Rękas: Dla kogo pracuje Kapitan Planeta? Klimatyczny szczyt hipokryzji

W jaki sposób wpadliśmy w łapy klimatystów? Jakim cudem przeoczyliśmy moment, w którym przestano już niemal w ogóle mówić i pisać o ochronie przyrody, a zajęto całe pokolenie abstrakcją „ratowania klimatu”? Niestety, zmiana świadomościowa realizowana była powoli i nawet na poziomie umykającym długo tzw. poważnym analizom.

Gdy jeszcze chodziło o przyrodę…

Żyjemy w czasach pozorowanej pajdokracji, wykorzystywanej m. in. przez biznes ukrywający się za ekologizmem/klimatyzmem. Najlepiej więc różnicę między zdrowym i naturalnym chronieniem środowiska przyrodniczego, a infantylną hucpą pseudo-ekologów – wytłumaczyć na przykładzie… bajek i kreskówek. Oto jeszcze w końcówce PRL-u do walki o czystą wodę, powietrze i lasy wyruszyła Eskadra Jonatana, dowodzona przez doświadczonego kociego komandosa, Jonatana Koota. W składzie obejmującym także żółwia i kowalika EJ m.in. uniemożliwiła spuszczanie ścieków wprost do rzeki, piętnowała nieużywanie odpowiednich fabrycznych filtrów, śmiecenie czy nieuzasadniony wyrąb drzewostanu. Słowem bajka Janusza Przymanowskiego w atrakcyjnej formie wskazywała na jak najbardziej realne zagrożenia i ich przyczyny: biurokrację, zapóźnienia technologiczne, bezmyślność i głupotę (nawiasem mówiąc dziecięcych fanów utworu sam autor skrzykiwał do organizowania się na rzecz ochrony przyrody). Zwróćmy przy tym uwagę, że pomimo zmiany ustroju i systemu ekonomicznego – główne źródła problemów ekologicznych pozostały właściwie niezmienione, ulegając co najwyżej prywatyzacji i umiędzynarodowieniu…

Pranie mózgów

Tymczasem jednak, już za demokracji, w latach 90-tych trafiła do naszego biednego kraju inna kreskówka, manifest rodzącego się ekologizmu: „Kapitan Planeta i Planetarianie”. Istotą tej wyjątkowo paskudnej wizualnie, choć mocnej obsadowo i straszliwie łopatologicznej w przekazie powiastki było, że wszelkie zagrożenia dla natury („Gai” – spersonifikowanej Ziemi) nie są skutkiem ubocznym, błędem zwłaszcza działalności przemysłowej człowieka, ale jej immanentnym i jedynym celem. To znaczy, że świat pełen jest obrzydliwych, zdehumanizowanych, pokracznych przedsiębiorców, którzy produkują wyłącznie gotowe ścieki i trucizny, aplikowane następnie ekosystemom.

Różnica w przekazie to fundamentalna! Dziecko nie było już uczone wrażliwości, reagowania gdy np. miejscowy zakład przemysłowy, produkujący skądinąd potrzebne towary nie wdraża koniecznych norm bezpieczeństwa ekologicznego. Nie, dziecko nowej epoki miało od razu wiedzieć, że zakładem tym kieruje zmutowany pół-szczur, który knuje tylko jak wyprodukować więcej pogiętych puszek do rozrzucenia w lesie i więcej trujących smarów do skażenia oceanu. Niestety, późniejsze pokolenia stały się ofiarami właśnie Kapitana Planety, zapominając o mądrym przesłaniu kapitana Jonatana Koota…

Kto za tym stoi

Dodać zaś tylko można, że prawdziwy paradoks (?) polega na tym, że i te opowieści o „planetarianach”, i wszystkie ich realne, gospodarcze i cywilizacyjne skutki – są nie mniejszym produktem wielkiego biznesu niż toksyny, które heroicznie usuwał infantylny Kapitan. I nawet już nie chodzi o zwalczanie konkurencji. Bo przecież wszystkie te elektryczne autka, metalowe rurki, rowerki, cudowne instalacje energetyczne – produkują i promują takie same pół-szczury wielkiego kapitału.  A Kapitan Planeta okazuje się być tylko jego użytecznym funkcjonariuszem.

Bo oczywiście współczesne bajędy, w których pstrokatego animowanego pajaca zastąpiona jakąś biedną dziewczyną mają się nijak do faktów. A te są przecież takie, że ruch klimatyczny nie jest żadną „oddolną rewolucją”, tylko wielkim biznesem, zresztą z tymi samymi głównymi aktorami co dotychczas. Nieprzypadkowo bowiem czołowymi obecnie inwestorami w europejskim i globalnym sektorze „czystej energii” pozostają giganci tacy jak TOTAL, EQUINOR (do niedawna znane jako STATOIL) czy BP. Wszystkie te podmioty są na etapie wielomiliardowych inwestycji prowadzących do zwiększenia w ich portfelach m.in. udziału farm wiatrowych o zwielokrotnionej mocy, tworzenia sieci ładowania niezbędnych dla rosnącej floty aut elektrycznych, asekurowania się technologią wodorową i biopaliwami. I naprawdę tylko ktoś bardzo naiwny mógłby nadal mylić skutki i przyczyny, tj. wierzyć, że to animatorzy światowej ekonomii ulegli przed nieugiętą presją „wagarów dla klimatu” – a nie, że sami takie akcyjki sponsorują, zgodnie z dużo wcześniej przygotowanym i konsekwentnie realizowanym planem.

Nie klimat, ale Ziemia dla wybranych

I nie, fakt klimatycznego nalotu na Glasgow na szczyt paliwożernych samolotów Nr 1 i zabójczych dla planety limuzyn nie jest tego scenariusza ani błędem, ani zaprzeczeniem. Na tym bowiem etapie przestaje się już nawet udawać, że wszelkie ograniczenia i fundamentalne zmiany stylu życia mają dotykać wszystkich możliwie po równo. Przeciwnie. Klimatyzm to narzędzie skutecznej stratyfikacji społecznej, bynajmniej zresztą nie nowej, a jedynie niwelującej zaszczepione niegdyś w masach przekonanie o „równych żołądkach”. O nie, Kapitan Planeta powrócił i już żaden kiciuś w bereciku mu nie podskoczy. Czas naiwnych partyzantów naprawdę wierzących w ochronę środowiska dobiega końca. Gaia będzie służyć jak zawsze – tyle, że tylko wybranym i nielicznym.

Konrad Rękas

Facebook

1 thought on “Rękas: Dla kogo pracuje Kapitan Planeta? Klimatyczny szczyt hipokryzji”

  1. Nadal Polacy zamieszkujący Śląsk walczą o proceder, który powoduje, że muszą wysyłać swoje dzieci na turnus nad morze, aby dały wytchnienie schorawanemu układowi oddechowemu jak niepodległość, a tu gadka o ekologiżmie???

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *