Żołnierze wyklęci – PAX – Bolesław Piasecki

Zacznę od refleksji osobistej. Podczas ostatnich targów książki historycznej jeden z wydawców odmówił sprzedawania na swoim stoisku mojej książki „Klątwa generała Denikina” motywując to tym, że jestem jakoby „wrogiem NSZ”. Ten przejaw małostkowości sekciarstwa (co ma bowiem przysłowiowy piernik do wiatraka?) – jest ilustracją pseudointelektualnej i pseudopatriotycznej aury, jaka panuje w pewnych kręgach. Aura ta sprowadza wszystko do jednego – albo akceptujesz w całości naszą wykładnię na temat żołnierzy wyklętych, albo jesteś wróg i „komuch”.

Przepraszam bardzo, ale na takim poziomie jakakolwiek racjonalna dyskusja nie ma sensu. Albo zajmujemy się badaniem historii, albo uprawiamy propagandę w najgorszym stylu. Kiedy ci, którzy zastosowali taką „represję” wobec mnie (głupią, bo książka sprzedawała się dobrze na innym stoisku) nosili koszule w zębach – ja broniłem pamięci o NSZ jeszcze w okresie działalności cenzury PRL. Przykład? Proszę bardzo. W nr. 7/8 periodyku PAX „Życie i Myśl” opublikowałem tekst „Z dziejów NOW i NSZ”, w którym pisałem: „Podobną „białą plamą” są dzieje NSZ. Organizacja ta nic cieszy się w naszej powojennej literaturze dobrą sławą. Mówiąc o niej, wyciąga się z reguły fakty bratobójczych walk i kolaboracji z Niemcami. Nie ulega kwestii, że przypadki te obciążają konto tej formacji, ale zbyt daleko idące uogólnienia mogą krzywdzić tych żołnierzy NSZ, którzy ani bratobójstwem, ani kolaboracją się nie splamili. NSZ były organizacją zbyt liczną, by tego typu wynaturzenia nabrały znaczenia ogólnokrajowego i jak potwierdzają dostępne dzisiaj źródła dotyczyły jedynie Kielecczyzny i Lubelszczyzny”. Dalej obszernie pisałem o działalności Związku Jaszczurczego i zagładzie zachodnich okręgów ZJ. Zginęły wówczas setki narodowców. Dzisiaj to im przede wszystkim należy się hołd i ja im ten hołd w tym tekście oddałem. Przypominam – był to rok 1988.

Tymczasem dzisiaj mówi się prawie wyłącznie o okresie po 1945, o konspiracji powojennej, o „powstaniu antykomunistycznym” (którego nie było), o niezłomności i bohaterstwie. W ogóle nie mówi się o tym, że walka ta skazana była od początku na klęskę, że nie była przejawem realizmu politycznego, że niosła za sobą śmierć i zniszczenie nie tylko żołnierzy podziemia. W dodatku do grona bohaterów, którzy bez wątpienia byli, wrzuca się postaci dwuznaczne, których czyny bynajmniej nie dają się obronić. Nie wymieniam ich przy tej okazji, ale łatwo ich wskazać. Nie każdy kto po 1945 roku został w lesie i walczył był bohaterem i żołnierzem bez skazy.

Świadectwo Piotra Kosobudzkiego

Piotr Kosobudzki, ojciec mojego kolegi z PZKS i Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego – Wiesława Kosobudzkiego, był żołnierzem NSZ. W 1997 roku opublikował wspomnienia pt. „Przez druty, kraty i kajdany – wspomnienia partyzanta NSZ” (Wyd. NORTOM). Warto je przypomnieć, bo są one prawdziwe, pozbawione nalotu triumfalizmu i tromtadractwa, które dominuje obecnie. Oto jak autor pisze o końcu wojny:

„W lutym 1945 r. w Jałcie Polska wraz z jej niepodległością została przez zachodnich aliantów sprzedana Związkowi Radzieckiemu. Pomimo to głęboko wierzyliśmy w tymczasowość tego handlu i w to, że prawdziwe i ważne porozumienie o uregulowaniu spraw polskich będzie postanowione w obecności Polaków, w formie traktatu pokojowego po zakończeniu wojny. Błędne i złudne te opinie konspiracyjnie docierały w dół i były szerzone wśród społeczeństwa. My na dole nie dopuszczaliśmy nawet myśli, że sprzedaż Polski będzie trwała, że konferencja w Jałcie jest wstępem do tego, co miało nastąpić i utrwalić się później. Ślepo wierzyliśmy jeszcze w przyjaźń i pomoc zachodnich aliantów. Na wyraźną i całkowitą zdradę oraz silnego kopniaka w tyłek za wierną służbę i wykrwawianie się wojska polskiego na zachodnim froncie emigracyjny rząd i cały naród polski czekał jeszcze cierpliwie do konferencji w Poczdamie (2 sierpnia 1945 r.). Tymczasem mocno jeszcze wierzyliśmy w zwycięstwo i sprawiedliwe potraktowanie Polski” (s. 229).

Dalej pisze o beznadziejnej walce i pojawiających się coraz większych wątpliwościach: „Gdzieś koło 25 sierpnia 1945 r. zostałem ze swą grupą odwołany i przez majora „Świta” wezwany do powrotu w powiat siedlecki w związku z jakąś reorganizacją. Zadowolony byłem z tego. Po prostu przysłuchując się odgłosom z szerokiego świata, szczególnie po konferencji poczdamskiej, straciłem wiarę w zwycięstwo, ogarnęło mnie rozczarowanie i zwątpienie. Po przegranej naszej sprawie zapragnąłem skończyć beznadziejną działalność i powrócić do rodzinnego domu, do normalnego życia.

Po powrocie, zameldowaniu się i zdaniu raportu „Świtowi” poprosiłem zaraz o zwolnienie mnie ze służby, motywując to swoimi racjami i beznadziejnością dalszej walki.

Mjr „Świt” skrzywił się, jakby rozgryzł kwaśne jabłko i zdziwił się, że taki dotychczas wierny, wypróbowany, doświadczony i zdyscyplinowany żołnierz jak pchor. „Błyskawica” zwątpił w zwycięstwo naszej wspólnej sprawy i chce się zwolnić. Odpowiedział mi, że nie może mnie zwolnić, bo szeregi kadry mocno się już przerzedziły i nie miałby z kim zostać. O mnie ma jak najlepszą opinię i darzy mnie wielkim zaufaniem. Jeżeli już koniecznie chcę zobaczyć rodzinę, to udzieli mi dwutygodniowego urlopu, a po powrocie dalszy awans.

— Owszem kolego majorze, zgadzam się, tylko zaznaczam, że z urlopu tu na Podlasie już nie wrócę. Brata mi partyzantka zabrała, czy i ja tu mam bez śladu zginąć? — powiedziałem z żalem.

— Dam koledze urlop, odwiedzi kolega rodzinę, zobaczy znajomych i powróci — nie może inaczej być — rzekł stanowczo.

Widząc jego upór, wezbrał we mnie długo tamowany bunt, więc wyrzuciłem mu resztę goryczy.

— Jesteśmy osamotnieni, prowadzimy walkę bez poparcia i bez żadnej pomocy. Teraz po konferencji poczdamskiej, po uznaniu przez aliantów rządu lubelskiego i rozwiązaniu polskiego na emigracji, kim my właściwie jesteśmy

i na kogo możemy liczyć. Prowokujemy wroga i gubimy najlepszych synów narodu, czyż nie tak?

— To tylko chwilowo, tak długo być nie może — przerwał mi „Świt”.

— A jak długo, majorze? według kolegi zdania — dociekałem.

— Najwyżej dwa-trzy tygodnie, to nie potrwa dłużej — zawyrokował

„Świt”.

— Dwa, trzy tygodnie — powtórzyłem z naciskiem. A jak to potrwa tak dwa, trzy lata? — kto to nam może dziś zaręczyć?

— To niemożliwe. To niemożliwe! — bronił się od tak groźnych i wygórowanych przypuszczeń.

— Wiele już było niemożliwości, a stopniowo stały się możliwe — upierałem się przy swoim. — My jesteśmy zdania, że działamy słusznie, a inni w tym czasie uganiają się za własnymi interesami. Wydaje mi się, że nam, którzy uważamy się za wzorowych i najmądrzejszych, przyjdzie jeszcze najgłupszy koniec.

— To być nie może — to być nie może! — powtarzał mój zwierzchnik.

— Bez pomocy z zewnątrz nie mamy żadnych szans — dodałem.

— Nie! Nie! To chwilowo. Alianci nas nie opuszczą — mamrotał — starając sam siebie przekonać major „Świt”.

Przyznajmy, że jest to dramatyczny fragment. Takie opinie nie są obecnie mile widziane. Dodajmy tylko, że po odsiedzeniu wyroku, już w 1956 roku, Kosobudzki poparł przełom październikowy i osobiście Władysława Gomułkę, przemawiając na sesji Powiatowej Rady Narodowej w Turku w dniu 8 grudnia 1956 roku. Zakończył zaś tak: „Nowa wolna i odrodzona Polska – niech żyje!”.

Bolesław Piasecki i „żołnierze wyklęci”

W dyskursie o tych czasach bardzo często dzieli się narodowców na „niezłomnych” i „zdrajców”. Jest to zabieg sztuczny, niesprawiedliwy i ahistoryczny. W latach 1945-1948 w szeroko pojętym środowisku narodowym obowiązywała taka zasada – jesteśmy z tego samego obozu politycznego i trzeba sobie pomagać. Bolesław Piasecki sam o mały włos nie został „żołnierzem wyklętym”, jeszcze jesienią 1944 roku mówił, że trzeba się przyczaić w konspiracji i w momencie wybuchu III wojny światowej uderzyć od tyłu na Armię Czerwoną. W 1945 roku, po aresztowaniu i śledztwie (opisałem to szczegółowo w książce „Wielka gra Bolesława Piaseckiego”), po zapoznaniu się z sytuacją wewnętrzną i międzynarodową – zmienił zdanie. Teraz priorytetem było „ratowanie biologicznej substancji narodu”. Żeby zrealizować ten postulat, należało dążyć do rozładowania podziemia. Piasecki przekonał większą część swoich podkomendnych z Uderzeniowych Batalionów Kadrowych (UBK), szukał też kontaktu z innymi oddziałami (misja Ryszarda Reiffa na Białostocczyznę). W tej grze wrogiem było Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, które nieraz bojkotowało czynniki polityczne, np. Władysława Gomułkę. Jeśli jednak ujawnienie się było niebezpieczne, wtedy preferowano zaszycie się na Ziemiach Zachodnich lub emigrację.

Zygmunt Przetakiewicz, prawa ręka Piaseckiego, pisze w swoich wspomnieniach: „W tamtych czasach nasza współpraca z duchowieństwem miała różne wymiary. Przede wszystkim polegała ona na udzielaniu wszech­stronnej pomocy wszystkim potrzebującym. Pamiętam księdza, ka­pelana z Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ), który ukrywał się przed władzami. Oczywiście w jego przypadku nie wchodziło w grę ujawnie­nie. Przez wiele miesięcy mieszkał u Leonarda Barszczewskiego [żołnierz UBK – JE] na V piętrze budynku, w którym mieściło się działające od 1949 r. Liceum pw. św. Augustyna. Ksiądz ów, nie pamiętam jego nazwiska, był początkowo w bardzo złym stanie zdrowia, miał amitawinozę. Próby przystosowania go nowej rzeczywistości nie powiodły się. Później wyjechał do Wiednia”. Takich przypadków było więcej.

Najszerszym echem odbiło się jednak uratowanie przed śmiercią Lecha Beynara, czyli Pawła Jasienicy. Był on członkiem oddziału Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Został aresztowany przez UB 2 lipca 1948 roku w Krakowie. Groziła mu kara śmierci. I wtedy poręczył za niego Bolesław Piasecki. Na wolność wyszedł 17 sierpnia 1948 roku. Pisał potem: „Nie podpisywałem żadnych zobowiązań. Nawet zobowiązania do milczenia (…) Nigdzie nie musiałem się meldować, nie ograniczano mej swobody ruchów (…) O moje uwolnienie starł się ze wszystkich sił Bolesław Piasecki. Dowiedziałem się o tym zaraz po wyjściu od mojej śp. żony, z którą Bolesław Piasecki rozmawiał i którą poinformował o swoich zabiegach. Zaręczył władzom, że nie należę do żadnej konspiracji. O staraniach Bolesława Piaseckiego poinformowałem Go [Kardynała Sapiehę], jak również – nieco później – Księdza Kardynała Hlonda”.

16 września 1948 roku Jerzy Turowicz w liście do Piaseckiego napisał: „Niech Pan wierzy, że umiemy ocenić wszystkie trudy, które Pan w tej trudnej sprawie poniósł i zdajemy sobie dobrze sprawę z tego, że gdyby nie Pańska akcja, rzecz mogłaby wziąć obrót całkiem niepomyślny. Serdecznie dłoń Pańską ściskam. Szczerze oddany Jerzy Turowicz”. Jak wiemy, później różnie z tą wdzięcznością bywało.

Kiedy w roku 1968 Władysław Gomułka, podczas przemówienia w dniu 18 marca w Pałacu Kultury, zaatakował Jasienicę – dając do zrozumienia, że dobrze wie, dlaczego wyszedł bez szwanku w 1948 roku (aluzja bardzo czytelna), Piasecki był wzburzony. W przemówieniu do członków kierownictwa PAX powiedział, że nie można w ten sposób polemizować. Jasienicę można krytykować za zaangażowanie polityczne w latach 60., ale cofanie się w tak odległe czasy, jest ciosem poniżej pasa. Wiedział bowiem, że ta aluzja rykoszetem może uderzyć także w niego – wszak to Piasecki poręczył za Jasienicę.

Generalnie jego pomoc dla ludzi zagrożonych w latach 1945-1948 była ograniczona tym, że on sam nie był pewny swojego losu w nowej Polsce. Dopiero w latach 50. był w stanie udzielić im bardziej wszechstronnej pomocy.

PAX – przytulisko „żołnierzy wyklętych”

Ktoś niedawno napisał, że działalność Piaseckiego po 1945 roku to była pseudorealizmem, a realizmem było postępowanie nieprzejednanych. Trudno o większy absurd. Zresztą bardzo szybko nieprzejednani przekonali się, jakim dobrodziejstwem było samo istnienie PAX-u. Od samego początku stał się on przystanią dla politycznych rozbitków, członków wszystkich praktycznie formacji podziemnych (wojennych i powojennych).

Trzon kierownictwa PAX-u w latach 50. stanowili dawni członkowie: AK (42), Konfederacji Narodu (30), Stronnictwa Narodowego (8), Chrześcijańskiej Demokracji (4), ZHP (12), PSL (2), Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej (13), SD (2), autochtoni – Warmiacy i Mazurzy (12) oraz absolwenci KUL (43). Dane te podaję za dokumentem „Sytuacja prawna Stowarzyszenia PAX” z 14 maja 1960 (w moim posiadaniu). To byli członkowie organizacji, nie ma wśród nich tych, którzy pracowali w PAX-ie i jego bazie gospodarczej nie będąc członkami organizacji.

Jerzy Tymiński (1915-2001), wieloletni członek PAX-u, przed wojną korporant, działacz RNR Falanga, po 1989 roku zbulwersowany atakami na PAX, napisał tekst pt. „O potrzebie „Białej księgi” Stowarzyszenia PAX”, w którym postulował opracowanie listy wszystkich członków podziemia wojennego i powojennego, którzy pracowali w PAX-ie lub uzyskali od niego pomoc. Sam opracował listę zawierającą 77 nazwisk (z pamięci). Załączył do tekstu inną listę opracowaną przez Kazimierza Augustowskiego, która zwiera 114 nazwisk (oba materiały są w moim posiadaniu). Listy te są oczywiście dalece niepełne. Nie obejmują np. wielu członków Konfederacji Narodu, którzy byli traktowani jako „swoi”, więc nie zamieszczono ich nazwisk na tych listach.

Tymiński pisał: „Pomoc dla członków Ruchu Oporu i w ogóle kombatantów represjonowanych przez system stalinowski, a także nie mogących znaleźć pracy z racji swej kombatanckiej przeszłości. Były tu stosowane – jak wiadomo – dwie metody. Pierwsza – to zatrudnienie bezpośrednio w instytucjach PAX-u. Druga – to stwarzanie często dla ludzi pióra i kultury możliwości zarabiania bezetatowego wchodzenia w organizację PAX-u. Formy: recenzje, zlecone opracowania, tłumaczenia, opinie i ekspertyzy. O tej sprawie w niniejszym szkicu chciałbym napisać obszerniej, z góry jednak zakładając, że nie wyczerpię tematu. W tym celu potrzebne są bowiem szczegółowe i chyba żmudne badania archiwów zarówno Stowarzyszenia, jak i bazy gospodarczej, a także przeprowadzenie rozmów z jeszcze żyjącymi kombatantami”.

Tymiński widział już wtedy jeden problem – rodziny ocalonych i często oni sami – wstydzili się podawać w swoich życiorysach tego faktu, że przez wiele lat byli zatrudnieni w ZZG, INCO-Veritas, IW PAX, czy samym PAX-ie. Podał przykład dwóch pośmiertnych wspomnień: o płk. Wojciechu Borzobohatym, prezesie Światowego Związku Żołnierzy AK, i po por. AK Lechu Sadowskim. Oba zamieszczono w Biuletynie ŚZŻAK. „W obszernych wspomnieniach pośmiertnych ani słowa o ich pracy w bazie gospodarczej PAX. A przecież pierwszy był przez wiele lat pracownikiem etatowym ZZG, a ściślej KS „Maraton”, organizatorem ponad 14 dorocznych spartakiad tego PAX-owskiego przedsiębiorstwa, drugi organizatorem i wieloletnim szefem biura prawnego przedsiębiorstwa budującym jego ład prawny (…) Gorliwe wykreślenie z życiorysów represjonowanych i historii PAX-u okresu ich pracy czy w samej organizacji, czy też w przedsiębiorstwach Stowarzyszenia – jest chyba po prostu niemoralne, a także niezgodne z faktami, a one pozostaną na zawsze” – kończył z goryczą Tymiński.

Nie wiedział, że po śmierci kolejnego szefa Światowego Związku Żołnierzy AK – Stanisława Karolkiewicza, żołnierza UBK, po wojnie członka podziemia, więźnia w okresie stalinowskim, bliskiego współpracownika Bolesława Piaseckiego – będziemy mieć do czynienia z tym samym – w jego pośmiertnych nekrologach nie wspomniano ani słowem, że ponad 30 lat pracował w INCO-Veritas! Po dziś dzień jego oficjalne życiorysy pomijają ten okres życia milczeniem, niektóre mówią tylko: „pracował w ZZG”. Ale kto, na Boga, wie co to jest ZZG, i że to były zakłady Stowarzyszenia PAX?! Przyznajmy, że z moralnością i uczciwością ma to niewiele wspólnego.

Na tym tle wyróżnia się książka Kazimierza Krajewskiego pt. „>Szczęsny< – generał Stanisław Karolkiewicz 1918-2009” (Warszawa 2010, wyd. RYTM). Poświęca on działalności Karolkiewicza w PAX-ie cały rozdział pisząc m.in.: „Dawny komendant „Uderzenia” i jego ludzie zbudowali sobie wewnątrz PRL-u własny, hermetyczny świat. Znalazło w nim schronienie wiele osób, dla których w Polsce rządzonej przez komunistów po prostu nie było miejsca. W PAX-ie i jego instytucjach gospodarczych stworzono setki etatów dla byłych akowców, pracowników Delegatury Rządu, eneszetowców i winowców, którzy po wyjściu z więzień w PRL nigdzie nie znaleźliby pracy. Stowarzyszenie miało nie tylko własną bazę gospodarczą, ale też własny instytut wydawniczy, publikujący setki wartościowych pozycji historycznych i religijnych (większość istotnych pozycji dotyczących AK, wydanych w dobie PRL, opublikowanych zostało właśnie przez Instytut Wydawniczy PAX – rola tej placówki w utrzymaniu ciągłości etosu AK jest nie do przecenienia). Posiadało też własną prasę ustawicznie borykającą się z cenzurą (dziennik „Słowo Powszechne”, tygodniki „Kierunki” i „Wrocławski Tygodnik Katolików”, miesięcznik „Życie i Myśl”), ba – miało nawet własną szkołę średnią (LO Św. Augustyna), w którym opiekunem duchowym młodzieży i wykładowcą był dawny kapelan UBK, ks. Mieczysław Suwała „Oro” (s. 157). Wspomnę tylko, że Krajewski był w latach 80. razem ze mną zatrudniony w Biurze Historii Stow. PAX. Już wtedy intensywnie zajmował się opracowywaniem historii UBK. Mówiąc otwarcie, jego obecna aktywność w IPN i tezy jakie głosi odpowiadają mi już znacznie mniej.

Ocaleni z NSZ

Wojciech Muszyński, zajmujący się historią NSZ, lubi jednostronnie przeciwstawiać dzieje tej organizacji PAX-owi. Ta druga jest dla niego organizacją godną pogardy, „kolaborancką”, niemal agenturalną (to czyni aluzyjnie, ale czytelnie). W swojej ostatniej książce pt. „Duch Młodych – Organizacja Polska i Obóz Narodowo-Radykalny w latach 1934-1944. Od studenckiej rewolty do konspiracji niepodległościowej” (Warszawa 2011) podaje np. biogram Mirosława Ostromęckiego:

„Mirosław Ostromęcki „Orski” (1914-2001), inż., absolwent PW. Należał do korporacji „Arkonia”, działacz nielegalnego ONR i członek Komitetu Wykonawczego OP; wiceprezes Towarzystwa „Bratniej Pomocy” Studentów PW (1936-1938). Od 1939 r. organizator i członek ZJ, szef Biura Informacji NSZ, w powstaniu warszawskim red. nacz. pisma „Szaniec”. W 1945 r. inspektor Obszaru Wschodniego NSZ (ZJ), aresztowany i skazany na karę śmierci. Ułaskawiony przez Bolesława Bieruta dzięki wstawiennictwu Juliana Tuwima i kard. Adama Sapiehy. W 1955 r. warunkowo zwolniony z więzienia”.

Koniec. A co dalej? Jest, że Bierut ułaskawił, ale już o tym, że potem Ostromęcki pracował w PAX, już nie. Tymczasem nawet w książce „W hołdzie Narodowym Siłom Zbrojnym” (Wrocław 2011), zamieszczony jest wywiad z Władysławem Dłużniewskim, żołnierzem NSZ, który tak mówi o Piaseckim: „Później Piasec­ki dużo dobrego zrobił, bo uratował wielu ludzi m.in. z naszej organizacji Ostromęckiego. Gdy PAX zaczął organizować firmy, to we Wrocławiu także powstała jedna. Ten Ostromęcki, który był skazany na karę śmierci, został później ułaskawiony. Dzięki wstawiennictwu kardynała Sapiehy ka­ra zamieniona została na karę dożywocia. Gdy później, w 1956 roku został uniewinniony, Piasecki zatrudnił go i zrobił dyrektorem przedsiębiorstwa INCO. NSZ-etowiec dyrektorem! Wiele, wiele osób uratował Piasecki (…)”.

Ostromęcki widnieje także na wspomnianej przeze mnie liście Jerzego Tymińskiego pod numerem 37 (co prawda błędnie podano, że był członkiem NOW). Chciałoby się wierzyć, że pominięcie tego faktu przez Muszyńskiego jest przypadkowe, choć – podkreślmy – w innych biogramach są informacje o powojennej aktywności członków NSZ. Tymczasem nawet w Wikipedii jest informacja: „W latach 195-1984 był dyrektorem Zakładów Aparatury Elektronicznej we Wrocławiu, należących do spółki INCO-VERITAS. Po wyjściu z więzienia należał, jako szeregowy członek, do Stowarzyszenia PAX”. I rodzi się pytanie – czy Mirosławowi Ostromęckiemu Muszyński też powtórzyłby, że PAX był organizacją agenturalną, a Piasecki najgorszym wrogiem i sprzedawczykiem?

Drugi przykład, to przypadek Marii Kobierzyckiej. Jej biogram zamieścił Jan Żaryn w książce pt. „Taniec na linie, nad przepaścią” – Organizacja Polska na Wychodźstwie i jej łączność z krajem w latach 1945-1955”. Oto on: „Maria Kobierzycka-Maciąg „Majka”, „Grażyna”, „Baśka” (1922-2007), pochodziła z rodziny ziemiańskiej (majątek Dąbrówka na ziemi opoczyńskiej). Przed wojną ukończyła gimnazjum. Od 1940 r. w konspiracji, sanitariuszka w oddziale AK na ziemi piotrkowsko-opoczyńskiej; od 1943 r. w NSZ. Przeszła szlak z Brygadą [Świętokrzyską], w Czechach ukończyła kurs radiotelegraficzny i dywersyjny. Zrzucona do kraju, nawiązała kontakt z Mirosławem Ostromęckim. Aresztowana w październiku 1945 r. Wyrokiem z 28 X 1946 r. skazana na karę śmierci, ostatecznie wyrok zmieniono na karę dożywotniego więzienia. Zwolniona w listopadzie 1955 r., nie mogła znaleźć stałej pracy. Zatrudniona przez Stowarzyszenie PAX jako bibliotekarka w LO im. św. Augustyna w Warszawie. Członkini Komisji Oświaty NSZZ „S”. Współtwórczyni Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego; członkini Oddziału Warszawskiego Środowiska Fordonianek. Odznaczona m.in. Krzyżem Narodowego Czynu Zbrojnego (1993 r.) i Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (1994 r.)”.

Ten przypadek jest równie spektakularny – Kobierzycka brała udział w akcji, którą tak ostro potępił Jędrzej Giertych – została najpierw przeszkolona a potem zrzucona w Kieleckiem na spadochronie przez Niemców na początku 1945 roku. I znowu ocalił ją Bierut, a rękę podał Piasecki. Kolejny paradoks. No i uwaga na koniec – o ile Muszyński nie był skłonny poinformować o fakcie pracy Ostromęckiego w PAX-ie, to Żaryn uczynił to w przypadku Kobierzyckiej, może dlatego, że zna rodzinę Piaseckich i przyjaźnił się ze zmarłym już niestety Zdzisławem Piaseckim, synem Bolesława. Do tych dwojga NSZ-owców pracujących w PAX-e doliczyć trzeba jeszcze Jerzego Śmiechowskiego „Tura”. Ten z kolei był czynnym działaczem Stowarzyszenia.

Historia, którą tu opisałem ma skłonić – mam nadzieję – do refleksji tych, którzy chcą widzieć nasze powojenne dzieje w kolorach czarno-białych, tych, którzy tak łatwo przypinają ludziom etykiety, nie mając pojęcia o tym, jakich wyborów musieli oni dokonywać i w jakich realiach działali. I pamiętajmy o jednym – każdorazowo decyzje o zatrudnieniu osoby z takim życiorysem jak choćby Ostromęckiego – podejmował osobiście Bolesław Piasecki i to on brał na siebie odpowiedzialność polityczną. Pomagał im, bo uważał to za swój obowiązek, bo uznawał tych ludzi, także tych z NSZ – za swoich kolegów-narodowców.

Jan Engelgard

http://sol.myslpolska.plaw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Żołnierze wyklęci – PAX – Bolesław Piasecki”

  1. Przecież pomoc jaką ofiarował PAX byłym żołnierzom podziemia niepodległościowego jest faktem który trzeba pochwalać i tu chyba nie ma żaden wątpliwości. Ale to nie znaczy od razu iż PAX oraz przewodniczący B. Piasecki byli bez skazy. Ale to jest temat na szerszą dyskusję. P.S. Walkę jaką podjęły środowiska niepodległościowe po II wojnie światowej można określić mianem powstania antykomunistycznego. Przypomnę także że pierwsze lata po wojnie były napięte polityczne i możliwość wybuchu III wojny światowej istniała, był to też zarazem czynnik pewnej formy motywacji dla żołnierzy podziemia niepodległościowego aby walkę z okupantem komunistycznym toczyć dalej.

  2. Panie Janie! Nie zgadzam się z Pana poglądem. Los narodowców po 1944 r. był przesądzony. Komunizm jest internacjonalistyczny, więc antynarodowy. Jedynym wrogiem dla komunistów byli właśnie narodowcy. Żołnierze NSZ zginęli z bronią w ręku. Jakby nie podjęli walki, to i tak by ich komuniści wymordowali, przynajmniej tych najbardziej świadomych tożsamości. Przykładem niech będzie Henryk Flame, bohater z Podbeskidzia, który w 1947 r. ujawnił się . Wkrótce podzielił los swych podwładnych – został zastrzelony w Zabrzegu 1 grudnia 1947. r. przez milicjanta Rudolfa Dadaka.

  3. Do Stanisława B.: Komunizm w wersji stalinowskiej nie był zajadle antynarodowy. Co więcej – używano frazeologii nacjonalistycznej. Komuniści mordowali tak samo nacjonalistów, jak socjalistów (Pużak), ludowców czy chadeków. Narodowcy też robili karierę w PRL (np. Grabski czy Piasecki).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *