Twarzą na zachód. Ziemie Zabrane w publicystyce „Dziennika Powszechnego” 1861-64

Obdarzony temperamentem polemicznym, niestroniący od kontrowersji, a jednocześnie dobrze znający wartość anegdoty, połechtania narodowej próżności i polskich kompleksów – Margrabia zreorganizował dotychczasowy organ rządowy (będący raczej platformą druku obwieszczeń i ogłoszeń) w „Dziennik Powszechny : pismo urzędowe, polityczne i naukowe”, pilnie pilnujące, by na każdym z tych pól nie tylko zaspokajać, ale i kształtować potrzeby czytelników, czyli ówczesnej klasy politycznej i gospodarczej Królestwa Polskiego.

Wciąż czekający na swą monografię „Dziennik Powszechny” jest kluczowym kompendium wiedzy na temat osiągnięć administracji A. Wielopolskiego, ogromu dzieła jego reform wdrażanych w Królestwie, ich dopracowania, drobiazgowej szczegółowości i przemyślanej celowości. Jednocześnie pokazuje też dalekosiężny zakres planów Margrabiego, opartych o gruntowną analizę sytuacji geopolitycznej, uwarunkowań historycznych i bieżących możliwości znajdującego się pod zaborami narodu. Jak autor dowodził już w innym miejscu1 – program („systemata”) A. Wielopolskiego miał cechy faktycznie wszechpolskie, bowiem będąc realizowanym w wąskich granicach Królestwa Polskiego – służyć miał przyszłemu zjednoczeniu ziem polskich w ramach jednego projektu politycznego: Polski odbudowywanej w ramach i we współpracy z Imperium Rosyjskim. Antyniemieckie ostrze koncepcji Wielopolskiego oparte było o zamiar wykorzystania słowianofilskich tendencji pojawiających się wówczas w polityce rosyjskiej, zwłaszcza zaś w środowisku związanym z namiestnikiem Królestwa, cesarskim bratem wielkim księciem Konstantym Mikołajewiczem. Równolegle zaś wszechpolskość wizji Margrabiego wynikała z jego dążenia do unarodowienia włościan, przy jednoczesnym wykorzystaniu ich do stabilizacji wewnętrznej w Królestwie i reorientacji charakteru narodowego i dążeń politycznych Polaków (nieco na wzór zmian wprowadzonych we Francji przez Napoleona III i jego okresowo „antymieszczańskiej”, a opartej o klasę chłopską polityki wewnętrznej), oczywiście jednak bez tracenia z oczu wartości tradycyjnych i utrzymania ładu społecznego.

Rosyjskie „non possumus”

Wysuwając tak głęboki i rozbudowany program – A. Wielopolski musiał też jednak zdawać sobie sprawę z ograniczeń rzutujących na szanse jego powodzenia. Jednym z głównych problemów – była konieczność odrzucenia możliwości rozciągnięcia „systematu” Margrabiego na Ziemie Zabrane, czyli tereny, które w wyniku zaborów znalazły się pod bezpośrednim władaniem Rosji. Tu właśnie naczelnik Rządu Cywilnego Królestwa trafnie odnajdywał zdecydowane „non possumus” Petersburga.

Rzecz jasna jednak A. Wielopolski musiał też mieć świadomość, że przecież pomysł ułożenia sobie własnych relacji z Rosjanami na terenach b. Wielkiego Księstwa Litewskiego na zasadach zbliżonych nieco do stosunków panujących po drugiej stronie Niemna – nie jest bynajmniej nowy. Historycznie niewiele brakowało, żeby mitra wielkoksiążęca szybciej znalazła się na skroniach Aleksandra I niż korona polska, nad czym intensywnie pracowali jeszcze przed 1812 r. Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki, Michał Kleofas Ogiński, czy Tomasz Wawrzecki2 (ba, jeszcze przed upadkiem I Rzeczypospolitej, lecz już w dobie jej kryzysu – na Litwie istniały tendencje do poszukiwania alternatywnych dla kontynuowania unii z Polską, bądź też uzupełniających ją koncepcji przetrwania w zmieniającym się ładzie międzynarodowym, by przypomnieć tylko działalność hetmana Wincentego Gosiewskiego3 czy wyraźnie zaznaczoną odrębność rządów w Wielkim Księstwie w dobie późnej konfederacji targowickiej i konfederacji grodzieńskiej, sprawowanych przez hetmana Szymona Kossakowskiego, jego brata biskupa Józefa i biskupa Ignacego Massalskiego4). Również w kolejnych latach, wbrew tradycji utrwalonej w polskiej literaturze pięknej – polskość Wileńszczyzny i szerzej Kresów, tak w rozumieniu polityki oświatowej, czy funkcjonowania administracji lokalnej i sądownictwa w żaden poważny sposób nie była zagrożona. Nawet bowiem działalność w charakterze kuratora wileńskiego okręgu szkolnego senatora Nikołaja Nowosilcowa nie była bynajmniej przejawem jakiejś szczególnie „antypolskiej” postawy, a przeciwnie, jedynie alternatywną dla koncepcji czy to F.K. Druckiego-Lubeckiego, czy Adama Czartoryskiego, ale jednak „polskocentryczną” wizją polityki rosyjskiej.

Warto też podkreślić, że jeszcze w okresie, gdy w Królestwie koncepcje ustrojowej rekonstrukcji wydawały się jeszcze utopijnym, a w każdym razie odległym marzeniem – tereny b. Wielkiego Księstwa okresowo cieszyły się już względną liberalizacją systemu władzy i jego funkcjonowania. Równolegle zaś z reformami A.Wielopolskiego na początku lat 60-tych na Litwie starania o poszerzenie zakresu polskich swobód podjął Wiktor Starzeński, obdarzony jednak znacznie mniejszym talentem i węższymi horyzontami niż Margrabia3. Innymi słowy więc – naczelnik Rządu Cywilnego Królestwa miał nie tylko pełne prawo, ale i obowiązek ograniczyć swe zainteresowanie do ziem podległych swej władzy, jednocześnie uznając, że rodacy za Niemnem i Bugiem winni mieć dość rozumu, by samodzielnie dojść do podobnych co on wniosków, co z kolei pozwoliłoby im zadbać o własne interesy.

Paradoksalnie też należy zauważyć, że choć działalność A. Wielopolskiego nie miała bezpośredniego przełożenia na sytuację Polaków na Litwie – to jednak upadek Margrabiego, spowodowany wywołaniem powstania styczniowego, obejmującego także Ziemie Zabrane, doprowadził w efekcie do trwałego osłabienia potencjału polskiego na Kresach, „wysadzenia z siodła” rzesz polskich ziemian i ostatecznego oddania przez czynnik polski przewagi rodzącym się chłopskim i neo-inteligenckim nacjonalizmom (zwłaszcza litewskiemu i łotewskiemu). Należy więc zaznaczyć, że to nie program A. Wielopolskiego, deklaratywnie odcinający się od problemu Ziem Zabranych przyniósł na ich terenie upadek polskości – ale doprowadziła do niego ślepa opozycja wobec „systematu” Margrabiego, cóż z tego, że odbywająca się pod hasłem „przywracania całości Ojczyzny”.

Ziemie (oby) zapomniane?

Dopiero z tymi zastrzeżeniami można i należy wczytać się w publicystkę „Dziennika Powszechnego”, który w wąskim tylko zakresie, ale jednak w ciągu niespełna trzech lat swej obecności na rynku prasowym i związków z obozem A. Wielopolskiego kilkakrotnie zmuszony był odnieść się do problematyki kresowej. Ważne przy tym jest jeszcze wskazanie na dwie ważne cezury w krótkiej historii tego jakże ważnego dla polskiej myśli konserwatywnej czasopisma. Pierwszą – jest śmierć jego animatora i głównego publicysty, Józefa Aleksandra Miniszewskiego4, zasztyletowanego przez powstańczych skrytobójców 2 maja 1863 r. Drugą – rzecz jasna dymisja i wyjazd z kraju samego Margrabiego, 16 lipca tegoż roku. Ponieważ jednak nawet w obrębie obozu władzy nie było w tym okresie jednomyślności odnośnie politycznej przyszłości Królestwa, jak i zdymisjonowanego szefa jego Rządu Cywilnego, zaś prace reakcji „Dziennika Powszechnego” zachowały (do czasu) swą ciągłość – należy publicystykę i poglądy autorów w omawianym tu zakresie uznawać jednak za pewną całość.

Będąc organem administracji Królestwa – „Dziennik Powszechny” celowo i świadomie przyjmował wcale nieoczywisty dla wszystkich czytelników geograficzny zakres podziału na wieści krajowe i zagraniczne w wyraźnym oddzieleniu spraw zachodnich guberni Cesarstwa od zagadnień z drugiej strony Niemna i Bugu. Nieprzypadkowo więc tematyka Ziem Zabranych trafiała na łamy gazety głównie w formie omówień publikacji w innych tytułach, a zwłaszcza polemik ze stanowiskami czy to autorów zachodnioeuropejskich, czy rosyjskich, a nawet rodzimą opozycją.

Niezrealizowana imperialna szansa Polski

Za swoisty manifest stosunku redakcji „Dziennika Powszechnego” (a pośrednio zatem i samego A. Wielopolskiego, który będąc w stałym kontakcie z J. A. Miniszewskim wpływał na kształt pisma) wobec Kresów uznać należy właśnie polemikę z dziennikiem „Le Nord”, w którym 23 stycznia 1862 r ukazał się artykuł Czego chce Polska, sygnowany Ami de la Religion. Odpowiedź „Dziennika Powszechnego”5 (jak można domniemywać autorstwa samego J. A. Miniszewskiego, choć przypisywano ją ponoć nawet samemu Margrabiemu) stanowi wykład stosunku obozu reprezentowanego przez gazetę m.in. do problemu Ziem Zabranych. Rekapitulując stanowisko Ami de la Religion autor pisał: „Polska jednym słowem żąda poszanowania prawodawstwa, zachowania stosunków z Litwa i dawnemi prowincjami polskiemi, podległemi Rosji. Oto jest, dodaje Ami de la Religion, w formie przedmowy, znaczenie jęków Polski, oto czego domagają się jej męczennicy, poświęcający swe życie bez walki6”. Tymczasem, zdaniem „Dziennika…” taki sposób widzenia sytuacji Polaków pod rządami rosyjskimi był zupełnie nieuzasadniony, bowiem „Nigdy, w czasach nawet najsurowszych panowania rosyjskiego w Polsce, utrzymanie narodowości Polskiej zawarowane traktatem 1815 r. nie było zagrożone niebezpieczeństwem7”. Co więcej, zwłaszcza po wojnie krymskiej i po zaistniałym w jej trakcie rosyjsko-polskim braterstwie broni „Zarząd wewnętrzny stawał się w Polsce coraz łagodniejszym, i kwestja ważnych zmian, roztrząsana w Petersburgu, miała być rozstrzygniętą na jej korzyść, gdy stronnictwo gwałtowne chociaż bezbronne, jak to później się okazało, ale nie bezsilne do złego, postawiło na nowo wobec Rosji kwestję niezależności narodowej i odzyskania prowincij, którym wojenne podboje w ciągu ośmiu wieków trzy razy, nowe nadawały panowanie. Prowincje te, przyczyna sporu, nie są właściwie, zapatrując się ze stanowiska naszych przeciwników, ani polskie ani rosyjskie, są one słowiańskie, chociaż kilka z nich zatrzymało po dziś dzień imię Rosji nadane im niegdyś przez Rosów Skandynawskich, których jedna odwaga założyła podstawę księstwa moskiewskiego, które przez stopniowe wzrastanie stało się dzisiejszem Cesarstwem rosyjskiem8”.

Mamy tu do czynienia ze zwróceniem uwagi na dwie kwestie kapitalnego wręcz znaczenia. Po pierwsze – na uznanie przez środowisko Margrabiego kwestii wówczas oczywistej, a dziś zupełnie opacznie interpretowanej przez historyków. Otóż zarówno zaburzenia warszawskie 1861 r., jak i późniejsze wydarzenia „odrodzenia patriotycznego” w Królestwie nie tylko w żaden sposób nie wzmacniały sprawy polskiej, nie tylko nie dopomagały w uzyskiwaniu pierwszych, a następnie kolejnych koncesji politycznych od Petersburga, ale przeciwnie, bardzo poważnie proces ten utrudniały, by z czasem, wraz z wybuchem powstania całkowicie go zniweczyć. Nie była to więc nawet mimowolnie skoordynowana gra, w której A. Wielopolski i konstytuujące się stronnictwa „Białych” i „Czerwonych” nawet walcząc ze sobą, ale wywierając nacisk na władzę carską jakoś wespół służyli sprawie narodowej. Przeciwnie, jako że reformy polityczne w Cesarstwie, przyspieszone porażką krymską – były jedynie wynikiem woli Aleksandra II, z trudem tylko forsowanej w ramach zbiurokratyzowanego i wewnętrznie zróżnicowanego na szereg głównie zachowawczych koterii państwa – zatem wszelkie zaburzenia w Królestwie jedynie osłabiały tak chęci, jak i możliwości Króla-Imperatora by dokonywać dalszych zmian na rzecz Polaków. Margrabia miał tego całkowitą świadomość, choć osobiście starał się skorzystać na przyspieszonym poszukiwaniu przez Petersburg partnera gotowego w Królestwie wdrażać reformy, a przede wszystkim skonkretyzować i zaproponować ich ostateczny kształt. To właśnie tłumaczy zdecydowanie A. Wielopolskiego tak w dążeniu do likwidacji spisków powstańczych, jak i niechęć do tolerowania biernej i bezcelowej, acz uciążliwej opozycji ziemiańskiej skupionej wokół Andrzeja Zamoyskiego.

Druga kwestia, to uwypuklenie, że płaszczyzną sporu polsko-rosyjskiego czynniki destabilizujące starały się uczynić problem Ziem Zabranych. O takim kierunku działań mających na celu przewrócenie systemu rekonstrukcji ustrojowej Królestwa Polskiego świadczyły wszak m.in. tzw. „Manifestacja Jedności Rzeczypospolitej Obojga Narodów” zorganizowana w Kownie 12 sierpnia 1861 r., czy pochód w Horodle 10 października 1861 r. W istocie więc „Dziennik Powszechny” brał sobie na cel swej polemiki animatorów tych zdarzeń, nie zaś bardziej nawet anonimowego Ami de la Religion.

Dla podkreślenia anachroniczności sporów o ziemie b. Wielkiego Księstwa Litewskiego z perspektywy drugiej połowy XIX wieku – autor przeprowadził dłuższy wywód, dowodzący zmienności władzy na tych terenach, które faktycznie, „(…) nakoniec w roku 1569 dostały się pod jarzmo Polskie po długiem i wytrwałem usiłowaniu pochłonięcia ze strony Polaków, w którem książęta litewscy, zostawszy Królami Polskimi, wzięli czynny udział.

Mówimy umyślnie jarzmo polskie, gdyż jeżeli się poradzimy archiwów Wielkiego Księstwa Litewskiego, aż do końca XVI wieku dostrzeżemy na każdym kroku sejmy tego kraju, zajęte staraniem o utrzymanie o w nietykalności linii separacyjnej, jaką pozostawiło między obu krajami małżeństwo Jadwigi z Jagiełłą9” – konkludował „Dziennik…” przytaczając okoliczności dość oczywiste nie tylko w okresie I Rzeczypospolitej, ale nawet i współcześnie, kiedy to wprawdzie odrębność między Polską a Litwą bywała traktowana jako oboczność regionalna, z pewnością jednak nikt się jeszcze nie poważał kwestionować jej istnienia, zwłaszcza w przeszłości. Autor wywodził, że mimo kolejnych unii jeszcze długo królowie polscy przekraczając Niemen znajdowali się w państwie odmiennym, odsyłali swój polski orszak i postępowali naprzód jako panujący wielcy książęta. Spory między obiema częściami organizmu Rzeczypospolitej nie były zresztą bynajmniej błahe, wciąż łatwo można je było odnaleźć choćby w aktach spraw sądowych i kronikach, gdzie nadal tkwiły „tajemnice zagrzebane przez złość ludzką10”.

Od różnic i sporów – ważniejsze były jednak zaszłości determinujące geopolityczny układ sił w Europie Środkowej i Wschodniej. O dominację na tych obszarach państwo polsko-litewskie mniej lub bardziej aktywnie rywalizowało z Moskwą w XV i XVI wieku, by ostatecznie zmierzyć się z nią w trakcie Wielkiej Smuty. Wówczas to odnosząc swój największy triumf – zajmując stolicę carów i dwukrotnie narzucając swego kandydata na tron kremlowski – Rzeczpospolita jednocześnie poniosła swą bodaj najważniejszą klęskę w dziejach, ostatecznie oddając inicjatywę geopolityczną rodzącej się Rosji. Nie odnosząc się do szczegółów tego procesu – autor „Dziennika Powszechnego” wnikliwie widział jego skutki, połączone z ubezwładniającą wewnętrzną słabością państwa polskiego: „Polska zaprzecza i odpycha prawo zdobyczy. Prawo to jednak chwilowo stanowiło jej wielkość; tylko że prawo to, w jej ręku, stało się nieprodukcyjnem; nie potrafiła ona założyć nic stałego. Stawszy się, przez pochłonięcie Wielkiego Księstwa Litewskiego samowładnym, że tak powiemy, arbitrem losów plemienia słowiańskiego, czyż potrafiła dać mu organizację, któraby je zabezpieczała na przyszłość od wszelkiego jarzma obcego? Nie, zabrakło jej genjuszu politycznego do spełnienia tego wielkiego dzieła, a pod jej bezsilnym protektoratem, wpływ cudzoziemski robił z dniem każdym nowe postępy w łonie Słowiańszczyzny odrywając od niej nowe szmaty11”. Zmiana więc po prostu musiała nastąpić jako historyczna konieczność, dodatkowo spotęgowana naturalnością wchłaniania ziem ruskich od wschodu.

Umyślnie tu nie wymieniliśmy Carów Moskiewskich pomiędzy władcami cudzoziemskiemi, jak ich nazywano, którzy się narzucili plemieniu słowiańskiemu, gdyż carowie, dziś Cesarzowie Wszech Rosji, równie jak podwładne im ludności, byli lub stali się, jeśli wymagają od nas koniecznie tego ustępstwa, sławianami przez mowę, religię i obyczaje. Tak więc, skoro ci władcy zastąpili Królów Polskich w ich ziemiach poza Bugiem i Niemnem, nie uczynili nic innego, jak tylko podstawili panowanie słowiańskie w miejsce innego, także słowiańskiego12” – tłumaczył „Dziennik…”. I jakimkolwiek dysonansem by to nie brzmiało dziś w polskich uszach, należało więc uznać, że „wszystko zostało w rodzinie”, a skutki upadku, czy nawet dalszego trwania Rzeczypospolitej w stanie bezrządu mogły być per saldo jeszcze groźniejsze, wobec jej stopniowego uzależniania od wpływów cudzoziemszczyzny, czy wprost „obcych”. Mamy w tym przypadku jasno sugerowany sprzeciw wobec takiego możliwego przebiegu wypadków, pod którego nieprecyzyjnym opisem możemy domyślać się tak opozycji wobec idei rewolucyjnych i liberalnych, zdobywających poklask pod koniec istnienia Rzeczpospolitej, jak i jej penetrację przez związki tajne. Nie bez znaczenia dla formułowania takich ocen był też zapewne konsekwentnie antyniemiecki kierunek polityki obozu Margrabiego, a warto pamiętać, że tzw. „sojusz pruski”, czyli uzależnienie schyłkowej polityki polskiej od Berlina było wszak jedną z wciąż życzliwie wspominanych „patriotycznych” opcji mających prowadzić do ratowania ojczyzny. Odrębna kwestia, to stosunek do wpływów żydowskich w Polsce, zróżnicowany w środowisku A. Wielopolskiego: od cechującego jego samego dążenia do szybkiej asymilacji zwłaszcza żydowskich klas posiadających i wyłonienia z nich „nowego mieszczaństwa”, nie ulegającego tendencjom rewolucyjnym czy szlacheckim sentymentom insurekcyjnym, do elementów religijnie i kulturowo umotywowanego antysemityzmu, objawianego np. przez duchowego opiekuna całego obozu, ks. Zygmunta Goliana.

Tak czy siak jednak Rzeczpospolita jednak upadła, a władzę nad znaczną częścią jej ziem przejęli carowie rosyjscy. Czy jednak i ich nie należałoby w tym przypadku uznać za obcych, co tak ówcześnie, jak i nawet dziś zdarza się w historiografii pamfletyzującej? Zdaniem autora „Dziennika…” z całą pewnością nie, także ze względu na głęboki związek, jaki zaszedł między domem panującym a ludem i całym narodem zwłaszcza podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1812 r. Rosja oparła się wówczas przeważającym siłom obcym, czego nie potrafiła dawna Rzeczpospolita, chętnie z własnej słabości czyniąca dowód rzekomej winy obcej, odpowiedzialnej za jej upadek. Tymczasem winna była tylko własna: „Polska sprzed roku 1772 mogła ustalić na zawsze losy plemienia słowiańskiego i zapewnić mu świetne i silne miejsce w świecie; chybiła ona, mianowicie też pod panowaniem Zygmunta III, temu przeznaczeniu, i dziś nie w porę dopomina się o rolę, której odegrać nie potrafiła, kiedy władzę miała ku po temu13”.

Tak oto, w wyniku polskiej porażki carowie „uwolnieni od współzawodnictwa z Polską” mogli „stanąć na czele narodów słowiańskich”, co ostatecznie zamknęło temat ich domniemanej czy rzeczywistej obcości. Powstałe w ten sposób imperium stało się zaś wartością samą w sobie nie tylko dla zamieszkujących je ludów, ale także dla wartości ogólnoludzkich (przez co należy rzecz jasna uważać: tradycyjnych i konserwatywnych), które tylko w Rosji znalazły dla siebie ochronę przed „postępem” i rewolucją. „Cóżby zyskała cywilizacja na rozpadnięciu się tej federacji sławiańskiej, tak bogatej w owoce pod berłem Cesarzów Rosyjskich14” – pytał retorycznie autor, nawiązując tym samym do myśli ideowej najpełniej w tym zakresie reprezentowanej przez Henryka Rzewuskiego ( symbolem ciągłości między autorem „Pamiątek Soplicy” a obozem Margrabiego był też Michał Grabowski, u schyłku życia bezpośrednio zaangażowany w realizację „systematu” A. Wielopolskiego).

Właśnie ideologiczne, cywilizacyjne myślenie implikuje raczej smutne dla Polski wnioski historiozoficzne: „(…) jakież usługi oddała Polska sprawie cywilizacji? Z jakim wielkim dziełem moralnem połączone jest jej imię w historji” – pytał autor i odpowiadał okrutnie: „Polska a raczej szlachta polska, która jedynie stanowiła naród, użyła całej swej potęgi moralnej tylko do zmuszenia do służebnictwa klas pracujących, i dotąd z batem lub kijem w ręku każe zbierać plony swych pól15”. Wbrew dominującemu wśród Polaków anachronicznemu samozadowoleniu, dawna Polska nie służyła też bynajmniej „idei wolnościowej” – bo w naszym wykonaniu jej namiastką była tylko czysta anarchia. W tej sytuacji nie można się już dłużej obrażać ani na bieg dziejów, ani na geopolityczne konieczności. „Jeografja i historja uczyniły były z Rosji i Polski dwa bratnie narody. Przyczyny wypadkowe rozłączyły je. Wynikły ztąd nieobrachowane nieszczęścia, których ciężar przygniata jeszcze obecne pokolenia. Narody są sprawcami swych losów. Polska upadła skutkiem anarchji; Rosja wzmogła się przez jedność i porządek Wymagania historyczne chciały, ażeby Rosja pochłonęła Polskę, pod zagrożeniem bycia przez nią pochłoniętą. Można sprostować historję, ale nie można jej przerobić ani przekształcić16” – konkluduje autor, w którym już łatwo domyślamy się J. A. Miniszewskiego, nie raz formułującego na łamach swego „Dziennika…” zbliżone poglądy.

Kresy straciliśmy więc bezpowrotnie, nie udźwignąwszy swej dziejowej szansy na Wschodzie. Upadliśmy rozszarpani własną anarchią i uleganiem wpływom obcym – zachodnim. Szczęściem w nieszczęściu, czy raczej prostym następstwem tych zdarzeń, było przejęcie władzy przez słowiańskich władców Rosji: nad Polakami prawem siły i procesu dziejowego, na Ziemiach Zabranych dodatkowo wzmocnionego pobratymstwem z miejscowym ludem. Autor proponował czytelnikom uznanie tego jako oczywistych konieczności, nieodzownych zwłaszcza wobec zewnętrznych prób rozerwania związku polsko-rosyjskiego, ponownego podziału i zanarchizowania terenów zamieszkałych przez Polaków. „Ufamy gorącej sympatji narodu rosyjskiego i zdrowemu rozsądkowi narodu polskiego. Potrafią one zrozumieć wasze knowania i zniweczą je17” – zapewniał autor, dziś zaś wiemy, że przy całym swym realistycznym oglądzie historii zgrzeszył nadmiernym optymizmem na przyszłość…

Ostrzeżenie przed rewolucją

Już w trakcie trwania powstania, stanowiącego najlepszy dowód na błąd w ocenie sytuacji bieżącej popełniony przez J. A. Miniszewskiego nie zaprzestał on jednak aktywnej walki z wątłymi intelektualnymi i ideowymi podstawami trwania insurekcji. Niemal do chwili zgonu ostrzegał przed skutkami światowej rewolucji, za której część i preludium uważał też i styczniowy zryw. „Marzona przez rewolucjonistów Rzeczpospolita, jest to wielkie mrowisko, pochłaniające i absorbujące wszelkie narodowości, znaczy wydarcie narodom samoistności i samodzielności. (…) Narodowości dla rewolucji, to są rekruty w ogień morderczy rzucane bez miłosierdzia18” – pisał proroczo, ostrzegając zarazem „Biada narodom dającym się wodzić na pokusy! Biada narodom patrzącym obojętnie, kiedy ich sprawę wyzyskują awanturnicy!19”. Że zaś awantura ówczesna biła głównie w interesy polskie świadczył choćby przytoczony już po śmierci publicysty fakt, że 1 stycznia 1863 r. było w Królestwie tylko ośmiu wyższych urzędników – Rosjan (wliczając w to m.in…. Wielkiego Księcia), pozostałe zaś kierownicze stanowiska w administracji zajmowali Polacy wskazani przez A. Wielopolskiego…20

Jak „rząd narodowy” pomagał „Wieszatielowi”

Rozpaczliwe, a absurdalne trwanie powstania, a zwłaszcza nawracające próby rozszerzenia jego zakresu terytorialnego – stawiały przez resztkami środowiska pozostałego jeszcze w pobliżu obozu władzy po odejściu Margrabiego konieczność podtrzymywania stanowiska wobec sytuacji politycznej na Ziemiach Zabranych. Stawało się to potrzebą tym dramatyczniejszą, że wybuch powstania na Litwie i Rusi otworzył drogę do niczym już nieskrępowanych represji i środków polityczno-socjalno-ekonomicznych wymierzonych w społeczne zaplecze insurekcji, a stosowanych przez Michaiła Murawjowa. Jego polityka twardej ręki znajdowała tym większe oparcie u Rosjan, im większe było ich rozczarowanie irracjonalną niewdzięcznością działań polskich i im silniejsze stawało się poczucie, że eliminacja politycznej polskości na Kresach jest kwestią rosyjskiego bezpieczeństwa.

Organy rządowe dla podkreślenia skuteczności tej akcji, a „Dziennik Powszechny” dla jej powstrzymania, przedstawiając sytuację na Litwie skupiały się na prezentowaniu adresów wiernopoddańczych, życzeń pomyślności i co najwyżej poleceń się łaskawości monarchy. Starano się też podejmować polemikę z mediami zachodnimi, używającymi przykładu polityki M. Murawjewa dla podtrzymywania krytyki Rosji i utrzymywania zainteresowania opinii polskim powstaniem, z czego jednak nic pozytywnego ani dla Polaków, ani nawet dla samej nieszczęśnie zdarzonej insurekcji nie wynikało.

Dla potrzeb polemicznych przytaczano także głosy słane z kraju na Zachód. I tak np. w listopadzie 1863 r. sięgano po „Timesa”, w którym zamieszczono korespondencję anonimowego mieszkańca ziemi kowieńskiej. „Ogólnie życzeniem Polaków w naszej prowincji, jest aby powstanie koniec wzięło i jedynie terroryzm komitetu centralnego stoi na przeszkodzie, aby życzenie to powszechnie było objawionem21” – przekonywał autor utyskując jednocześnie na swych rodaków, którzy „niczym Żydzi w szabas” obawiający się w kraju przyłapania przez sąsiadów – zagranicą folgują naturalnym skłonnościom, nie ulegają obowiązkowej mimikrze i środowiskowemu szantażowi. Co zresztą stronnictwa insurekcyjne projektują rodakom w zamian obecnego stanu rzeczy? „Polacy Rosyjscy używali zawsze przywilejów, których współrodacy ich pod rządem Pruskim będący nigdy nie mili22” – punktował kowieński korespondent, wskazując choćby kodeks Napoleona, czy polski język obowiązujący dotąd w urzędach i w sądach oraz podkreślając, że rząd rosyjski obchodził się z Polakami na Ziemiach Zabranych „zawsze jak z bratnim plemieniem”. Jak wiemy dziś – i ten stan rzeczy uległ zmianie właśnie i wyłącznie w wyniku powstania.

Powstrzymać rosyjski nacjonalizm

Zwiastuny tego przeorientowania polityki rosyjskiej wobec Polaków, pojawienia się elementów nacjonalistycznych i nawrotu do stanu całkowitego braku zaufania (wg wzorców dalej nawet idących, niż te które stały się udziałem Mikołaja I) widać było już w 1863 i 1864 r. na łamach prasy rosyjskiej. Ostatni okres swej działalności „Dziennik Powszechny” poświęcił m.in. na ostrzeganie rodaków cytatami choćby z „Gazety Moskiewskiej”, niejednokrotnie pomstującej na Polaków walczących z Rosją „kłamstwem oszustwem, potwarzą i fałszerstwem”.

Asumpt to takich zarzutów dawała właśnie nadal niefrasobliwa (mimo tragicznej sytuacji) postawa polskiej szlachty na Kresach. I tak np. (jak w listopadzie 1863 r. przytaczał „Dziennik…”23) „Gazeta…” opisywała zakłamanie szlachty wileńskiej, kowieńskiej, mińskiej i z innych guberni zachodnich, która to z jednej strony słała publikowane czy to w Warszawie, czy Moskwie i Petersburgu adresy o „wyrzeczeniu się buntu” i „przekonaniu, że Litwa powinna stanowić nierozłączną całość z Rosja”, co nieomal spotkało się z dobra wiarą strony rosyjskiej – podczas gdy równocześnie to samo środowisko miało stanowić zaplecze „departamentu litewskiego tzw. rządu narodowego”, o czym z kolei miała służyć korespondencja tego organu opublikowana przez „Journal de Debats” za pośrednictwem księcia [Władysława] Czartoryskiego. Tak oto do dziś czczone pozorowanie swego istnienia i zasięgu oddziaływania przez konspirację powstańczą – było skwapliwie wykorzystywane przez zwolenników siłowej rozprawy z polskością do uzasadniania programu represji.

Działania przeciwników ułatwiali zaś sami zainteresowani. Nie tracąc impetu „Gazeta Moskiewska”, cytowana przez „Dziennik…”24 informowała triumfalnie, że ta sama polska szlachta z guberni zachodnich podpisywała adres lojalistyczny do monarchy i opublikowany w powstańczej „Niepodległości” adres o nierozerwalnym związku ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego z Polską, przyznając do wyprowadzenia władzy w polce. Naświetlany w ten sposób „polski fałsz” i budzenie poczucia zagrożenia w Rosjanach dawało efekty, co wykorzystywali zwolennicy nacjonalistycznego kursu polityki Imperium, traktowanego jako remedium na prowadzące – jak uznawano – w polską pułapkę wcześniejsze próby sięgnięcia po hasła, treści i cele słowiańskie25.

Proroctwo z Galicji

Na razie jednak w pułapce znajdował się faktycznie „rząd narodowy”, dla którego rzucone przeciw Rosji i polityce A. Wielopolskiego hasło „Całości” ziem polskich zdawało się z czasem coraz poważniejszym obciążeniem. Jak bowiem np. kierujący powstaniem byli w stanie godzić liczenie na aktywną pomoc m.in. ze strony Austrii – z konsekwentnym nazywaniem Galicji i całego zaboru austriackiego „ziemią zrabowaną?”26 Zgodnie zresztą z zasadą, że zwłaszcza w Polsce nikt nie zdoła być prorokiem we własnym kraju – redakcja „Dziennika Powszechnego” zdecydowała się z czasem pewne przemyślenia serwować czytelnikom jako korespondencje z zewnątrz, a konkretnie właśnie z Galicji, gdzie po pierwszym zachłyśnięciu się powstaniem zaczęły pojawiać się refleksje nacechowane większym zrozumieniem dla głębi tragedii, jaką insurekcja ściągnęła na Polaków.

Właśnie te wnioski wobec schyłku „Dziennika Powszechnego” w dotychczasowym kształcie personalnym i ideowym można chyba z powodzeniem poczytać za swego rodzaju testament redakcji. Pisząc „Znad granicy Galicyjskiej27” autor snuł dywagacje m.in. o alternatywnym losie Polski kongresowej w przypadku np. odsunięcia dynastii Romanowów – podnosząc, że powstałe w ten sposób pozornie samodzielne kadłubkowe państewko z miejsca poniosłoby dotkliwą stratę choćby w związku z utratą dochodów z handlu z Rosją. Słabe, rzucone w określony punkt geopolityczny mapy – Królestwo znalazłoby się więc z gorszymi aktywami w punkcie wyjścia: „Nolens volens wypadłoby wybierać między zachodem i wschodem, między Niemcami a Rosją. Na którą stronę przechyliłby rozum stanu szalę, niepodobna wątpić28” – uważał autor.

Mimo to, jak wiemy, nie przekonało to bynajmniej naśladowców powstańców listopadowych przed kolejną próbą zerwania związków z Rosją, rzecz jasna przy automatycznym z założenia rozszerzeniu politycznej władzy polskiej na Ziemie Zabrane. Czy jednak rzeczywiście automatycznym? Autor wątpił: „Co do spodziewanego rozszerzenia terytorjalnego, w takich przynajmniej rozmiarach, by postawić Polskę od Rosji oderwaną w lepszych warunkach geograficznych, dość nadmienić, że kwestję te rozszerzenia terytorjalnego w kierunku na wschód rozstrzygnęli autorowie powstania teraźniejszego w liście do wydawców „Kołokoła”, zgadzając się na zasadę głosowania powszechnego, którą i Napoleon stoi. Ruś cała nie chce i nie będzie chciała należeć do Polski, gdyż jej powinowactwo jest daleko bliższe z Wielko-Rosją, niż z Polską29” – punktował korespondent wymieniając takie czynniki, jak związek języka, religii, położenia, a także obawę przed spolszczeniem jako decydujące o odrzuceniu polskości, a przyjęciu oferty rosyjskiej na Kresach. Autor zwracał przy tym uwagę że „chłop rosyjski nie jest już niewolnikiem, jak był lat temu parę wcześniej”, a zatem również względy socjalne nie będą już stanowiły skutecznej bariery przed zlaniem się ludu guberni zachodnich z głównym nurtem rosyjskim, a przeciwnie wręcz, nowe uregulowania mogą wręcz rosyjskość, czy w każdym razie pro-państwowość czynić wielce zachęcającą. Jak wiemy niewiele zabrakło, aby zniweczenie przez powstanie „systematu” A. Wielopolskiego, w tym odrzucenie jego planów ewolucyjnych reform społecznych i realnego, a nie deklaratywnego uobywatelnienia włościan30 – doprowadziło do takiej samej groźby rusyfikacji chłopów także w Królestwie, czemu jednak ostatecznie zapobiegła na przełomie XIX i XX wieku aktywność narodowej demokracji.

Jaka więc mogłaby istnieć recepta na to odrzucanie oczywistych następstw własnych działań, na skutki nieuchronnej utraty Ziem Zabranych? „Dziennik Powszechny” taką alternatywę przedstawiał i z dzisiejszej perspektywy znowuż można by nazwać ją proroczą, gdyby nie była po prostu morderczo logiczną, zgodnie z zasadami wyznaczonymi przez „systemat” Aleksandra Wielopolskiego: „Gdyby można mieć nadzieję, że kiedyś dzisiejszego Królestwa Polskiego granice zostaną rozszerzone, toć jest rzeczą oczywistą, że w przeciwnym Wschodowi kierunku, wszakże pod warunkiem niezbędnym szczerego z Rosją pojednania się31” – pisał galicyjski korespondent 10 marca 1864 r. Blisko 81 lat przed Jałtą…

Cena Kresów

Jak uczą doświadczenia co najmniej 150 (jeśli nie 300) ostatnich lat – przesunięcie Polski na Zachód stało się faktycznie dziejową koniecznością. Utrata przez polskie ziemiaństwo na Kresach swej dominującej pozycji społeczno-ekonomicznej, a w efekcie i politycznej w wyniku skazanego na klęska powstania styczniowego tylko przyspieszyła proces. Ułożenie modus operandi Polski z Rosją za cenę politycznego odstąpienia Kresów było zresztą wymuszane także kolejnymi wydarzeniami wspólnej burzliwej historii dwóch narodów. Podkreślić zaś wypada, że to strona polska, choć słabsza, swymi działaniami wyrzekała się choćby możliwości utrzymania czy nawet wzmocnienia swej roli jako silnej i wpływowej nacji w obrębie imperium carów, co na pewnych etapach było wszak zupełnie w zasięgu naszych możliwości32. I znów w tym zakresie realny program A. Wielopolskiego okazywał się bardziej narodowy i odpowiadający potrzebom, niż te werbalnie tylko i deklaratywnie patriotyczne. „Zapłata” Kresami faktycznie dokonała się więc już w ramach upadku „systematu” Margrabiego i klęski powstania, zaś Polacy jedynie nie chcieli tego faktu przyjąć do wiadomości, nie akceptując czy to potrzeby rozmów o przebiegu granic z przedstawicielami Białej Rosji33, czy to uznania za jedynie możliwy ładu pojałtańskiego. Historia przyznała więc z czasem rację stanowisku Aleksandra Wielkopolskiego i jego obecnej także na łamach „Dziennika Powszechnego” wizji zwrócenia Polski na Zachód, ku rzeczywistym zagrożeniom, ale i nowym szerokim możliwościom, bez motywowanego czymś więcej niż sentymentami żalu za Ziemiami Zabranymi.

Konrad Rękas

1Konrad Rękas, Margrabia Wszechwielopolski? Stosunek Aleksandra Wielopolskiego do Rosji przygotowane do: Lech Mażewski Próba ustrojowej rekonstrukcji Królestwa Polskiego w latach 1861-1862, wyd. II, 2014

2Patrz też K. Rękas Rok ów, [w:] Dziś. Przegląd Społeczny, nr 11(98), listopada 1998; szerzej na ten temat Stanisław Smolka Polityka Lubeckiego przed powstaniem listopadowym, Kraków 1907, Jerzy Szczepański Książę Ksawery Drucki-Lubecki, Warszawa 2008

3Patrz np. Szymon Mich Przyczynek do biografii Wincentego Gosiewskiego, [w:] Meritum, t. 1, Olsztyn 2009, s. 14

4Patrz szerzej Władysław Smoleński Konfederacya Targowicka, Kraków 1903; Drugi rozbiór Polski. Z pamiętników Sieversa, Poznań 1865; Łukasz Kądziela Między zdradą a służbą Rzeczypospolitej, Warszawa 1993

3Szerzej na ten temat patrz m.in. Henryk Głębocki Dzieje „litewskiego Wielopolskiego”. Hr. Wiktor Starzeński i projekty autonomii prowincji litewskich przed powstaniem styczniowym [w:] Naród-państwo. Europa Środkowa w XIX i XX w. 2006, s. 45-56; Dawid Fajnhauz, Śladami Wielopolskiego, Wiktor Starzeński i jego projekty ugody polsko-rosyjskiej na Litwie i Białorusi (1861-1863), „Przegląd Historyczny”, 1994, z. 3; Przemysław Dąbrowski, „Litewski Wielopolski” – czyli program hrabiego Wiktora Starzeńskiego przed 1863 r., [w:] Próba…

4Patrz Zbigniew Stankiewicz Dzieje wielkości i upadku Aleksandra Wielkopolskiego, Warszawa 1967, str. 227-228

5Dziennik Powszechny, nr 19, poniedziałek 27 Stycznia 1862, s. tytułowa

6Ibidem

7Ibidem

8Ibidem

9Ibidem

10Ibidem

11Ibidem

12Ibidem

13Ibidem

14Ibidem

15Ibidem

16Ibidem

17Wszystkie cytaty op. cit

18 Bez podp. [J. A. Miniszewski?] Interessa Rewolucji Powszechnej i Narodowości, Dziennik Powszechny, nr 91, środa 22 Kwietnia 1863 r., s. tytułowa

19Op. cit. s. 372

20Dziennik Powszechny, nr 101, poniedziałek 4 Maja 1863, s. 412

21Dziennik Powszechny, nr 271, czwartek 14 (26 Listopada) 1863. Pojawienie się w winiecie pisma podwójnego – polsko-rosyjskiego datowania numerów świadczyło najlepiej jak słabła sprawa polska w związku z trwaniem powstania i jak cofał się w jego efekcie system rekonstrukcji ustrojowej Królestwa Polskiego realizowany wcześniej z powodzeniem przez A. A. Wielopolskiego i jego współpracowników.

22Ibidem

23Dziennik Powszechny, nr 279, sobota 23 Listopada (6 Grudnia) 1863, s. tytułowa

24 Dziennik Powszechny, nr 280, poniedziałek 26 Listopada (7 Grudnia) 1863

25Patrz np. Dziennik Powszechny, nr 119, piątek 15 (27) Maja 1864, s. 1078 – cytowana polemika Petersburger Zeitung z Ostsee Zeitung odnośnie domniemanej siły stronnictwa staro-ruskiego, antyniemieckiego, dążącego do powstania pod rządami carów monarchii wszechsłowiańskiej – z konkluzją, ze nie można już mówić o istnieniu odrębne stronnictwo o takim programie, a co najwyżej o indywidualnym nastawieniu niektórych postaci czynnych jeszcze w życiu publicznym i zapewnieniem, że Rosjanie także w sensie politycznym czują się wyłącznie Rosjanami, nie zaś Słowianami.

26Patrz Dziennik Powszechny, nr 48, poniedziałek 17 (29) Lutego 1864, s. 439

27Dziennik Powszechny, nr 60, poniedziałek. 2 (14) Marca 1864, s. 536

28Ibidem

29Ibidem

30Patrz np. J. A. Miniszewski, Rewolucjoniści i Patrycjusze w narodzie, Dziennik Powszechny, nr 100, sobota 2 Maja 1863

31Op. cit. Dziennik Powszechny, nr 60

32Patrz np. o sytuacji alternatywnego wyboru w roku 1830 i jego następstw: Tomasz Łubieński Bić się czy nie bić, Kraków 1980, s. 37: „Gdyby powiodła się wyprawa na Paryż, może w ramach tego imperium Polacy przjęliby rolę Niemców nadbałtyckich, junkrów i zażartych patriotów samodzierżawia, jego najwierniejszych, jak „czarny baron” Wrangel, obrońców”.

33Patrz np. K. Rękas Patriota Białej Rosji, [w:] Myśl Polska nr 15-16 (1343-1344), 12-19 kwietnia 1998, s 16-17; szerzej na ten temat w: Andrzej Kamiński Polska w świetle postanowień rządu omskiego, [w:] Studia z najnowszych dziejów powszechnych, t. 3. Warszawa 1963; Protokół Komitetu do rokowań pokojowych, tamże.

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.