Święcicki: Polska na linii rosyjskiego ciosu? Komentarz do kryzysu ukraińskiego

„Dziś Gruzja, jutro Ukraina, a później może Polska”[1]. Czy wypowiedź prezydenta Polski z 2008 r. była profetyczna? Czy jest prognozą tego, co może się wydarzyć? Patrząc na polską politykę zagraniczną, a szczególnie polską politykę wschodnią, można powiedzieć, że słowa te są tak naprawdę programem, a nie prognozą. Całkowite poświęcenie dla idei należącej do Unii Europejskiej i NATO Ukrainy, musi doprowadzić do poważnego zatargu z Rosją. Winna nie będzie wtedy Rosja, gdyż ta nigdy nie stwierdziła ustami swoich przywódców, by nasz kraj był w tej samej kategorii państw, co Ukraina, czyli w rosyjskiej strefie wpływów. Polska sama wchodzi na linię ciosu.

Kryzys ukraiński różni się od kryzysu gruzińskiego sprzed sześciu lat tym, że nie dotyczy marginalnego w gruncie rzeczy państwa leżącego w sąsiedztwie Rosji, ale dużego, znaczącego, choć niestabilnego obecnie państwa, które jest tzw. sworzniem geopolitycznym. Koncepcję Ukrainy jako sworznia geopolitycznego stworzył amerykański politolog Zbigniew Brzeziński. Warto przypomnieć, co stwierdził autor „Wielkiej szachownicy”: „Bez Ukrainy Rosja przestaje być imperium eurazjatyckim: może wciąż próbować zdobyć status imperialny, lecz byłaby wówczas imperium głównie azjatyckim”. Ukraina jest więc dla Rosji kluczowa pod względem prestiżowym, gospodarczym, politycznym, militarnym, kulturowym. Od upadku Związku Sowieckiego Rosja była w stałej defensywie. Musiała wycofać się z wpływów, które zdobyła po II wojnie światowej. Jest jednak granica, na której przekroczenie Rosja nie może sobie pozwolić. Jest nią przejście Ukrainy (a także Białorusi) do sfery wpływów euroatlantyckich. Granice Zachodu nie mogą kończyć się na wschodniej granicy Ukrainy.

Korzystając z osłabienia Rosji i optymizmu „końca historii” Polska weszła do struktur polityczno-militarnych Zachodu. Rosja musiała pogodzić się z tym faktem. Jednak, gdy tylko w tych strukturach się znaleźliśmy, pojawiła się chęć, by podzielić się tym „szczęściem” z innymi. Z neoficką wiarą Warszawa zaczęła realizować ambitny program przeciągnięcia Białorusi i Ukrainy (a także Gruzji) na zachodnią stronę. Program ten, pod nazwą „polityki wschodniej”, legł w gruzach w latach 2008-2010. Polityka rosyjska w tym czasie stała się bardzo asertywna, a przywódcy rosyjscy przestali ukrywać co myślą na temat zagrażających im posunięć Zachodu. Jasno sprawę przedstawia tzw. doktryna Miedwiediewa z 31 sierpnia 2008 r., w której Rosja potwierdziła swoje prawo do własnej strefy uprzywilejowanych interesów, w której będzie mogła interweniować w obronie swoich obywateli[2].  Częściowo odpowiedzialny za reakcję Rosji jest Zachód, który nie będąc w stanie wykrystalizować jasnej i spójnej polityki wobec posowieckich państw, jedną ręką pokazywał marchewkę, drugą zaś figę wpychając rozczarowane tym kraje z powrotem w ręce Moskwy. Tak musiało się stać, bo Zachód nie tylko nigdy nie miał wspólnej wizji stosunków z UBiG, ale nie miał też takiej wizji w ogóle. Polityka Zachodu była i jest chaotyczna, niekonsekwentna i wtórna: przykładem niech będzie rezygnacja NATO z MAP dla Ukrainy i Gruzji na szczycie w Bukareszcie w 2008 r. Jednym słowem, zawsze polityka wobec tych państw była prowadzona przez Moskwę. Niepotrzebnie łudzono je, że jest inaczej. Tak będzie i tym razem.

Czas postawić sprawę jasno: Polska dała się wymanewrować w swej polityce wschodniej. Dała się wymanewrować zarówno Zachodowi, państwom grupy UBiG, jak i po części Rosji. Dlaczego tak się stało? Otóż przyczyna tkwi w źle zdefiniowanym interesie Polski. Polską polityką wschodnią rządziła przez lata tzw. doktryna Giedroycia-Mieroszewskiego, której głównym założeniem było opowiedzenie się za niepodległością Ukrainy, Białorusi i Litwy. Ta koncepcja – w zasadzie słuszna – została z powodzeniem zrealizowana na początku lat 90. XX wieku, ale niektórzy zdawali się tego faktu nie widzieć redefiniując pojęcie niepodległości. Teraz niepodległość Ukrainy czy Białorusi miała oznaczać taką pozycję międzynarodową, jaką posiada Polska: celem stało się wprowadzenie Ukrainy i Białorusi do Unii Europejskiej i NATO. Trudno nie zauważyć, że o takiej definicji niepodległości nie mówili Giedroyć z Mieroszewskim.

Realizacja euroatlantyckiego scenariusza wobec Ukrainy Rosja traktuje jako bezpośrednie zagrożenie. Nie musimy teraz rozważać, czy tak jest w sensie obiektywnym: tak twierdzi Rosja i musimy brać taką definicję na poważnie licząc się z możliwymi skutkami. Nawet jeśli jest to tylko wyraz nieuzasadnionego strachu przed NATO i USA albo retoryka na potrzeby polityki wewnętrznej, to i tak jest to fakt, którego nie mamy prawa zanegować. Trzeba pamiętać, że polityka jest grą, w której również błędne przesłanki mogą doprowadzić do tragedii.

O tym, że błędne założenia prowadzą do katastrofy, powinna już wiedzieć Polska widząc ostatnie wydarzenia w kryzysie ukraińskim. Mimo publicznego entuzjazmu dla rewolucyjnych wydarzeń ukraińskiego przedwiośnia polityka wschodnia III RP kona na naszych oczach. Misja kijowska ministra spraw zagranicznych spaliła na panewce. Wybrany w legalnych, demokratycznych wyborach i uznany przez świat prezydent Ukrainy zbiegł, a władzę przejęła wiecowa opozycja. Rewolucyjny rząd został uznany przez Zachód, ale nie przez Rosję. Krym, z pomocą Rosji, idzie w kierunku regionu separatystycznego. W przyszłym plebiscycie ludność miejscowa opowie się za przynależnością do Federacji Rosyjskiej. Wschód Ukrainy wciąż się waha między lojalnością wobec Janukowycza (Rosją), a rządem kijowskim. Rosja zgodnie ze swoją doktryną zapowiedziała możliwość interwencji wojskowej na Ukrainie w obronie mniejszości rosyjskiej. Wydaje się, że wystarczy niewielkie zdarzenie, by Moskwa przeszła do czynów.

Z perspektywy dotychczasowej polityki polskiej sytuacja jest beznadziejna. Zakładane cele nie zostały osiągnięte, a założenia dotyczące Rosji okazały się błędne. Tragedia może być jednak większa, jeśli polska elita polityczna, w obliczu groźby interwencji rosyjskiej, zdecyduje się poprzeć Ukrainę nie tylko dyplomatycznie, jeśli wciągnie w ewentualny konflikt zbrojny między Ukrainą a Rosją, Polskę i inne państwa Zachodu. Wypowiedzi polskich mediów i – o zgrozo – polskich decydentów o możliwej wojnie przypominają zabawę dzieci z zapałkami. Tylko dziś premier powiedział (2.03.14r.): „To konflikt mający wszelkie znamiona konfliktu, który może poprzedzić wojnę, który angażuje wszystkie państwa świata”[3], los Ukrainy to „być albo nie być dla przyszłości Polski”[4]. Czym dzisiaj różni się rzekomo zdroworozsądkowy i realistyczny Tusk od romantycznego i antyrosyjskiego Kaczyńskiego?

Atmosfera w Polsce jest taka, jakby rosyjska armia miała wkroczyć do Przemyśla, Rzeszowa lub Olsztyna, a nie na Krym czy wschodnie rubieże Ukrainy. Polscy politycy przesadzają w ocenie sytuacji, a także w ocenie możliwych militarnych działań Rosji. Przesadę napędza świadomość, że wpływ Polski na sytuację na Ukrainie jest żaden, że teraz już nie tylko oddala się perspektywa „scenariusza atlantyckiego”, ale również rozstrzyga się los Ukrainy jako jednolitego, suwerennego państwa. Polityka wschodnia, jak powiedziano, wykroczyła poza doktrynę Giedroycia, co w efekcie doprowadzi do utraty tego, co dawno osiągnięto.

Ewentualna utrata jednolitości terytorialnej przez Ukrainę może przebiegać w dwóch wersjach: albo od Ukrainy odłączy się jedynie Krym, albo także wschodnia część Ukrainy. W drugiej opcji będziemy mieli dwie Ukrainy, jedną „prozachodnią”, drugą „prorosyjską”. Jeśli rząd w Kijowie nie pogodzi się z rozpadem Ukrainy, dojdzie do wojny domowej. Jeśli Zachód wymusi na nim, by pogodził się z dokonanymi faktami, między obu państwami powstanie sytuacja porównywalna do podziału Niemiec. Nie trudno sobie wyobrazić konsekwencje gospodarcze i społeczne takiego scenariusza, włącznie z katastrofą humanitarną u polskich granic. W pierwszej opcji Ukraina zachowa większość terytorium w ramach jednego państwa, ale będzie wstrząsana silnymi konfliktami wewnętrznymi, inspirowanymi z jednej strony przez Zachód (w tym Polskę) i Rosję z drugiej strony. Warto zauważyć, że w żadnym ze scenariuszy ingerencja wojskowa Rosji w sprawy Ukrainy nie jest konieczna.

Czy Rosja rozpocznie interwencję wojskową na Ukrainie? Raczej nie, nie leży to w interesie Rosji, ponieważ stosunki z Zachodem uległyby znaczącemu pogorszeniu. Państwa środkowo-europejskie zaczęłyby w panice wzywać USA i NATO do podjęcia reakcji, a zwłaszcza obrony ich terytorium. Logika – dziś Ukraina, jutro my – zyskałaby dodatkowy argument. W ciągu kilku lat nie tylko doszłoby do wzmożonych zbrojeń w regionie wymierzonych przeciwko Moskwie, ale także – być może – do zawiązania się politycznej koalicji państw Europy Środkowej, oczywiście antyrosyjskiej koalicji. Najbardziej zagrożone poczułyby się oczywiście państwa bałtyckie – Litwa, Łotwa, Estonia. Na polskim podwórku skończyłoby się to wzrostem poparcia dla partii antyrosyjskich. Prawdopodobieństwo takiej sekwencji wydarzeń zwiększy brak woli wypełnienia przez mocarstwa gwarancji danych Ukrainie w 1994 r. To zresztą byłby kolejny argument dla tych, którzy twierdzą, że gwarancje zachodnie są warte tyle, ile papier, na którym są zawierane.

Spójrzmy więc od strony psychologicznej na obecny kryzys ukraiński: Rosja stosuje kilka technik manipulacji, które są dość czytelne, jeśli nie patrzy się samemu w sposób emocjonalny. Po pierwsze, stworzyła stresującą dla przeciwników sytuację deklarując możliwość interwencji wojskowej. Jeszcze nic się nie stało, a już wypowiedzi polityków zachodnich (w tym polskich) są takie, jakby interwencja już się zaczęła. Oznacza to tyle, że racjonalne myślenie przestało funkcjonować, teraz działają tylko emocje. Rosja przedstawia się dziś jako państwo działające irracjonalnie (kolejna technika), prężące muskuły (ćwiczenia wojskowe jako demonstracja siły). Wreszcie prezydent Putin nie wypowiada się publicznie w sprawie całej sytuacji. Wszystko to może oznaczać, że właściwym celem Rosji w tej sytuacji jest eskalacja konfliktu na Ukrainie do takiego stopnia, że znerwicowany Zachód zgodzi się uznać wpływy rosyjskie w tym kraju. Prezydent Putin wystąpi wtedy, podobnie jak w przypadku Syrii, w roli katechona, który ratuje Ukrainę przed rozpadem, wojną domową, konfliktem regionalnym, a może i III wojną światową… Ceną będzie potwierdzenie rosyjskiej strefy wpływów do polskiej granicy wschodniej.

Polityka Rosji jest jak najbardziej racjonalna. Moskwa nie chce militarnie zajmować dużego państwa w środku Europy tylko po to, by zaognić relacje z większością Europy i stać się śmiertelnym wrogiem dla Ukrainy. To, co Rosja mogłaby osiągnąć militarnie, osiągnąć chce środkami dyplomatycznymi, z potwierdzeniem ze strony Zachodu. 

W tej sytuacji jedyne optymalne z punktu widzenia interesu Polski działanie to podjęcie starań o organizację międzynarodowej konferencji dotyczącej przyszłości Ukrainy. Mocarstwa gwarantujące niepodległość i nienaruszalność granic Ukrainy w 1994 r., USA, Wielka Brytania, Rosja oraz Niemcy (w imieniu UE), być może także Turcja, powinny usiąść do stołu razem z przedstawicielami rządu kijowskiego i Ukrainy wschodniej. Celem powinno być zmniejszenie napięcia międzynarodowego wokół Ukrainy, zapobieżenie jej gwałtownemu rozpadowi i wypracowanie kompromisowego rozwiązania konfliktu wewnętrznego.

Polska może zaproponować następujące rozwiązanie: albo 1) przekształcenie Ukrainy w federację trzech organizmów – Ukrainy zachodniej, wschodniej i Krymu, albo 2) w federację tylko dwóch pierwszych oraz przyznanie specjalnego statusu autonomicznej republiki krymskiej. Konieczne będzie potwierdzenie przez rząd w Kijowie umowy z Rosją w sprawie baz wojskowych na Krymie.

Panie ministrze Sikorski, czas uratować to, co z pierwotnej polskiej polityki wschodniej pozostało! Jeśli Pan tego nie zrobi, zrobi to prezydent Rosji i przywódcy Zachodu ponad polskimi głowami.   

Łukasz Święcicki

aw


[1] Wypowiedź Lecha Kaczyńskiego na wiecu w Tbilisi 12/13 sierpnia 2008 r.: „My wiemy, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i mój kraj”. Zob. M. Czech, To była noc Lecha Kaczyńskiego, „Gazeta Wyborcza”, http://wyborcza.pl/1,76842,5660891,To_byla_noc_Lecha_Kaczynskiego.html

[2] Zob. http://en.ria.ru/world/20080831/116422749.html

[3] Zob. http://www.tvn24.pl/tusk-to-konflikt-ktory-moze-poprzedzic-wojne-ale-na-razie-polska-nie-jest-zagrozona,403620,s.html

[4] Zob. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,15552529,Tusk__Nie_pozwolmy_swiatu_odwrocic_sie_od_Ukrainy_.html. Por. wypowiedź posła Adama Szejnfelda: „Jeżeli dojdzie do odpowiedzi militarnej NATO, to mamy wojnę światową”, „Pierwszy raz od czasu II wojny światowej, nie licząc konfliktu kubańskiego, świat stanął w obliczu tak poważnej sytuacji”. Cyt. za: http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Adam-Szejnfeld-jezeli-dojdzie-do-odpowiedzi-militarnej-NATO-to-mamy-wojne-swiatowa,wid,16442971,wiadomosc.html. Licytacja na słowa postępuje. Por. wypowiedź posła Adama Hofmana: „Realne działania [wobec kryzysu na Ukrainie] to jest po prostu VI flota amerykańska. Nie ma innych realnych działań”. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,15552216,Hofman_u_Olejnik__Realne_dzialania_ws__Ukrainy_to.html#BoxWiadTxt

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *