Religia gorylej maski

A mimo to polityce jest jednak (a przynajmniej powinno być) bliżej do filozofii, niż do religii, a więc naturalny dystans i zastanowienie: „czy na pewno ja sam znam wszystkie szczegóły?” wydaje się lepszy od ślepej wiary, że nie tylko się zjadło wszelkie rozumy, ale że w ogóle żaden rozum nie jest potrzebny.

Bić czy obrywać?

Ostatnie wydarzenia na wyższych uczelniach pokazują, że nowa prawica w Polsce ma problem z wyborem jednego z dwóch archetypów: syndromu kata i syndromu ofiary. Z jednej strony bowiem świetnie się odnajduje w lamentacyjnym tonie znanym dotąd z języka centroprawicy – że wszyscy ją prześladują, wszyscy ją biją, oszukują, zabierają samoloty, źle liczą głosy, a w dodatku kraj okradli i oleju do paszy dolewają. Ton ten, w przypadku politycznych macherów z tej strony – dopasowany był do frustracji elektoratu, jego wyalienowania z państwa zwanego III RP i systemu społecznego nazywanego nie wiedzieć czemu liberalnym kapitalizmem. Ponieważ prawica maszerująca w dużej mierze odwołuje się do tego samego środowiska (a raczej do jego wnuków), więc i ten sam płaczliwy sposób opisu rzeczywistości odruchowo przejmuje (co słychać choćby we wprawdzie zuchowatych w konkluzji, ale jednak labidzących przemówieniach Mariana Kowalskiego). Podobnie też tak jak centroprawica umęczenie kraju przekłada i na swoje (oczywiście niezawinione!) klęski – tak i Ruch Narodowy parę razy próbował trochę popłakać. A to w 2011 „pobili, zęby wybili…” – jęczano po pamiętnym zamieszkach na Marszu Niepodległości, a to im spotkanie odwołają, a to tablicę na Manifie wyrwą. Cóż, w Polsce lubią ofiary – już dawno to politycy odkryli, dlatego Piłsudski bardziej był kochany za Magdeburg, niż za Brześć.

Jestem ogrem, UUAAARGH!”

Z drugiej jednak strony Ruch Narodowy wie też do kogo się odwołuje i z kogo chce zrobić żelazny elektorat. Otóż kibice wprawdzie szanują swoją drużynę nawet, gdy przegrywa, ale sami nie są szczególnymi fanami taktyki nadstawiania drugiego policzka. Stąd też druga linia postępowania: „jesteśmy odrażający, brudni, źli, pójdziemy i przyp…y!” – zdają się mówić młodzi narodowcy, sprawiając tym nieco wrażenie porykującego na pudla Shreka. Stąd właśnie fan-page z kastetami, pałkami, wyrokami w imieniu Rzeczypospolitej i zapewnianiami, że oto hoho, nadchodzi nasz czas, nogi zatupią, wrogowie zadrżą i „lasów zabraknie tyle się wybuduje szubienic dla zdrajców ojczyzny” jak mówił oberleutnant von Nogay. Wiara, że wszystko, czego RN i Polska potrzebują to „kompanie zwartych oddziałów, trochę piachu i dużo worków” przebija zatem z wystąpień choćby Artura Zawiszy, który niczym Mały Rycerz wierzy chyba, że „jak się go nie będą bali, to się będą z niego śmiali”, więc pozuje na kasteciarza. Zewnętrzną zaś emanacją snu o byciu katem – są właśnie zakłócenia wykładów i spotkań.

To przemieszanie kultu kata i ofiary jest dobrze widoczne na przykładzie szczególnego nabożeństwa, jakim w tym środowisku darzeni są „Żołnierze Wyklęci”. Z jednej strony bowiem są to w swej (niewielkiej) masie ofiary, zastrzelone, zakatowane, umęczone. Z drugiej zaś – często ludzie też sami unurzani we krwi – tyle, że w oczach wyznawców słusznie przelanej. Gdy więc współczesny maszerujący płacze, jaki jest biedny, a z drugiej strony chciałby komuś przy…ć za swą prawdziwą czy wyimaginowaną krzywdę – to faktycznie mentalnie zbliża się do swego historycznego idola.

Szutki płoche

No tak, powie ktoś – ale przecież tamta walka była „na poważnie”. Jak zabijano – to nie zawsze jak Rajs, furmanów, ale kule świstały w ramach prawdziwej wojny domowej, paznokcie wyrywano na poważnie, nikt się za małpy nie przebierał. Ba, gdy KPN-owcy, czy Solidarność Walcząca myśleli o wznowieniu działalności terrorystycznej – to np. z jednej strony zginął sierżant Karos, a z drugiej górników z Wujka potraktowano jednak nieco ostrzej, niż współczesnych kibiców, przy całym znanym bestialstwie rządów Tuska… Naprawdę naście lat temu policja wybiła oko gumowa kulą demonstrantowi, a Lepper nie wkładał kominiarki wysypując zboże milionerowi-aferzyście. Mniej, lub bardziej – ale to wszystko było na poważnie. A teraz to nawet nie wygląda jak poważna grupa rekonstrukcyjna. To nie sztuka ani napisać na FB, czy wykrzyczeć w grupie, że trzeba obalić rząd, ani nawet zrobić na ten temat konferencję w historycznej sali („tak, przedmówca miał rację, czas skończyć z tą gadaniną i wziąć się do obalania!”, „chciałem poprzeć poprzedniego dyskutanta, dość wodolejstwa, obalajmy!”…). To może chodźmy i obalmy, niczym w Bułgarii czy Rumunii, a nie pilnujemy, żeby było radykalnie, ale tylko na tyle, żeby się dostać do TVN?!

Milczenie IM na rękę

Zwłaszcza, że uderzenie w wykłady otwarte, czyli w pozorne miękkie podbrzusze systemu, jakim są uniwersytety – jest działaniem przeciwskutecznym. Otóż zablokowanie debaty na poziomie szkół wyższym utrwali jedynie mechanizm, na którym realnie rządzącym najbardziej zależy. Nastąpi dalsze odepchnięcie kolejnych grup, czy całego pokolenia – od zainteresowania sprawami publicznymi. Albo bowiem albo – albo się koledzy weźmy do wywracania demokracji, żeby się oracze faktycznie polityką zajmować nie musieli i niech rządzi elita siły, czy mądrości – albo nie ma innego wyjścia, należy uczynić wszystko, by utrudnić życie a ostatecznie obalić rządzącą nami oligarchię przy użyciu „mas”. Trzecim wyjściem jest entryzm w obręb systemu, o którym tak ciepło myśli część kolegów – włącznie zresztą z tymi, którzy dziś pozują na anty-establishmentowych.

Spójrzmy bowiem na sekwencję zdarzeń i na to, co faktycznie „osiągnięto”. Nie wpuszczono liderów RN na Uniwersytet Warszawski – więc zrobiono małpi występ Magdalenie Środzie. Potem próbowano uatrakcyjnić występ Adama Michnika, na mniejszą skalę zabawę próbowano naśladować w mniejszych ośrodkach, z mniejszymi nazwiskami. Przypadłość dotyka zresztą nie tylko maszerujących. W Lublinie rektor UMCS nie wpuścił na uczelnię Ludwika Dorna mówiącego o Pakiecie Klimatycznym, więc sympatyzująca z Solidarną Polską młodzież wypłoszyła Jana Hartmana z wykładem antyklerykalnym. I choć w efekcie wywodzący się z zresztą z Unii Pracy rektor wyszedł nieomal na antysemitę (bo wyszedł mu etniczny klucz doboru, czy raczej odmowy doboru prelegentów) – to poza tym nic sensownego nie uzyskano, oba spotkania bowiem się odbyły, tyle, że bez studentów.

Tymczasem nasi żacy mają bez wątpienia wiele zalet – ale nie należą do nich przesadne wyrobienie intelektualne, samodzielność myślenia i brak oporów w dążeniu do prawdy i poszerzenia horyzontów. Pomińmy już, że do tej listy znajomi wykładowcy dodają też często braki w podstawowym wykształceniu i wiedzy o świecie – ale nawet skoro mamy nadprodukcję osób z wykształceniem wyższym, ale i inflację jego poziomu, to nie ma sensu uważać, że lepsi będą ze studentów pałkarze, niż intelektualiści. Pewnie, że nie wszyscy zaczną myśleć słuchając dyskusji jedynie słusznych wykładowców – ale jeśli część nie przyjdzie, bo spotkanie odwołali, część się będzie bała dostać w dziób, a część po prostu wzruszy ramionami, bo cyrk, to ma w Sejmie – to nic się w Polsce nie zmieni.

Budowanie linii podziału na uczelniach i wśród młodzieży to prosta recepta na utrwalenie podziałów, które niszczą polskie życie publiczne i nazywają się III Rzecząpospolitą. Powtarzajmy do znudzenia: jeśli ludzie, którym jeszcze chce się mówić – nie będą ze sobą rozmawiać (jeśli ostro – tym lepiej), to będą się tylko petryfikować fałszywe granice i potęgować stereotypy na temat poszczególnych grup i odłamów, na które rozpadają się Polacy. Jeśli młodzieży się tłumaczy, że nie można przedstawiać swych poglądów z jednej strony – a z drugiej nie należy ich krytykować, to obecny bałagan w Polsce i atomizacja narodu tylko się umocnią. Radość, że „pokazano Michnikowi” i innym „właścicielom państwa”jest oczywiście zrozumiała. Ale jednak nie chodzi o to, by im akurat ten koślawy aparat i system odebrać (co zresztą tą metodą i tak jest nierealne, a nawet daje efekty odwrotnie), tylko żeby go rozebrać. Skoro (jak ktoś trafnie zauważył w pewnej internetowej dyskusji) „III RP została ufundowana na podziale” – to likwidacja podziału zlikwiduje III RP. Dlatego warto rozmawiać, a nie odstraszać i wywoływać wzruszenia ramion: „no tak, polityka, to jakiś cyrk, z jednej profesory i redaktory, z drugiej małpy…”. Zamiast religii gorylej maski, która jako jedyna posiadła prawdę objawioną i ryczy na drugą małpę za katedrą – potrzebne jest po prostu myślenie i zarażanie nim. Nie zamiast działania – ale przed nim.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *