jan Paweł II. Papieżowi z Niemiec brakowało na pewno tej, jakże charakterystycznej dla jego poprzednika, swobody w kontakcie z drugim człowiekiem. Pomimo starań w czasie spotkań z wiernymi czasem czuć było pewien dystans pomiędzy nim a słuchaczami. Benedykt XVI dużo rzadziej także podróżował od Jana Pawła II poza granice Watykanu, na co zapewne spory wpływ miał już dosyć zaawansowany wiek. W chwili abdykacji musiał on zdawać sobie sprawę z rozmiarów klęski swojej misji. Zostawił on bowiem Kościół, będący ofiarą coraz bardziej agresywnej nagonki ze strony sił tzw. postępu, przeżywający odpływ wiernych, już nie tylko w zlaicyzowanej Europie Zachodniej, ale także w Ameryce Łacińskiej, oraz spadek powołań kapłańskich.

Kościół katolicki znajduje się obecnie w wyraźnej defensywie, także w Polsce, kraju, którego historia i tradycja jest nierozerwalnie związana z chrześcijaństwem, gdzie przez wieki żołnierze z modlitwą na ustach i z bogoojczyźnianymi pieśniami bronili kraju i Europy przed zalewem muzułmańskich czy materialistycznych agresorów. Świątynie pustoszeją, a antyklerykalizm przybiera na sile. Nawet ludzie wierzący często nie mają najlepszego zdania na temat duchownych. Jak wiadomo jednak nic nie dzieje się bez przyczyny. Sam Kościół nie jest wolny od patologii. W ostatnich latach cieniem na wizerunku Kościoła katolickiego położyły się w największym stopniu afery pedofilskie z udziałem duchownych. Wychodzące na światło dzienne bulwersujące informacje na temat wykorzystywania dzieci przez księży w Irlandii, Austrii, Niemczech, Belgii czy Stanach Zjednoczonych skutecznie podważyły zaufanie do Kościoła.

Benedykt XVI podjął próbę oczyszczenia Kościoła z tej patologii. Wprowadził nowe regulacje, na mocy których każdy przypadek pedofilii musi być zgłaszany do Watykanu, przepraszał ofiary seksualnej agresji księży. Wielu uważa jednak, że duchowni powinni ponosić takie same konsekwencje swoich czynów jak osoby świeckie, a zatem nie tylko zostać wygnani z łona Kościoła, ale także odpowiadać przed sądami cywilnymi. Wciąż jednak tylko niewielki procent księży wykorzystujących seksualnie dzieci stanęło przed wymiarem sprawiedliwości.

Tajemnicą poliszynela są realne wpływy homoseksualnego lobby w Kościele i samej Kurii Rzymskiej. Także z tym środowiskiem walkę podjął Benedykt XVI, a informacja o skali jego oddziaływania mogła w istotny sposób wpłynąć na decyzję o abdykacji.

Czy Franciszek podoła oczekiwaniom?

Misja Jorge Mario Bergoglio wydaje się bardzo trudna. Musi on bowiem sprawić, aby nowa chrystianizacja stała się faktem. Wydaje się, że najważniejszym celem dla Kościoła dzisiaj powinien być powrót na jego łono tych, którzy w pewnym momencie się od niego odwrócili. Kościół musi stać się dla tych ludzi z jednej strony atrakcyjniejszą alternatywą od świata niczym nieskrępowanej hedonistycznej konsumpcji i utylitaryzmu, prawdziwą opoką ponadczasowych wartości. Nie może zatem rozdźwięku między jego nauczaniem a praktyką dnia codziennego życia duchownych.

Już samo przyjęcie przez Jorge Mario Bergoglio imienia św. Franciszka było symboliczne i określać ma zarówno charakter jego pontyfikatu, jak i kierunek, w którym Kościół powszechny ma zmierzać. „Chciałbym Kościoła biednego i dla biednych” – powiedział Franciszek uzasadniając wybór imienia. To zdanie może brzmieć trochę jak wyrzut wobec części, zwłaszcza wyższego duchowieństwa, zapominającego niekiedy o cnocie ubóstwa, dającego wodzić się na pokuszenie materialistycznemu światu. Z tego powodu zyskał poparcie także lewicowych publicystów, którym bliskie są najbardziej radykalne postulaty teologii wyzwolenia, czerpiącej swoje źródła w marksizmie. Uważnie słuchając jednak papieża Franciszka można być raczej spokojnym o to, że wizja Chrystusa jako rewolucjonisty z karabinem walczącego o wyzwolenie ludu jest mu równie odległa jak pomysł wyświęcania kobiet na kapłanów.

Tym, co mnie naprawdę zaniepokoiło, były natomiast słowa wypowiedziane, przez Franciszka w samolocie podczas powrotu ze Światowych Dni Młodzieży do Rzymu, na temat księży homoseksualistów. Jednoznacznie opowiedział się za tolerancją wobec księży o gejowskich skłonnościach. Czy oznacza to zatem odcięcie się od zdecydowanie antyhomoseksualnego kursu w Kościele wytyczonego przez Benedykta XVI? Jeżeli tak to w naturalny sposób pojawiają się wątpliwości, co do przyszłości procesu moralnej odnowy Kościoła.

Pomimo swoich już prawie 77 lat Franciszek sprawia wrażenie osoby nadzwyczaj energicznej, stara się być jak najbliżej wiernych, od samego początku skracając dystans. Nie ma oporów przed serdecznym witaniem się ze zgromadzonymi ludźmi czy całowaniem podawanych mu przez rodziców dzieci. Widać, że stara się nawiązywać do stylu Jana Pawła II, a nawet budować jeszcze bardziej bezpośrednie relacje z tłumem. Udaje mu się to znakomicie. Zdaje sobie sprawę, że jednym z głównych grzechów Kościoła było zamykanie się przed wiernymi w swoim hermetycznym gronie. Franciszek nie chce Kościoła elitarnego lecz takiego, w którym każdy wierny, nawet ten najuboższy i najprostszy, czuje się jego ważną częścią. Symbolem takiej postawy papieża było serdeczne przywitanie się i krótka rozmowa z niepełnosprawnym mężczyzną podczas mszy inauguracyjnej.

Franciszek musi rozumieć współczesny, coraz bardziej zlaicyzowany, świat, wchodzić w nim w dialog, ale jednocześnie twardo stać na straży odwiecznych prawd chrześcijaństwa. Papież nie jest politykiem i nie może zawierać optymalnych kompromisów w sprawach ochrony życia czy in vitro, z myślą o lepszych uregulowaniach tych spraw w przyszłości. Siła Kościoła wypływa bowiem z jego właściwie rozumianego konserwatyzmu. Zmiany w jego łonie, owszem, zachodzą, ale mają charakter ewolucyjny. Nie powinno być zatem mowy, aby poddając się torturze politycznej poprawności, papież nagle zrewidował stosunek Watykanu do aborcji czy antykoncepcji. Ci którzy uważają, że Kościół powinien zmienić się w kierunku bardziej liberalnym najczęściej niewiele mają z nim wspólnego lub też nie rozumieją, że Kościół pozostanie instytucją konserwatywną albo nie będzie go w ogóle. Kościół ocierający się bowiem o tolerancję dla moralnego relatywizmu byłby raczej godną pożałowania swoją własną parodią.

Wiele wskazuje na to, że gwałtowny rozwój satanizmu w Norwegii, skutkujący serią rytualnych zabójstw i podpaleń świątyń, był spowodowany w głównej mierze coraz bardziej uwidoczniającą się słabością i degeneracją tamtejszego protestanckiego Kościoła. Kilka lat temu Synod Generalny kościoła luterańskiego w Norwegii zgodził się nawet na wyświęcanie gejów i lesbijek na duchownych. Część młodych ludzi szukała jakiegoś trwałego oparcia, które zamiast w Kościele, znalazła w satanizmie. Wokalista zespołu Gorgoroth, słynnego w Polsce za sprawą obrazoburczego koncertu w Krakowie w 2004 r., Kristian Evid Espedal tłumaczy, że w Szatanie widzi źródło siły i pewności siebie.

Życzyć zatem Franciszkowi należy niemal nadludzkiej wytrwałości, która będzie mu potrzebna, by skutecznie był w stanie kontynuować proces oczyszczania Kościoła ze źródeł jego degeneracji oraz przekonywać wahających się i wątpiących do mocy słów zawartych w Piśmie Świętym.

Marcin Rezik

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *