Poprzeć dobro czy mniejsze zło?

Krzywa dzwonowa Gaussa nie pozostawia wątpliwości, że demokracja polityczna musi prowadzić do tyranii przeciętniaków. To rodzi u elit silną pokusę pragmatyzmu, polegającego na popieraniu opcji niedoskonałych (mniejszego zła), byle zło większe nie przejęło sterów.

Pragnący dobra i prawdy w demokratycznym państwie opiekuńczym stawiani są w sytuacji przypominającej znany z teorii gier dylemat więźnia. Wiedzą, że jedynie popierając maksymalne dobro mają szansę zyskać najwięcej, ale o rezultacie będzie zależeć w gruncie rzeczy nieprzewidywalne zachowanie pozostałych wyborców. Możliwe są trzy scenariusze: a) większość również poprze maksymalne dobro i ono zatryumfuje (rzadkość), b) mniejsze zło zdobędzie przewagę bez naszych głosów i będzie przeciętnie, lub c) mniejszemu złu zabraknie naszych głosów i wygra zło większe. Gra o najwyższą stawkę daje względnie małe prawdopodobieństwo absolutnej wygranej i zwiększa groźbę totalnej klęski. Dlatego wielu nawet najzacniejszych ulega pokusie gry o mniej, szczególnie tych, którzy scenariusza skrajnie złego nienawidzą bardziej niż kochają scenariusz skrajnie dobry.

Paktowanie z mniejszym złem

Nie pierwszy raz czcigodny ojciec Tadeusz Rydzyk jest zawiedziony środowiskiem, któremu udzielił totalnego poparcia. Kiedyś była AWS, z której wyrósł popularny na Śląsku wygaszacz kopalń i unioparlamentarzysta Jerzy Buzek. Potem LPR, której liderem był Roman Giertych, dzisiaj czołowy PiSożerca Salonu. A ostatnio jest PiS.

Audycja o mediach z 10 grudnia (http://www.radiomaryja.pl/multimedia/stan-mediow-w-polsce-postulaty-zmian-cz-ii/) została zdominowana ubolewaniem ojca dyrektora, z powodu nie udzielenia akredytacji Biura Prasowego Kancelarii Prezydenta RP Andrzeja Dudy – któremu zaczęła przewodzić była pracownica Agory – raz dziennikarzom Naszego Dziennika, a innym razem Telewizji Trwam, przy okazji niektórych wydarzeń prezydenckich. Mówił o dyskryminacji jego mediów, niewdzięczności i poczuciu wykorzystania. Mówił też słusznie o utrzymującej się za poprzednich i obecnych rządów PiS państwowej kroplówce finansowej dla Gazety Wyborczej – niedoścignionej w zjadliwości wobec tego Rządu i całego środowiska Kaczyńskiego i Rydzyka – której dziennikarze zawsze akredytacje dostają (bo spróbowałby kto jej nie udzielić to jazgot sięgnąłby Andromedy).

Rzepa donosiła w październiku 2013 roku o różnych konfliktach Torunia z PiS (http://www.rp.pl/artykul/1059964-Po-co-wojna-Torunia-z-PiS.html) sięgających nawet poprzedniego stulecia. Chyba najpoważniejszym zgrzytem w tej relacji była sprawa upierania się przy „kompromisie aborcyjnym” przez Kaczyńskich w 2007 roku, co zaowocowało odejściem z PiS części byłego ZChN, z marszałkiem Markiem Jurkiem na czele. Potem PiS przeżywał kolejne mniej znaczące rozłamy i zdrady, a w końcu stracił również ziobrystów po ratyfikacji traktatu lizbońskiego w 2009 roku. Do ponownego ocieplenia stosunków prezesa Kaczyńskiego z redemptorystami, którzy nie zerwali ani z Jurkiem, ani z Ziobrą, doszło po tragedii smoleńskiej w 2010 roku, co zapewne przyczyniło się do powstania tzw. Zjednoczonej Prawicy, do której (nie wiedzieć czemu) dokooptowano nawet nic nieznaczącą partię Jarosława Gowina, eksposła arcywrogiej PO. Taką kato-centro-lewicową zupę pomogły upichcić dla Polski toruńskie media, za co otrzymały oficjalne podziękowania po dwóch wygranych wyborach. W międzyczasie przez studia telewizji Trwam i Radia Maryja przewinął się nawet überludowiec Piechociński, wywołując niemałą konsternację u stałych odbiorców, ale wyglądało to na tylko chwilowy brak koordynacji.

Tyrania mniejszego zła

Na taki nawet minimalny brak koordynacji nie mógł niestety liczyć ani jeden z kandydatów prezentujących program prawdziwie i całkowicie zgodny z nauką Kościoła, do której redemptoryści powinni być przywiązani. Byli to Janusz Korwin-Mikke, Grzegorz Braun i Marian Kowalski. To oni, a szczególnie Korwin, opowiadali się m.in. za: (1) przywróceniem ludziom władzy nad własnymi pieniędzmi, czyli radykalnym obniżeniem łupiących naród podatków, w tym likwidacją tych najbardziej niemoralnych, jak podatek dochodowy, który karze za pracę: im efektywniejsza praca, tym większa kara; (2) przywróceniem wolności gospodarczej, czyli uwolnieniem Polaków od absurdalnych przepisów, koncesji, pozwoleń i zezwoleń i od rozpychającej się i utrudniającej przedsiębiorczość biurokracji; (3) przywróceniem władzy rodzicielskiej, czyli likwidacją faszystowskiego prawa odbierania dzieci rodzinom i stręczenia deprawacji; (4) zniesieniem przymusu ubezpieczeń, który zmusza do niekorzystnego rozporządzenia mieniem; (5) zakazem aborcji i eugeniki w ramach in vitro; oraz(6) prawem do posiadania broni, czyli obrony mienia i rodziny. Korwin od półwiecza niestrudzenie powtarza, że wystarczy zlikwidować koryto (punkty 1 i 2), aby uwolnić Polaków od jarzma rozdętej pasożytniczej administracji państwowej i wprowadzić ich na drogę gwałtownego rozwoju. Nawet jeśliby ojcowie redaktorzy ignorowali Korwina, to przecież mają kolegę, redaktora Michalkiewicza, który od wielu już lat te sprawy w toruńskich mediach wyjaśnia. Zdumiewające byłoby, gdyby i Jego nie słuchali, bo jeśli Michalkiewicza nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą.

O Korwina zapytał kiedyś na antenie ojca Tadeusza pewien młody człowiek. W odpowiedzi usłyszał nieprawdziwą informację, że Korwin zagłosował za odwołaniem Rządu Jana Olszewskiego w 1992 roku (co miało uzasadniać Jego dyskwalifikację). Gdy ów młody człowiek zadzwonił ponownie by sprostować, że nie zagłosował, tylko się wstrzymał, ojciec Tadeusz skonstatował, że to tak jakby zagłosował za odwołaniem. Oczywiście mylił się, gdyż z arytmetyki sejmowej wynikało, że poparcie 3 (słownie: trzech) posłów UPR nie mogło wpłynąć na wynik z góry przesądzony przez nocną zmianę. I właśnie dlatego, że czynnik pragmatyczny nie grał tu żadnej roli, Korwin z kolegami mógł sobie pozwolić na głosowanie zgodne z przekonaniami (jak prawdziwy ideowiec), gdyż z powodu socjalistycznych (niezgodnych z dekalogiem!) postulatów nie popierał tego Rządu. Nie zagłosował jednak przeciwko, lecz się wstrzymał, gdyż brzydził się tą zgrają, która dokonała zamachu na Rząd Olszewskiego i nie chciał być z nią utożsamiany, co wielokrotnie tłumaczył na przeróżnych forach.

Ewentualna awersja do Korwina nie tłumaczy jednak braku zainteresowania mediów toruńskich Braunem i Kowalskim, zwłaszcza w okresach wyborczych. To milczenie tłumaczyć może pragmatyzm, czyli kalkulacja wyborcza sugerująca, że jedynie PiS ma szansę na odsunięcie od władzy PO i postkomunistów, dlatego nie można mącić ludziom w głowach i trzeba pompować tylko tę jedną opcję, nawet jeśli prawda i dobro mają ucierpieć. Tym skutkuje tyrania mniejszego zła.

Kato-centro-lewica a prawda

Są tylko dwie kwestie odnoszące się do bliźniego, którym Pan Bóg poświęcił po dwa przykazania, skąd można domniemywać ich wyjątkowej wagi. Są to: czystość (VI, IX) i własność prywatna (VII, X). Jak widzimy, cudzołóstwo i kradzież są ciężkimi przewinami nie tylko w wymiarze czynów, ale samo żywienie myśli o nich jest już grzechem. Należy też zauważyć, że siódme przykazanie nie zawiera klauzuli: „chyba, że chcesz rozdać po 500 zł na każde drugie i kolejne dziecko rodzinom”. Wiadome jest bowiem, że państwo, żeby cokolwiek dać, to najpierw musi zabrać więcej, żeby jeszcze pokryć koszty urzędów zabierających i rozdających. Podobnie jest z przykazaniem piątym, które nie przewiduje ani „kompromisu aborcyjnego”, ani wyłączenia ludzi poczętych w procedurze in vitro, którą popiera PiS, mimo, że dzieciobójstwo jest najokrutniejszą formą ludobójstwa.

A jak wyglądała obrona interesu narodowego i realizacja zadań patriotycznych przez obóz PiS? Śp. prezydent Lech Kaczyński wyraził zadowolenie z odrodzenia w Polsce loży B’nai B’rith, która za główne cele obrała sobie pacyfikację Radia Maryja i egzekucję (bezprawnych) żydowskich roszczeń majątkowych. Następnie, śp. prezydent wstrzymał ekshumację w Jedwabnem, która mogła raz na zawsze zamknąć usta oszczercom pomawiającym Polaków o współudział w holokauście. A jakby tego było mało, kokietował banderowców, spadkobierców ideowych zbrodniarzy wołyńskich, za co kresowianie mieli do Niego wielki żal. Braciom Kaczyńskim również zawdzięczamy wynegocjowanie i ratyfikowanie traktatu lizbońskiego, który znacznie uszczuplił suwerenność Polski. Przed traktatem Polska miała o wiele więcej do powiedzenia w UE – miała prawo weta. Pamiętamy nawet hasło „Nicea albo śmierć” Jana Marii Rokity z przeciwnego obozu. Zatem, co do głównych strategicznych decyzji politycznych trudno dopatrzyć się różnic między tak zaciekle walczącymi z sobą PiS i PO. Stąd podejrzenia, że obie te okrągłostołowe formacje mają za zadanie (świadomie lub nie) kreować wrażenie wojny ideologicznej, uwiarygadniając w rzeczywistości pielęgnowane status quo, żeby prawdziwe odrodzenie Polski nigdy nie nastąpiło. Takie odrodzenie zakłada bowiem przywrócenie Polakom wolności, a to zagraża okupującym Polskę grupom interesów. Jakby się poczuł ojciec Tadeusz, jakby się okazało, że brał udział w takim spektaklu?

Sam pragmatyzm czy również wiara?

Mimo licznych zawodów ojciec Tadeusz ciągle oddaje wszystkie swoje aktywa w służbie promocji PiS. Można mieć pewność, że serce tego wielkiego patrioty jest pełne miłosierdzia i przebaczenia, i że dla dobra (mniejszego zła) Polski jest gotów znieść wiele. Pytanie jednak, czy redakcje toruńskie, którym ogromnych zasług na polu ewangelizacji małżeństw, dzieci i młodzieży nie wolno odmówić, same nie uległy pewnej ideologicznej obróbce w dziedzinie filozofii politycznej i ekonomii?

W audycjach Radia Maryja demokracja wydaje się być traktowana z wielkim namaszczeniem, jak w postępowych mediach świeckich czy retoryce PiS (stąd też może wynikać niechęć do monarchistów jakimi są Mikke i Braun). Święty kościół powszechny jednak nigdy demokracji nie uznawał ani w zarządzaniu samym sobą jako międzynarodową instytucją misyjną, ani w swoim państwie, co na pewno świadczy o opiece Ducha Świętego i udzielanej Kościołowi mądrości. Wiara w anielskie państwo opiekuńcze i jego biurokratyczne instytucje jest charakterystycznym bożkiem etatyzmu wyznawanego przez PiS. Według jego założeń, biurokraci są wyjęci z ogólnoludzkich cech. Jawią się jako altruiści, w przeciwieństwie do zorientowanych na siebie i swoje interesy zwykłych ludzi. Na antenach Radia Maryja i Telewizji Trwam często też goszczą lewicowi ekonomiści, postulujący marksistowską redystrybucję bogactwa, czyli grabież narodu pod pretekstem troski o biednych. I żaden z ojców redaktorów, w końcu teologów, nie widzi sprzeczności z nauką Chrystusa, w której nie znajdziemy, że jak chce się dać, to najpierw trzeba ukraść (bo państwo przecież inaczej nie potrafi), i że do jałmużny (z definicji) nie można zmuszać, bo warunkiem miłosierdzia jest dobrowolność. Nie potępiają fiskalizmu, który wg analizy Centrum im. Adama Smitha pożera 83% bogactwa wytwarzanego przez pracowników najemnych, mimo, że biblia mówi jedynie o dziesięcinie (10%) jako uzasadnionej moralnie daninie publicznej. Nie widzą też zła w wymyślonym przez Otto von Bismarcka systemie przymusowych ubezpieczeń emerytalnych, który nie tylko odbiera ludziom niezbywalne prawo zarządzania swoimi finansami, ale (jak każdy wymysł socjalistyczny) psuje coś rykoszetem. W tym wypadku jest to wygaszanie dzietności, za czym idzie kryzys demograficzny prowadzący do bankructwa tego systemu. Widać to we wszystkich państwach zachodnich, które ten system kultywują, ale w studiu Radia Maryja usłyszymy o dobrodziejstwach „systemu solidarnościowego”, a nawet okradzenia ludzi z OFE!

Lenin w Kościele i błędne koło

W historii świata powstawało wiele kultów religijnych, ale jak zauważył Fryderyk von Hayek, przetrwały tylko te religie, które promują rodzinę i własność prywatną. Ta ostatnia, według Adama Smitha, wzięła się właśnie z walki jednostek o rodzinę i potrzeby utrzymania wielu jej pokoleń. Własność prywatna i rodzina są zatem głównymi filarami wolnego społeczeństwa. Póki są mocne, niemożliwe jest zaprowadzenie rządu dusz. Marksiści świetnie zdawali (i zdają) sobie z tego sprawę, dlatego na celowniku zawsze były (i są) te dwie podstawowe instytucje. Niestety encyklika Rerum Novarum papieża Leona XIII z 1891 roku, która podkreśla ich znaczenie, nie zdołała zupełnie zapobiec przenikającym do Kościoła w początkach XX wieku ideom bolszewickim, czego niektóre owoce zostały wyżej (skąpo) odnotowane.

W antropologii chrześcijańskiej każdy człowiek jest unikatowy; posiada ciało i duszę, które konstytuują go jako integralną osobę stworzoną na obraz i podobieństwo Boga. Posiada on rozum i wolność i należy mu się najwyższy szacunek dziecka bożego. Socjalizm sowiecki i narodowy wymyśliły państwo opiekuńcze i zaczęły traktować jednostkę z pogardą (jednostka niczym, jednostka zerem!). Dopiero zbiorowość ludzka miała coś znaczyć (demokracja versus monarchia). Alejandro A. Chafuen pochylił się nad trzema ideami (odnoszącymi się do zbiorowości), które przeborowały sobie drogę do świadomości duchowieństwa katolickiego, mimo sprzeczności z antropologią chrześcijańską. Jest to przekonanie o tym, że w wolnym społeczeństwie (1) bogaci się bogacą, a biedni biednieją, (2) rynek pracy jest radykalnie różny od wszystkich innych rynków i (3) interwencjonizm państwowy jest potrzebny, bo siły rynku nigdy nie dadzą idealnego rezultatu. W rzeczywistości jednak, patologie w punktach 1 i 2 są często pochodnymi interwencjonizmu (gospodarek planowych) i istotnie charakteryzują państwa opiekuńcze. Takie państwa bardzo szybko puchną. Chcąc kontrolować każdą dziedzinę życia rozrastają biurokrację i terror fiskalny. Te obciążenia wytrzymują tylko najbogatsi, a biedni zostają wypchnięci poza margines kapitałotwórczy, bez możliwości inwestowania i bogacenia się. Dochodzi do tego główny motor demokracji jakim jest łapownictwo elekcyjne, które coraz bardziej uwodzi rosnącą w miarę postępu socjalizmu (i zaostrzania się walki klasowej) rzeszę biednych i wykluczonych. W wyniku mnożących się zobowiązań demokratycznej władzy wobec skorumpowanych wyborców, państwa opiekuńcze pogrążają się w coraz kosztowniejszej opiekuńczości na zasadzie błędnego koła, aż bankrutują.

Wrzód przecinać czy pudrować?

Póki co, nasi opiekunowie są sprytni i zadłużają się pod zastaw podatków przyszłych pokoleń (które jeszcze nie mogą głosować), co przedłuża agonię systemu socjal-demokratycznego. Dzieje się tak również dzięki tym, którzy popierają mniejsze zło, czyli siły, które de facto nie przynoszą istotnej zmiany wymagającej przebudowy ustroju, a jedynie w niewielkim stopniu spowalniają staczanie się po równi pochyłej. Na tym tle widać, że stawianie na najwyższe dobro, choć w konkretnych wyborach może się skończyć wygraną opcji najgorszej, w dłuższej perspektywie jest zawsze wyjściem najlepszym. Bowiem im gorsza władza tym szybsze ostateczne bankructwo chorego systemu i szybciej zrzucona zasłona złudzeń. Tylko tak może umrzeć błędna idea i pojawić się szansa na prawdziwie dobrą zmianę, mimo, że przejściowo może to być dotkliwe.

Tym, którym leży na sercu ojczyzna trudno się jednak odciąć od spekulacji wyborczych, gdzie do końca kampanii wszystko się może odwrócić, jak karta, bo ktoś coś niezgrabnie powie, komuś coś wyciągnęli, a komu innemu świetnie poszła debata telewizyjna. Demokratyczne państwo opiekuńcze staje się kasynem, w którym nawet elita społeczeństwa angażuje się w polityczną grę hazardową, gdzie obstawia rożne scenariusze, w zależności od sondowanej opinii przeciętnej. Tylko nieliczni machają na to wszystko ręką i po prostu wybierają maksymalne dobro, wiedząc, że motywowana krótkowzrocznym pragmatyzmem gra w demokratycznym kasynie cementuje przeciętniackie status quo; więzi układ w pewnym lokalnym metastabilnym minimum i nie pozwala nim potrząsnąć, aby doprowadzić społeczeństwo do przebudzenia.

Jeśli dobrej woli jednostki wybitne i wpływowe katolickie ośrodki opiniotwórcze porzuciłyby tyranię mniejszego zła i zaczęły bezkompromisowo głosić prawdę i promować maksymalne dobro, to byłaby szansa na przekonanie wystarczającej liczby średniaków i doprowadzenie do uzdrowienia państwa zanim nastąpi jego ostateczny krach. Najpierw jednak trzeba się nauczyć dobro definiować i rozpoznawać, a nie wiadomo czy z tym, nawet tak zasłużone medium katolickie jak Radio Maryja nie ma kłopotu (jak widać wyżej), czy tylko tak udaje dla doraźnych celów politycznej gry, co nie świadczyłoby o nim lepiej.

Tak – tak, nie – nie

Zdarza się tak, że wybór istnieje tylko między mniejszym a większym złem, chociażby wtedy, gdy najlepszy kandydat na prezydenta nie dostanie się do drugiej tury wyborów. Wtedy z całą pewnością pozostaje nam wybrać mniejsze zło. Lecz gdy do wyboru jest również dobro, wybór mniejszego zła, choćby podyktowany najlepszą intencją, będzie ostatecznie wyborem zła. Pan Bóg nie pozostawia wątpliwości, że ludzi dobrej woli powinna tylko interesować prawda. Wszelkie świadome jej przemilczanie lub pomniejszanie w imię doraźnych celów doczesnych jest rysą na godności dziecka bożego i nie może wydać dobrych owoców. Wierzący nigdy nie posługiwali się logiką doczesności i nawet jak nie widzieli natychmiastowych dobrych skutków opowiedzenia się za prawdą, wiernie to czynili. Wielu zostało przez to męczennikami, ale czy przez to stracili? Przeciwnie – zyskali całą wieczność.

Jak człowiek politykuje, to jego sumienie także. Wierzącym nie przystoi uprawiać pragmatyzmu w oparciu o swoje ułomne projekcje i dawać się wciągać do gry politycznej, zamiast być skałą. Postawa taka zdradza brak autentycznej ufności wobec Boga i czyni z człowieka groteskową marionetkę systemu. Czasami trzeba nam się przygotować na cierpienie i konsekwentnie popierać maksymalne dobro i prawdę, w nadziei, że dobre owoce tego przyjdą. Jedynym zatem sposobem na zrzucenie jarzma dylematu więźnia jest stosowanie się do rad ewangelicznych. Jest to sposób uniwersalny, sprawdzający się tak samo dobrze w każdym systemie opresji: „Niech wasza mowa będzie: tak – tak, nie – nie, a co ponadto – pochodzi od złego.”

Szymon W. Mańka

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Poprzeć dobro czy mniejsze zło?”

  1. A to dobre: Korwin – Mikke zwolennik legalizacji poligamii “całkowicie zgodny” z nauką Kościoła. Pan czegoś się nawąchał? Za dużo widać naczytał się pan lewackiej “Rzepy”.

  2. PiS od początku swojego istnienia nie ukrywało jaki jest ich cel – imitowanie prawicy. I w pewnym sensie należy im się szacunek, że uczciwie wypełnił obietnicę. Gdyby zmienili politykę oznaczało by to, że są oportunistami, a widać że nie są.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *