Śmieciowy komunizm nie wypalił

Pierwsze tygodnie funkcjonowania „rynku” zbierania śmieci na nowych zasadach pokazują, że samorządy niezbyt dobrze radzą sobie z usuwaniem odpadów. Z całego kraju napływają skargi na nowy sposób gospodarowania śmieciami. Kilka dni po wejściu w życie nowych przepisów „Gazeta Wrocławska” pisała o brudzie, smrodzie i przeładowanych kontenerach, jakich jest pełno na wielu wrocławskich osiedlach. W Ostródzie (woj. warmińsko-mazurskie) nikt nie wywoził śmieci przez kilkanaście dni. Z kolei jak poinformował „Wprost”, mieszkańcy Białegostoku byli tak oburzeni nową ustawą o utrzymaniu czystości i porządku w gminach, że zorganizowali happening pod hasłem „Oddaj Tadziowi jego własność” i przynieśli Tadeuszowi Truskolaskiemu, prezydentowi miasta z PO, swoje śmieci. Zrobili to, ponieważ służby porządkowe nie wywoziły odpadów na czas.

 

Ceny rosną, jakość spada

 

Ostry komentarz na temat ustawy śmieciowej zamieścił na Facebooku Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Na miejscu Tuska powiesiłbym na pierwszej latarni tego czy tych, którzy przynieśli mu ustawę śmieciową. Mieszkam w Warszawie, więc tutaj mnie jeszcze nie dotknęło, bo jest jak było. Dotknęło mnie natomiast na Podlasiu, gdzie mam letni dom. Oto niebywałe zmiany, jakie zaszły: jest 2 x drożej, odbierają co dwa tygodnie (poprzednio co tydzień), duże rzeczy… jeden raz w roku (poprzednio, co miesiąc!) – pisze Kaźmierczak. – Nowa firma już pokazała swój monopolistyczny ryj – trzeba od nich kupić worki! (w innych nie odbierają!), wystawić jaśnie wielmożnej firmie worki na ulicę… W związku z tym, że w mojej wsi 80% śmieci produkują „letniacy”, poprzednio odbierano śmieci dzień po ich wyjazdach, czyli w poniedziałek. Ci kretyni wyznaczyli sobie odbiór w dzień, w który „letniacy” przyjeżdżają! w piątek! Nie wiem, czy to głupota, czy złośliwość, czy coś innego. Dwa tygodnie worków na ulicy to 100% gwarancja ich rozerwania przez zwierzęta! Utoniemy w śmieciach. Tego co słyszałem o PO w barze i pod sklepem nie będę przytaczał. Wyobraźcie sobie. I nie będzie tak, jak usłyszałem od jednego z funkcjonariuszy PO, że „ludzie obciążą za to samorządy”. Z tego co słyszałem w weekend – tak się nie stanie – podkreślił Kaźmierczak.

Nie ma się co dziwić, że w tej sytuacji pojawiają się plagi szczurów. „Dziennik Łódzki” poinformował o pladze tych gryzoni w Łodzi, a według ekspertów, pojawieniu się zwierząt sprzyja właśnie bałagan związany z wprowadzaniem, wymuszonej przez Unię Europejską, rewolucji śmieciowej. Szacuje się, że w mieście może być nawet milion szczurów. Fachowcy z firm deratyzacyjnych przyznają, że nie mieli jeszcze tyle pracy. – Codziennie mamy od 10 do 15 zgłoszeń. Jeśli sami nie damy rady obsłużyć wszystkich, polecamy zaprzyjaźnione firmy – mówi „Dziennikowi Łódzkiemu” Eugeniusz Napieraj ze Specjalistycznego Zakładu Dezynsekcji Dezynfekcji Deratyzacji „Be-Insekt” w Łodzi. – Koszt deratyzacji to od 100 zł w górę. Zgłaszają się osoby prywatne, administracje, sklepy, apteki – dodaje.

Średnio ceny wywozu odpadów wzrosły o około 50 procent. Po prostu kiedy urzędnicy zaczynają gospodarować, cena zawsze musi podnieść się. „Dziennik Gazeta Prawna” wini za to między innymi przepisy, które uniemożliwiają firmom startującym w przetargach śmieciowych zaproponowanie ujemnej ceny, gdyż ustawodawstwo tego nie przewiduje. Otóż firmy startujące w przetargach za niektóre rodzaje odpadów proponują dopłatę, bo odsprzedaż posegregowanych surowców wtórnych, w tym makulatury czy aluminium, może przynieść im zysk. Takie oferty są jednak odrzucane, ponieważ, zgodnie z prawem, cena nie może być wyrażona wartością ujemną. Tracą na tym mieszkańcy, którzy muszą płacić więcej za wywóz śmieci. Na dodatek podatek śmieciowy to nie wszystko. Już są kolejne opłaty. Paweł Sztąberek napisał w serwisie prokapitalizm.pl, że otrzymał list ze swojej spółdzielni mieszkaniowej, w którym wyraźnie poinformowano o kolejnych opłatach, jakie będą wprowadzone w związku z gospodarką odpadami. „Jednocześnie informujemy, iż uchwalone przez Radę Miasta stawki nie obejmują kosztów dzierżawy, remontu (napraw) i utrzymania w należytym stanie sanitarnym pojemników na odpady komunalne. Dlatego też gdy znane już będą rzeczywiste koszty z tym związane, ustalona zostanie dodatkowa opłata z tego tytułu, o czym zostaniecie Państwo poinformowani odrębnym pismem” – zawiadamiała swoich mieszkańców na początku lipca Piotrkowska Spółdzielnia Mieszkaniowa w Piotrkowie Trybunalskim. W sierpniu okazało się już, że ta dodatkowa opłata to tzw. „opłata za dzierżawę pojemników na śmieci”. W PSM wynosi ona 2,41 zł miesięcznie i jest doliczana do czynszu.

Pojawiają się coraz to nowsze problemy, charakterystyczne dla systemu biurokratycznego, których nie było w systemie rynkowym. Na przykład w jednej z podwarszawskich miejscowości mieszkańcy wszystko pakują do worków na szkło, bo innych zabrakło. Z kolei wrocławianie nie dostają worków na śmieci, a władze miasta bezradnie rozkładają ręce. Jak pisze „Gazeta Wrocławska”, do każdego z wrocławskich mieszkań przynajmniej raz na dwa tygodnie powinny zostać bezpłatnie dostarczone brązowe worki na odpady zielone. W przypadku nieruchomości, które nie mają dostępu do kontenerów na plastik oraz papier, przynajmniej raz w miesiącu mieszkańcy powinni dostać też worki żółte i niebieskie na te właśnie odpady. Tymczasem na wielu wrocławskich osiedlach worków po prostu nie ma, a władze miasta nie potrafią ukarać winnych firm.

 

Armia nowych urzędników

 

Pojawiła się za to koszmarna armia nowych biurokratów w urzędach gminnych, którzy najpierw muszą zajmować się przetargami i i podpisywaniem kontraktów, a następnie zbieraniem pieniędzy za wywóz śmieci, monitoringiem wpłat, ich ewentualną windykacją oraz kontrolą firm śmieciowych i mieszkańców. – Okazało się, że do nadzorowania firm odbierających śmieci trzeba nowych urzędników, bo to są nowe obowiązki. W ten sposób przybyło nam kilka tysięcy oficjeli – napisał prof. Krzysztof Rybiński. W związku z ustawą śmieciową, samorządy zatrudniły od kilku do kilkunastu tysięcy nowych pracowników! – doniósł Forsal. Z jednej strony bankrutuje dwa tysiące firm, które nie załapały się na przetargach, a z drugiej – w lipcu w gminach trwał masowy nabór na stanowiska specjalistów ds. odpadów, którzy zajmą się weryfikacją deklaracji śmieciowych, prowadzeniem ewidencji płatników czy monitorowaniem opłat. Urzędnicy ci mogą liczyć na zarobki w okolicach 4 tys. zł brutto miesięcznie. Do tego trzeba doliczyć koszty związane z zakupem sprzętu komputerowego (55 tys. zł) i oprogramowania (145 tys. zł) – wylicza Forsal. Niewiele jest miast, które nie zwiększyły zatrudnienia. Katowice utworzyły nawet osobną 19-osobową komórkę.

Nowi gminni biurokraci będą też kontrolować, czy dany dom zamieszkuje tyle osób, ile podaje właściciel, albo czy w danej nieruchomości rzeczywiście nikt nie przebywa. Jak ustalił „Dziennik Gazeta Prawna”, Łódź zamierza prowadzić monitoring ilości odpadów zebranych z poszczególnych tras. Z kolei w Poznaniu pojawiły się pomysły, aby do weryfikowania liczby mieszkańców używać list do głosowania. Inne samorządy będą zaglądały do kubłów i czekać na donosy. „Gazeta Wyborcza” podała, że inspektorzy ochrony środowiska kontrolują firmy śmieciowe, by znaleźć „oszustów” i przykładnie ich ukarać. Natomiast jeśli inspektorzy ochrony środowiska będą nieskuteczni, to może zastąpić ich nowa biurokratyczna struktura – policja śmieciowa. PO myśli o powołaniu Państwowej Agencji Środowiska, podległej Ministerstwu Środowiska, która miałaby własną mundurową i uzbrojoną Państwową Straż Ochrony Środowiska. Na nic zdały się nawoływania ekspertów Instytutu Sobieskiego, by dodatkowe zadania wynikające z ustawy śmieciowej powierzyć istniejącym strukturom w urzędach, gdyż nowe biurokratyczne stanowiska trudno jest później zlikwidować.

Niektóre gminy chcą, żeby całą robotę z deklaracjami mieszkańców i zbieraniem od nich pieniędzy za śmieci robiły spółdzielnie mieszkaniowe. Władze samorządowe Olszyna i Poznania chciały, by to spółdzielnie płaciły im zbiorczo za śmieci od mieszkańców. Problem polega na tym, że niektórzy lokatorzy mogą w ogóle nie płacić. W efekcie gmina miałaby całą sumę, a to spółdzielnie musiałyby dopłacać do tego „interesu”. W przypadku dużych spółdzielni w grę mogą wchodzić kwoty sięgające kilkuset tysięcy złotych rocznie. Dlatego spółdzielnie buntują się przeciwko takiemu rozwiązaniu, bo niby skąd miałyby wziąć pieniądze? Podnieść czynsze uczciwie płacącym czy brać kredyty? Na razie sprawa jest nierozwiązana – spółdzielnie wytoczyły samorządom procesy sądowe.

Pojawia się także praca dla innych urzędników i wątek inwigilacyjny. Niektórzy zarządzający osiedlami planują instalowanie kamer przy śmietnikach, by kontrolować, czy czasem ludzie nie wrzucili butelki do kosza na papier. Z kolei Urząd Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych badał, czy gminy nie domagają się zbyt wielu informacji o mieszkańcach przy okazji wdrażania nowej ustawy śmieciowej. Wyliczając liczbę mieszkańców w każdym gospodarstwie domowym, gminy w specjalnych ankietach domagały się dodatkowych informacji, jak PESEL, adresy mejlowe, numery telefonów, a nawet informacje o stopniu pokrewieństwa. – Państwa i rządy, które szanują wolność obywatela, nie żądają od niego wszelkich możliwych danych typu poglądy religijne czy jakichkolwiek numerów. Władza, która wymaga takich danych, może ich użyć do innych celów – skomentował w „Uważam Rze” dr Andrzej Sadowski z Centrum Adama Smitha.

 

Korupcja zamiast segregacji

 

Wydaje się także, że główny cel ustawy, jakim miała być większa segregacja odpadów i zmniejszenie ilości śmieci na składowiskach, nie zostanie osiągnięty. Śmietniki przy osiedlach często są za małe, by móc postawić wystarczającą ilość kontenerów do segregowania śmieci. Wcześniej incydentalnie, głównie na wsiach, ludzie, którzy nie podpisali umowy z firmą wywozową, rzeczywiście wyrzucali śmieci do lasu czy też nielegalnie je palili. Ludziom mieszkającym w miastach, a tych jest większość w Polsce, nie opłaca się wozić co najmniej kilka-kilkanaście kilometrów śmieci do lasu. Teraz proceder ten będzie się za to opłacał firmom śmieciowym, które przez przetargi będą zmuszone do cięcia kosztów. Zamiast na drogich wysypiskach, śmieci hurtowo będą lądowały w lasach. Okazuje się też, że w wielu miejscach kraju brakuje spalarni śmieci. W efekcie śmieci trafią do wspólnego dołu – na wysypisku lub w lesie. Komunalne spalarnie śmieci mają dopiero powstać. Szacuje się, że powinno się wybudować 70 takich obiektów. Jednak należy się spodziewać, że żadna firma bez politycznych pleców tego nie wykona, jak w przypadku realizacji planu gospodarki odpadami w województwie warmińsko-mazurskim, o czym pisał tygodnik „Uważam Rze”. I czy mycie butelek przed wyrzuceniem ich do segregowanych śmieci jest ekologiczne, biorąc pod uwagę litry zmarnowanej wody? Tymczasem w USA odchodzi się od segregacji śmieci przy zbiórce, a robi się to automatami w zakładach śmieciowych.

– Nie widzę wygranych w nowym systemie gospodarki odpadami komunalnymi. Przegrani będą mieszkańcy, bo będą więcej płacić za śmieci. Przegrani będą przedsiębiorcy, bo mogą wypaść z rynku. I w końcu przegrany jest samorząd, bo przez brak szybkich działań doprowadza do trudnych i konfliktowych sytuacji – wieszczył w „Pulsie Biznesu” w marcu br., jeszcze przed wejściem w życie ustawy śmieciowej dr Bohdan Wyżnikiewicz, wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową. Niestety jego przewidywania sprawdzają się na naszych oczach. – Wiele wskazuje, że zbudowaliśmy koszmarny, skomplikowany i kosztowny system odbierania i sortowania śmieci, który przez dekady będzie generował biurokrację i patologie – pisał w „Rzeczpospolitej” w sierpniu br., już po wejściu w życie ustawy śmieciowej prof. Krzysztof Rybiński. – Kiedyś jak firma sobie nie radziła, mogłem ją zmienić, co ją dyscyplinowało, więc starała się, by klienci byli zadowoleni. Teraz firma jest jedna, a klientem jest urząd gminy. Dbanie o zadowolenie urzędnika to co innego niż właściciela posesji. Zresztą UOKiK protestował przeciw tej ustawie, bo niszczy konkurencję, ale pokonało go śmieciowe lobby – dodał prof. Rybiński.

W związku z tym Ryszard Brejza, prezydent Inowrocławia, zaskarżył ustawę śmieciową do Trybunału Konstytucyjnego i popiera go już tysiąc miast i gmin, a także Kongres Nowej Prawicy. – Ustawa śmieciowa narusza naszą wolność do gospodarowania tzw. odpadami, powoduje rozrost biurokracji, w gminach zostały powołane nowe komórki do administrowania śmieciami i wdrażania ustawy śmieciowej, dzięki czemu więcej zapłacimy za wywóz śmieci – mówiła podczas protestu w Katowicach Beata Banasiewicz, wiceprezes Regionu Śląsko-Dąbrowskiego KNP. – Protestujemy przeciwko marnotrawstwu pieniędzy publicznych, czyli pieniędzy każdego podatnika – dodała. Zdaniem KNP ustawa śmieciowa sankcjonuje nowy dotkliwy podatek. Wprowadza także niezgodną z polskim prawem odpowiedzialność zbiorową – jeżeli jeden z mieszkańców bloku nie będzie segregował śmieci, to wszyscy zapłacą wyższe stawki – jak za śmieci niesegregowane.

Tak naprawdę na „rewolucji śmieciowej” zarabiają znajomi królika. W Warszawie przetarg na wywóz śmieci był ustawiony pod miejską spółkę MPO (ustalono takie kryteria, że najwięcej punktów dostała za nie spółka komunalna), co doprowadziło do jego unieważnienia. W efekcie w Warszawie przez pół roku odbiór odpadów odbywa się na starych zasadach (ale ceny już są według nowych standardów). Eksperci wskazują na korupcjogenny charakter nowego prawa, którego autorem jest Tadeusz Arkit, poseł PO. Urzędnicy albo za łapówki będą podpisywać umowy z dużymi prywatnymi spółkami (w wyniku lobbingu dużych firm śmieciowych podczas powstawania ustawy tak ją skonstruowano, by małe firmy wyleciały z rynku), albo ze spółkami komunalnymi, gdzie nadal będzie panował nepotyzm. – Należy też zauważyć, że na biznesie śmieciowym zarabiają nie tylko firmy, które wygrały przetarg na ich wywóz, ale również firmy, które wyprodukowały tony „ekologicznych” broszur, ulotek, plakatów. Gdzie w tym wszystkim jest troska o środowisko naturalne? – pyta czytelnik „Uważam Rze”. Na nowej ustawie zarobili też… prawnicy, którzy zajmują się analizą postępowań przetargowych, pisaniem odwołań i procesowaniem przed izbami odwoławczymi. Szkoda tylko, że to jałowa praca, która w systemie rynkowym w ogóle nie byłaby potrzebna. A na końcu i tak za wszystko zapłacą podatnicy.

Tomasz Cukiernik 

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 35-36 tygodnika “Najwyższy CZAS!” z 2013 r.

M.G. 

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *