Siedem kwestii. Komentarz do polemiki prof. Jacka Bartyzela

Swoim tekstem „Dwa tradycjonalizmy, dwie tradycje” w moją dyskusję z Adamem Witczakiem i p. Stanisławem Michalkiewiczem włączył się w ostatnim czasie p. prof. Jacek Bartyzel. Pierwotnie nie zamierzałem polemizować z tekstem Pana Profesora, bo też z jednej strony zdaję się na jego autorytet w kwestii egzegezy filozofii Arystotelesa i św. Tomasza z Akwinu przyjmując po prostu do wiadomości poczynione przez niego w tej materii uwagi, z drugiej zaś strony w zasadzie zgadzam się z jego charakterystyką moich własnych poglądów i identyfikacją ich źródeł filozoficznych. Tym niemniej, dyskusja i wątpliwości jakie pojawiły się w związku z wystąpieniami moimi i Pana Profesora, przekonały mnie o tym, że uwagi pierwotnie wyrażone w komentarzach na Facebooku warto zebrać w spójną całość i udostępnić szerszemu gronu zainteresowanych czytelników. Część z poniższych komentarzy będzie miała przy tym charakter wyjaśniający, część zaś polemiczny.

W kwestii nowożytności

Przede wszystkim zatem, zdaję sobie oczywiście sprawę, że definiując się jako „antywolnościowiec”odnoszę się do pojęcia z zakresu nowożytnej filozofii politycznej, potwierdzając tym samym niejako istnienie i sprawczą politycznie rolę tej filozofii. Przyznaję że rzeczywiście rolę taką dostrzegam i swój tekst napisałem właśnie jako wobec tej filozofii polemiczny. Uważam to za całkiem uzasadnione, bo choćby zapoznawszy się z komentarzami pod moim tekstem (ale też znając wciąż żywe na polskiej prawicy przesądy odziedziczone jeszcze po latach 80-tych i 90-tych), przekonać się można że zarówno konserwatywni liberałowie całkiem szczerze uważają się za część obozu konserwatywnego, jak i konserwatyści nie widzą nic nagannego w bronieniu z pozycji konserwatywnych instytucji i rozwiązań liberalnych. Powstały z tego powodu zamęt pojęciowo-ideowy umożliwia podszywanie przez (demo)liberałów i libertarian pod Prawicę i zanieczyszczanie tradycjonalizmu ideologią „wolnościową”. Mniej czy bardziej świadomie postawę taką od lat przyjmuje między innymi pan redaktor Stanisław Michalkiewicz i grono wychowanych na jego publicystyce czytelników. W okolicach często komentowanego w ostatnich tygodniach Ruchu Narodowego znaleźć z kolei można wywodzących się z „korwinowskiej” (Ziemkiewicz) lub PiS-owskiej (Wildstein) stajni politycznej liberalnych publicystów, którzy w środowisku tym uzyskali wręcz rangę autorytetów w kwestiach współczesnej wykładni doktryny nacjonalistycznej. Zjawisko zanieczyszczenia Prawicy liberalizmem jest zatem realnym problemem i wskazanie go jako problemu jest czymś dużo bardziej zasadnym niż odwracanie się od tego faktu z lekceważeniem, pozostając w niewątpliwie politycznie bezpieczniejszym i ideowo milszym tradycjonaliście kręgu zagadnień historycznych lub dotyczących konserwatywnej filozofii politycznej.

W kwestii doktrynerstwa

Pan Profesor dał również do zrozumienia ze oczekuje wyjaśnień tyczących się postawionego przeze mnie karlistom zarzutu jakoby mniej czy bardziej intencjonalnie przez pewien czas sprzyjali oni siłom rewolucyjnym na szkodę sił kontrrewolucyjnych. Czym jednak była postawa karlistów wobec jednoznacznie przecież kontrrewolucyjnego państwa frankistowskiego? Pan Profesor wyliczając niewątpliwe zasługi tego szlachetnego ruchu dla sprawy kontrrewolucyjnej w sposób symptomatyczny pomija lata 1939-1973, tak więc okres istnienia państwa frankistowskiego. A większość reprezentatywnych intelektualnie i politycznie środowisk karlistowskich znajdowała się w tym okresie wobec frankizmu w opozycji antysystemowej. Podobnie jak w XVIII wieku francuscy „neofeudałowie” z pozycji doktrynersko pojętego tradycjonalizmu walczyli z monarszym „absolutyzmem” i radośnie witali wybuch rewolucji w 1789 roku, tak w XX wieku hiszpańscy karliści z pozycji tak samo doktrynersko pojętego tradycjonalizmu walczyli z „faszyzmem” i z „etatyzmem” w czasie gdy gen. Franco mozolnie budował katolickie i kontrrewolucyjne państwo. W tym podobieństwie postaw i motywów, nie zaś oczywiście w randze intelektualnej i politycznej każdego z omawianych środowisk, dostrzegam podstawę dla wspólnego kategoryzowania francuskich „neofeudałów”, hiszpańskich karlistów i zwolenników tego modelu tradycjonalizmu, którego rzecznikiem jest Adam Witczak.

Pytania jakie wobec tego modelu się rodzą, dotyczą zarówno tego, czy jego zwolennicy zdolni są uznać potrzebę ekwifinalności kontrrewolucji, to jest zdążania do stałych celów ostatecznych przy pomocy zmiennych środków i za pośrednictwem zmiennych celów pośrednich, warunkowanych zastanymi w danym okresie okolicznościami historycznymi i socjologicznymi (czego zasadność przyznaje zresztą w swoim tekście prof. Bartyzel), a także dużo ważniejsze, dotyczące zaś tego, czy dobro wspólnoty politycznej jako całości jest dla nich wartością wyższą niż litera prawa i społeczne konwencje określające historycznie ukształtowane przywileje autonomicznych podjednostek wchodzących w skład owej wspólnoty? Obydwa pytania wiążą się ściśle z problemem „prawa do ingerencji” władcy w stosunki społeczne i gospodarcze i do ich reglamentowania. Można być przy tym tradycjonalistą we właściwym znaczeniu tego słowa, zarazem odpowiadając na jedno lub obydwa z postawionych wyżej pytań negatywnie i popierając petryfikację zupełnie dysfunkcjonalnej konstytucji państwa tradycyjnego lub paraliżując akcję kontrrewolucyjną władzy stojącej wobec wyzwania przezwyciężenia nowożytności. Przykładem tego drugiego była właśnie postawa karlistów wobec frankistowskiej Hiszpanii, przykładów pierwszego dostarcza nam zaś historia Polski w postaci tradycjonalistycznych z jednej strony ale też z drugiej strony warcholskich w swej obronie zdeformowanej konstytucji dwóch konfederacji: Barskiej (1768-1772) i Targowickiej (1792-1793). Moja polemika z Adamem była właśnie próbą refutacji tego rodzaju postawy – postulowania porządku republikańsko-tradycyjnego („wolnościowo-tradycyjnego”) w miejsce monokratyczno-tradycyjnego z powodu czy to wynoszenia dobra partykularyzmów stanowych, prowincjonalnych, korporacyjnych czy wręcz osobowych ponad dobro całości wspólnoty politycznej, czy to z powodu przekonania iż przekształcenie rzeczywistości społecznej można osiągnąć bez użycia instrumentów politycznych.

W kwestii polityczności

Na marginesie tej ostatniej uwagi należałoby w tym miejscu jeszcze raz podkreślić: tradycjonalizm traktowany jako filozofia polityczna odnosić się musi do poglądów i postaw dotyczących tego, co polityczne. Postmodernizm wprowadził tu wiele zamętu rozszerzając pojęcie tego, co polityczne na zagadnienia tak różne jak teatr, estetyka, literatura piękna, płeć i rodzina, strój i obyczaje, nie powinniśmy jednak ulegać tej szarlatanerii i brać za dobrą monetę wywodów tych, którzy w sferze politycznej milcząco akceptują lub głośno domagają się rozwiązań liberalnych, swoje uroszczenia do bycia częścią obozu tradycjonalistycznego uzasadniają zaś na przykład tym, że przepuszczają kobiety w drzwiach i całują je w dłoń na powitanie, że pokazują się publicznie z zawiązaną pod szyją muszką i stylizują swoje wypowiedzi na język staropolski, że powstrzymują się od seksu przedmałżeńskiego i uczęszczają na niedzielne nabożeństwa do kościoła, ewentualnie że zakładają garnitur wychodząc na zakupy do warzywniaka, że jadają posiłki z dwóch dań i trzech deserów w eleganckich restauracjach i że zwracają się per „pan” do swoich dobrych znajomych, z którymi wcześniej byli na „ty”. Posiadanie tego rodzaju nawyków wystarczy do stwierdzenia że ktoś jest człowiekiem kulturalnym ale nie wystarczy do nazwania kogoś tradycjonalistą w sensie przynależności przez niego do konserwatywnego obozu politycznego. Za takiego będzie mógł on być uznany dopiero wtedy, kiedy domagał się będzie uporządkowania na zasadach tradycyjnych sfery publicznej i tego, co polityczne.

W kwestii organiczności

Wracając tymczasem do wyjaśnień kwestii o które pyta lub wobec których składa swoje zastrzeżenia prof. Bartyzel, to pojęciem „organiczności” posłużyłem się przede wszystkim na oznaczenie faktu, że tradycjonaliści widzą społeczeństwo jako system składający się z zasadniczo niezastępowalnych elementów. Tym rożni się ono ich zdaniem od systemów nieorganicznych gdzie pozbawione osobniczej specyfiki elementy można dowolnie nawzajem podmieniać zachowując przy tym funkcjonalność systemu jako całości. Nie jest też jednak całkiem prawdą jakoby przyjęty przeze mnie pogląd wykluczał narastanie poszczególnych jednostek społecznych „od zarodka do formy dojrzałej”: po prostu jako „zarodek” wspólnoty politycznej identyfikuję jej założyciela i naturalnego zwierzchnika, dającego początek stojącej na czele tej wspólnoty dynastii. Poprzedzające etap wspólnoty politycznej wspólnoty patriarchalne powstawały przecież przez odszczepienie młodszej gałęzi rodu na czele której stawał wówczas zajmujący pozycję nowego patriarchy najstarszy w tej gałęzi mężczyzna. System ten był więc zarazem organiczny i w swej strukturze koncentryczny.

W kwestii neoplatonizmu

Z kolei pojęciem „neoplatonizmu” posługuje się w zgodzie z jego konwencjonalnym w historii filozofii rozumieniem, to jest na oznaczenie pogańskich, żydowskich, islamskich i wczesnochrześcijańskich myślicieli w rodzaju Plotyna, Jamblicha, Proklosa, Filona Aleksandryjskiego, Orygenesa, Pseudo-Dionizego, Jana Damasceńskiego etc. Za współczesną kontynuację tej właśnie tradycji filozoficznej uznaje się między innymi tradycjonalizm integralny.

W kwestii Imperium

Tyle tytułem wyjaśnień. W ramach zaś uwag polemicznych pozwolę sobie stwierdzić, że Pan Profesor wydaje się nazbyt trywializować pogańskie rozumienie współzależności pomiędzy Imperium a Prawdą, sprowadzając je tylko do wariacji banalnego kultu siły. Gdyby było takim rzeczywiście, nie tylko współcześni zwolennicy tradycjonalizmu integralnego musieliby uznać prawomocność globalnej supremacji USA, ale również poganie po pierwszej wojnie przegranej przez monarchów których byli poddanymi ochoczo musieliby poddawać się dominacji nowych władców. Tymczasem historia nacji starożytnych i pozaeuropejskich, obejmująca przecież wielokrotne niekiedy odradzanie się upadłych wcześniej organizmów państwowych, dowodzi przywiązania tych narodów do własnej tradycji politycznej. Bo też owe tradycje polityczne ufundowane były nie przede wszystkim na sile, ale na wcielającej się w panującą dynastię monoidei, która określała tożsamość wspólnoty. Przyznać zresztą muszę że słusznie Pan Profesor twierdzi iż odrzucam tomistyczne rozróżnienie pomiędzy pochodzącą od Boga ideą władzy a osobą jej piastuna, rzeczywiście bowiem bliższy jestem przekonaniu że to Opatrzność bezpośrednio wskazuje na osoby władców. Pogląd taki nie jest zresztą obcy myśli chrześcijańskiej, bo zbliżone stanowisko przedstawiał choćby św. Augustyn z Hippony. Pozbywszy się tomistycznego formalizmu myślowego nie sposób też nie zauważyć, że rozumienie imperium w świecie chrześcijańskim nie odbiegało znacząco od rozumienia pogańskiego. Chrześcijanie wierzyli że ich imperium (także gdy już uległo dezorganizacji do postaci niezależnych królestw i innych organizmów politycznych) jest nośnikiem Prawdy i że posiada boski mandat do owładnięcia całym znanym światem. Historyczne niepowodzenia i klęski swoich państw chrześcijanie interpretowali jako karę która spotykała ich za sprzeniewierzenie się boskim przykazaniom. W pewien sposób zatem siła splatała się tu z Prawdą ale bynajmniej Prawda nie redukowała się do siły. Sam jako chrześcijanin skłaniam się ku podobnej teodycei i ku podobnemu rozumieniu imperium, różnice z imperiami niechrześcijańskimi widząc przede wszystkim w tym, że odmawiam im bycia wehikułami Prawdy w jej postaci integralnej.

W kwestii różnorodności

Na koniec wreszcie zagadnienie monizmu, ujednolicania i różnicowania. Dotychczas z kręgów katolickich tradycjonalistów słyszałem przede wszystkim zarzuty co do tego iż zbyt pryncypialnie występuję w obronie „prawa do różnienia się”, stojąc po stronie zróżnicowania kulturowego a przeciw na przykład sprowadzaniu dziedzictwa Europy do dziedzictwa kultury romańsko-śródziemnomorskiej i dążeniu do uniformizacji świata łacińskiego czy chrześcijańskiego w ogóle w duchu romańsko-śródziemnomorskim właśnie. Krytyka tym razem z przeciwnych pozycji jest bez wątpienia czymś intelektualnie ożywczym, choć dodajmy nieco złośliwie że również zaskakującym w ustach znanego ambasadora kultury śródziemnomorskiej w Polsce, od dawna forsującego tezę, że o niższości kulturowej Polski wobec krajów euro-środziemnomorskich przesądza fakt, iż kraj nasz w mniejszym stopniu i później niż one uległ romanizacji. Tym bardziej że to w bliskich Panu Profesorowi kręgach nadużywających (szczególnie w stosunku do samych siebie) terminu „kontrrewolucja”najczęściej spotkać się można z opinią, jakoby z chrystianizacją powinny postępować równocześnie latynizacja i okcydentalizacja, nie będące wszak niczym innym jak uniformizowaniem świata pod jeden, romańsko-śródziemnomorski strychulec.

Tymczasem jednak odnosząc się do meritum problemu, to odpowiedzieć na zarzuty można by choćby posługując się przywołaną w poprzednim moim tekście metaforą Układu Słonecznego. Poszczególne jego elementy zbudowane są rzeczywiście z tych samych substancji, posiadają jednak niejednorodną formę o której decyduje miejsce zajmowane wobec centrum i wobec pozostałych elementów. W koncepcji ontologicznej ku której się skłaniam jest podobnie, mianowicie natura danego elementu jest pochodną pozycji zajmowanej przez niego wobec pozostałych elementów. Tak jak jednak naturalny kosmiczny satelita może zostać wytrącony ze swojej orbity przez zmianę rozmaitych wielkości fizycznych a elektron krążący wokół jądra atomowego może zwiększyć lub zmniejszyć średnicę swojej orbity odpowiednio powiększając lub zmniejszając swoją energię, tak podmiot przybrać może nową formę i wspiąć się na wyższy poziom ontologiczny (lub spaść na niższy) zbliżając się do centrum układu (Boga) odpowiednim duchowym i moralnym wysiłkiem. To ostatnie przekonanie wspólne jest w zasadzie hierarchicznym czy koncentrycznym metafizykom chrześcijańskiej, gnostyckiej, hinduistycznej, buddyjskiej etc. Zwróćmy uwagę, że na gruncie pluralizmu ontologicznego podobne stanowisko uzasadnić jest trudniej, bowiem każdy byt ma tam przypisaną sobie odmienną naturę i jego pozycja w strukturze kosmosu jest w zasadzie statyczna, gdyż uwarunkowana tą właśnie wewnętrzną naturą. W podejściu przeze mnie proponowanym a inspirowanym przez ezoteryczno-inicjacyjną tradycja neoplatońską, pozycja ta jest potencjalnie dynamiczna, choć forma poszczególnych elementów jest zróżnicowana. Promienie słoneczne padając na powierzchnię Ziemi pod różnymi szerokościami geograficznymi, padają na nią pod różnym kątem i w różnym natężeniu. To powoduje że życie przybiera zróżnicowane formy, specyficzne dla odmiennych nisz ekologicznych i najczęściej niezdolne do przetrwania w ekumenach radykalnie różniących się od swojej macierzystej. Innymi słowy, na gruncie swoich poglądów doszedłem do konsekwentnej afirmacji różnorodności, argumentowanej decydującą rolą samej struktury Kosmosu, która wszak utrzyma się aż do końca czasów. Ujednolicenie w warunkach koncentrycznie zbudowanego kosmosu jest strukturalnie niemożliwe i skutkować mogłoby co najwyżej zniszczeniem tych wartości, które w ich własnych środowiskach miałyby w zamierzeniu zostać zastąpione innymi. Gdy wykarczujemy roślinność strefy równikowej by zasadzić na jej miejscu lasy iglaste, jedynym co osiągniemy będzie wytępienie gatunków równikowych. Dlatego właśnie na gruncie swoich poglądów bronić mogę równocześnie substancjalnej jedności, jak i formalnego zróżnicowania bytu a zatem i nierówności oraz nierównowartości rzeczy. Po Końcu Świata doczesne różnice stracą być może znaczenie. Jedna z teorii kosmologicznych mówi że Wszechświat skończy się Wielkim Krachem wracając do pierwotnej osobliwości. Z drugiej strony metafizyka chrześcijańska co prawda wspomina o leżących obok siebie wilku i jagnięciu ale nie mówi nic choćby o zniesieniu hierarchii chórów anielskich. Jakby jednak nie przedstawiały się rzeczy ostateczne, w świecie jaki znamy, różnorodność jest nieprzezwyciężalna. Zatem sprzeciwiać się będziemy jako utopijnym, skazanym na niepowodzenie i niosącym ze sobą dramatyczne straty, zarówno próbom ujednolicenia świata poprzez zapełnienie go identycznymi sowieckimi kołchozami, jak i poprzez zapełnienie go identycznymi barami McDonald’s jak i także poprzez zapełnienie go identycznymi gotyckimi katerami.

Ronald Lasecki

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Siedem kwestii. Komentarz do polemiki prof. Jacka Bartyzela”

  1. „…Chrześcijanie wierzyli że ich imperium (także gdy już uległo dezorganizacji do postaci niezależnych królestw i innych organizmów politycznych) jest nośnikiem Prawdy i że posiada boski mandat do owładnięcia całym znanym światem. Historyczne niepowodzenia i klęski swoich państw chrześcijanie interpretowali jako karę która spotykała ich za sprzeniewierzenie się boskim przykazaniom…” – mam pytanie: czy łatwiej przenieść górę z miejsca na miejsce, czy zejść z pala? Ja zakładam, że łatwiej jest zejść z pala. Wielokrotnie w historii „różni tacy” co to o sobie uważali że mają tzw. „Boski mandat” znaleźli się wbici na pal. Gdyby ich wiara była jak ziarnko gorczycy, potrafiliby góry przenosić, a co dopiero zejść z pala. Jednakowoż, skoro ze wzmiankowannego pala nie zeszli, oznacza to, ni mniej ni więcej, ze utracili wiarę, a wobec tego dlaczegóżby mieli, jako ateiści, posiadać jakiś tzw.”Boski mandat”? Innymi słowy, skuteczny akt królobójstwa dowodzi w niezbity sposób, że uśmiercony władca utracił wiarę, a więc i mandat do sprawowania władzy.

  2. „…z chrystianizacją powinny postępować równocześnie latynizacja i okcydentalizacja…” – istotą Latinitas jest bezkarność krzywdzicieli (z racji posiadania tzw. Łaski Hierarchicznego Wybraństwa, 🙂 ) i nietykalność lichwiarzy. Nie wszyscy chrześcijanie podzielają te najświętsze, nieomylne kanony zachodniactwa. Np. prawosławni, zwani schizmatykami – nie podzielają. Co do faktu posiadania przez niektórych zachodniaczków-bezczelniaczków tzw. Łaski Hierarchicznego Wybraństwa – w „Ockhamowsko brutalny” sposób weryfikuje te uroszczenia klasyczny turański palik, :-).

  3. ”…..także poprzez zapełnienie go identycznymi gotyckimi katerami.” Pan Lasecki niepotrzebnie się podnieca bo póżniej głupstwa wypisuje. Identyczne ;katery” w zestawieniu z kołchozami i barami. Guru pana Laseckiego Mao tego by nie wymyślił.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.