Rękas: Praworządność jako ofiara wypadków samochodowych

Kiedy rząd nie wie co robić – zaczyna dłubać w prawie. W tym w prawie o ruchu drogowym, rządzących interesującym stosunkowo na mniej, ze względu na poruszanie się pojazdami uprzywilejowanymi, a nawet w opozycji w związku z posiadaniem legitymacji poselskich i po prostu układów. Niestety, jak w wielu innych dziedzinach – zwykli ludzie muszą jednak potem na co dzień żyć ze skutkami takiej nadpobudliwości legislacyjnej władz, nieodmiennie prowadzącej do absurdów, a bardzo często także do naruszeń elementarnej praworządności.

W istocie bowiem zmiany przepisów kodeksu drogowego, poza tym, że są objawami zabiegania o tani poklask – to także objawy poważniejszych chorób polskiego systemu prawnego. Nie tylko wstrząsającej nim nadprodukcji ustaw, ale i utrwalanej dominacji woluntaryzmu prawnego, w myśl zasady „omne quod princi- pi placet legis habet vigorem”. Teraz zaś władzy spodobało się rozszerzyć możliwość odbierania prawa jazdy kierowcom przekraczającym limity prędkości.

Praworządnie nie znaczy przez większość

Tłumacząc rzecz całą najprościej: wprowadzenie w 2015 r. przepisu o odbieraniu kierowcy przekraczającemu o ponad 50 km/h limit prędkości w obszarze zabudowanym prawa jazdy decyzją administracyjną wydawaną przez funkcjonariusza dokonującego kontroli – naruszało praworządność, ponieważ wobec praktyki sądowej czyniło całkowicie iluzorycznym prawo do odwołania się od decyzji. Tzn. kierowca mógł wprawdzie nie przyjąć mandatu, ale DRUGA kara za ten sam czyn (czyli samo zawieszenie prawa do kierowania pojazdami) wchodziła w życie bez zawieszenia. Mieliśmy więc dwie kary za jedno przewinienie, brak skutecznej możliwości odwołania od jednej z nich i jeszcze wydawanie takich decyzji przez organ innego rzędu niż ten wydający zawieszane uprawnienie (w jednym z wariantów). Na wszystkie te okoliczności zwracały uwagę WSA rozpatrujące takie przypadki, jednak Trybunał Konstytucyjny był wówczas zajęty ustalaniem legalności swojego składu i nie miał czasu na duperele. Z czasem zamiast zaś poprawić ewidentne błędy tego przepisu (a najlepiej znieść go całkiem) – tylko go rozdłubano, np. wprowadzając dziwaczny “stan wyższej konieczności przekroczenia prędkości“, do ustalania przez starostów. Teraz czeka nas zaś nawet rozszerzenie obowiązywania przepisu na tereny niezabudowane. Przepisu, który został wolą uprawnionego organu wprowadzony, ale który nie jest praworządny.

W istocie bowiem dwa pojęcia społeczne i ustrojowe, stosowane w dzisiejszych awanturach politycznych niemal wymiennie – demokracja i praworządność nie tylko nie są w żaden sposób równoznaczne, ale i zdarza im się być jak najbardziej przeciwstawnymi. Poniekąd cały spór polityczny, z jakim mamy obecnie do czynienia w III RP – sprowadza się właśnie do wytworzenia takiej konfrontacji, przy czym jedna strona wartościuje “wolę ludu” nad literą i zasadą prawa. Wbrew pozorom nie jest to zresztą spór nowy, ani bardzo oryginalny. W istocie bowiem dla „poprawy bezpieczeństwa na drogach” wprowadzić by można nawet kastrację, dokonywaną na miejscu decyzją administracyjną funkcjonariusza, bez możliwości odwołania (bo i jakiej?). Sęk w tym jednak, że praworządne” nie oznacza tylko “uchwalone przez większość w mniej więcej legalny/zgodny z procedurami sposób”.

Żeby bolało!

Weźmy zresztą inny przykład – utratę prawa jazdy w związku z niepłaceniem alimentów. To również wykwit sprawiedliwości ludowej i również (acz z innego powodu) niezgodny z elementarnym ładem prawnym zdrowego państwa. Oto bowiem prawo jazdy uzyskuje się w związku ze spełnieniem określonych przesłanek formalnych, a traci je w przypadku istotnych naruszeń prawa ZWIĄZANYCH z używaniem uzyskanego uprawnienia. Tymczasem wprowadzony przepis wprowadził dodatkową okoliczność skutkującą zawieszeniem uprawnień do kierowania pojazdami POMIMO braku przesłanek wynikających z kodeksu ruchu drogowego – tylko dlatego, że ustawodawca uznał, że tak będzie dotkliwiej. Przecież równie, a może i bardziej dotkliwe byłoby np. odebranie ubezpieczenia zdrowotnego. Albo eksmisja z zamieszkiwanego lokalu. Po prostu – ZA KARĘ, żeby bolało, ŻEBY BYŁO SPRAWIEDLIWIE.

I można by takie ustawy uchwalić. Tylko po co? I z jakim skutkiem?

Dlaczego legislacja nie powinna być popularna

Albo jeszcze jeden casus… motoryzacyjny: przypadki wypadków ze skutkiem śmiertelnym spowodowanych w wyniku urządzania sobie wyścigów na drogach publicznych. Sprawiedliwość ludowa kumuluje w tym zakresie dwa zjawiska: “Zabili = co najmniej dożywocie!” oraz “Mordercy zza kółek!“. Jeśli w dodatku sprawcy wypadku są majętni, a ich samochody drogie i luksusowe – dochodzi jeszcze czynnik równościowy („bij bogacza!”). I mamy kumulację – nie tylko żądanie, by sąd sądził taki wypadek jako zabójstwo z zamiarem sprawczym (“Wsiedli, żeby się ścigać = chcieli zabijać!”), ale by również w tym kierunku modyfikować tak prawo o ruchu drogowym, jak i kodeks karny. I co zrobi polityk, któremu podsuwają zdjęcia ofiar, transparent “Dość śmierci na drogach!” oraz mikrofon do skomentowania?

Pokusa zdobycia chwilowego poklasku czy przynajmniej uniknięcia krytyki przez wmieszanie się władzy wykonawczej (choćby deklaratywne) w orzecznictwo sądów – jest ogromna. A gdy jeszcze przerodzi się w nadpobudliwość legislacyjną…

No dobrze – odezwą się jednak zwolennicy powyższych zmian w prawie – ale w sumie przecież nie należy zbyt szybko jeździć, alimenty należy płacić, to źle, gdy ktoś ginie w wypadkach, a poza tym samochody są nie-ekologiczne, będąc ponadto symbolem i stymulują konsumpcjonizm, zaś prawo jazdy nie jest wszak żadnym prawem człowieka, to co więc strasznego w tym, że się je komuś szybką ścieżką zabierze, a jakiegoś niedobrego kierowcę posadzi?

Jasne, nie “prawo jazdy jest wolnością człowieka“, ale już jak najbardziej naszym prawem jest dwuinstancyjność postępowania, jest zasada niekarania dwukrotnie za ten sam czyn, jest prawo do rozpatrzenia jego sprawy przez odpowiedni organ oraz zasada współmierności kary do czynu, czyli wszystkie te zasady, które dziś tak łatwo się poświęca dla jednodniowej frajdy w kanałach informacyjnych.

Pewnie, że prawa te wynikają z pewnego uzgodnienia, a także ze zwyczaju, ale także z ustaw również legalnie przyjętych i obowiązujących, z ustawą zasadniczą włącznie. I prawdą też jest, że istnieje cała szkoła prawna kwestionująca i samą tradycję jako źródło norm prawnych, i rolę uzgodnień w dziele ich stanowienia – a jako alternatywę przedstawia wyłącznie WOLĘ suwerena. W obecnej sytuacji w Polsce padają zaś wcale liczne głosy wskazujące, że właśnie z taką tendencją w podejściu do państwa i prawa mamy dziś do czynienia, nie tylko zresztą i nie przede wszystkim w kwestiach ruchu drogowego…

Choćby jednak ze względu na doświadczenie historyczne, acz bez egzaltowanych oskarżeń – zachowajmy może pewien zdrowy sceptycyzm wobec importowania do systemu prawnego RP tej właśnie wizji. O ile bowiem co jest porządkiem dobra – w dzisiejszym świecie można, a nawet trzeba się niekiedy spierać, to jeszcze groźniejszy jest zanik zrozumienia jeszcze ważniejszego pojęcia będącego przez wieki fundamentem prawa i praw: RACJONALNEJ słuszności.

Legalne nie znaczy mądre

Jest tą samą chorobą omijanie ustawą niższego rzędu konstytucyjnych zapisów dotyczących mediów publicznych, uporczywe dłubanie w samej strukturze i organizacji sądów bez naprawiania rzeczywistych przyczyn ich oczywistego kryzysu i właśnie histerycznie populistyczne dłubanie w tak prozaicznej rzeczy, jak zasady korzystania z dróg publicznych. Państwo uznając, że może robić co chce, silne wolą suwerena – nie zyskuje w zamian świadomości co zrobić powinno.Dobre” ma bowiem być z definicji i natury wszystko, czego zachce aparat państwowy – a czynnik racjonalności w ogóle pod uwagę brany być przestaje. Nieważne nawet czy jakieś prawo działa, w sensie czy spełnia zakładany/zapowiadany cel – jego sensem staje się wykonywanie samej litery ustawowej. Ta zaś, choć schlebiać ma najprostszym odruchom emocjonalnym suwerena – sama jest przeważnie mętna, skomplikowana, nierzadko wewnętrznie sprzeczna, skazana na autointerpretację.

 

Państwo i prawo zadławiają się sobą nawzajem.

I to właśnie dzieje się z III RP – największą ofiarą wypadków drogowych w historii.

Konrad Rękas

[Głosów:12    Średnia:4.6/5]
Facebook

10 thoughts on “Rękas: Praworządność jako ofiara wypadków samochodowych”

  1. Przecież ochrona kobiet i dzieci przed niepłacącymi alimenty to chyba argument typu feministycznego. Im bardziej chronimy te istoty tym bardziej mężczyźni unikają kobiet i posiadania dzieci, a zatem uderza to w politykę pronatalistyczną rządu. Ponadto mężczyzna bez prawa jazdy ma znacznie zmniejszone możliwości zarobkowania a nawet może nie dojechać na czas do chorej matki…

  2. (…)Kiedy rząd nie wie co robić – zaczyna dłubać w prawie.(…)
    Szkoda, że taka refleksja nie pojawiła się przy Lex Trynkiewicz…

      1. Tylko taka? A gdzie się podziała refleksja, że Trynkiewicz był na tyle poczytalny (Ciekawe skąd wziął się pogląd, że ktokolwiek ktoś psychicznie zniesie poniesienie takiej kary śmierci…), aby zawisnąć, a kiedy miał wyjść okazał się psychopatą?

  3. Ominęła mnie informacja o tym, że za niepłacenie alimentów można stracić prawo jazdy – to jest jakaś karykatura sprawiedliwości. Wiem jednak, że istniała swego czasu (nie wiem czy nadal istnieje) możliwość utraty prawa jazdy za jazdę pod wpływem alkoholu … rowerem. Sytuacja była tym bardziej kuriozalna, gdy prawo jazdy tracił np. zawodowy kierowca a jechał rowerem drogą leśną, bo był na piwie u kolegi. Zresztą sam na własne oczy widziałem jak działkowiczów-rowerzystów w wakacje wyłapuje w lesie policja sypiąc mandaty i opowiadając bzdury o tym, jakie to ogromne zagrożenie stwarzali na ścieżce leśnej. Ot takie typowe “robienie wyników”.

    W ogóle pomysły władzuchny dotyczące chociażby zmiany pierwszeństwa pieszych przy pasach wprowadzą ogromne zagrożenie dla nich a chyba głównym celem jest możliwość mocniejszego drenowania kieszeni obywateli. Ustawi się wóz z kamerą w oddali i będzie wyłapywało wszystkich, którzy nie zatrzymali się widząc kogoś, kto nawet stał obok przejścia i nie było widać, że chce z tego przejścia skorzystać. Teraz niech ktoś w razie odmowy przyjęcia mandatu udowadnia, że przecież pieszy nie miał pierwotnie zamiaru przejścia przez pasy.

    1. Skoro każdy uczestnik ruchu ma obowiązek sygnalizowania swoich zamiarów kierunkowskazem lub ręką to dlaczego pieszy jest z tego zwolniony? Już teraz szczególnie młodzi bez przewidzianego przez ustawodawcę rozglądania się wpadają z komórką w ręku na pasy, a co będzie po wejściu nowych przepisów?

    2. Znam większe absurdy kodeksu ruchu drogowego:
      – kolejowy R-1, który bardziej przeraża niż ostrzega… bywają przypadki, że i rujnuje zdrowie… https://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/580026,wojna-wkd-podkowa-lesna-sygnaly-ostrzegawcze-halas-mieszkancy.html
      – zakaz przejścia/przejazdu pod czerwonym światłem, gdy nie ma kogo przepuszczać
      – nakaz zatrzymywania pojazdu PROFORMA np. pod znakiem B-20

      A WORD’y nie wymagają umiejętności wychodzenia z poślizgu tylko znajomości rozmiarów kierownicy (tego nie wymyślili nawet w urzędzie prostowania banana).

      1. Tak po prawdzie, to wara od sygnałów. Pociągi trąbią od dziesiątek lat, od dziesiątek lat tak samo głośno i nikomu to nie przeszkadzało. Dopiero teraz mieszczuchy, którzy sobie pokupili domy przy torach nagle okazali się wielce poszkodowani, bo im głośno, bo decybele, bo po co to i na co. To sytuacja taka sama jak z za przeproszeniem debilami, którym przeszkadzają syreny straży pożarnych, bo wyją w nocy, bo budzą. Oczywiście pretensje mają też nie rdzenni mieszkańcy, a przyjezdne mieszczuchy. Ciekawe czy jakby się jednemu z drugim dom palił, to też by mieli pretensje że w miejscowej OSP wyje syrena. Podobnie z czerwonym światłem, ono nie jest po to aby wkurzać kierowców, tylko po to, aby ruch na skrzyżowaniu odbywał się bezpiecznie. Co z tego, że jest czerwone i nic nie jedzie, skoro zanim taki kierowca zdąży się zebrać do ruszenia to mu ktoś kto ma zielone wyjedzie i będzie wypadek. W wielu miejscach przy sygnalizacji są już czujki, które jeśli nic nie jedzie rzeczywiście, to przełączają światła. Tak samo ze STOPem. STOP jest po to, aby się zatrzymać i uważnie spojrzeć, czy nic nie jedzie. Można dyskutować z sensownością tego znaku w konkretnym miejscu, ale sama jego idea jest słuszna i prawidłowa

        1. (…)Co z tego, że jest czerwone i nic nie jedzie, skoro zanim taki kierowca zdąży się zebrać do ruszenia to mu ktoś kto ma zielone wyjedzie i będzie wypadek.(…)
          Można zainstalować specjalne lustra które gwarantują odpowiednią widoczność. To powinno też załatwić nakazy STOP’u, do którego można wytoczyć identyczny zarzut (Ba! Tu z braku ograniczeń czasowych zagrożenie jest wyższe.), wtedy wystarczy zwolnić do prędkości pozwalające na rychłe zatrzymanie pojazdu… czyli do jakiś 5-10 km/h.

          (…)Pociągi trąbią od dziesiątek lat, od dziesiątek lat tak samo głośno i nikomu to nie przeszkadzało.(…)
          Czasami moje spacery obejmowały bezpośrednie okolice linii PKP i WKD i z doświadczenia wiem, że wycie WuKaDki jest drastycznie uciążliwsze od tego PeKaPowskiego.

          (…)Ciekawe czy jakby się jednemu z drugim dom palił, to też by mieli pretensje że w miejscowej OSP wyje syrena.(…)
          Nie wiedziałem, że pożary gasi się wyciem syreny… A wracając do meritum to jakoś niezdarzyło mi się, żebym się kulił (Dosłownie!) przed pojazdami służb ratunkami co mi się zdarzało do kilku lat temu gdy pociąg przejeżdżał przez stację bez zatrzymania, a teraz przed WuKadKami, które nie zawsze były takie głośne.
          Może to bierze się stąd, że służby ratunkowe słychać z daleka, więc jest czas na przygotowanie czego nie można powiedzieć o pociągach?

  4. (…)Co z tego, że jest czerwone i nic nie jedzie, skoro zanim taki kierowca zdąży się zebrać do ruszenia to mu ktoś kto ma zielone wyjedzie i będzie wypadek.(…)
    Można zainstalować specjalne lustra które gwarantują odpowiednią widoczność. To powinno też załatwić nakazy STOP’u, do którego można wytoczyć identyczny zarzut (Ba! Tu z braku ograniczeń czasowych zagrożenie jest wyższe.), wtedy wystarczy zwolnić do prędkości pozwalające na rychłe zatrzymanie pojazdu… czyli do jakiś 5-10 km/h.

    (…)Pociągi trąbią od dziesiątek lat, od dziesiątek lat tak samo głośno i nikomu to nie przeszkadzało.(…)
    Czasami moje spacery obejmowały bezpośrednie okolice linii PKP i WKD i z doświadczenia wiem, że wycie WuKaDki jest drastycznie uciążliwsze od tego PeKaPowskiego.

    (…)Ciekawe czy jakby się jednemu z drugim dom palił, to też by mieli pretensje że w miejscowej OSP wyje syrena.(…)
    Nie wiedziałem, że pożary gasi się wyciem syreny… A wracając do meritum to jakoś niezdarzyło mi się, żebym się kulił (Dosłownie!) przed pojazdami służb ratunkami co mi się zdarzało do kilku lat temu gdy pociąg przejeżdżał przez stację bez zatrzymania, a teraz przed WuKadKami, które nie zawsze były takie głośne.
    Może to bierze się stąd, że służby ratunkowe słychać z daleka, więc jest czas na przygotowanie czego nie można powiedzieć o pociągach?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *