Tańce mieszane, miłe Bogu czy diabłu, cz. II

Czy na pewno chodziło o tańce „damsko-męskie”?

Prawdą jest, iż w tradycyjnych przestrogach kościelnych skierowanych przeciw tańcom, nie używa się określenia „damsko-męskie” lub „mieszane”. W pierwszych wiekach istnienia chrześcijaństwa pogańska starożytność nie znała tańców w mieszanych parach. W związku z tym może rodzić się pytanie, czy aby na pewno formułowane przez katolickie nauczanie moralne ostrzeżenia, dotyczą tańców mieszanych płciowo? Czy pierwsi Ojcowie Kościoła mogli potępiać współczesne im tańce ze względu na ich „damsko-męski charakter”, jeśli wówczas takowe pląsy nie były znane? A może Ojcowie Kościoła zwalczali tańce z powodu ich powiązania z ówczesnymi fałszywymi kultami pogańskimi?

Na fakt, że to właśnie damsko-męskie tańce stały się obiektem tradycyjnie katolickiej niechęci, krytyki, a nawet wrogości, wskazuje cały kontekst wypowiedzi skierowanych przeciw zabawom tanecznym. Istnieją co najmniej pięć przesłanek pozwalających tak twierdzić:

  • głównym powodem niechęci do tańców było widzenie w nich bliskiej okazji do grzechów przeciw świętej cnocie czystości. Zważywszy na to, iż jakieś 97 – 98 proc. rodzaju ludzkiego jest heteroseksualna oczywistym jest, że krytyka tańców jako prowadzących do nieczystości musiała dotykać ich mieszanego płciowo charakteru. Gdyby bowiem w krytykowanych tańcach panowała segregacja płci, wówczas to niebezpieczeństwo dla cnoty czystości stanowiłoby co najwyżej marginalny problem. W końcu homoseksualiści i lesbijki stanowią jakieś 2-3 proc. społeczeństwa.

  • Fakt powiązania starożytnych tańców z pogaństwem wcale nie przeczy temu, iż były one też związane z erotyzmem. Jedno nie zawsze musi wykluczać drugiego. Ówczesnych tańce nierzadko łączyły się zarówno z pogaństwem i seksem. Faktem jest, że wiele pogańskich kultów czciło seksualne żądze i grzechy. Damsko-męski charakter występujących wówczas pląsów przejawiał się zaś, choćby w tym, iż ich uczestnicy byli ze sobą mocno wymieszani, a mężczyźni patrzyli na wykonujące przed nimi sugestywne ruchy kobiety. Starożytne tańce pogańskie można by porównać do dzisiejszych tańców typu: striptiz, go go, dyskoteki czy taniec brzucha.

  • Ojcowie Kościoła i pisarze kościelni piętnując starożytne tańce pogańskie, wyraźnie wskazywali, iż są one też zagrożeniem dla cnoty czystości ( a więc nie chodziło jedynie o bałwochwalcze ich skłonności). Św. Cyprian sugeruje wszak, iż tańce pogan obrazują „pożądliwą” grecką opowieść, zaś dobre pląsy Dawida nie polegały na „wykręcaniu kończyn w obscenicznych ruchach” (przeciwstawiając taniec Dawida tańcom pogan daje do zrozumienia więc, iż te ostatnie polegały na obscenicznych ruchach). Św. Cyprian pisał też, iż tańce pogan są powodem rzucania „niewstydliwych spojrzeń” oraz „zapalania żądz„. Św. Ambroży z kolei, nauczał wprost, iż tańce „są grobem czystości” zaś „dziewczyna, która lubi taniec nie lubi czystości„. Starożytny pisarz Arnobius tak zaś opisuje ówczesne tańce: „W końcu, unosząc swoje pośladki i biodra falują z drżącym ruchem lędźwi„.

  • chociaż tańce w mieszanych płciowo parach pojawiły się dopiero w dziesiątym wieku po Chrystusie, to jednak również w istniejących w poprzednich wiekach zabawach tanecznych często panowało wymieszanie płci. Tak czy inaczej; zarówno przed, jak i po dziesiątym wieku kościelna krytyka tańców nie ustawała.

  • w katolickich podręcznikach apologetycznych i teologii moralnej mówi się wyraźnie, iż „tańce osób różnej płci(są) nadzwyczaj niebezpieczne”. Poza tym, krytykowane tańce zwane są również „balami” albo „tańcami towarzyskimi”. Zarówno „bale” jak i „tańce towarzyskie” mają zaś charakter mieszany płciowo.

  • gdy mowa jest o nielicznych skromnych i niewinnych tańcach, zazwyczaj zaznacza się, iż polegają one na rozdziale płci. I tak, choćby ks. Jakub Wujek opisując biblijne tańce stwierdza, iż „tam niewiasta i mężczyzna osobno tańcowały, nie tak się mieszali, jako dziś u nas w obyczaj weszło„, zaś ks. Antoni Cząstka omawiając niektóre z moralnie prawowitych tańców ludów pierwotnych zaznacza, iż: „tańczą zwyczajnie sami mężczyźni„.W zbliżony sposób wypowiadał się też ks. Ildefons Bobicz, gdy mówiąc o „niektórych pięknych i niewinnych tańcach” jako przykłady takowych podaje pląsy Dawida przed Arką oraz taniec chłopców w kościołach w Sewilli. Oba z tych tańców miały zaś charakter rozdzielnopłciowy.

Niebezpieczne „zawsze” lub „prawie zawsze”

Można niekiedy spotkać się z sugestią, iż katolicka nauka moralna przestrzegała tylko przed „niektórymi” tańcami damsko-męskimi, nie dotykając ostrzem swej krytyki ich większości. Lektura antytanecznych deklaracji nie pozostawia jednak wątpliwości, iż było dokładnie odwrotnie. To znaczy: obiektem krytyki, przestróg, a nawet potępień, był ogół tańców damsko-męskich. Mówiąc zaś nieco konkretniej: kościelne autorytety zawsze krytykowały, a nierzadko otwarcie potępiały, rozpowszechnione i popularne w różnych okresach czasu mieszane płciowo tańce. Tradycyjnie zwalczano więc, nie tylko niektóre lub choćby część mieszanych tańców, lecz ich przygniatającą większość, jeśli nie 100-procentową całość. Mówiąc inaczej: nawet jeśli zdarzały się jakieś niewinne mieszane tańce, to stanowiły one tak niewielki ich ułamek, że nie warte było temu poświęcać uwagę. Do takiego wniosku skłaniają co najmniej trzy przesłanki:

  • w wielu antytanecznych ostrzeżeniach używa się określeń generalizujących typu: „dzisiejsze tańce„, „współczesne tańce„. Nie mówi się tam: „część modnych tańców”, „niektóre z dzisiejszych tańców”, itp. Daje się więc wyraźnie do zrozumienia, iż negatywnym osądem należy objąć ogół (a więc „wszystkie” lub „prawie wszystkie”) tańców damsko-męskich (występujących w czasach życia autorów tych krytyk), a nie zaledwie tylko jakąś ich część. Przestrzeganie przed ogółem tańców damsko-męskich musi więc prowadzić do wniosku, iż krytyka dotyczyła wszystkich lub prawie wszystkich ich rodzajów. Gdyby tradycyjne kościelne przestrogi tyczyły się tylko „niektórych” lub „części” mieszanych tańców, wówczas musiałaby być użyte tego rodzaju sformułowania. Jest w końcu istotna różnica pomiędzy powiedzeniem: „Nie lubię dzisiejszych tańców”, a stwierdzeniem: „Nie lubię niektórych z dzisiejszych tańców”.

  • część z antytanecznych wypowiedzi wprost potępia wszystkie mieszane tańce. I tak np. św. Jan Chryzostom oświadcza: „W każdym tańcu czart bierze udział. Przypomnijmy też przywoływane już wyżej świadectwo św. Proboszcza z Ars, który przeciwny był udziałowi we wszelkich zabawach tanecznych, nawet, gdy solennie zapewniano go, iż wszystko będzie odbywało się tam w zgodzie z przyzwoitością. Jak potwierdzają akta procesu kanonizacyjnego św. Jana Vianneya: „Nie pozwolił (on) uczestniczyć w żadnych balach, ani nawet zjawiać się na nich w roli zwykłego widza(dotyczyło to rzecz jasna także wiejskich zabaw tanecznych).

  • część tradycyjnej moralistyki katolickiej wprost przestrzega przed „prawie wszystkimi” albo przynajmniej „wieloma” mieszanymi tańcami: „w dobie obecnej, gdzie wszystkie prawie tańce obrażają uczucia moralności i przyzwoitości przez nieprzystojne gesty i układ ciała tańczących” (ks. Franciszek Spirago); „wiele tańców nowoczesnych obliczonych jest na grubą zmysłowość i budzenie instynktu erotycznego” (ks. Władysław Wicher); „Modne tańce – będąc prawie wszystkie najgorszego pochodzenia – grożą skromności i wstydliwości” (oświadczenie Episkopatu Austrii z 1925 r. ). Pojawiają się również stwierdzenia typu: „niemoralne tańce tak bardzo i u nas rozpowszechnione” (ks. Ildefons Bobicz). Gdy mówi się zaś o „niewinnych”, „dobrych”, itp., tańcach dodaje się przy tym określenia: „niektóre” (ks. Bobicz, ks. Wujek) albo „są to wyjątki, ale bardzo rzadkie„(ks. Guillois). I tu widać więc, że złe i niebezpieczne tańce były postrzegane jako norma, a skromne i niegroźne, jako wyjątek. Zazwyczaj zaś, gdy mowa była o „niektórych uczciwych tańcach” podawano przy tym przykłady pląsów, w których panował rozdział kobiet i mężczyzn, a więc przynajmniej jasno sugerowano, że istniejące dobre tańce nie mają charakteru mieszanego.

Skierowane do ogółu, czy tylko niektórych wiernych?

Bardzo często stosowanym w obronie mieszanych tańców chwytem retorycznym jest sugerowanie, jakoby tradycyjnie katolickie przestrogi antytaneczne, były kierowane tylko do jakiś określonych grup odbiorców, nie zaś ogółu wiernych. W tym ujęciu, ostrzeżenia przed tańcami, miałyby charakter jakiś specjalnych, a nie powszechnych norm, których przesłaniem, nie powinna się przejmować większość ludzi. Przykładowo, dla większości ludzi, wypicie małej porcji alkoholu, zazwyczaj nie jest wstępem do pijaństwa, jednak dla nałogowych alkoholików już coś takiego może być początkiem upicia się. Dlatego też, wszelkiego picia trunków należy odradzać albo zakazywać tylko niektórym, mającym za sobą lata ciągłego ich nadużywania osobom, nie zaś większości ludzi, którzy zazwyczaj mają kontrolę nad swym piciem. Taką optykę próbuje się też narzucić tradycyjnym przestrogom przed tańcami. Sugeruje się, iż miały być one kierowane do mniejszości ludzi, a więc np.. tych, którzy mieli szczególne problemy z cnotą czystości (byli np. erotomanami), nie dotyczyły zaś większości wiernych.

Problem z tego rodzaju interpretacją tradycyjnie katolickiej niechęci względem mieszanych tańców jest taki, iż analizując wypowiedzi autorytetów kościelnych na ten temat, nie znajdzie się w nich śladu sugestii, jakoby były one kierowane tylko do niektórych osób. Sposób formułowania antytanecznych ostrzeżeń i przestróg ma charakter bardzo ogólny i nie ma znajdzie się tam zastrzeżeń, iż dotyczą one tylko jakiś określonych grup, np. ludzi bardzo wrażliwych na pokusy seksualne, osób należących do stanu duchownego, etc. Zawsze adresatami tych przestróg są osoby różnych stanów i usposobienia. Co więcej, pojawiają się nich nawet wprost stwierdzenia, iż :”należy każdemu tańców stanowczo odradzać” (ks. Franciszek Spirago). Prawdą jest, że niektóre z wystąpień przeciw tańcom, wydają się akcentować to, iż skierowane są one zwłaszcza do młodych ludzi. Akcent położony na jakiejś grupie, nie oznacza jednak, że do pozostałych grup, dane ostrzeżenie nie jest skierowane w ogóle. Tradycyjna moralistyka katolicka ogólnie rzecz biorąc, przestrogi przed rozpustą, cudzołóstwem, nierządem i innymi przejawami nieczystości seksualnej, kierowała zwłaszcza do młodych ludzi (wiedząc, iż zwłaszcza w tym okresie życia jest się szczególnie narażonym na te nieprawości), to przecież jednak nie oznacza, że ludziom w średnim i starszym wieku, dawano przyzwolenie na czynienie tych grzechów. Nawet te z wypowiedzi przeciw tańcom, które były formułowane w kontekście sytuacji bardziej indywidualnych, a więc w ramach pouczeń dawanych przez osobę duchowną penitentowi w konfesjonale, nie wskazują na to, iż stanowiły one radę przeznaczoną tylko dla danej osoby. Nie można tego np. powiedzieć o praktyce odmawiania rozgrzeszenia za samo patrzenie na taniec, stosowanej przez św. Jana Marię Vianneya. Święty ów wszak, nie tylko zabraniał tańców każdemu penitentowi, który zwracał się do niego w trakcie spowiedzi z tym problemem, ale przez 25 lat, nieustannie wzywał swych wiernych do porzucenia tej rozrywki. Z pewnością nie była to więc z jego strony tylko jakaś szczególna rada, kierowana do szczególnych osób. Podobnie, trudno jest dostrzec tego rodzaju zawężenie ostrzeżeń przeciw tańcom w praktyce spowiedniczej św. ojca Pio z Pietlerciny. Św. Pio nakazując bowiem swym penitentom rezygnacją z udziału w balach i innego rodzaju zabawach tanecznych, mówił do nich: „... taniec jest zaproszeniem do grzechu„; „upieram się i utrzymuję, że jest on niebezpieczeństwem grzechu„. To nie zdania: „taniec jest dla ciebie zaproszeniem do grzechu„; „taniec jest dla ciebie niebezpieczeństwem grzechu„. Widać zatem, iż przestrzegając swych penitentów przed tańcami, św. Pio nie formułował reguł skierowanych tylko do nich, ale mówił o normach ogólnych, powszechny i uniwersalnych.

W podobnym, co wyżej omawiany argument, stylu rozumowania, utrzymana jest próba sprowadzania wielowiekowej krytyki tańców do rzędu prywatnej pobożności jakiegoś Świętego, typu, niemycie się, biczowanie lub też niejedzenie mięsa. Tego rodzaju chwyt retoryczny nie wytrzymuje jednak konfrontacji z rzeczywistą wymową wypowiedzi Ojców, Doktorów i Świętych. Każdy bowiem potrafi rozróżnić pomiędzy relacją opisującą życie jakiegoś Świętego, a jego nauczaniem. I tak np. czytając o życiu św. Proboszcza z Ars napotykamy się na fragmenty mówiące o tym, iż bardzo mało on jadał, sypiał po 2-3 godziny dziennie czy też biczował się w ramach wynagrodzenia za grzechy swych parafian. Gdy jednak analizujemy wypowiedzi św. Jana Vianneya zwrócone do wiernych, to nie znajdziemy tam zachęt do spania dwie godziny dziennie, biczowania własnego ciała czy też jadania na co dzień ziemniaków z zsiadłym mlekiem. Jednakże już wezwania do unikania tańców, balów, nieskromnych strojów, widowisk teatralnych, Proboszcz z Ars kierował do swych wiernych jak najbardziej. O ile zatem, biczowanie się, sypianie po 2 godzinny dziennie czy też jedzenie kartofli z zsiadłym mlekiem, rzeczywiście było prywatną praktyką tego Świętego, której nie zamierzał on nakazywać czy polecać innym wiernym, o tyle unikanie mieszanych tańców stanowiło regułę skierowaną do wszystkich dusz. I dokładnie w każdym wypadku nieprzychylnej tańcom wypowiedzi autorytetów kościelnych widzimy, że nie jest ona opisem jakiejś tam z ascetycznych praktyk tego czy innego Świętego, ale, że ich adresatem są inni wierni.

Skórka od banana czy pole minowe?”

Pierwszą reakcją na katolicką nauką moralną o niebezpieczeństwie tańców mieszanych, chyba zawsze jest następujące zdanie: „Ale wszystko może być okazją do grzechu … Nie popadajmy więc w skrajność, bo wychodząc z założenia, że jeśli coś wiąże się z pokusą popełniania zła, to winniśmy tego unikać, konsekwentnie winniśmy opuścić ten świat i zamknąć się w jakiejś pustelni„. Następną, najczęściej spotykaną reakcją na tradycyjne przestrogi antytaneczne, jest też twierdzenie, jakoby tańce damsko-męskie, jedynie „rzadko” i dla „niektórych ludzi” były okazją do grzechu, zaś dla ludzi, którzy mają dobre i szczere intencje, praktykowanie tego zwyczaju z pewnością nie jest niebezpieczeństwem.

Powyższe argumenty są chwytliwe, gdyż większość z nich zawiera w sobie niemałą część prawdy. Problem polega jednak na tym, iż są one prawdziwe tylko do pewnego momentu, nie uwzględniając innych ważnych elementów, zaś odnośnie kwestii tańców damsko-męskich, są zupełnie błędnie zastosowane. Na czym polega więc rażąca niepełność przedstawionych wyżej argumentów?

Prawdą jest np. iż wszystko może być okazją do grzechu, ale nie oznacza to przecież, że należy zamykać się w pustelni. Błąd popełnia jednak ten, kto nie czyni gradacji pomiędzy stopniami moralnego i duchowego niebezpieczeństwa różnych sytuacji, wrzucając je wszystkie do jednego worka. Z faktu, iż wszystko jest, w jakimś tam stopniu wszystko jest niebezpieczne, nie należy wyciągać wniosku, iż w takim razie, tak samo, można się angażować się we wszystkie sytuacje. Czy np. fakt, iż wychodząc na zwyczajną ulicę można poślizgnąć się na skórce od banana, lub też zostać uderzonym w głowę przez jakiś ciężki przedmiot, który ktoś wyrzucił z okna okolicznego domu, oznacza, że takie same niebezpieczeństwo wiąże się ze spacerem po chodniku, co z przechadzaniem się po polu minowym? Oczywiście, za niespełna rozumu, uznany zostałby ten, kto by twierdził coś podobnego. Zdrowy rozsądek mówi nam, iż istnieją sytuacje minimalnie niebezpieczne i wysoce niebezpieczne i że przy tych pierwszych wystarczy zachować zwyczajną, codzienną ostrożność (np. omijać leżące na ulicy skórki od banana), zaś w obliczu tych drugich, zwykła przezorność nie wystarczy, ale należy ich, o ile jest to tylko możliwe, starannie unikać (a więc nie wchodzić bez naprawdę bardzo ważnej potrzeby na minowe pole).

Dokładnie tak samo jest w życiu moralnym i duchowym. Przy braku jakiejkolwiek rozwagi i ostrożności, wszystko może stać się dla nas źródłem pokus i okazją do grzechu, ale nie znaczy to przecież, iż wszystkie sytuacje są w takim samym stopniu niebezpieczne. Tradycyjna teologia moralna zna dobrze rozróżnienia na tzw. dalsze i bliskie okazje do grzechu, na sytuacje, w których ryzyko ulegnięcia pokusie jest niewielkie i dotyczy małej liczby ludzi oraz na te z sytuacji, w których owe niebezpieczeństwo jest bardzo duże i odnosi się do zdecydowanej większości osób. Przykładowo, zwykła rozmowa mężczyzny z niewiastą, dla większości ludzi, nie wiąże się z dużym ryzykiem popadnięcia w jakiś grzech. Nie da się jednak już tego powiedzieć np. o wizycie w sklepie porno czy patrzeniu na tańce ” go go”, które dla olbrzymiej większości ludzi (zwłaszcza mężczyzn) wiążą się z wielkim niebezpieczeństwem ulegnięcia którejś z seksualnych nieprawości. Inny przykład: siedzenie w parku na ławce z dziewczyną, choć może czasami pobudzać pewnych ludzi do grzechu, nie jest – pod względem niebezpieczeństwa – tym samym, co wspólne mieszkanie ze sobą mieszanych par przed ślubem, które zazwyczaj kończy się praktykowaniem przez owe pary stosunków seksualnych (nawet, jeśli intencją takiego wspólnego zamieszkiwania było powstrzymanie się od tej formy intymności). Fakt zatem, iż można zgrzeszyć w skutek rozmowy z kobietą czy też wspólnego siedzenia z nią na ławce, nie oznacza zatem, iż normalnym dla chrześcijanina jest odwiedzanie sex schopów, klubów z tańcami „go go” czy też wspólne mieszkanie ze sobą przed ślubem, o ile nie towarzyszy temu intencja snucia pożądliwych myśli bądź popełniania nieczystych uczynków. Po prostu, z tymi miejscami i sytuacjami, dla zdecydowanej większości ludzi, wiąże się wielkie ryzyko popadnięcia w różne grzechy, by można usprawiedliwiać angażowanie się w nie, dobrymi intencjami i deklaracjami zachowania ostrożności (np. „To prawda postanowiliśmy ze sobą zamieszkać, ale będziemy spać w osobnych łóżkach„; „Tak przeglądam czasami magazyn <Playboy>, ale osobiście omijam zdjęcia z nagimi kobietami i skupiam się tylko na ciekawych wywiadach i reportażach tam publikowanych” albo: „Owszem idę do klubu, gdzie wykonywany jest striptiz, jednak chcę tylko tam pogadać z kolegami i napić się soku, nie będę patrzył na występy tancerek„). I choć wszystkie z przytoczonych w powyższym nawiasie deklaracji czysto teoretycznie mogą być prawdziwe, a co więcej być może niekiedy naprawdę się zdarzają (to znaczy: istnieją mieszane pary, które mimo wspólnego zamieszkiwania, nie współżyją ze sobą; bywają mężczyźni kupujący „Playboya” tylko w celu czytania publikowanych tam wywiadów i reportaży, którzy wszystkie zamieszczone tam erotyczne zdjęcia od razu zeń wydzierają i palą; zdarzają się faceci bywający w klubach ze striptizem, ale nie patrzący na pokazywane tam tańce) to skrajną naiwnością byłoby sądzić, iż są one normą. Te przykłady pokazują nam też istotną ułomność argumentu sugerującego, że dobre intencje czynią niegroźną każdą z sytuacji i miejsc. Dobre intencje są bardzo ważne w życiu moralnym, ale same z siebie, nie przemieniają one zła w dobro, ani też nie sprawiają, iż niebezpieczne miejsca, sytuacje i zachowania, stają się przystanią cnót oraz duchowego komfortu i bezpieczeństwa. Tak jak można zabić kogoś, jadąc z nadmierną prędkością, lecz nie mając intencji spowodowania wypadku, tak też można zgrzeszyć pomimo faktu, iż wchodząc w jakąś sytuacje, nie mieliśmy zamiaru czynić zła (a może nawet chcieliśmy czynić jakieś dobro).

Do jakiej zatem – pod względem stopnia niebezpieczeństwa dla bogobojnego i cnotliwego życia – należą mieszane tańce? Czy są one tylko „skórką od banana” na której czasami, niektórzy ludzie mogą się potknąć, czy raczej czymś w rodzaju „pola minowego”, gdzie przebywający tam ludzie bardzo często odnoszą poważne rany, okaleczenia, a nawet doznają śmierci?

Z całą pewnością, druga z wyżej wskazanych odpowiedzi jest prawidłowa. Tradycyjna kościelna krytyka zabaw tanecznych opierała się na przekonaniu, iż zawsze lub prawie zawsze, są one bliską okazją do grzechu, a część z nich jest już zła ze swej natury. O tym, że ogół mieszanych tańców traktowano jako „bliską okazję do grzechu” świadczą choćby sformułowania mówiące wprost, iż są one: „bardzo bliską okazją do grzechu„, „bardzo niebezpieczne” (św. Jan Maria Vianney), „zaproszeniem do grzechu” (św. Pio z Pietlerciny), głównymi okazjami do grzechu” (ks. Jean Gaume), „nadzwyczaj niebezpieczne” (ks. Ambroży Guillois), „warsztatem każdej wszeteczności” (ks. Jakub Wujek), „rzadko lub niemal nigdy mogą odbywać się bez grzechu” (św. Karol Boromeusz), „skłaniają ku złemu wszelkimi swymi okolicznościami, że wielką szkodę przynoszą dla duszy (św. Franciszek Salezy), etc. Fakt traktowania części tańców jako złych ze swej istoty potwierdza zaś nazywanie takich tańców jak walc mianem: złych z natury swojej, postawą jaka się w nich przybiera(ks. Ambroży Guillois), „złych samych w sobie”(ks. Stanisław Szarek).

Używanie określeń typu: „bardzo niebezpieczne„, „nadzwyczaj niebezpieczne„, „wielką szkodę przynoszą dla duszy„, „niemal nigdy nie obywają się bez grzechu”, „warsztat każdej wszeteczności„, nie mówiąc już o zwrotach w rodzaju „bardzo bliska okazja do grzechu” czy też „główna okazja do grzechu„, po prostu czyni niedorzecznymi i absurdalnymi próby tłumaczenia, jakoby mieszane tańce były niegdyś traktowane, jako będące zachętą do zła, ale „czasami” lub w stopniu „niewielkim”, „nieznacznym”, itp. Innymi słowy: błędnym jest pogląd, jakoby niebezpieczeństwo tańców damsko-męskich nawet jeśli istnieje to jest sporadyczne, okazyjne i dotyczy tylko marginesu tego zjawiska. Tańce damsko-męskie z pewnością nie są zawsze i wszędzie złe, grzeszne i występne, ale tym nie mniej pewne jest, iż „prawie zawsze”, „zazwyczaj”, „na ogół” są bliską okazją do grzechu, których niebezpieczeństwo w sposób nieporównywalny przewyższa stopień zagrożenia mogący występować przy takich sytuacjach jak siedzenie z dziewczyną na ławce, w kawiarni czy też inne tego typu sytuacje. Chociaż, moralno-duchowo zagrożenie związane z uczestnictwem w mieszanych tańcach nie można jeszcze postawić na jednej płaszczyźnie z odwiedzaniem sex schopu, domu publicznego czy też przeglądaniem pism porno (wszystkie te sytuacje same w sobie nie są jeszcze grzechem, gdyż np. można odwiedzić dom publiczny w całkowicie niegrzesznych zamiarach), to jednak skala ich niebezpieczeństwa jest wysoka i znaczna. Tańce damsko-męskie przypominają zatem raczej pole minowe, aniżeli ulicę, na której przez nieuwagę i szczególnego „pecha” można poślizgnąć się na skórce od banana.

 

Niebezpieczne ze swej natury czy „z racji towarzyszących im okoliczności”?

Niektórzy z obrońców zabaw tanecznych powołują się na te z wypowiedzi tradycyjnych moralistów, które mówią o „ tańcach i balach” jako „nie będących występnymi ze swej natury”, ale których „niebezpieczeństwo tkwi w towarzyszących im okolicznościach”. Stąd wyciągają oni wniosek, iż pewne tańce „nie są bliską okazją do grzechu, dlatego, że są damsko-męskie, ale z powodu innych okoliczności”. Cóż można odpowiedzieć na ten argument?

Czy leżenie w jednym łożu z nieswoją żoną też samo w sobie jest grzechem? Otóż nie. Nie jest to grzechem (póki nie dochodzi do czynności seksualnych albo pożądliwych myśli) ani nawet dokładnie w każdym wypadku nie musi stanowić bliskiej doń okazji – mogą wszak zachodzić różne okoliczności, które będą znacznie obniżać niebezpieczeństwo zaistnienia grzechu w tej sytuacji (więzy krwi, małoletniość albo starość, zmęczenie, impotencja, etc). Ale czy to oznacza, że nie powinno się sformułować ogólnej reguły, iż „leżenie w jednym łożu z nieswoją żoną jest zazwyczaj bliską okazją do grzechu„? Oczywiście, że powinno się ułożyć taką regułę. Choć nie można powiedzieć, że owa sytuacja ze swej natury ( a więc zawsze i wszędzie) jest grzechem czy ze swej natury (a więc zawsze i wszędzie oraz dokładnie i każdej sytuacji) jest bliską doń okazją, to doświadczenie, wiedza o tym, jak pewne bodźce na nas oddziałują, etc, pozwalają z całą pewnością stwierdzić, iż ta sytuacja zazwyczaj będzie rodzić duże niebezpieczeństwo grzechu. Niebezpieczeństwo wspólnego leżenia w łożu osób odmiennej płci po części jest generowane przez specyfikę tej sytuacji (bliskość ciał o którą trudno w innych sytuacjach), a po części wypływa z towarzyszących temu okoliczności (np. nadmiar picia to poprzedzający, oglądanie przedtem nieskromnych obrazów, etc). Jest to więc system naczyń połączonych.
Podobnie wygląda sprawa z tańcami d-m. Nie są one ze swej natury (a więc zawsze i wszędzie) grzechem. Nie są też bliską doń okazją dokładnie zawsze i wszędzie, w każdej bez wyjątku sytuacji i okoliczności. Mogą istnieć okoliczności, które będą w znaczący sposób obniżać poziom niebezpieczeństwa z nimi związanego (więzy krwi, małoletniość, impotencja, brzydki wygląd fizyczny osoby z którą się tańczy, etc). Ale wielowiekowe doświadczenie, wiedza o tym, jak pewne bodźce na nas oddziałują, świadomość tego jak wyglądały tańce kiedyś i w jakim kierunku one zawsze ewoluowały, pozwalają z całą pewnością stwierdzić, że tańce d-m były i są zazwyczaj bliską okazją do grzechu. Ich niebezpieczeństwo po części tkwi w ich tradycyjnej specyfice (a więc, że niemal z zasady przyzwala się w nich na przekraczanie pewnych kanonów bliskości cielesnej, skromności i poufałości, jakie obowiązują pomiędzy płciami na innych płaszczyznach życia społecznego), a po części tkwi w okolicznościach, jakie zazwyczaj im towarzyszą i które niejako są przyciągane przez ową tradycyjną ich specyfikę. Jest to zatem system naczyń połączonych.

Generalnie rzecz biorąc, tradycyjna moralistyka katolicka widzi źródło niebezpieczeństwa tańców d-m w m.in. takich czynnikach jak:

  • nieprzystojne gesty i układ ciała tańczących” (ks. Franciszek Spirago); „dwuznaczne i nieraz wprost seksualne ruchy tańców” (ks. Władysław Wicher)

  • towarzyszące mu zwykle okoliczności (…) Okolicznościami tymi są: panująca tam próżność, zbyt wielka poufałość, jaka się wtedy często zawiązuje, roztargnienie stąd wynikające, a nade wszystko ubiór nie nader skromny większej części tanecznic” (ks. Ambroży Guillois); „wszeteczne pieśni” towarzyszące tańcom (ks. Jakub Wujek), „teksty piosnek” (ks. Władysław Wicher).

Oficjalne nauczanie Kościoła czy tylko teologiczne opinie „niektórych” Świętych?

Obrońcy damsko-męskich tańców bardzo często próbują bagatelizują znaczenie nauki katolickiej na ten temat, próbując ją sprowadzić do rangi jakiś ekstrawaganckich prywatnych opinii „niektórych Świętych” (np. tych z rodzaju poglądu św. Tomasza z Akwinu o tym, iż dusza wstępuje w płód dopiero po kilu tygodniach od poczęcia). Typowym przykładem podobnych chwytów retorycznych może być zdanie pewnego Internauty, który zasugerował, iż krytyka tańców ogranicza się do „paru wypowiedzi surowych Ojców Pustyni i kilku cytatów z dziewiętnastowiecznych teologów„. Podkreśla się także, że wypowiedzi Ojców, Doktorów i Świętych o tańcach, nie stały się częścią oficjalnego, a więc obowiązującego chrześcijan, nauczania magisterium Kościoła. Wskazuje się więc np. iż w orzeczeniach soborów powszechnych brak jest jakichkolwiek wzmianek na temat niebezpieczeństwa mieszanych zabaw tanecznych. Ogólnie rzecz biorąc tego typu obrona damsko-męskich pląsów ma celu prezentację tradycyjnie katolickiej postawy względem nich, jako jakiegoś historycznie izolowanego dziwactwa niektórych ludzi Kościoła, które w żaden sposób nie jest ani tradycyjną, ponadczasową i uniwersalną linią autorytetów kościelnych, ani też nie stanowi oficjalnej wykładni Magisterium. Co można odpowiedzieć na argumenty?

Gdy prześledzi się poszczególne, wymierzone w tańce, wypowiedzi, z łatwością ujrzy się ich ciągłość poprzez wszystkie historyczne okresy. Począwszy od pierwszych wieków istnienia chrześcijaństwa, poprzez średniowiecze, okres reformacji i kontrreformacji, oświecenie, aż po XIX i XX stulecie, widzimy nieprzerwaną serię wymierzonych w tańce krytyk i potępień.

Niełatwo jest też sprowadzić tradycyjną krytykę mieszanych tańców jedynie do rangi prywatnych opinii autorytetów kościelnych. Czy można bowiem tym mianem określić zakazy wydawane przez kościelne synody albo nauczanie Papieży? Z trudnością dało by się również sprowadzić doktryną zawartą w oficjalnie zaaprobowanych katechizmach do szeregu prywatnych opinii.

Tradycyjnie zresztą teologowie zaliczali stanowczą krytykę mieszanych tańców do rangi powszechnego nauczania Kościoła:

„Do głównych okazji do grzechu w szóstym i dziewiątym Przykazaniu zakazanego, zawsze zaliczano tańce i widowiska choć świat mówi, że w nich nie ma nic złego. Zaprawdę! Jedno tu z dwojga: albo się świat myli, albo Kościół Jezusa Chrystusa jest w błędzie: bo nie masz Katechizmu, któryby nie umieszczał tańców i widowisk pomiędzy okazjami do tego grzechu”(ks. Jean Gaume).

Ojcowie Kościoła i mistrzowie życia duchowego potępiali tańce, i dowodzili, że prawie zawsze są one bliskim pochopem do grzechu śmiertelnego(ks. Ambroży Guillois).

Zakazy tańców były w Kościele katolickim od pierwszych już wieków. Nowoczesne tańce egzotyczne potępili papieże Benedykt XV i Pius XI, a za nimi episkopaty licznych krajów i bardzo wielu biskupów poszczególnych diecezji, także i w Polsce. I pod tym względem zgodnym jest sąd Kościoła nauczającego i moralistów katolickich, że te tańce są złe same w sobie i prawie zawsze są grzechem ciężkim, bo jest przy nich albo wprost onanja, albo przynajmniej grzech cudzy, zgorszenie, bliska sposobność do grzechu. Nie wolno więc ich tańczyć, choćby nie było zakazu diecezjalnego, choćby danej osobie nie szkodziły i choćby ta osoba utrzymywała, że w nich nic złego nie widzi i że je tańczy przyzwoicie (…)„(ks. Stanisław Szarek).

Kościół przed tańcami usilnie przestrzega” (ks. Ildefons Bobicz).

Trudno jest lekceważyć wagę powyższych stwierdzeń.

Ks. Jean Gaume utrzymuje, iż tańce zawsze zaliczano do bliskich okazji do grzechu, że nie ma katechizmu, który by się w ten sposób nie wypowiadał na ów temat, a poddawanie tego w wątpliwość równa się przypisywaniu Kościołowi świętemu głoszenia błędu. Tym samym mówi on, iż stanowcza krytyka tańców była powszechną i zwyczajną nauką Kościoła.

Z pozostałych cytowanych przeze mnie wypowiedzi wynika, iż Ojcowie Kościoła i mistrzowie życia duchowego uważali tańce za bliską okazję do grzechu, że Kościół od pierwszych wieków zakazywał tańca, a potępienie tańców, które weszły w modę na przełomie 19 i 20 wieku, cieszyło się zgodnym sądem Kościoła nauczającego i moralistów katolickich (a więc czymś co spełnia warunek nieomylności nauczania zwyczajnego).

Z pozoru tylko argumentem przeciw zaliczeniu krytyki tańców do stałego i powszechnego nauczania Kościoła jest też powołanie się na orzeczenia Soborów ekumenicznych, w których treści nie ma nic na temat niebezpieczeństwa mieszanych pląsów. Wbrew pozorom, by mówić o nieprzerwanej Tradycji Kościoła nie jest konieczne wykazanie, iż dana zasada była głoszona przez określoną ilość soborów. Gdyby tak było, za nieprawdziwe musielibyśmy uznać np. zawarte w encyklice „Evangelium Vitae” nauczanie Jana Pawła II głoszące, iż potępienie aborcji było w Kościele świętym głoszone zawsze i wszędzie (tamże: n. 61-62). Jakby bowiem nie patrzeć, żaden z 21 soborów powszechnych poprzedzający Sobór Watykański II, nie napiętnował przerywania ciąży. A i w dokumentach Vaticanum II owo potępienie można by uznać choć za dobitne, to jednak pojawia się bodajże tylko w jednym miejscu. W ogóle, gdy przyjrzymy się treści nauczania poszczególnych soborów zobaczymy, iż wyjaśnianiu kwestii stricte moralnych poświęca się tam niewiele miejsca. I tak np. w kwestii głoszonej przez Jana Pawła II doktryny o absolutnej i bezwarunkowej nienaruszalności negatywnych norm moralnych nie wypowiada się żaden sobór. Potępienie homoseksualizmu można odnaleźć w orzeczeniach zaledwie trzech soborów: Laterańskiego III, Laterańskiego V oraz Trydenckiego. I w tym wypadku można by zresztą powiedzieć, iż sobory te napiętnowały sodomię w dość enigmatyczny sposób. Sobór Laterański V nakłada więc np. tylko kary na praktykujących to zboczenie duchownych, nie wspominając przy tym o świeckich. Tridentinum zaś krótko wylicza homoseksualizm (zwany w dokumentach tego soboru „mężołożnictwem”) jako jeden z grzechów śmiertelnych, który zamyka drogę do Nieba.

Czyżby więc nieobecność potępienia aborcji w treści nauczania 21 soborów powszechnych, aż do Vaticanum II, miała świadczyć przeciw prawdziwości orzeczenia Jana Pawła II mówiącego o tym, iż doktryna katolicka zawsze piętnowała aborcyjne dzieciobójstwo? Czy brak w nauczaniu soborów orzeczenia o istnieniu czynów, których nie godzi się popełniać nigdy i nigdzie jest dowodem przeciw tejże doktrynie? Czyż wreszcie fakt potępienia homoseksualizmu zaledwie przez trzy na dwadzieścia dwa sobory pozwala poddać w wątpliwość istnienie nieprzerwanej Tradycji Kościoła odrzucającej ten występek? Coś takiego byłoby całkowicie błędnym wnioskiem. To, że Kościół święty nauczał o czymś zawsze, nie znaczy jeszcze wcale, że musiało to być ujęte w treści soborowych orzeczeń. Prawdziwość nauczania tradycyjnych zasad moralności chrześcijańskiej przeważnie nie była kontestowana przez jakiś wyraźny nurt teologiczny i dlatego nie zachodziła potrzeba, by wzmacniać je jakimiś dodatkowymi uroczystymi deklaracjami soborowymi. Katolicka nauka moralna była więc często przekazywana i głoszona innymi niż sobory środkami. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego:

Urząd Nauczycielski pasterzy Kościoła w dziedzinie moralności jest wypełniany zazwyczaj w katechezie i w przepowiadaniu za pomocą dzieł teologów i autorów duchowych. W ten sposób jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, pod przewodnictwem i czujnością pasterzy, „depozyt” moralności chrześcijańskiej” (tamże: n. 2033).

Brak soborowych orzeczeń wymierzonych w mieszane tańce, wbrew pozorom, nie jest więc

dowodem przeciw twierdzeniu, iż krytyka tego zwyczaju była w Kościele głoszona zawsze. W przypadku damsko-męskich pląsów widzimy bowiem nieprzerwane nauczanie wyrażone w katechezie, dziełach teologów i autorów duchowych, a więc za pośrednictwem kanałów, za pomocą, których zazwyczaj głosi się w Kościele zasady moralne.

Nie da się więc nauczania o tańcach sprowadzić do rzędu jednej z opinii teologicznych, które występowały czasowo i w związku z tym mogą one okazać się błędne. Przeciw takiej kwalifikacji przemawiają bowiem następujące fakty:

  • krytyka tańców mieszanych była w Kościele świętym głoszona zawsze, niezależnie od panującej epoki czy kultury

  • niechęć lub wrogość względem takowych tańców była wspierana poprzez oficjalne nauczanie Kościoła (katechizmy, orzeczenia Papieży i synodów, uroczyste uznanie świętości, a co za tym idzie, także prawowierności, mężów Bożych, którzy przestrzegali przed tańcami).

Bardzo mało przekonywujące jest też powoływanie się na czwarte przykazanie kościelne, które zabrania „hucznych zabaw w okresach zakazanych„, jako na dowód, iż zasadniczo Kościół katolicki nie przestrzegał przed tańcami mieszanymi. Czy bowiem fakt, iż zabrania się „hucznych zabaw” tylko w niektórych okresach, a nie we wszystkie dni roku, oznacza tym samym, iż jakakolwiek „huczna impreza” jest dobra i dozwolona (byle tylko nie odbywała się w Wielkim Poście i Adwencie)? Czy „huczne zabawy” polegające na upijaniu, narkotyzowaniu czy zbiorowej kopulacji, są dozwolone, o ile tylko nie mają miejsca, w okresach kościelnej pokuty, postu i wyrzeczeń? Czy „huczna impreza„, na której, za pomocą np. głośnego śpiewu i muzyki, czciłoby pogańskie bóstwa i boginie, byłaby dobra, o ile zorganizowana by została nie w piątek, ale np. w czwartek? A może pójście na koncert zespołu „Behemoth” czy „Madonny” jest całkowicie w porządku, o ile tylko odbywa się on w sobotę, a nie piątek? Oczywiste jest zatem, iż sugerowane przez czwarte przykazanie kościelne, pozwolenie na organizowanie „hucznych zabaw” poza dniami i okresami pokuty, nie oznacza usprawiedliwiania jakichkolwiek „hucznych imprez„. Samo zaś pojęcie „hucznej imprezy” jest na tyle wieloznaczne, iż wcale nie musi pod nim się kryć tylko zabawa z tańcami damsko-męskimi. „Huczną zabawą” może być i wszak koncert, i głośny śpiew w gronie przyjaciół. „Huczna zabawa” z pewnością, sama w sobie nie jest zła, ani wysoce niebezpieczna, by mogła być stanowczo zakazywana lub odradzana wszystkim. Złe lub bardzo niebezpieczne dla dusz są jednak pewne form „hucznych imprez” (np. koncerty bluźnierczych, antychrześcijańskich lub niemoralnych zespołow; pijackie biesiady, zabawy taneczne) i one nie są moralnie dobre, także poza piątkami, czasem Wielkiego Postu lub Adwentu.

Akwinata, Pius XI, Augustyn, św. Joanna Molla, św. Franciszek Salezy poplecznikami tańców mieszanych?

Niektórzy powołują się na przykład św. Tomasza z Akwinu, który rzekomo miał popierać tańce (w domyśle „damsko-męskie„), św. Augustyna mówiącego, iż trzeba nauczyć się tańczyć, gdyż w przeciwnym razie będzie nam nudno w Niebie oraz przykład św. Jadwigi Andegaweńskiej, która będąc jeszcze niezamężną, miała praktykować mieszane tańce (jeszcze inni powołują się w tym względzie na św. Joannę Berettę Mollę, gdyż chodziła ona na bale). Dość często można spotkać się też z informacją, jakoby Pius XI anulował zakaz swego poprzednika, św. Piusa X, odnośnie tanga, co więcej mając nawet pochwalić ów taniec. Zdarza się nawet spotkać z informacją, jakoby św. Franciszek Salezy „chwalił tańce”. Czy te przykłady wiele wnoszą do tematu niniejszego artykułu?

Zacznijmy od tego, iż część z nich, nie wydaje się w być, w ogóle wiarygodna.

 

Z całą pewnością fałszywa jest też informacja o rzekomej „pochwale”, jaką św. Franciszek Salezy miał udzielić tańcom. Było dokładnie odwrotnie. Ów Doktor Kościoła wyraźnie przestrzegał przed tańcami i balami. Pisał on co prawda, że „Tańce i bale, są rzeczami obojętnymi z natury swojej” (co samo w sobie nie jest żadną pochwałą), jednak za chwilę dodawał: „ale ich używanie, JAKIE DZISIAJ JEST ZAPROWADZONE, TAK SIĘ SKŁANIA KU ZŁEMU WSZELKIMI SWYMI OKOLICZNOŚCIAMI, ŻE WIELKĄ SZKODĘ PRZYNOSZĄ DUSZY. Mówię wam przeto o balach, jak lekarze mówią o grzybach: najlepsze z nich powiadają, na nic się nie zdadzą, a ja powiadam, że najlepsze bale nie są przecież dobrymi. Jeżeli chcecie jeść grzyby, dopilnujcie, żeby były dobrze zgotowane i jedźcie je bardzo mało: bo chociażby najlepiej były zgotowane, stają się trucizną, gdy spożyjemy je w zbytecznej ilości. Jeżeli przypadkiem nie będziecie mogli W ŻADEN SPOSÓB WYMÓWIĆ SIĘ OD PÓJŚCIA NA BAL; starajcie się, by taniec porządnie się odbywał we wszystkim, pod względem dobrych zamiarów, skromności, godności i przyzwoitości; TAŃCZCIE NAJMNIEJ ILE MOŻECIE, z obawy, aby serce wasze do tego się przywiązało (…) Te dziwaczne rozrywki, zazwyczaj są niebezpieczne; rozpraszają ducha pobożności, osłabiają moc woli, oziębiają świętą miłość bliźniego i budzą w duszy tysiące złych skłonności (…) Jako niektóre rośliny wciągają w siebie jad żmij, które się do nich przybliżają, TAK TAŃCE PRZYCIĄGAJĄ DO SIEBIE TRUCIZNĘ NAMIĘTNOŚCI LUDZKICH I POWSZECHNEGO ZEPSUCIA (…). Wówczas kiedy tańczyliście na balu, mnóstwo dusz gorzało w piekle, ZA GRZECHY POPEŁNIONE W TAŃCU, LUB ZA ZŁE NASTĘPSTWA, KTÓRE WYNIKNĘŁY Z TAŃCÓW”. Jeśli powyższa wypowiedź jest „pochwałą balów i tańców” to moje teksty poświęcone temu tematowi równie dobrze można uznać za „obronę i usprawiedliwianie tańców”. Doprawdy, tylko człowiek nie znający wypowiedzi św. Franciszka Salezego w owym przedmiocie, ale za to źle poinformowany, może twierdzić, że ów „pochwalał tańce” (zakładając dobrą wolę, a nie kłamliwą chęć przeinaczania tekstów tego Świętego). Prawdą jest, iż św. Franciszek Salezy był łagodniejszy w tym względzie aniżeli św. Proboszcz z Ars, św. Karol Boromeusz czy św. Jan Chryzostom, ale określanie jego wypowiedzi mianem „pochwały” wynika albo z faktycznej jej nieznajomości albo też jest wynikiem kłamliwej intencji jej przekręcenia.

Informację o papieżu Piusie XI, wspierającym tango, w ciągu wszystkich lat, w czasie których badałem naukę katolicką na temat tańców, zawsze znajdowałem tylko na witrynach internetowych prowadzonych przez zwolenników i popleczników tej praktyki, a co charakterystyczne, nie odnalazłem jakiegokolwiek śladu na jej potwierdzenie w źródłach katolickich. Wydaje się więc, iż wieść ta ma charakter jakiejś plotki, czegoś w rodzaju „Urbanlegend„, a więc rewelacji w rodzaju Piusa XII błogosławiącego armię Hitlera. Rzekoma aprobata Piusa XI dla tanga, wydaje się tym mniej wiarygodna, gdy zważy się na fakt, iż papież ten bardzo stanowczo piętnował rozprzestrzenione w jego czasach tańce jako „bezwstydne„. Tango należało zaś do najbardziej bezwstydnych i nieskromnych tańców, które popularne były za pontyfikatu Piusa XI. Mało logiczne było by zatem, z jednej strony potępianie nowoczesnych tańców jako „bezwstydnych”, z drugiej zaś aprobowanie najbezwstydniejszego spośród nich.

Św. Augustyn z kolei, owszem jest autorem rady zachęcającej do nauczenia się tańca, gdyż bez jego znajomości, w Niebie będziemy się nudzić, jednak ów doktor Kościoła wypowiedział także następujące zdanie: „Lepiej całą niedzielę orać, aniżeli spędzić ją na tańcach„. Istnieją zatem dwa możliwe wyjaśnienia owych wypowiedzi św. Augustyna. Albo św. Augustyn popadał w sprzeczność z samym sobą, raz chwaląc go i doradzając, a innym razem sugerując, iż ciężka praca w niedzielę jest lepsza od tańca; albo też ów wielki Boży mąż, jeden rodzaj tańca aprobował, inny zaś piętnował. Dlaczego, biorąc pod uwagę fakt niemal dwudziestowiekowych krytyk wymierzonych w tańce damsko-męskie, mamy przypuszczać, iż św. Augustyn miał je pochwalać i polecać? Czy nie bardziej rozsądnym jest przypuścić, że biskup Hippony nie miał nic przeciwko tańcom, ale rozdzielnopłciowym i tego rodzaju pląsy właśnie aprobował i doradzał?

Przykład ze św. Tomaszem z Akwinu, rzekomo wspierającym tańce mieszane, też w niczym nie ustępuje niewiarygodności, co wyżej wspomniane, „pobożne życzenia” odnośnie Piusa XI i św. Augustyna. Okazuje się bowiem, iż w rzeczywistości, w swej „Sumie Teologicznej” Akwinata ani słowem nie wspominał o tańcach. Jedyne ustępy z tego dzieła, co których można by się jedynie zastanawiać, czy nie dotyczą one również tańców, pochodzą z zagadnienia numer 169 zatytułowanego „O skromności w zewnętrznych ruchach ciała„. Św. Tomasz z Akwinu, jak już powyżej wspomniałem, nie wspomina tam jednak o tańcach, ale pisze o stosowności i niestosowności, żartów, zabaw (nie dodając przy tym, iż chodzi o tańce) oraz występów aktorów. Ogólna konkluzja Akwinaty wyłaniająca się z tego omówienia tego tematu jest taka, iż żarty, zabawy i występy aktorów, są dozwolone i dobre, o ile są czynione z umiarkowaniem i nie żerują na złych rzeczach. Jest to wniosek na tyle ogólny, że można się z nim tylko zgodzić. Wyciąganie jednak z tak ogólnych wniosków (a więc warunkowego moralnego przyzwolenia na „zabawy”) twierdzenia, jakoby św. Tomasz z Akwinu popierał większość damsko-męskich tańców zdecydowanie stanowi interpretacyjne nadużycie.

A jak się więc odnieść do faktu, iż niektórzy ze Świętych (np. św. Jadwiga Andegaweńska i św. Joanna Beretta – Molla) rzeczywiście mieli w swym życiu „taneczne epizody„? By móc odpowiedzieć na to pytanie, należałoby wpierw zadać sobie, jeszcze kilka innych pytań, takich jak:

  • czy Święte te, tańczyły z mężczyznami, a jeśli tak, to czy czyniły to w ramach małżeństwa, czy poza nim?

  • czy było to czynione, z samego zamiłowania do tańców, czy może jako efekt presji kulturowego bądź towarzyskiego konwenansu?

Spróbujmy zatem odpowiedzieć na te pytania:

Ad. 1. Odnośnie św. Joanny Beretty – Molli wiemy, iż uczęszczała ona na bale, jednakże z własnym mężem. Co do św. Jadwigi Andegaweńskiej średniowieczne kroniki historyczne wspominają, iż tańczyła ona z mężczyznami także wówczas, gdy była niezamężną niewiastą.

Ad. 2. Wedle części moralistyki katolickiej, udział w tańcach mieszanych jest dozwolony, wówczas, gdy ich wypływa on np. z polecenia rodziców i tym podobnych okoliczności. Św. Franciszek Salezy choć bardzo odradzał uczęszczania na tańce i bale, dodawał jednak, iż w przypadku, gdy nie jest możliwe „w żaden sposób wymówić się od pójścia na bal” należy „tańczyć jak najmniej, ile możecie„. Wiadomym jest, iż bale były częścią dworskiej etykiety i w związku z tym rodzice często nalegali, by ich młode dzieci na nich bywały. Jest zatem prawdopodobne, że św. Jadwiga Andegaweńska nie chcąc sprzeciwiać się woli rodziców, chodziła na bale, jednak zgodnie z zaleceniami tradycyjnych moralistów, próbowała tańczyć na nich jak najmniej. Znany jest zresztą podobny przypadek innego świętego, a mianowicie bł. Jerzego Frassati, w którego żywocie czytamy, iż co prawda w ramach rodzinnych powinności, bywał na balach, jednak jednocześnie „bardzo ich nie lubił” i korzystał z każdej sposobności, by od nich uciekać. Czym innym jest wszak miłość do mieszanych tańców i balów, a czym innym, bardzo niechętne uczestniczenie w nich z poczucia obowiązku czy powinności (dodatkowo jeszcze zważając na fakt, iż np. św. Jadwiga miała do czynienia z zupełnie innymi tańcami, niż współczesne).

Dlaczego ludzie Kościoła obecnie milczą?

Częstym argumentem, jaki wysuwa się na rzecz mieszanych tańców jest twierdzenie, iż obecnie nie sposób jest usłyszeć z kościelnych ambon oraz w trakcie lekcji religii, jakichkolwiek ostrzeżeń skierowanych przeciw tego typu rozrywkom. Co więcej; niektórzy księża nie czynią większych problemów z dawaniem dyspens na uczestnictwo w urządzanych w piątki zabawach tanecznych. Zdarza się, iż przy kościołach organizowane są potańcówki, zaś pytani o godziwość uczęszczania na dyskoteki duchowni odpowiadają, iż nie widzą w tym niczego zdrożnego. Jakby tego było jeszcze mało, bywa, iż tańce mieszane są obecne nawet na zabawach prymicyjnych wyprawianych z okazji wyświęcenia nowego kapłana, a owi księża tańczą na nich z dziewczętami.

Jednym zdaniem: o ile jeszcze 50 lat temu bez większego trudu można było się natknąć w kościele na jakieś krytykujące mieszane tańce kazanie, o tyle dziś szukanie jakichkolwiek śladów sceptycyzmu względem tego zwyczaju, wydaje się być próbą znalezienia igły w stogu siana. Wielu wysuwa z tego wniosek, iż tradycyjna krytyka tańców albo nie stanowi objawu prawowierności, albo też nie jest już w dzisiejszych czasach aktualna.

To, że krytyka mieszanych tańców jest jak najbardziej tradycyjna, prawowierna i katolicka starałem się wyjaśnić w poprzednich częściach tego tekstu. To, iż owa krytyka ma pełne zastosowanie do dzisiejszych tańców (które są znacznie bardziej wyuzdane i nieskromne od pląsów piętnowanych niegdyś) postaram się w następnych częściach tego artykułu Jeżeli tak się sprawy mają, to jak wyjaśnić niemal całkowite milczenie, jakie w kwestii mieszanych tańców, zapanowało w kościołach, a nawet aprobatę, jaką temu zwyczajowi okazują niektórzy duchowni? Czy nie jest zuchwalstwem, a może nawet jakąś formą nieposłuszeństwa twierdzić, iż tańce są bardzo niebezpieczne, wówczas, gdy część księży już nie tyle milczy na ten temat, ale wręcz wspiera ów zwyczaj?

Powody dla których duża część duchowieństwa milczy na temat niebezpieczeństwa mieszanych tańców, a czasami nawet jawnie wspiera ów zwyczaj, mogą być różne, złożone i skomplikowane. Większość księży najprawdopodobniej nie poznała tradycyjnego nauczania na ten temat, inni być może się z nim nie zgadzają, niektórzy zaś nie poruszają go z obawy o bycie wyśmianym, odrzuconym bądź niezrozumianym przez swych wiernych. Fakt milczenia czy nawet wspierania przez część duchownych jakiś złych lub niebezpiecznych moralnie zjawisk, nie oznacza jednak, iż nieważne staje się w ten sposób wielowiekowe lub/i oficjalne nauczanie katolickie, je piętnujące. Zarówno dalsza, jak i dzisiejsza historia Kościoła zna wszak niejeden wypadek polegający na tym, iż mniejsza bądź większa część duchownych katolickich milczała w obliczu jakiegoś zła, albo nawet jawnie je wspierała. Podajmy kilka tego przykładów:

  1. Episkopat Bawarii już w 1931 r. potępił nazizm jako bezbożną, rasistowską i antychrześcijańską doktrynę. Jak zatem wytłumaczyć fakt, iż w późniejszych latach część niemieckich i austriackich duchowni katolickich pozwalała członkom NSDAP nie tylko przystępować do sakramentów świętych, ale nawet oficjalnie wchodzić do kościołów z flagami hitlerowskimi?

  2. Bolszewizm był wielokrotnie piętnowany przez magisterium Kościoła jako „absolutnie zły„, radykalnie ateistyczny i antychrześcijański, zaś współpraca z bolszewikami została obwarowana przez Piusa XII nawet ekskomuniką. Jak więc można tłumaczyć to, iż nie tylko, zdarzali się księża jawnie kolaborujący z komunizmem (np. „księża patrioci„), ale nawet cały episkopat Węgier wydawał oświadczenia wychwalające komunizm jako najlepszy ustrój w dziejach ludzkości ?

3. Oficjalne nauczanie Kościoła głosi, iż prawu ustanowionemu przez władze cywilne należy być posłusznym zawsze wtedy, gdy nie polecają one czynić czegoś co jest ewidentnie sprzeczne z wolą Bożą lub prawem naturalnym. Jasną konkluzją wynikającą z tejże doktryny jest zatem moralne potępienie dla różnych form przestępczości kryminalnej, jak np. działalności mafijnej. Co zatem począć z faktem, iż członkowie np. mafii działającej na Sycylii, niemal przez kilka wieków, byli traktowani przez tamtejsze duchowieństwo, jak normalni i dobrzy katolicy (udzielano im sakramentów, pozwalano nosić chorągwie kościelne na procesjach, a nawet zdarzało się, iż odprawiano Msze święte w prywatnych kaplicach tych złoczyńców)?

  1. 4. Używanie środków antykoncepcyjnych w ramach intymnego pożycia małżeńskiego zostało wielokrotnie potępione przez magisterium Kościoła, jako „wewnętrznie złe„, bezwzględnie niedozwolone i w swej materii stanowiące grzech śmiertelny. Dlaczego jednak mimo tego faktu, niektóre z krajowych episkopatów (np. Kanady i RFN) próbowały zniekształcić jasną wymowę tego nauczania? Dlaczego obecnie, można przebywać całymi latami w krajach Europy Zachodniej, USA czy Kanady, a chodząc do tamtejszych kościołów, nie usłyszeć nawet jednego słowa o tym, iż antykoncepcja jest moralnym bezprawiem i obrzydliwością?

5. Tak zwana etyka sytuacyjna – głosząca, iż albo nie istnieją czyny zawsze złe, albo też nawet, jeśli takowe istnieją, to od ich zakazu, istnieją pewne wyjątki – została bardzo jasno potępiona przez oficjalne magisterium Kościoła (np. encyklikę „Veritatis splendor” Jana Pawła II czy Katechizm Kościoła Katolickiego). Dlaczego jednak mimo to, choćby wedle, katolickiego hierarchy, biskupa Johna A. Marshalla jest dziś: „niezwykle trudno znaleźć w Kościele katolickim profesora teologii moralnej, który nie byłby pod wpływem konsekwencjonalizmu, sytuacjonizmu i innego tego rodzaju <izmu>„?

6. Czyny homoseksualne są niezmiennie określane przez katolickie nauczanie moralne, jako „poważna nieprawość„, „wewnętrznie złe” czy nawet „grzech wołający o pomstę do Nieba„. Jak w kontekście tak jasnej i stanowczej doktryny katolickiej na temat homoseksualizmu wyjaśnić fakt, iż wpierająca tą obrzydliwość, ideologia jest dziś jawnie promowana i/ lub ochraniana, w pewnych częściach Kościoła katolickiego. Związany z „Opus Dei” bp. Andreas Laun pisze nawet o „ideologii gejów, która przenika głęboko do Kościoła katolickiego nie tylko w Ameryce, ale także w krajach Europy Środkowej„. Nie chcąc być gołosłowny, hierarcha ten podał przykład 17 dobitnych i konkretnych przykładów przenikania ideologii homoseksualnej do kręgów kościelnych. Wśród nich są oficjalnie działające w ramach struktur Kościoła katolickiego pisma, wydawnictwa, instytucje i klasztory, które w mniej lub bardziej wyrazisty sposób wzywają do zaakceptowania czynów homoseksualnych. Biskup Laun dodaje także, iż takowych przykładów podać „można by bez większego trudu więcej jeszcze„. A jak skomentować to, iż na 211 katolickich uniwersytetów i collegów w USA, 91 spośród nich posiada specjalne kluby dla homoseksualistów i lesbijek?

Na przykładzie powyżej wyliczonych faktów (których w rzeczywistości można by podać jeszcze więcej) widać, iż w różnych czasach i częściach Kościoła katolickiego, prawowierna doktryna i praktyka, mogą być tak przyćmione przez kompromisy, słabości i niewierność duchownych, iż za ortodoksyjne i właściwe, może wydawać się katolikom to, co w rzeczywistości było i jest przez magisterium Kościoła lub też nauczanie Świętych, potępiane i krytykowane.

Tradycjonalistyczni katolicy a mieszane tańce

Chociaż niechęć i wrogość względem damsko-męskich tańców jest elementem tradycyjnej postawy Kościoła katolickiego bywa, iż w gronie obrońców tejże rozrywki można odnaleźć także tradycjonalistycznych katolików, związanych z tzw. kręgami postindultowymi czy też Bractwem św. Piusa X. Jak należy się do tego odnieść? Po pierwsze, nie przeceniałabym znaczenia głosu tych katolickich tradycjonalistów, którzy postanowili sobie obrać taką, a nie inną postawę. Najprawdopodobniej bowiem, niemała część tradycjonalistycznych katolików podziela niechęć, jaką względem tańców żywili św. Franciszek Salezy czy też św. Proboszcz z Ars. Postawa zaś „tradycjonalistycznych” obrońców tańca w dużej części jest zaś uwarunkowana personalnymi sporami i nieporozumieniami z Autorem tego artykułu. Są to ludzie głośni i krzykliwi, a nierzadko też, w pewnej mierze wpływowi, jednak nie sądzę, by byli oni w tym względzie reprezentatywni dla zdecydowanej większości tradycjonalistów. Z pewnością, bardziej reprezentatywni dla katolickiego tradycjonalizmu nie są pewne krzykliwe osoby świeckie związane z tych ruchem, ale powiązani z nim księża. Gdy zaś przyjrzeć się stosunkowi tradycjonalistycznych księży do tańców mieszanych, to ci nierzadko, są bliscy lub bardzo bliscy nauczaniu Ojców, Doktorów i Świętych w tej kwestii. Niejednego z działających na terenie Polski duchownych tradycjonalistów pytałem co sądzą na ten temat i żaden z nich nie wyraził na ten temat zdania w stylu: „Tańce damsko-męskie zazwyczaj są w porządku, tylko czasami prowadzą one do grzechu„, a wszyscy z nich określali ową rozrywkę, albo jako bardzo niebezpieczną, albo też taką, której trzeba odradzać. Na przykład ks. Edward Wesołek FSSPX w swym artykule zamieszczonym na łamach „Zawsze Wierni” napisał: „Przekazałem jednak, co o tańcach naucza Kościół – że są niebezpieczne, że stanowią okazję do grzechu, a wieli „nowoczesnych” formach z całą pewnością są grzeszne. A więc podpowiadam, jak na postępować człowiek, który wierzy i ufa Bogu„. Inny z księży Bractwa św. Piusa X, ks. Peter Scott (przełożony dystryktu USA i redaktor pisma „Angelus”) stwierdził, iż co prawda: „(…) taniec, sam w sobie, jest moralnie obojętny, a tym samym, że nie jest sam w sobie grzeszny, i że taniec właściwego rodzaju, pod właściwym nadzorem może sam w sobie być niewinną, a nawet pożyteczną rozrywką” by jednak za chwilę dodać: „Jednakże, równie oczywiste jest to, że jest on bardzo często bliską okazją do grzechu z racji okoliczności, które towarzyszą tańcom, takich jak miejsce, czas, nieskromność, towarzystwo, nie wspominając już o zmysłowej naturze wielu tańców i bliskim fizycznym kontakcie, który jest bezpośrednim zagrożeniem dla cnoty czystości i stoi w całkowitej sprzeczności z szacunkiem, który należny jest ciału, jako świątyni Ducha Świętego. (…) Takie jest nauczanie Kościoła odnośnie tańca towarzyskiego, mimo że może być on formą sztuki. Musi on, przynajmniej zazwyczaj i dla większości młodych ludzi, być uważany za bliską okazję do grzechu śmiertelnego, a tym samym zabroniony. Jednakże, staromodne tańce i tańce ludowe, w których nie ma takiego intymnego kontaktu i łączenia w pary, ani niebezpieczeństwa złego towarzystwa, nie są bliską okazją do grzechu, a tym samym są dopuszczalne (…) Jest rzeczą oczywistą, że współczesny taniec, jaki wykonuje się powszechnie w tych czasach, będąc zwierzęcy i skrajnie zmysłowy przez wyłączny nacisk jaki kładzie na rytm kosztem uporządkowanego, harmonijnego ruchu ciała, winien być zawsze wykluczany jako bliska okazja do grzechu ciężkiego ze względu na muzykę i taniec sam w sobie, jak również towarzystwo i inne okoliczności. Obejmuje to tańce do muzyki rockowej i tańce z akompaniamentem jazzowym (tj. tańce swingujące)”. Z kolei, sam przełożony generalny FSSPX, biskup Bernard Fellay, zapytany o to przeze mnie w rozmowie, odparł, iż „Tańce damsko-męskie zazwyczaj są bliską okazją do grzechu (…) Praktycznie nie można znaleźć współczesnych tańców, które nie byłyby złe albo niebezpieczne (…) Przykład postawy, jaką względem tańców przyjmowali tacy święci jak św. Proboszcz z Ars czy św. Alfons Liguori pokazuje, że także tradycyjne tańce były niebezpieczne”.

„Pro-taneczna” postawa zaś pewnej części tradycjonalistycznych katolików nie dziwi, gdy zważy się na ogólną tendencję człowieka do wybiórczego traktowania Bożego prawd i zasad. Tak to już jest, że te, z prawd i zasad, które są dla nas trudniejsze, są łatwiej przez nas odrzucane, lekceważone i zniekształcane. Nieraz potrzeba dużo czasu, cierpliwości i pracy, by tą naszą skłonność do wybiórczości całkowicie z naszego życia wyeliminować (o ile coś takiego jest w ogóle możliwe). Środowiska tradycjonalistycznych katolików nie są pod tym względem wcale jakimś wyjątkiem.

Sam nieraz słyszałem z ust tradycjonalistycznych katolików opinie, jeszcze bardziej szokujące, niż obrona mieszanych tańców. Przykładowo, niejednokrotnie spotkałem się wśród katolickich tradycjonalistów z poglądem, iż wytwarzanie i rozpowszechnianie pornografii powinno być prawnie bezkarne i legalne, gdyż zadaniem państwa nie jest „bycie stróżem moralności” i jeżeli ktoś jest chce coś takiego oglądać, to władzy cywilnej nic do tego. A przecież taki pogląd jest otwarcie sprzeczny nie tylko zarówno ze szczegółowymi wypowiedziami magisterium Kościoła na ten temat (które wprost głoszą, iż rozprzestrzenianie pornografii powinno być zakazane przez władze cywilne) jak i bardziej ogólnymi zasadami przez nie głoszonymi ( a więc, że złu nie należy się od państwa wolność i ochrona, zaś to co sprzeciwia się zdrowej moralności winno być przez nie karane i represjonowane, etc.). Parokrotnie też słyszałem od tradycjonalistycznych katolików, iż modlitwa przed jedzeniem to „protestancki zwyczaj” (a przecież był on i jest polecany przez oficjalną naukę papieży, katechizmów i soborów). Niezmiennie mnie też dziwi, jak wśród tradycjonalistycznych katolików mogą się znajdować osoby pochwalające, a nawet reklamujące twórczość tak, pełnych zła, kapel muzycznych, jak „Vader”, „Metallica” czy „Iron Maiden”. Co jednak, niby ma wynikać z tych faktów? To, iż popieranie legalności pornografii, brak modlitwy przed i po posiłku oraz atencja dla bezbożnej, złej muzyki, są tradycyjnie katolickie?

Mirosław Salwowski

a.me.

Click to rate this post!
[Total: 2 Average: 4]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.