Śmiech: Wcale mi nie do śmiechu

Mój ostatni tekst odnoszący się do szokującej wypowiedzi Wojciecha Cejrowskiego deklarującego oddanie Szczecina Niemcom, wywołał szereg reakcji w Internecie, w tym na facebooku. Jako że nie jestem facebookowiczem, a w dyskusjach na tradycyjnych stronach newsowych nie uczestniczę od lat z dwóch powodów.

Z powodu braku czasu i, co bardziej istotne, z powodu porażająco niskiego poziomu argumentacji części osób biorących udział takich słownych sporach, dlatego o reakcjach dowiaduję się z drugiej ręki, jeśli ktoś z moich znajomych śledzących FB i inne strony na bieżąco, coś ciekawego mi „podrzuci”.

Wszystkim, którzy rozumieją polską rację stanu na kierunku niemieckim, i którzy w ten czy inny sposób wyrazili poparcie dla moich tez i mojej krytyki Cejrowskiego, bardzo dziękuję. Przeciwników zapraszam do kulturalnej dyskusji na argumenty – niech napiszą polemikę – na pewno nie uchylę się od odpowiedzi. Spieszę uspokoić PT Czytelników, że nie zamierzam odpowiadać tym, którzy potrafią jedynie pluć jadem. Niech pozostaną ze swoją bezradnością wyrażającą się, gdy brak argumentów, cienkimi aluzjami do mojego nazwiska (klasyka to „śmiech na sali”, „śmiechu(a) warte”, czy najnowsza salwa śmiechu – „nazwisko tego pana chyba nieprzypadkowe do tego groteskowego, przeintelektualizowanego bełkotu”). Jeśli przez to im się łatwiej żyje, to niech tam… Ja się z nich śmieję w myśl innego hasła „śmiech to zdrowie”, nawet jeśli czasami „pusty śmiech mnie ogarnia”.

Pozwolą jednak Państwo, że odniosę się do zarzutów, jakie postawił mojemu tekstowi jeden z interlokutorów. To ważne, gdyż pragnę odpowiedzieć nie konkretnej osobie, ale wszystkim, którzy podnoszą podobne argumenty. Zarzuty są następujące:

Co to są te „zamknięte tematy” albo nienaruszalne rezultaty II Wojny Światowej”? Otóż mowa o Konferencji Poczdamskiej na której tzw.” ziemie odzyskane” zostały oddane Polsce pod zarząd tymczasowy do czasu podpisania traktatu pokojowego z Niemcami i które formalnie są objęte arbitrażem międzynarodowym.

Odpowiadam:
Traktat pokojowy nie zawsze jest konieczny i potrzebny. Wiele wojen w historii nie zakończyło się traktatami i co z tego? Z kolei inne kończyły się „wieczystymi” pokojami, które trwały jedynie przez moment. Kongres wiedeński nie był traktatem pokojowym, a jego postanowienia przetrwały sto lat. Konferencja Wersalska była traktatem pokojowym, a jej trwałość wyniosła 20 lat. Oczywiście Konferencja Poczdamska nie była traktatem pokojowym, bo nie miano go z kim zawierać. Państwo niemieckie zostało decyzją zwycięskich mocarstw zlikwidowane (podbito je zbrojnie) i poddane w całości okupacji. Konferencja podjęła jednak szereg decyzji, które w miarę upływu lat nabierały cechy trwałości i niepodważalności, stając się realnym elementem ładu międzynarodowego. Polska, zdając sobie sprawę z wad Poczdamu, prowadziła intensywną politykę na arenie międzynarodowej, zmierzającą do powszechnego uznania poczdamskich postanowień terytorialnych za ostateczne. Najłatwiej przyszło uzyskać deklarację Francji prezydenta De Gaulle’a, ale pracowano również na kierunku anglosaskim, wreszcie podjęto skuteczne próby uregulowania problemu granic z dwoma powstałymi po zakończeniu okupacji państwami niemieckimi – NRD i RFN.

Mając na uwadze to wszystko, dla stosunków granicznych pomiędzy Polską a państwami niemieckimi do 1990 r. zasadnicze znaczenie miały:

– Konferencja Poczdamska, która ustanowiła status quo graniczne, ze Szczecinem po stronie polskiej
– układ zgorzelecki z NRD z 1950 r.
– układ z RFN z 1970 r.; polityka zachodnioniemiecka bardzo szybko zaczęła podważać postanowienia układu, tworząc za pośrednictwem sądu konstytucyjnego fikcję zjednoczonych Niemiec, których układ ten miał nie dotyczyć. Było to oczywiste sabotowanie układu przez RFN, podważające wartość samego porozumienia i pokazujące prawdziwe intencje polityków zachodnioniemieckich
– konferencja 2+4 z 1990 r., czyli Traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec. Traktat ten, nie nazywając się pokojowym, w swej istocie, tak formalnie, jak i faktycznie, hipotetyczny traktat pokojowy zastępuje, a jego postanowienia są usankcjonowane przez mocarstwa, które Niemcy w II wojnie światowej pokonały i okupowały, czyli ZSRR (dzisiaj Rosję, jako następczynię prawną ZSRR), USA, Wielką Brytanię i Francję. To właśnie ta konferencja jest podstawą do twierdzenia o nienaruszalności polskiej granicy zachodniej.

Art. 1 mówi: „Zjednoczone Niemcy będą obejmowały obszar Republiki Federalnej Niemiec, Niemieckiej Republiki Demokratycznej i całego Berlina. Ich granicami zewnętrznymi będą granice NRD i RFN, i w dniu wejścia w życie tego traktatu staną się ostateczne. Potwierdzenie ostatecznego charakteru granic zjednoczonych Niemiec jest istotną częścią składową porządku pokojowego w Europie.
Art. 2. Zjednoczone Niemcy i Rzeczpospolita Polska potwierdza istniejącą między nimi granicę w traktacie wiążącym z punktu widzenia prawa międzynarodowego.
Art.3. Zjednoczone Niemcy nie mają żadnych roszczeń terytorialnych wobec innych państw i nie będą takich roszczeń wysuwać również w przyszłości”.
Na bazie Traktatu 2+4 Polska podpisała już ze zjednoczonymi Niemcami Traktat między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o potwierdzeniu istniejącej między nimi granicy z 14 listopada 1990 r., który mówi:
„Art.2. Umawiające się Strony oświadczają, że istniejąca między nimi granica jest nienaruszalna teraz i w przyszłości, oraz zobowiązują się wzajemnie do bezwzględnego poszanowania ich suwerenności i integralności terytorialnej.
Art.3. Umawiające się Strony oświadczają, że nie mają wobec siebie żadnych roszczeń terytorialnych i że roszczeń takich nie będą wysuwać również w przyszłości”.

Tyle tytułem elementarnego przypomnienia sytuacji, w jakiej się znajdujemy. W tym właśnie sensie temat granicy polsko-niemieckiej jest zamknięty, zaś rezultaty II wojny światowej są nienaruszalne. Były one de facto nienaruszalne i wcześniej, przed układami i traktatem 2+4 oraz traktatem polsko-niemieckim o potwierdzeniu granicy. Nienaruszalne, gdyż ich naruszenie wywołałoby kolejną wojnę, co najmniej o europejskiej skali. Obecnie są one usankcjonowane porozumieniem mocarstw z Niemcami i traktatem polsko-niemieckim. Każde kwestionowanie granicy poczdamskiej przez Niemcy sprowadzi na nie, w najlepszym wypadku, zarzut podważenia traktatu z mocarstwami i naruszenia traktatu podpisanego z Polską.

Być może dla malkontentów to mało i wyobrażają sobie, że mocą słów – tu, nazwania traktatu pokojowym – można by było bardziej skutecznie zakląć rzeczywistość. Nie odmawiam tym ludziom w żadnym wypadku uczciwych intencji. Niemniej muszą oni wiedzieć, że głosząc poglądy o nieuregulowanym statusie polskiej granicy zachodniej wychodzą naprzeciw nie interesom Polski, ale interesom wciąż istniejących w Niemczech rewizjonistów, którym się marzy Vaterland „od Mozy aż po Niemen”. Ich troska z kolei już zupełnie rozchodzi się z szalonymi propozycjami zwrotu Niemcom Szczecina, które można traktować jedynie w kategoriach błazenady i/lub głupoty politycznej.

Po raz kolejny widzimy użycie frazy „tzw. ziemie odzyskane”. Czy zwolennicy cudzysłowu na określenie tych ziem kwestionują przynależność do Polski, często przez setki lat, Dolnego Śląska, Ziemi Lubuskiej, Ziemi Warmińskiej, a w krótszych okresach także Pomorza Zachodniego?

Odpowiadając jeszcze zwolennikom tezy o „niechcianym Szczecinie”. Narodowcy nie mieli wątpliwości, co do Szczecina, z innymi było różnie, ale także ci inni potrafili zrewidować swoje poglądy. Oto gen. Władysław Anders wysłał 23 lutego 1962 r. do premiera Harolda Macmillana list, w którym stwierdził, że zrewidował swoją wcześniejszą krytykę linii Odry i Nysy, jako zbyt dużej dla Polski i obecnie zgadza się z komunistycznym rządem Polski, starając się o jej ostateczne uznanie przez Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone. „Formalne uznanie obecnych granic Polski ucięłoby agresywną rewizjonistyczną propagandę w Niemczech” („Brytyjczycy o statusie Szczecina”, IPN Szczecin 2016, s.77).

Powyższe rozważania mają jeden wspólny mianownik – niżej podpisany wychodzi z założenia, że Polska istniejąca w latach 1945-89 (od uznania rządu warszawskiego przez mocarstwa) była legalnym bytem prawnym na arenie międzynarodowej, w sposób skuteczny zaciągającym zobowiązania i będącym podmiotem praw i obowiązków. Założenie to jest koniecznym dla zrozumienia sytuacji obecnej Polski, będącej w sensie prawnym następczynią i kontynuatorką Polski tamtej. Podważanie legalności Polski Ludowej, zwłaszcza na arenie międzynarodowej, rzeczywiście może uczynić naszą sytuację bardzo trudną. Polska prawica zapędziła się za daleko w swojej, niestety totalnej krytyce, a czasem już po prostu negacji, powojennej Polski. Podcina gałąź, na której wszyscy siedzimy i nie przestaniemy siedzieć, choćby ktoś nawiedzony w sposób najbardziej uroczysty stwierdzał nielegalność tzw. PRL (bo PRL to dopiero od 1953 r.) i ciągłość z II czy I RP.

Prof. Ryszard Terlecki, wicemarszałek Sejmu, poseł i szef klubu PiS wpisuje się niestety w retorykę nielegalności, niewoli i okupacji swoją najnowszą książką „Polska w niewoli 1945-89”, której anons mówi: „Książka prezentuje dzieje Polski zniewolonej przez Sowietów, a wcześniej zdradzonej przez zachodnich sprzymierzeńców i wydanej na pastwę komunistycznego imperium zła”.

A tymczasem Polska została niestałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ na dwuletnią kadencję zaczynająca się w 2018 r. Czy p. prof. Terlecki i inni zwolennicy tezy o PRL – sowieckiej okupacji nie wiedzą, że tamta Polska była niestałym członkiem RB ONZ w latach 1946-47, 1960, 1970-71, 1982-83 (i tylko raz po 1989, w latach 1996-97)? Jako sowiecka okupacja, jako Polska w niewoli? I jako ta okupacja posiadała dwóch sędziów Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości ONZ w Hadze w osobach bliskiego współpracownika Dmowskiego – prof. Bohdana Winiarskiego (1946-67, prezes MTS w latach 1961-64) i prof. Manfreda Lachsa (1967-93, prezes MTS w latach 1973-76)?

Czas zakończyć te niebezpieczną zabawę w bezpodstawny pseudolegalizm. Polska jest tylko jedna i jako o jednej musimy myśleć tak współcześnie jak i rozpatrując jej trudną przeszłość, bliższą i dalszą. Idea „prawdziwej Polski” nieistniejącej w latach 1945-89 i przechowanej jakoby na emigracji i w podziemiu, może być jedynie destrukcyjna dla psychiki ją wyznających oraz niebezpieczna dla wszystkich Polaków, bo podważa fundamenty obecnej Rzeczpospolitej. Wcale mi nie do śmiechu…

Adam Śmiech
Myśl Polska, nr 25-26 (18-25.06.2017)

Facebook
[Głosów:7    Średnia:5/5]

1 thought on “Śmiech: Wcale mi nie do śmiechu”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *