Wielomski: Pytanie Sokratesa

Dwaj głośni filozofowie niemieccy – Friedrich Nietzsche w XIX i Martin Heidegger w XX wieku – głosili, że ok. VII-VI stulecia przed Chrystusem w intelektualnej historii Zachodu doszło do olbrzymiej katastrofy. Wtedy to bowiem w Grecji właściwej i w greckich koloniach w południowej Italii doszło do „narodzin rozumu”, gdy Parmenides, Sokrates i Platon właśnie za pomocą rozumu zaczęli badać świat i zadawać kłopotliwe pytanie: „Dlaczego?”. Podobno do tego czasu ludzie starożytni, także i Grecy, pytania tego nie zadawali, nie pytali, ponieważ na wszystkie pytania mieli gotowe i utrwalone tradycją odpowiedzi zawarte w sakralnych mitach. Były to opowieści o bogach i boginiach, a każdą formę egzystencji, każdą rzeczkę i stawik, każdą czynność przypisywali działalności jakiejś nimfy, najady lub muzy. Parmenides, Sokrates i Platon uznali, że mit im nie wystarcza, nie wszystko im tłumaczy – a właściwie nie tłumaczy kompletnie niczego – i postawili ludzkości to dręczące pytanie: „Dlaczego?”. Jak się zdaje, mocno tym pytaniem zaskoczyli ówczesnych ludzi, w tym dumnych obywateli greckich Aten. Tak bardzo, że ostatecznie Ateńczycy skazali Sokratesa na śmierć za „psucie młodzieży”, co Platon ujął w słynnym symbolu jaskini w siódmej księdze swojego Państwa.

          

Na szczęście dla prof. Witolda Modzelewskiego, dziś takie ateńskie sądy w Polsce (jeszcze) nie działają i nie skazują nikogo na śmierć za „psucie młodzieży”, acz nie mam wątpliwości, że gdyby wznowiono ich działalność, to autor wielotomowego cyklu „Polska-Rosja” mógłby być jednym z pierwszych oskarżonych i osądzonych, a następnie postawionych przed alternatywą: ucieczka i emigracja lub wypicie szklanki cykuty, a może wręcz całego jej baniaka, aby sędziowie mieli pewność, że trucizna zadziała skutecznie. Dlaczego tak uważam? Dlatego, że prof. Modzelewski w sumie robi to samo, co robił Sokrates 2500 lat temu: psuje młodzież. Ba! Nie tylko młodzież, lecz także i dorosłych, a próbuje nawet i naszą starszyznę plemienną. Cóż bowiem takiego czyni autor cyklu „Polska-Rosja”? Nikogo nie obraża, nikogo nie poniża, na nikogo nie ciska obelgami. Robi coś znacznie gorszego: chodzi i zadaje to samo świętokradcze pytanie, którym tak irytował wszystkich Sokrates: „Dlaczego?”. W ten sposób oczekuje, że jego rozmówcy lub też czytelnicy wytężą swoje umysły, zastanowią się i zaczną swoją wypowiedź od słów: „Dlatego, że moje doświadczenie, przemyślenia i rozum mówią mi, że…”. Niestety, rozmówcy i czytelnicy Pana Profesora – a przynajmniej ich radykalnie zdecydowana większość – nie odpowiada w ten sposób, ponieważ nie posługuje się rozumem i wcale nie ma na to najmniejszej ochoty! Przeciwnie, podobnie jak rozmówcy Sokratesa na ateńskiej Agorze – w polskim przypadku są to zresztą częstokroć czytelnicy podupadającego koncernu medialnego „Agora” – programowo i świadomie nie odwołują się do rozumu. Odwołują się do mitu, do mitu politycznego, który funkcjonuje niczym święty dogmat, którego nie wolno weryfikować ani rozumem, ani doświadczeniem. Nie wolno! Wszak mit jest sakralny i ma to do siebie, że raz obalony, a czasami wystarczy, że tylko podważony publicznie, przestaje dawać tę wspaniałą pewność sensu i rzeczywistości, to poczucie bezalternatywności, które zwalnia od myślenia, w tym przypadku myślenia politycznego. Prawdę mówiąc, gdy patrzę na tych, którzy prof. Modzelewskiego omijają z daleka, dość dobrze rozumiem dlaczego ich mitomańscy antenaci sprzed 2500 lat tak nie mogli zdzierżyć tego Sokratesa, który szwędał się po ateńskiej Agorze, z tym swoim „Dlaczego?” na ustach i tylko pytał co znamienitszych przechodniów.

      

Skoro zaczęliśmy od przywołania Friedricha Nietzschego, to pamiętajmy także o jego maksymie, zawartej w Woli mocy (1907), że najstraszliwszą bronią wobec mitu wcale nie jest zwalczanie go, obalanie, tropienie, karanie za jego powtarzanie. Najstraszliwszą bronią wobec mitu jest śmiech. Ten śmiech łączy się z pytaniem „Dlaczego?”. A to dlatego, że ten, kto zostaje publicznie spytany „Dlaczego?”, a nie umie odpowiedzieć i odwołuje się wyłącznie do mitu, ten sam staje się śmieszny. Publika lubi mity, sama żyje mitami, powtarza je, lecz gdy jeden z ich twórców i nosicieli zostanie publicznie zapytany „Dlaczego?”, to oczekuje odeń błyskotliwej odpowiedzi, ciętej riposty, która powali pytającego. Jednakże gdy tylko spytamy stronnika mitów politycznych „Dlaczego?”, to zwykle zaczyna się jąkać, krztusić, bełkotać, albo krzyczeć „Jak w ogóle można stawiać takie pytanie?”, to staje się tym samym komiczny. I wtedy publika zaczyna się zeń śmiać, choć na zadane pytanie ma tę samą odpowiedź, zaczerpniętą z tego samego mitu. Ale w chwili, gdy pierwszy z publiki parsknął śmiechem, to w tym właśnie momencie mit przestał istnieć, rozpadł się, uległ rozkładowi. Dlatego szlachetny język łaciński, a w ślad za nim współczesne języki romańskie, przymiotnik „święty” – jeśli tylko zapiszemy go w innej konfiguracji zdania – rozumie jako „przeklęty”. Religioznawcy i filolodzy tłumaczą nam, że zmiana znaczenia wynika z tego, że to, co zostało odczarowane przestało być tym samym święte, sakralne, niedotykalne. Teraz budzi litość, a dzieci śmieją się z rodziców i dziadków, że mogli powtarzać takie nieprawdopodobne gusła. Tak upada sakralny mit. Także w polityce.

          

Jako jeden z redaktorów portalu konserwatyzm.pl mam tę przyjemność, że jestem zapewne pierwszym czytelnikiem wielu tekstów prof. Witolda Modzelewskiego. Nie orientuję się w zwyczajach Pana Profesora i być może ktoś teksty te czyta przede mną. Z pewnością jestem jednak tym, kto jako pierwszy „z zewnątrz” jest ich czytelnikiem. Robię to z obowiązku, ponieważ każdy odpowiedzialny redaktor portalu internetowego musi przejrzeć każdy tekst przed jego publikacją, choćby po to, aby sprawdzić czy nie wkradły się doń jakieś literówki, a następnie go sformatować, umieścić w tzw. panelu administracyjnym, dodać pasujące do treści zdjęcia, a w końcu nacisnąć przycisk „Zatwierdź”. Lecz przyznam, że czytam teksty prof. Modzelewskiego także z dużą przyjemnością. Mam świadomość, że mimo różnicy wieku, doświadczeń życiowych i wykształcenia, a także niektórych szczegółowych poglądów, bardzo wiele nas łączy jeśli chodzi o spojrzenie na polską politykę zagraniczną i wewnętrzną, tak dzisiejszą, jak i historyczną. Co nas łączy? Kompletny brak szacunku dla mitów politycznych, szczególnie dla tych o których Stańczycy mawiali przed ponad stuleciem, że „fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki”.

Świadomość historyczna i polityczna każdego narodu opiera się na mitach politycznych. Tak zawsze było i być musi. Polityka i historia polityki to rzecz trudna i skomplikowana. Trzeba wiele czasu poświęcić na zrozumienie dość elementarnych prawd i prawidłowości, ewentualnie mieć ku temu fachowe i wieloletnie wykształcenie. Dlatego nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie oczekiwał od ogółu dobrej znajomości historii i umiejętności jej analizowania, a także zrozumienia tego, co kiedyś określano mianem arcana imperii, czyli zrozumienia mechanizmów politycznych. Dlatego każdy naród potrzebuje uproszczonych, symplicystycznych mitów, które określają co w dziejach było dobre, a co złe; kto jest naszym przyjacielem, a kto jest naszym wrogiem; kto zdrajcą, a kto bohaterem, etc.

Jednak polityka i historia polityczna mają jeszcze drugi poziom, który – przynajmniej częściowo – ogarniają politolodzy, historycy, prawnicy, a także ludzie roztropni i oczytani. Jest to poziom wyższy od mitu, a mianowicie wiedzy dającej lepsze lub gorsze zrozumienie otaczającej nas rzeczywistości (Platońskie przeciwstawienie mitu – doksa i wiedzy wynikłej z poznania – episteme). Mówię lepsze lub gorsze, gdyż nie ma zapewne nikogo, kto zrozumiałby całość i umiał wszystko przewidzieć, wyciągając zawsze trafne wnioski na podstawie dostępnych mu informacji, które z natury nigdy nie są pełne i obiektywne. Ludzi tych nazywamy specjalistami, fachowcami. Ich zadaniem jest wcisnąć guzik zapłonu we własnej głowie i za pomocą rozumu – pytając „Dlaczego?” – przewiercić i przebić się przez mity polityczne, czyli przez obiegowe osądy, opinie i nade wszystko stereotypy, aby dość do tej prawdy, której szukać powinni politycy, a którą Lenin ujął w słynnym pytaniu/tytule swojej książki: „Co robić?”

          

Jakkolwiek, jak się zdaje, prof. Witold Modzelewski temu zaprzeczyłby pytany wprost, ale z lektury jego artykułów, felietonów i poprzednich siedmiu tomów serii „Polska-Rosja” wynika, że jest na świecie jeden taki kraj, w którym brakuje polityków, elit politycznych i intelektualnych, analityków i dziennikarzy, którzy zadawaliby te dwa pytania: sokratejskie „Dlaczego?” i leninowskie „Co robić?”. Innymi słowy, jest taka kraina, gdzie miejscowa klasa polityczna i elita intelektualna, kierując nawą państwową, programowo nie posługuje się rozumem. Ludzie ci, gdy tylko napotykają pewne realne problemy polityczne i muszą podjąć ważne dla swojego państwa i narodu decyzje, wszystkich odpowiedzi poszukują w micie politycznym. Niczym pradawni druidzi, na aktualne pytania polityczne odpowiadają językiem mitu, żyją bowiem tym mitem i odmawiają rozumowego badania otaczającej ich rzeczywistości politycznej. Są niczym starożytni haruspikowie z Tytusa Liwiusza, którzy za pomocą mitycznych narzędzi, na przykład patrząc we wrzątek w który wrzucono dwie ropuchy, odpowiadają z kim należy zawrzeć sojusz lub czy dziś jest dobry dzień na stoczenie bitwy. I pewnie byśmy się z tego dzikiego ludu i jego, pożal się Boże, elit politycznych mogli nabijać się do rozpuku, gdyby nie jeden drobny fakt: ten kraj to Polska, to nasz kraj, nasze państwo, nasza ojczyzna i przedstawiony powyżej opis dotyczy naszej elity politycznej, która doszła do władzy w 1989 roku.

          

Niccolò Machiavelli w swoim komentarzu do historii Rzymu Tytusa Liwiusza parokrotnie z wielkim szacunkiem wyraża się o tych haruspikach, wróżących z garnka z gotującymi się ropuchami lub oglądających wątrobę zabitego przed chwilą jagnięcia i przepowiadających na tej podstawie los kampanii wojennej. Dlaczego tak wybitny realista polityczny jak włoski renesansowy autor wychwala takie zabobony polityczne? Dlatego, że zauważa, iż stawiane w ten sposób wróżby zwykle były bardzo trafne politycznie i militarnie, co skłania go do podejrzeń, że haruspikowie ogłaszali to, co im wcześniej zasugerowali rządzący państwem politycy lub dowodzący armią wodzowie. Oznaczało to, że rządzący państwem lub kierujący armią świadomie wykorzystywali mit do nadania świętego i sakralnego autorytetu swoim decyzjom, aby nikt ich nie podważał, a wojsko nabierało do nich większego zaufania. Mit nie funkcjonował sam z siebie i dla siebie, nie był autonomiczny wobec rzeczywistości politycznej, lecz stał się narzędziem rządzących lub dowodzących do przekonywania poddanych im ludziom do słuszności swoich decyzji, podejmowanych za pomocą rozumu i na podstawie doświadczenia politycznego lub militarnego. Racjonalne prawdy polityczne obywatelom i żołnierzom były jedynie serwowane za pomocą przyjmowanej przez nich sakro-świętej narracji mitycznej.

W tym właśnie miejscu dotykamy esencji historycznej i współczesnej polskiej polityki. Będąc dwadzieścia stuleci za mądrością starożytnych Rzymian, polska, pożal się Boże, klasa polityczna nie kieruje mitami, aby wyzyskać je dla interesu narodowego czy też racji stanu (nazwa obojętna!). Zamiast kierować mitami, sama jest nimi kierowana! Machiavelli złapałby się za głowę! Rozum polityczny nie może ulegać przecież mitom. To, co rozumne musi kierować tym, co irracjonalne. Rozum musi mit kształtować, reinterpretować, przekształcać tak, aby służył interesom państwa. W końcu to Machiavelli, obok Francisco Guicciardiniego i Giovanniego Botero, uważany jest za ojca pojęcia „racji stanu”. Klasa polityczna, elita rządząca po to kontroluje szkoły i media, po to wywiera wpływ na opinię publiczną, aby stać się zarządcą mitów politycznych. Tymczasem polska, pożal się Boże, elita polityczna nie tylko, że nie steruje narodowymi mitami politycznymi, to sama jest przez nie zniewolona. Dlatego jest też skrajnie przewidywalna dla każdego analityka: tak polskiego, jak i zagranicznego, dla naszego przyjaciela, jak i dla naszego wroga. Ten, kto zna polskie mity, ten kto rozumie jak myślimy, jakie mamy w głowie stereotypy, ten z góry, praktycznie ze stuprocentową pewnością może przewidzieć nasze zachowanie, gdyż wszystkie nasze ruchy – od przysłowiowego A do Z – warunkowane są przez nasze mity narodowe, wyrastające z doświadczeń historycznych, choć po dziesięć razy zdążyły się zmienić okoliczności, sytuacja geopolityczna, układ map i interesów naszych i naszych sąsiadów. Ale my nic, my nie czuli, my wierzymy w mit!

          

Jest nam z tym mitem dobrze, nawet bardzo dobrze. Dlaczego? Dlatego, że mit całkowicie zwalnia decydentów od myślenia, od konieczności posługiwania się rozumem, własnym rozumem. Myślenie jest bolesne, pochłania dużo energii i boli po nim głowa, szczególnie gdy mózg jest rzadko używany do analizy politycznej. Dlatego nasze, pożal się Boże, elity polityczne tak lubią działać wedle mitów i stworzonych przez nie stereotypów politycznych. Są jak niektóre kobiety, które lubią jak myślą za nie ich mężowie. Nasze elity rządzą nie musząc myśleć. Mity polityczne odpowiadają na wszystkie pytania. Pokazują, kto jest naszym wrogiem, a kto przyjacielem, dokonując klasycznej dyferencjacji Carla Schmitta podmiotów politycznych na Freund versus Feind, czyli na „nas” i naszych przyjaciół i na „tamtych”, czyli na wrogów. Polskie, pożal się Boże, elity polityczne cieszą się władzą, będąc zarazem zwolnionymi i od wysiłku myślenia i od wysiłku reinterpretacji mitu w takim kierunku, w jakim wymaga tego aktualna raison d’État. Oczywiście, już nie tylko Machiavelli siedzi i patrzy oniemiały, gdyż jego szok poznawczy podzielają Richelieu, Metternich, Bismarck i Dmowski, a spośród żyjących analityków prof. Witold Modzelewski, a także moja skromna osoba.

Polskie elity polityczne żyją w nieprawdopodobnym samozadowoleniu. Są zwolnione od myślenia i główkowania, gdyż mity historyczne odpowiadają na wszystkie pytania, udzielają odpowiedzi na wszystkie problemy. Przynajmniej publicznie i oficjalnie. Czasami bowiem do opinii publicznej przedostają się – nagrane przez kelnerów, którzy prawie obalili jeden z rządów – nagrania, z których wynika, że wcale nie rządzą nami skończeni głupcy, lecz tylko ludzie słabi, bardzo słabi i tchórzliwi, którzy dobrze wiedzą, że wszystkie, a przynajmniej większość mitów politycznych panujących w Polsce to iluzja, lecz nie umieją się im przeciwstawić i nimi kierować. Publicznie jednak nikt z nich nie ośmiela się podważyć obowiązujących mitów za pomocą rozumu, przewiercić się przez nie i ogłosić, że za ich warstwą znajdują się racjonalne i empiryczne prawdy o polskiej polityce i o interesach naszego państwa. Każdy z nich boi się, że gdy publicznie coś powie, nieśmiało zasugeruje, iż jest świadomy iluzji w której żyjemy, to zostanie zakrzyczany i wyklęty przez opinię publiczną i swoich dotychczasowych kolegów, a wielkie media publiczne i prywatne, prawicowe i lewicowe, jawnie upolitycznione i tak zwane „niezależne”, zakrzykną jak jeden mąż: „Anathema sit!”. Dlatego nawet ci, którzy rozumieją bezdenną polityczną głupotę siedzenia w pętli mitu politycznego nie mają odwagi nic powiedzieć, zadowalając się znacznymi beneficjami, które niesie ze sobą sprawowanie władzy. Nawet jeśli wiedzą, jak to rzekł w jednym z nagrań kelnerów nasz premier Mateusz Morawiecki, że „Polska należy do kogoś z zewnątrz”.

          

Nasze narodowe mity polityczne mają także swoich strażników. Skoro już krążymy wokół pojęć ze starożytności, to nazwijmy tych strażników prytanami, czyli strażnikami ognia mitycznej tradycji. To bardzo interesujące zjawisko, które możemy oglądać w Polsce, ponieważ odnieść można wrażenie, że prytanami naszego sakralnego mitu narodowego są obcy lub służący obcym. Właściwie to w naszym kraju też pewnego rodzaju tradycja. W XVIII wieku, w okresie szczytowanego upadku Rzeczypospolitej Szlacheckiej, strażnikami naszej tradycji też byli obcy: a to caryca Rosji jako gwarantka „złotej wolności”, a to król pruski jako gwarant naszych granic, posługujący się w blokowaniu reform, zmian i kierowania się przez naszych przodków racjonalnie pojętą racją stanu swoimi agentami lub zidiociałymi prytanami tradycyjnego mitu, którzy wmówili sobie, że bezbronność Rzeczypospolitej i brak armii jest najlepszą gwarancją jej trwania, gdyż nikomu nie zagraża.

Dzisiaj jest podobnie. To nie my kierujemy mitem, lecz mit kieruje nami, ponieważ mamy jego licznych strażników, a nawet całe centra obrony naszego narodowego mitu przed rozumem politycznym, które z grecka nazwać możemy prytanejonami. Pojęciem tym określiłbym ambasady niektórych naszych sojuszników, szczególnie tych „strategicznych”, część należących do zagranicznego kapitału mediów niepublicznych. Na usługach tych strażników jest cała masa pospolitych politycznych idiotów i, nieznana nam liczba, tych, którzy idiotów udają, czerpiąc z tego profity. Powiedzmy sobie szczerze i bardzo brutalnie: pewne zagraniczne wywiady nie po to wydały w późnym PRL dziesiątki milionów dolarów i marek zachodnioniemieckich, aby elity ówczesnej „demokratycznej opozycji” stworzyły potem silne i kierujące się własną racją stanu Państwo Polskie. Pieniądze płynące do „demokratycznej opozycji” bezpośrednio od wywiadów, za pośrednictwem fundacji i na sto innych sposobów, nie były darem wynikłym z altruizmu, lecz inwestycją, która musi się zwrócić. Ci, którzy je kiedyś otrzymywali byli moralnie lub – jak podejrzewam – często formalnie (pod groźbą ujawnienia faktów) zmuszeni do przeprowadzenia takich reform gospodarczych jakie przeprowadzono, z takim efektem, jaki wywołały, czyli ze zniszczeniem całych gałęzi wytwórczości zagrażających zachodniej konkurencji lub przejęcia tychże gałęzi wytwórczości za kilka procent jej rzeczywistej wartości. Zjawisko „reform wolnorynkowych” w państwach postkomunistycznych, obserwowane z zachodniej perspektywy, opisał choćby laureat ekonomicznej nagrody Nobla i doradca ekonomiczny Billa Clintona Joseph Stiglitz, którego trudno uznać za zwolennika teorii spiskowych i politycznego „oszołoma”.

Obcy z zagranicy uwielbiają nasze mity polityczne i bardzo starannie je pielęgnują, choć obiektywnie rzec biorąc podtrzymują one naszą świadomość narodową. Obcy już chyba pogodzili się z tym, że między Odrą a Bugiem na mapach będzie jeszcze długo wyróżniony obszar o nazwie Polska. Już nauczyli się, że trwała i militarna okupacja jest nazbyt kosztowna i problematyczna. Polski mit polityczny uniemożliwia Polakom pogodzenie się z tym, że są kolonią lub czyjąś prowincją, z narzuconym językiem urzędowym niemieckim czy rosyjskim. Lecz wydaje się nam zupełnie nie przeszkadzać, że będziemy neokolonią, zachowującą pozory niepodległości i suwerenności, z polskim wojskiem w rogatywkach, z polskim hymnem, polską flagą i z wielkim orłem w koronie. Polski mit zabrania nam pogodzić się z tym, że rządzą nami ludzie o obcej mowie. Lecz polski mit nie sprzeciwia się temu, aby rządzący Polakami Polacy rządzili faktycznie w cudzym interesie, o ile tylko zachowane zostaną pozory suwerenności i niepodległości. Byle był orzeł, hymn i rogatywki. Dlatego zagraniczne ambasady, zagraniczne służby wywiadowcze i zagraniczne media nauczyły się tego, czego nigdy nie nauczyli się polscy politycy: sterowania naszym mitem we własnym interesie. Dlatego można rzec, że obcy sterują Państwem Polskim za pomocą mitów politycznych charakterystycznych dla narodu polskiego. Scenariusze polityczne dla naszego państwa pisane są na zewnątrz, a następnie podawane są w takiej narracji, aby pasowała do naszego mitu, do polskich stereotypów i narodowych receptorów informacji. Autochtoniczna klasa polityczna scenariusz ten realizuje od 1989 roku. Jedni muszą, gdyż są regularnymi agentami i czerpią z tego faktu korzyści materialne. Inni realizują obce scenariusze z głupoty, czyli z powodu podporządkowania mitowi własnych rozumów, które przestają pytać i samodzielnie poszukiwać rozwiązań. Inni wreszcie dlatego, że są przerażeni jazgotem należących do zachodnich „inwestorów” polskojęzycznych mediów, zyskujących poklask ogółu, gdyż posługujących się znanym temu ogółowi mitem i jego symbolami.

          

Polityką międzynarodową nie mogą rządzić irracjonalne mity, lecz winna to czynić racjonalnie konstruowana racja stanu. Wszystkie poważne państwa kierują się racją stanu taką, jak ją definiują miejscowe elity polityczne, równocześnie bezwzględnie starając się manipulować mitami sąsiadów, gdy ci są na takie manipulacje podatni. Jestem już na tyle leciwy, że pamiętam okres narodzin III Rzeczpospolitej w 1989 roku i okres tzw. transformacji, gdy władzę przejmowały elity solidarnościowe, szybko przekształcając się w skonfliktowane ze sobą partie postsolidarnościowe. Pamiętam lata dziewięćdziesiąte, czyli te, gdy powinny zostać były przeprowadzone kluczowe dyskusje nad polską racją stanu po komunizmie, czyli nad modelem ekonomicznym, polityką zagraniczną i systemem sojuszy państwa, które właśnie wybiło się na niepodległość po półwieczu uzależnienia politycznego, eksperymentu z niewydolnym systemem ekonomicznym i panowania narzuconej nam dziwacznej ideologii.

Niestety, dyskusja ta nie miała wtedy miejsca. Do władzy politycznej i do panowania nad mediami doszła elita polityczna powstała w opozycji do poprzedniego systemu politycznego, przez całe lata ciesząca się wsparciem medialnym, politycznym i finansowym Zachodu. Nie umieli nic, nie wiedzieli nic, a państwo – używając znanej formuły Edmunda Burke’a opisującego rewolucjonistów francuskich z 1789 roku – „znali jedynie z obrazka”. Przynieśli ze sobą własną sakro-świętą mitologię antykomunizmu, w której pełnili rolę świętych, apostołów i męczenników, a także dokonali wzmocnienia dominującego nad polskością od dziesięcioleci, przynajmniej od czasów romantyzmu politycznego, mitu antyrosyjskiego; mitu Rosji-Antychrysta; Rosji-więzienia narodów; Rosji, która nigdy nie była, nie jest i nigdy nie będzie normalnym podmiotem na światowej arenie stosunków międzynarodowych. W tej mitologii wszyscy powoływali się na antyrosyjskich powstańców z 1830 i 1863 roku, na zmistyfikowaną postać Józefa Piłsudskiego, który sam jeden, z szablą w rękach, pokonał bolszewickie hordy pod Warszawą w 1920 roku, rzekomo ratując całą Europę Zachodnią przed komunizmem, czyli ratując całą cywilizację europejską przed najazdem z Azji, niczym Agamemnon pod Troją.

Antykomunizm trwale spojony z antyrosyjskością był esencją mitu politycznego przyniesionego przez ludzi post-solidarności. Antyrosyjskość i antykomunizm były mitem ontologicznego wroga, wroga egzystencjalnego, z którym Polska i polskość toczyły wojnę o istnienie od XVI wieku po dzień dzisiejszy. Można byłoby tutaj użyć pojęcia, którego kiedyś Niemcy i Francuzi używali wobec siebie: „wroga dziedzicznego”. Rosja była wrogiem zawsze i wszędzie, który wydarł nam naszą Litwę, nasze Kresy, naszą Ukrainę, gdzie kiedyś latały „sokoły” z popularnej pieśni. Wielu z ludzi wywodzących się z tradycji solidarnościowej po dziś dzień nie umie odróżnić Rosji carskiej od Związku Radzieckiego, a tego ostatniego od współczesnej Rosji Putina. Widzą w każdej wersji Rosji i rosyjskości Wroga Człowieczeństwa, czy też jedno z „państw zbójeckich”, do których państwo to zaliczali neokonserwatyści w epoce George’a Busha. Wróg zasiadający na Kremlu został zmitologizowany tak bardzo, że zaciera się różnica między Stalinem a Putinem, tak jak gdyby dziś na Kremlu zasiadał jakiś Jozef Stalinowicz Putin. Ogrzewające się w tym micie elity postolidarnościowe same wyrastały do rzędu herosów. Tak jak Piłsudski w 1920 roku przegnali bolszewika, tak oni w 1989 roku przegnali rządzących z rosyjskiego nadania komunistów.

Mitologia ta jest w Polsce niezwykle żywa. Nadal. Zauważmy, że gdy główne siły polityczne toczą zaciekłe spory o władzę, to wszystko rozważane jest w kategoriach kto rządzi lub ma idee podobne do Putina, na wieść o czyich ruchach i posunięciach – jak to ciągle czytamy i słyszymy – „na Kremlu wyskakują korki od szampana”. Cała polska polityka zagraniczna może zostać określona jako nie-Rosja i nie-Putin. Konsekwentnie, popierana jest każda inicjatywa mająca na celu pokazanie naszej nienawiści do Putinowskiej Rosji, czy będzie to wojna w Czeczenii, atak gruziński na Osetią południową czy Majdan w Kijowie, czy pięcioosobowa manifestacja w Mińsku przeciwko Łukaszence, którego uważa się za pomagiera Kremla, choć fakty wskazują, że to polityk bardzo samodzielny i przez lata szukający alternatywnych kontaktów na Zachodzie, także z Polską. Szaleństwo to doszło do takich rozmiarów, że Polska najpierw odrzuciła rosyjską propozycję przeprowadzenia przez nasz kraj kolejnego rurociągu z Rosji do Niemiec – za co mogliśmy przez dziesięciolecia pobierać opłaty tranzytowe liczone w miliardach dolarów rocznie – aby potem użalać się na powtórkę z Paktu Ribbentrop-Mołotow, gdy za cenę gigantycznych nakładów Rosjanie zbudowali rurociąg na dnie Bałtyku, choć wcale nie mieli takiego zamiaru i uczynili to tylko ze względu na nasz sprzeciw!

Cała polska polityka zagraniczna, prowadzona przez nasze, pożal się Boże, elity polityczne podporządkowana jest nakręcaniu konfliktu z Rosją. Na Ukrainie popieramy siły jawnie neo-banderowskie, budujące tożsamość na nienawiści do Polski i Rosji, ponieważ są antyputinowskie. Na Litwie popieramy tutejszych nacjonalistów, którzy zwalczają i lituanizują Polaków, ponieważ przy okazji zwalczają także mniejszość rosyjską. Na Białorusi popieramy tutejszych nacjonalistów, którzy – gdyby doszli do władzy – zapewne zaczęliby budować państwo etniczne, z hasłem „Polacy to pany”.

To samo dotyczy naszej zachodniej polityki zagranicznej. W imię przerażenia rzekomym rosyjsko-putinowskim zagrożeniom podporządkowaliśmy naszą politykę zagraniczną Stanom Zjednoczonym, które mają nas obronić przed Antychrystem ze wschodu. Aby pokazać nasze „sojusznicze zaangażowanie” bierzemy udział w amerykańskich awanturach wojennych, od Iraku po Afganistan, gdzie nie tylko giną polscy żołnierze, ale także ponosimy znaczące koszty, ciążące na budżecie MON. Z tych neokolonialnych wypraw nie mamy żadnych korzyści, a nasze firmy nie dostają tam żadnych kontraktów. Z przerażenia przed rosyjską armią kupujemy amerykańską broń, do której nie dostajemy pełnych kodów dostępu, co czyniłoby ją bezużyteczną w konflikcie, gdzie nie mielibyśmy błogosławieństwa Waszyngtonu. Z tego też powodu popieramy Trumpowski projekt Międzymorza, którego istotą jest zrobienie z naszej części Europy miejsca zbytu amerykańskich surowców i towarów, a w razie ewentualnej wojny amerykańsko-rosyjskiej tutaj, na naszych ziemiach, odbyłaby się decydująca bitwa pancerna między Amerykanami i Rosjanami. Celowo i świadomie uzależniamy naszą gospodarkę od Niemców i Amerykanów, licząc, że ich nacisk polityczny, a w razie potrzeby i militarny, zatrzyma rosyjskie dywizje. Trudno nie odnieść wrażenia, że wielu członków naszej, pożal się Boże, elity politycznej uważa, że grozi nam nie tylko wojna z Rosją, lecz ze Związkiem Radzieckim, a rosyjscy żołnierze nadal noszą czerwone gwiazdy na hełmach i za ich plecami stoją oficerowie polityczni. Kto rzekomo zamordował naszego prezydenta Lecha Kaczyńskiego pod Smoleńskiem? Oczywiście wiadomi „oni”, wybierając przy tym świadomie miejsce obok Katynia i na rosyjskiej ziemi, aby tym łatwiej było się domyśleć, kto był rzeczywistym winowajcą tego politycznego „mordu”. FSB to geniusze zacierania śladów i podejrzeń!

Równocześnie każdy apel w naszym kraju, czy to głośny czy to cichy, o przemyślenie polskiej polityki zagranicznej, o zrozumienie realiów międzynarodowych, o zrozumienie, że Rosja jest takim samym normalnym państwem jak każde inne, jest natychmiast interpretowany w kategoriach rosyjskiej agentury. Wszyscy znamy te słowa-klucze: „agenci Putina”, „rosyjskie trolle”, „trolle o rosyjskich numerach IP”, „ruskie onuce”, etc. Każdego niezaangażowanego obserwatora sam ten aparat pojęciowy wprawiłby w osłupienie, ale jest on zgodny z irracjonalną logiką  mitu: światu dobra musi być przeciwstawiony świat zła; słońcu i światłu musi zostać przeciwstawiona ciemność; prawdziwemu patriocie wróg, zdrajca i agent. Są tylko siły światła i siły ciemności, niczym Ahura Mazda i Aryman w dualistycznej mitologii starożytnej Persji, reprezentujący Dobro i Zło. Nie ma stanów pośrednich. Dlatego ten, kto ośmiela się myśleć inaczej, a choćby stawiać pytania, natychmiast jest zakrzykiwany i lżony posądzeniami o agenturalność. Temu służą te wszystkie „rozwiedki”, „agenci wpływu” i „maskirowki”. Chodzi o kompletne wyłączenie myślenia i poddanie się mitowi, przylgnięcie do niego bez jakiejkolwiek wątpliwości, tak, aby uznawać samo wątpienie za przejaw nienormalności, wewnętrznej zdrady, narodowej apostazji, agenturalności.

Temu samemu służą zmitologizowane groteskowe antymarksizm i antykomunizm. Mit na trwale skojarzył marksizm z komunizmem leninowskim a komunizm ten z Rosją jako rosyjską konstrukcją. Nic to, że Karl Marks był niemieckim Żydem, którego przodkowie przybyli do Niemiec, do Trewiru z polskiego Podlasia w XVII wieku! Czym dalej od upadku realnego socjalizmu w Polsce, tym bardziej przybywa wojujących antykomunistów, szczególnie w młodym pokoleniu wychowanym na bajkopisarstwie historyków z okolic IPN. Skoro autentyczni komuniści służący rzeczywiście Stalinowi i Związkowi Radzieckiemu – tacy jak Stefan Michnik – już poumierali lub są na wymarciu z racji wieku, to w to miejsce wymyślono nowych „marksistów kulturowych”, tak jak gdyby stary Marx zajmował się teorią kultury. Pod pojęcie „marksizmu kulturowego” wrzucane są wszystkie negatywne zjawiska na Zachodzie: postmodernizm, antyklerykalizm, lewicowy liberalizm, feminizm, przerywanie ciąży, aktywiści LGBT, zwolennicy integracji Europejskiej, etc. Określenie tych rozmaitych ruchów – które możemy popierać lub być mu przeciwni, zależnie od indywidualnych poglądów – mianem „marksizmu kulturowego” ma nas doprowadzić do końcowego wniosku, że za wszystkimi tymi zjawiskami stoją komuniści, a więc Rosjanie, a jak Rosjanie, to koniec końców na horyzoncie pojawia się nam Putin. Taką chyba logiką kieruje się na przykład Antoni Macierewicz, ogłaszając nie dawno, że liberalna i popierająca agendę LGBT stacja TVN to także dzieło Rosjan i Putina. Podobnie usłyszeć można było przy każdej okazji, gdy Żydzi ze Stanów Zjednoczonych lub bezpośrednio z Państwa Izraela domagali się od Polski gigantycznych pieniędzy za mienie spadkowe lub bezspadkowe. Z tych samych środowisk padają wtenczas głosy, że za wszystkim muszą stać rosyjscy Żydzi, czyli domniemani agenci Putina. Pamiętajmy jednak, że w tym samym czasie dla polskich lewicowych liberałów agentem Putina był Donald Trump, a dla naszych antykomunistów jest nim teraz Joe Biden, rzekomo będący „marksistą”.

Paradoksalnie, wszyscy wielcy gracze tego świata cieszą się z szaleństwa polskich mitów politycznych. Amerykanie mają komu sprzedawać swoją broń i nakręcać własną koniunkturę gospodarczą. Niemieckie media w Polsce chętnie nakręcają antyrosyjską histerię, aby autochtoni chętniej przełknęli fakt kolonialnego wobec Berlina statusu polskiej gospodarki. Obydwa te mocarstwa bez kłopotu infiltrują polską, pożal się Boże, klasę polityczną, obiecując jej wsparcie w razie rosyjskiego zagrożenia czy to militarnego, czy politycznego, czy gazowego. Post-solidarnościowcy tak chętnie mówiący o narodowej suwerenności wspierają pogłębienie integracji europejskiej, byle tylko powstała „europejska polityka gazowa”. Zachodnie koncerny prawie nie płacą w Polsce podatków, gdyż gdyby zaczęły je płacić, to mogłyby sobie pójść, a wtedy wojska ich państw macierzystych nie będą nas bronić przed czołgami Putina. Jak się zdaje, Rosjanie przez długi czas próbowali ułożyć sobie z nami normalne stosunki, lecz po histerii z zamachem w Smoleńsku dali sobie spokój. Uznali, że skoro nie mogą z nami prowadzić normalnej polityki, to należy dolewać benzyny do ognia i wzmagać to szaleństwo, dzięki któremu nikt na świecie nie potraktuje już głosu Warszawy w stosunkach międzynarodowych poważnie. Gdybym był rosyjskim decydentem odpowiadającym za wywiad zagraniczny, to widząc sytuację w Polsce także kazałbym dyskretnie dolewać benzyny do tego czterdziestomilionowego państwa, aby – skoro nie chce z nami grać – stało się pośmiewiskiem świata.

          

I gdy cała ta autochtoniczna i polskojęzyczna, pożal się Boże, klasa polityczna, ci wszyscy dziennikarze i intelektualiści polscy żyją sobie w tej wspaniałej ułudzie mitu politycznego, zwalniającego z obowiązku myślenia politycznego, wtedy przychodzi prof. Witold Modzelewski ze swoim pytaniem: „Dlaczego?” – zadanym ustnie, gdzieś publicznie lub prywatnie czy przy obiedzie, albo spisanym w formie felietonu w jakimś niszowym czasopiśmie lub na portalu internetowym. Nie wiem jak Czytelnicy tych słów, ale ja rozumiem irytację naszej, pożal się Boże, elity politycznej. Skoro ktoś wie, że jest bezmyślny, to nie jest wcale głupcem za jakiego pragnie uchodzić. Lecz gdy ktoś zadaje mu pytanie „Dlaczego?” to pokazuje w ten sposób, że zna o nim prawdę. Głupców zawsze najbardziej irytowała świadomość, że ktoś już wie i zrozumiał, iż są głupcami. Co więcej, autor cyklu „Polska-Rosja” zadaje więcej takich kłopotliwych pytań. Wszak nie pyta, wbrew tytułowi cyklu, wyłącznie o stosunki Warszawy z Moskwą. Wiele pisze też o Ukrainie, o Białorusi, o uleganiu zachodnim koncernom, o ich fantastycznych zwolnieniach podatkowych, o ich lobbingu, o głupocie i naiwności polskiej klasy politycznej i dzisiaj i w okresie przedwojennym, szczególnie pośród polityków sanacyjnych za spadkobierców których uważają się wszystkie siły post-solidarnościowe.

Przecież mity, które panują nad Polakami dotyczą nie tylko bieżącej polityki, lecz także historii. Zawsze mawiałem, że „desolidaryzacja” polskiej polityki musi zacząć się od skruszenia mitu marszałka Józefa Piłsudskiego – postaci centralnej w micie antyrosyjskim, z racji jego rzekomego zwycięstwa nad bolszewikami w 1920 roku, gdy rzekomo sam jeden, z szablą w ręku, przegnał rosyjskich bolszewików. To mit bardzo interesujący, gdyż po klęsce we wrześniu 1939 roku wydawało się, że symbol Piłsudskiego runął ostatecznie, skoro za klęskę tę odpowiadali jego najbliżsi współpracownicy, konsekwentnie realizujący jego geopolitykę, czyli trzymanie równego odstępu między Berlinem a Moskwą i jego najbliżsi współpracownicy wojskowi, którzy ułożyli fatalny plan bitwy obronnej, polegający na obronie całej linii granicznej, włącznie z Pomorzem, które było nie do obrony. O inwestycjach w kawalerię zamiast w czołgi z litości nie wspomnę. Tymczasem mit antyrosyjski rosnący w okresie PRL tę nieudolną sanację i jej wodza ponownie wyniósł na piedestał panteonu narodowego, a to z powodu sukcesu w Bitwie Warszawskiej z Rosjanami w 1920 roku. Dlatego prof. Modzelewski słusznie kruszy ten mit od samych jego podstaw: od autorstwa planu tej bitwy. Czy ktoś uwierzy, że dowódca brygady piechoty byłby zdolny samemu ułożyć plan bitwy dla całych armii żołnierzy? Osoba bez jakiegokolwiek doświadczenia i wykształcenia wojskowego, która została „pierwszym marszałkiem” w wyniku głosowania w Sejmie? Wolne żarty!

Blokujący polski rozsądek polityczny mit musi być atakowany i nadgryzany we wszystkich miejscach, tak w analizach problemów współczesnych, jak i w historii, gdzie mit ten ma swój początek. Uważam to pole działalności prof. Modzelewskiego za nie mniej ważne, niż prawo podatkowe w którym się specjalizuje. Podatki przyczyniają się do pomnażania zasobów finansowych państwa. Cóż jednak państwu po pieniądzach, gdy o ich wydaniu i przeznaczeniu nie decyduje rozum, lecz sugestywna siła mitu?

Prof. Adam Wielomski

Warszawa 18.08.2021.

Pierwodruk: „Polska-Rosja. Reset na stulecie pokoju ryskiego? Tom VIII” rok wyd.2021

Facebook

5 thoughts on “Wielomski: Pytanie Sokratesa”

  1. Prof. Modzelewski jest jedną z ostatnich osobowości w Polsce, które nie dość, że zachowują TWARZ w naszych totalnie zdemolowanych czasach to jeszcze ośmielają się mówić 'oczywiste oczywistości’ ale do tego trzeba
    WIEDZY + CHARAKTERU
    czego brakuje elytom (obie watahy+plankton) między Bugiem a Odrą.
    Takim człowiekiem był również prof……..zapomniałem (nieżyjący, z UW, filozof, 'niewierzący katolik’, pomóżcie).
    Ale mnie się również przypominają, również nieżyjący :prof. Kowalik, prof. Kieżun,. Też larum podnosili, też ich lekceważono
    ale czasy się chyba zmieniają. Na 'zachodzie’ liderami 'oporu’ >są ludzie 'starszej daty’, wykształceni wg 'prenowoczesnych’ sposobów” i leci hasło:
    Despots, My Words Are for You (Despoci, moje słowa są dla was):
    Listen, kings, and understand;
    rulers of remotest lands, take warning;
    hear this, you who have thousands under your rule,
    who boast of your hordes of subjects.
    For power is a gift to you from the Lord,
    sovereignty is from the Most High;…………………………..cytat z Biblii!!>.https://www.biblegateway.com/passage/?search=Wisdom+6&version=GNT
    ale dzisiaj hasło Jabłonowskiego-Olszańskiego:
    ŚMIERĆ WROGOM OJCZYZNY!!
    żeby wesprzeć LARUM profesorów
    Modzelewskiego, Kieżuna, Kowalika, etc
    Że obrazoburcze??? A LGBTqwertytransgenderbiden sponsorowane przez 'liberalną demokrację’ rąsiami USA-Izrael-NATO-EU-IMF-Schwabusa
    to nieobrazoburcze?!?!
    'zachodnie społeczeństwo (czyli my też) jest MORALNIE ZEPSUTE, SKORUMPOWANE przez kapitalizm” to słowa jednego z eksponentów WEF (trustee)>Mark Carney’a (były szef Bank of England in Bank of canada) z jego książki: Values building: Better world for all.
    MAMY prawo i obowiązek się bronić.
    Dzięki prof. Wielomski za tą laudację prof. Modzelewskiego
    a jeżeli już Pan wyciągnąłeś 'prytanów’ to dwa podręczne określenia:
    KAKISTOCRACY>kakistokracja>.https://en.wikipedia.org/wiki/Kakistocracy (w polskiej wiki tego oczywiście nie ma)
    'rząd kierowany przez najgorszych, najmniej wykwalifikowanych lub najbardziej pozbawionych skrupułów obywateli.’
    oraz:
    Kritarchy (ponieważ często się Pan porusza w obszarze prawa) i tu wybieram określenie z en.wikipedii (bo polska tego nie zawiera a inne 'wiki’>są 'tendencyjne’>
    .https://en.wikipedia.org/wiki/Kritarchy
    'Kritarchy, also called kritocracy, was the system of rule by Biblical judges (Hebrew: שופטים‎, shoftim) in ancient Israel, started by Moses according to the Book of Exodus,[1] before the establishment of a united monarchy under Saul.[2][3]
    Because the name is a compound of the Greek words κριτής, krites („judge”) and ἄρχω, árkhō („to rule”),[4] its colloquial use has expanded to cover rule by judges in the modern sense as well.’ co wyjaśnie 'nasze’ problemy z 'praworządnością’>w systemie prawa stanowionego (kontynentalnego) rządziło PRAWO
    podczas gdy w systemi common law (anglosaskie, prawo 'precendensowe’!) czyli to co mamy od 1989 >rządzą SĘDZIOWIE!!.

    1. „Takim człowiekiem był również prof……..zapomniałem (nieżyjący, z UW, filozof, 'niewierzący katolik’, pomóżcie).” – prof. Bogusław Wolniewicz.

  2. „Nie orientuję się w zwyczajach Pana Profesora i być może ktoś teksty te czyta przede mną. Z pewnością jestem jednak tym, kto jako pierwszy „z zewnątrz” jest ich czytelnikiem. Robię to z obowiązku, ponieważ każdy odpowiedzialny redaktor portalu internetowego musi przejrzeć każdy tekst przed jego publikacją, choćby po to, aby sprawdzić czy nie wkradły się doń jakieś literówki, a następnie go sformatować, umieścić w tzw. panelu administracyjnym, dodać pasujące do treści zdjęcia, a w końcu nacisnąć przycisk „Zatwierdź”.” I to się chwali i tak trzeba. Niemniej i ja w tym miejscu (nie drapując się bynajmniej w szaty Sokratesa, a już tym bardziej prof. Modzelewskiego, którego publicystyka nudna jest jak flaki z olejem i sprowadza się do dywagacji: „ktoś, gdzieś, komuś, coś, kiedyś, jakaś wiadoma spółka, firma, o której wszyscy wiedzą” itd., itp.; to już większy polot mają tradycyjne pointy forumowicza JSCa o frankowiczach…) muszę zadać sakramentalne: „dlaczego?”. Dlaczego, Pan Profesor Wielomski nie poprawia/przegląda tekstów red. Rękasa, w których czasami aż roi się od literówek (i nie tylko!)??

    1. Przeglądałem, ale on często potem przysyła tekst z poprawkami, do podmiany. I mi się znudziło, bo przeczytam, poprawię, a potem musiałbym to robić drugi raz 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *