Wielomski: Noc Paskiewiczowska. O reformie Gowina

O ile antypisowska opozycja bardzo głośno protestowała, gdy odbierano przywileje ex-esbekom i gdy władza „zamachiwała się” na niezależność sądów, to zupełnie milczy w obliczu reformy nauki ministra Jarosława Gowina, która w ekspresowym tempie przepychana jest przez Sejm. Tempo jest ekspresowe, gdyż minister Gowin chce, aby jego „konstytucja dla nauki” obowiązywała od 1 X 2018 roku.

Niestety, także ze środowiska naukowego głosy krytyczne płyną dość rzadko, choć krytyka tego projektu na polskich uniwersytetach jest totalna. Nikt jakoś nie chce się wychylić i publicznie zaprotestować. Tymczasem sprawa jest poważna. Celem ministerialnego projektu jest, przy zachowaniu państwowego charakteru uniwersytetów, całkowita zmiana ich konstytucji. Skoro uniwersytety mają już być państwowe, to mogą być zarządzane lepiej lub gorzej. W moim przekonaniu, projekt idzie w złym kierunku.

Po pierwsze, forsowana ustawa faktycznie likwiduje niezależność uniwersytetów od administracji państwowej. Od średniowiecza uniwersytety cieszyły się autonomią w stosunku do państwa i nie było jej tylko w krajach despotycznych (Rosja) i totalitarnych, takich jak III Rzesza, ZSRR i PRL. Zresztą w ramach detotalitaryzacji w późnym PRL, bodaj od 1981 roku, profesorowie wywalczyli sobie prawo do wyboru rektora i dziekanów. Innymi słowy, w tradycyjnym systemie ustrój uniwersytecki ma charakter arystokratyczny i nauką rządzą profesorowie. Przy elekcjach władz dopuszcza się wprawdzie głosy adiunktów, asystentów, studentów, pracowników administracji, ale w mniejszości. Głosy te decydują tylko wtedy, gdy środowisko profesorów jest podzielone w kwestiach personalnych. Forsowana pośpiesznie ustawa odbiera rządy na uniwersytetach profesorom, którzy sprawowali je od kilkuset lat, aby przekazać w ręce dziwnego ciała, faktycznie wskazanego przez ministerstwo, które wybierze rektora. Ten zaś mianuje dziekanów. Celem tej ustawy jest odebranie na uniwersytetach władzy profesorem i pośrednio przekazanie jej w ręce urzędnicze.

Wedle forsowanego pośpiesznie projektu, przyniesiony z zewnątrz rektor ma mieć władzę praktycznie nieograniczoną. Zniesione będą rady wydziałów, które do tej pory zajmowały się kwestiami awansu zawodowego, decydując o przyznawaniu stopni naukowych i wnioskując o przyznanie tytułu profesorskiego. Uprawnienia te mają zostać przypisane centralnym organom uniwersyteckim, czyli – w praktyce – będą zależeć od organu powołanego przez ministerstwo. Skutkiem ustawy będzie odebranie z rąk profesorów kontroli nad rozwojem naukowym młodych kadr i pośrednio przekazanie ich w ręce urzędnicze.

Oczywiście, nie twierdzę, że każdy rektor będzie tyranem, umożliwiającym karierę i awans jedynie swoim znajomym. Znając jednakże partyjniactwo charakterystyczne dla współczesnej Polski można obawiać się, że rady wybierające rektorów, a w ślad za tym i sami rektorzy, będą zmieniać się jak członkowie rozmaitych rad radiofonii i telewizji, którzy ulegają całkowitej wymianie po każdej zmianie rządu i większości sejmowej. Innymi słowy, w moim przekonaniu ustawa grozi upartyjnieniem uniwersytetów. Oznacza to zmuszenie do milczenia lub nawet redukcję etatową tych wykładowców, którzy nie będą powolni aktualnie rządzącym.

Ministerstwo Nauki nie ukrywa, że celem ustawy jest redukcja ilości ośrodków akademickich. Wiele z nich, szczególnie tych mniejszych i regionalnych, utraci uprawnienia habilitacyjne, doktorskie, często także uprawnienia do prowadzenia studiów magisterskich. Niektóre upadną. Oznacza to redukcję kadry naukowej, w wykształcenie której podatnik zainwestował miliony złotych. Dla młodzieży z mniejszych ośrodków oznaczać to będzie konieczność migracji do wielkich miast. Wykorzenienie młodych ludzi ze środowiska lokalnego spowoduje ich alienację, aż staną się bezideowym elementem, nadającym się jedynie do pracy w wielkich korporacjach. Oznacza to trwały regres lokalnych elit intelektualnych. Polska podzieli się na wielkie miasta i intelektualne tereny pustynne.

Celem forsowanej ustawy jest także radykalna redukcja liczby wydawnictw i czasopism uznawanych za „naukowe”. Książki wydawane w wydawnictwach i teksty drukowane w periodykach innych, nie będą liczyć się do dorobku naukowego. Nie będzie już w ogóle ważne czy napisałeś coś ciekawego, lecz gdzie to opublikowałeś. Wydawnictwa „prestiżowe” za wydanie książki naukowej już dziś domagają się po 15-20 tysięcy złotych dotacji. Gdy zniknie im konkurencja ze strony wydawnictw mniej „prestiżowych” ceny te pewnie wzrosną. Ja swoje książki wydaję bez oglądania się na „prestiżowość”, bo mnie takie kategorie nie kręcą. Niestety, po reformie, obligatoryjnie będę musiał je wydawać w wydawnictwach „prestiżowych”. Jeśli nie będzie mnie na to stać, to będę musiał pozyskiwać na ten cel granty. Innymi słowy, podatnik będzie musiał sfinansować wydanie książki, aby miała status „naukowy”, ponieważ nie będę mógł jej wydać tam, gdzie zawsze to czyniłem. Podobnie radykalnie ograniczona ma być liczba czasopism naukowych. Oznacza to podrożenie kosztów wydania książek i zabicie żywiołowo wydawanych periodyków naukowych lokalnych i tematycznych. Status „naukowy” osiągną tylko te periodyki, za którymi stać będą duże środki, oczywiście także pochodzące od podatników.

Co do profesorów, to jeśli dobrze rozumiem zapisy ustawy, to także przestaną być potrzebni. Pracownik będzie tyle wart, ile wyrobił punktów. Zasada ta może jest i słuszna i liberalna, ale powstaje pytanie następujące: jeśli profesor tytularny zarabia dziś, mniej więcej, dwa razy tyle co doktor, to czy w ramach racjonalizacji kosztów władze uczelni nie dojdą do wniosku, że taniej jest zatrudniać świeżo upieczonego doktora niż profesora ze znaczącym dorobkiem? W tej sytuacji pozostawienie stopni doktora habilitowanego i tytułu profesora staje się fikcją. Co gorsza, z racji wyższych zarobków, uzyskane wcześniej stopnie i tytuły mogą stać się… powodem do redukcji kadrowej.

Adam Wielomski

Tekst ukazał się w tygodniku “Najwyższy Czas!”.

PS

W czasie przepychania ustawy Gowina przez Sejm zapisy w projekcie zmieniają się jak w kalejdoskopie i liczni komentatorzy narzekają, że nie sposób zdobyć aktualnej wersji tekstu ustawy. Zaznaczam to, ponieważ tekst ten pisany był 2 tygodnie temu i stanowi komentarz do aktualnych wtedy zapisów. Być może, że pewne istotne szczegóły uległy zmianie.

[Głosów:16    Średnia:4.2/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *