Wielomski: Kuc i dekucyzacja

W mediach społecznościowych popularne jest, mocno pejoratywne, pojęcie „kuc” (l. pojedyncza) i „kuce” (l. mnoga). Spotkałem różne etymologie tego pojęcia – od spiętych na kucyka włosach z tyłu, po przyrównanie do konia-kucyka, udającego, że jest dorosłym koniem – co nie ma dla nas większego znaczenia. Generalnie kuc definiowany jest jako bardzo młody wiekiem libertarianin, radykalny liberał, radykalny wolnościowiec, który całymi dniami i nocami siedzi w Internecie, gotów na wszelkich możliwych forach bronić absolutnie pojętej wolności, walcząc z „lewactwem”, pojętym jako atak na wolność absolutną. Słowem, pojęcie kuc dość blisko połączone zostało z pojęciem trolla internetowego, tyle, że o liberalnych czy libertariańskich poglądach. Przez całe lata panował pogląd, że kuce stanowią prawdziwą gwardię środowisk wolnościowych, gdyż jest w ich Internecie pełno, atakują w sposób zmasowany (często niewielka liczba przekłada się na wielość nicków) i podchodzą do idei wolnościowej w sposób doktrynerski.

Kuce mają ulubione tematy, które doktrynerstwem pachną na kilometr. Pierwszy to pytanie czy wolno kogoś zabić i zjeść, jeśli ten ktoś wyraził na ten barbarzyński akt pisemną zgodę? I czy jeśli wykonawca takiego testamentu pójdzie do więzienia to stanowi to (lub nie) naruszenie wolności? Drugim z ulubionych tematów jest tzw. pączek z dziurką, czyli problem czy można przymusowo ustanowić służebność na drogę dojazdową w sytuacji, gdy jeden kawałek ziemi stanowi enklawę w innym, należącym do kogoś innego? Prawdę mówiąc tematy takie i dyskusje, które są przy ich okazji prowadzone, przypominają mi dyskusje Marksa z Plechanowem, na temat interpretacji 2 akapitu od góry, na stronie 234 tomu II Kapitału, w aspekcie jego związków z tezami Hegla z 4 rozdziału Fenomenologii ducha. Słowem, są to dyskusje całkowicie aprioryczne, oderwane od rzeczywistości politycznej i społecznej, a prowadzone przez osoby, które z racji wieku nie poznały jeszcze realnego życia, świat znają z książek i są przekonane, że pozjadały wszelkie mądrości.

Nigdy nie lubiłem kuców. Można o mnie powiedzieć wszystko, ale nie to, że jestem doktrynerem. Nigdy zresztą nie uważałem się za liberała, nie wspominając o libertarianizmie. Istotą liberalizmu jest przekonanie, że ludzie posiadają pewne prawa przyrodzone i dyskusja liberałów między sobą, jak i libertarian między sobą, polega na ich enumeracji i opisaniu, aby następnie, z punktu wyliczonych naturalnych uprawnień, krytykować zastane „socjalistyczne” państwo. Moje podejście zawsze było, i pozostaje, odwrotne. Jestem sceptyczny co do istnienia praw przyrodzonych. Moja krytyka socjalizmu i interwencjonizmu państwowego nie wynika z przyczyn liberalnych, które postrzegam jako ideologiczne i abstrakcyjne. Bywam zgodny z wolnościowcami ze względu na mój sceptycyzm co do regulacyjnej funkcji państwa, szczególnie w gospodarce. Po prostu nie wierzę, że planista w Warszawie, który nigdy o mnie nie słyszał, wyda lepiej moje pieniądze niż ja sam. Nie wierzę w moc konstruktywizmu prawnego i społecznego w życiu gospodarczym, ponieważ ludzki rozum nie obejmuje całokształtu stosunków społecznych i gospodarczych. I gdyby obejmował, to mógłbym wejść z wolnościowcami w spór. Ale nie obejmuje. I argument praktyczny jest dla mnie jedynym, który przyjmuję i z powodu którego jestem antysocjalistą. Dlatego, gdy kuce debatują o dobrowolnym kanibalizmie i pączku z dziurką, to mam poczucie, że rozmawiam z nową wersją oświeceniowego filozofa lub komunisty-utopisty, tym razem liberalnego, który nie żyje w realnym świecie, lecz w teoriach i w książkach. Jako konserwatysta nie cierpię ludzi przeteoretyzowanych, którzy zagubili się w rzeczywistości.

Problem w tym, że środowisko samo-nazywające się mianem wolnościowego zawsze przyciągało kuce, które stanowiły jego najbardziej radykalne skrzydło, zażarcie kontestujące linię stronnictwa (nazwy jak wiadomo często się zmieniały), wszędzie widząc zakażenie i zainfekowanie socjalizmem. Kuce stanowiły niewielki liczebnie, ale bardzo aktywny i widoczny element środowiska samo-definiującego się jako wolnościowe, przy czym głównie zajmowały się jego kontestacją z punktu widzenia ideologicznej ortodoksji, przypominając tutaj fanatyka Trockiego kontestującego myślącego w kategoriach imperialnych Stalina. Dlatego kuc nie przysparzał środowisku, z którym zawsze jakoś sam się identyfikowałem, poparcia społecznego. Kuc odstraszał swoim ekstremizmem, fiołem na punkcie teoretyzowania, wyszukiwaniem herezji i pielęgnowaniem ideologicznej ortodoksji. Jeśli stronnictwo chce dotrzeć do szerszych gremiów społecznych, poszerzać swoje zaplecze wyborcze, wejść do polityki, to obiektywnie rzec biorąc kuc był jego wrogiem, gdyż był bardzo aktywną medialnie karykaturą. Normalni ludzie spotkali kilka wpisów internetowych kuca i nie chcieli mieć z takim stronnictwem nic wspólnego.

Dlaczego to wszystko piszę? Nie przypadkiem czynię to w pierwszym felietonie po wyborach do europarlamentu. Wiem jedno, środowisko chyba osiągnęło sukces, pozbywając się kuców. Dlaczego? Obserwując media społecznościowe widzę, że kuce śmiertelnie obraziły się na środowisko wolnościowe, za sojusz z Ruchem Narodowym, pro-liferami, etc. Kuc jest doktrynerem, fanatykiem, nie żyje w świecie realnym. Jest obrońcą libertariańskiej ortodoksji. I kuc nigdy nie wybaczy „zdrady”. Już nie jakiegoś tam drobnego kompromisu z „socjalizmem”, ale otwartego sojuszu wyborczego z nacjonalistami, których uważa za socjalistów i krypto-bolszewików, gdyż Dmowski i Marks to dwaj identyczni kolektywiści, zgodnie ignorujący problemem pączka z dziurką. Stronnictwo zaczęło prowadzić realną politykę, zawarło sojusz koalicyjny i… splamiło ortodoksję. Dziewictwo zostało utracone, a wraz z nim poparcie kuców, które de facto było permanentną kompromitacją i karykaturą. To teraz kuce do wora, a my zajmijmy się polityką…

Adam Wielomski

Tekst ukazał się w „Najwyższym Czasie!”

Click to rate this post!
[Total: 32 Average: 4.2]
Facebook

6 thoughts on “Wielomski: Kuc i dekucyzacja”

  1. Sęk w tym, że to JKM swoim teoretyzowaniem przyciągnął tych ludzi. Wiadomo – JKM studiował filozofię i matematykę. Na tych wydziałach jest na pęczki intelektualistów, którzy lubują się w zagadkach i grach logicznych. To matematycy konstruują dziwaczne funkcje, które są ciągłe w każdym punkcie, ale nigdzie nie są różniczkowalne. Fizycy słysząc o takich rzeczach wymownie stukają się w głowy. To nikt inny jak JKM twierdzi, że o ile pole powierzchni Polski można jakoś tam policzyć, o tyle z długością granic jest problem, bo Bałtyk ciągle porywa i oddaje kawałki lądu. A granica może być fraktalem. Innym problemem jest przyzwolenie na eutanazję. Skoro JKM twierdzi, że w królestwie Korwinii będą działały telewizje dla kanibali, szkoły zatrudniające nauczycieli-homosiów, czy będą możliwe pojedynki rewolwerowe na śmierć i życie, to dlaczego nie eutanazja? Skoro para kowbojów może urządzić sobie strzelaninę przed ratuszem, to dlaczego Armin Meiwes nie może skonsumować faceta, z którym się właśnie przespał?

    1. Hola hola… Matematycy konstruują dziwaczne funkcje? Nie ma aktualnie niczego, co byłoby czystą matematyką, bez odniesienia do rzeczywistości. Na którymś z wykładów prof. Meissnera na YT ten właśnie opowiadał, że istniały kiedyś funkcje, przekształcenia czy inne wywody, które miały być tą „czystą matematyką”, ale wraz z rozwojem fizyki kwantowej lub kosmologii okazuje się, że te „niepraktyczne dla fizyków” tworki matematyki są jednak praktyczne. I aktualnie zaawansowani matematycy szukają właśnie dla fizyki kwantowej i kosmologii bardziej zaawansowanych i abstrakcyjnych przekształceń, funkcji, wywodów itd. ponieważ aktualne algorytmy rozwiązywania problemów inżynieryjnych czy fizyki klasycznej mają wystarczający stopień dokładności i złożoności.

      Proszę się wstrzymywać, bo widać że Pan nie miał styczności z zawodowymi matematykami (nie, nie chodzi o nauczycieli rachunków w szkole).

      1. Oj, ale to o czym Pan pisze, to jest matematyka stosowana. Są jednak działy matematyki czystej, która oderwała się od pierwotnych związków z rzeczywistością i rozwija się w jakąś totalną abstrakcję. Zabawy z hipotezą Goldbacha, czy Wielkie Twierdzenie Fermata to przy tym pikuś. Istnieją oczywiście takie dziwactwa, jak pochodne niecałkowitego rzędu (np. pi-tego), ale daje się znaleźć zjawiska, które można przy ich pomocy wymodelować. Oczywiście, wygląda to nieco zabawnie – trochę tak, jakby jakiś profesor z autorytetem sobie to wymyślił i szukał na siłę zastosowania, aby nie zostać uznanym za nieroba.

        1. Nie, nie, nie. Nie ma czegoś takiego jak „matematyka czysta, oderwana od związków z rzeczywistością”. Były zagadnienia, które w wieku XVIII były uznawane za „czystą i piękną matematykę”. W wieku XX już okazało się, że to zagadnienie ma zastosowanie przy opisie jakiś zjawisk pogodowych. Nie pamiętam szczegółów a nie mam tyle wolnego by szukać. I tak ogólnie z matematyką jest.

          Generalnie jest tak, że jest fizyka-chemia-inżynieria-inne-praktyczne-nauki, matematyka, technika oraz biznes-wojsko-etc. Przez tysiąclecia technika wyprzedzała praktyczne nauki i matematykę – coś działało, lecz nie wiadomo jak, dlaczego i tak dalej. Potem dogoniła matematyka, dzięki czemu już inżynierowie mogli celnie strzelać z polybolosu czy trebusza. Nadal jednak fizyka była w tyle. Potem matematyka z techniką mocno wybiegły do przodu a fizyka była w tyle. Z tego okresu Kalvin (ten od skali temperatury, nie ten herezjarcha) miał powiedzieć, że niedługo będzie kres nauki, bo już technika wszystko odkryła, matematyka posiada narzędzia opisu i zostaje nauce to tylko sformalizować. Jednak nauka potem dokonała gwałtownego wybiegu na przód, tworząc konstrukty myślowe których nie można było wykonać przy obecnym stanie techniki. Ale matematyka dokonała gwałtownego wybiegu naprzód. Dzięki temu fizycy, technicy i inżynierowie mogli iść do matematyka i w większości przypadków dostawali funkcje, algorytmy i inne rzeczy, oparte też na tych odkryciach matematycznych, które uważano za „czystą matematykę”. W chwili obecnej matematyka jest (tak na oko strzelam) dwa-trzy pokolenia do przodu względem techniki i fizyki. Czyli matematyka ma narzędzia, z których inni nie potrafią skorzystać.

          To tak, jakby dla Neandertalczyków dać średniowieczne narzędzia rolnicze, ale bez żadnych dodatkowych informacji czy relacji. I czy oni dokonaliby rewolucji neolitycznej tysiące lat wcześniej? Nie. Bo matematyka to właśnie narzędzia i tworzenie narzędzi. Ale gdyby te narzędzia dać już dla ludzi w okresie rewolucji neolitycznej – rolnictwo tutaj znacznie by poszło do przodu. Bo mają już jakąś technikę i wiedzę, ale toporne i mało efektywne narzędzia.

          Teraz powinno być to bardziej zrozumiałe.

          A gdzie w tym wszystkim biznes? Biznes to potrafi pewne patenty i rozwiązania schować „do szafy” lub „z niej wyjąć”, kiedy dane rozwiązanie zniweczy rentowność wcześniejszego patentu (z realu – technologia CD która wyparła VHS nim ta druga odpowiednio duża zarobiła) lub nie jest opłacalna w aktualnych warunkach (bo np. mamy odpowiednio tani gaz czy ropa). Odwrotnie wojsko – wojsko może wypchnąć do przodu te, które naturalnie by się wlekły bardzo długo (technologia atomowa chyba najbardziej pasująca – była tania ropa, gaz zatem w cywilne testy nad energią atomową sensu nie było bo „zbyt duże ryzyko; niepewna technologia” itd. … ale jak ciężar ryzyka inicjacji oraz wstępu przyjęła armia… to i pieniądze się znalazły).

          Zatem niech inne gałęzie spróbują doganiać matematykę a nie, że ta jest teoretyczna, niepraktyczna itd 😛

  2. Ideowość ideowością, ale żadne z tych grup uznawanych za „ważne”, „mądre” czy „prawdziwe” nie potrafi przekroczyć progu. Nie chodzi o to, kto ma najlepsze pomysły, tylko to potrafi zdobyć władzę, a wtedy będzie mógł odsuwać od władzy i wprowadzać w miarę możliwości swoje poglądy.

    1. Albo i nie. Najprawdopodobniej jesteśmy rynkiem zbytu i ewentualna próba produkowania czegoś lepiej i taniej mogłaby się skończyć pojawieniem się „związków zawodowych”, które by tę opłacalność sprowadziły do obecnego poziomu. Mit i mentalność „Solidarności” i JP2 póki co są traktowane jako tabu i każdy kto by chciał złamać ten paradygmat metodami wyborczymi jest szaleńcem. A zamach stanu w tak politycznym narodzie raczej nie wchodzi w grę. Osoby, które nie chcą marnować energii na kopanie się z koniem już stąd wyjechały.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.