Zakrzewski: Cari amici soldati ….

Nie był pierwszy, pewnie nie będzie ostatnim. Na pewno jest najbardziej spektakularny z dotychczasowych „łowczych”. Czas spojrzeć na zdarzające się coraz częściej akty nagiej przemocy-negacji w czystej formie nie jako na fakty odosobnione, nie jako na wybryki psychopatycznych indywiduów, ale łącznie. Jako symptom, znak, ostrzeżenie. Może kolejny odcisk formy bytu lub też jego odprysk? Dlatego nie będę używał tu ich nazwisk, będę pisał raczej o pewnej szerszej kategorii, gatunku, tworze ewolucyjnym, który coraz bardziej ujawnia się w czasie. Nazwiemy ich „myśliwymi”, łowcami samotnie wyruszającymi aby zabić – ryzykującymi własne życie bądź wolność. Jawne rzucenie wyzwania państwu. Dwie najistotniejsze cechy „myśliwych” to samotność i niesione przez nich powołanie destrukcji. Nie działają wspólnie, nie urządzają nagonek aby wypłoszyć zwierzynę, zakradają się. Ich pierwszą zdolnością jest kamuflaż; prowadzenie życia spokojnego z mistrzowskim skrywaniem tego co znajduje się w „podpiwniczeniu duszy”. Czy są frustratami? Bezżenni, bezdzietni przedstawiciele klasy średniej, którym zżera próżna ambicja, a na horyzoncie nie pojawia się żadna rewolucja zdolna wywlec „średniaków” od roli pomagierów tyrana. Nie są frustratami, acz byli. Przekroczyli granice porzucili frustrację na rzecz misji. Ich bezbarwny świat bezpiecznego dobrobytu rozjaśniło powołanie. Lecz tutaj skrywa się „chytry rozum” dziejów – bądź Opatrzność. Swoją misję identyfikują z konkretnym programem. Piszą bełkotliwe manifesty. Nie ma tam złowrogiego geniuszu, tylko hasła pozbierane i posklejane w slogany. Jednak nie o materię chodzi, nie o treść, ale o formę. Dla „myśliwych” forma czyli śmierć jest tylko medium – nośnikiem programu. Jednak tylko spojrzenie przez pryzmat formy – samej czynności bez oglądania się na wymyślanie uzasadnienia pozwala wejrzeć w ukryte znaczenia.

Czym się różni „myśliwy” od zamachowca? Jaka jest różnica pomiędzy „myśliwym” a Oswaldem, Prinzipem czy Czołgoszem? Tradycyjny zamachowiec uderzał w polityka: przedstawiciela państwa i życia politycznego rozgrywającego się wedle reguł systemu władzy. Dokonywał zamachu dlatego, że chciał zmienić reżim polityczny bądź chciał znieść go całkowicie. Skoncentrujmy się na radykalnym wariancie anarchistycznym, gdyż również w tym wypadku aspekt formalny jest kluczowy. Dla świadomego anarchisty nie było ważne jakiego prezydenta zabije; ważny był sam akt zabójstwa symbolu władzy jako takiej. Czym był zamach anarchisty – był to akt wrogości wymierzony przeciwko cywilnej stronie umowy społecznej w sferze realnej jak i symbolicznej (np. zamach Lucheniego), którego celem było podważenie, w dalszej perspektywie unieważnienie umowy o podporządkowaniu (pactum sobiectionis). W żadnym wypadku nie zamierzał on naruszać umowy o zjednoczeniu. Zagrożenie upatrywał w państwie i reagował agresją wobec państwa. Jednak od czasu kiedy to anarchiści rządzili obszarem negacji do dnia dzisiejszego zmieniło się wiele.

Państwo w modelu zachodnim jak tylko może odpycha od siebie wszelkie instrumenty represji, ogranicza ich stosowanie, wstydzi się ich, odczuwa moralne skrupuły już nie tylko w przypadku stosowania kary śmierci ale i wszelakiego twardszego systemu kar. Nie wymierza sprawiedliwości, pragnie jedynie zapewnić bezkolizyjność żyjących w jego ramach jednostek. Bezsilne państwo jako instytucja rozpływa się we mgle milionów innych relacji społeczno – ekonomicznych. W oczach sekciarzy nie jest już ośrodkiem zagrożenia, jednak poczucie to w nich nie zniknęło. Uległo decentralizacji. I nie chodzi o to, kogo będzie się wskazywać jako ośrodki zagrożenia: korporacje, CIA, islam czy Opus Dei. To jest sfera materii, a nie formy. Decentralizacja dezinformuje. Powoduje dopatrywanie się zagrożenia jako wtopionego w społeczeństwo. „Myśliwi” zazwyczaj postrzegają siebie jako tradycyjnych zamachowców, ale nie należy ich słuchać. Trzeba się wsłuchać jedynie w odgłos przeładowywanego karabinu, detonowanego materiału wybuchowego. Ich celem nie jest już ośrodek władzy uosabiany zazwyczaj przez konkretną osobę czy instytucję, ale wspólnota jako taka. „Myśliwi” powoli zagospodarują bezpańską od dłuższego czasu sferę negacji. Jednak czynią to w sposób radykalny. Nieświadomi swojej roli, wymierzają cios nie umowie o podporządkowaniu, ale umowie o zjednoczeniu (pactum unionis). Państwo zrezygnowało z instrumentów ochrony wspólnoty, gdyż często nie może skazać pochwyconego „myśliwego” na śmierć bądź nawet na dożywotnie więzienie. Samo społeczeństwo jest bezsilne. Wspólnota jest zagrożona, nie posiada jednakże wystarczających instrumentów ochrony, władza już jej nie symbolizuje więc nie koncentruje na sobie uwagi agresorów wewnętrznych. Jednak to współczesna wspólnota kreuje „myśliwych”. Wychodzą oni z lustrzanego odbicia rzucanego przez społeczeństwo, ażeby uderzyć. Społeczeństwo przepoczwarza frustratów w myśliwych bezwiednie, bezwiednie również się okłamuje przyjmując polityczny kamuflaż jako sedno problemu i nazywając ich prawicowymi bądź lewicowymi ekstremistami, psychopatami, wypychając ich na margines i nie zauważając, że to oni być może są najprawdziwszym zwierciadłem człowieka współczesnego? Stają się medialną personifikacją zła wcielonego, jak np. Hitler, są swoistym mentalnym kubłem na odpadki, czymś co pozwala nam odsunąć kluczowy problemu zła w kondycji ludzkiej jak najdalej od siebie.

Istotne jest zagadnienie: czy „myśliwi” są Jungerowską formą bytu (a raczej jej zapowiedzią) czy też odpryskiem formy bytu? Czy jest to widmo, które nadchodzi i skutkowało będzie ostatecznym rozwiązaniem umowy o zjednoczeniu – chaosem, augustyńską „anarchią diabelską” czy też są oni jedynie produktem ubocznym, ostatnim tchnieniem zła przed nastaniem „końca historii”? Czy są oni symptomem początku czy końca? Tego nie wiemy, możemy snuć przypuszczenia, wybierać warianty. Na marginesie można dodać, że płonące samochody na ulicach Aten czy Londynu, wcześniej Paryża zdają się sugerować pesymistyczny wariant. Tyle, że oba wyjścia przerażają, jedno niebezpieczeństwem, drugie stagnacją; jedno wolnością, drugie niewolą. Być może wszystko będzie przebiegało jako ciągła szamotania pomiędzy ziemskim piekłem – anarchią a niebem – totalnością dobrobytu. Lecz jeśli prowokująco spojrzymy na „myśliwych” jako na symptom, droga pośrednia jest wykluczona, skrajne alternatywy chociaż mniej prawdopodobne – więcej mogą nam powiedzieć o współczesności.

Ludzkość wpadła kiedyś na pomysł, który realizowany jest z większa bądź mniejszą determinacją, że piekło da się kupić, że bestia ludzka jest wytworem kultury i w gruncie rzeczy można ją oswoić. Nie odrobiono lekcji z Dostojewskiego a tym bardziej z Nietzschego. Łużyn myślał, że Raskolnikowa da się pozyskać komfortem życia. Mylił się. Oczywiście, można tłumaczyć, że siekiera była tylko instrumentem sprawiedliwości społecznej, tak jak można spłycać Goyę patriotyzmem. Pod skórą nowego wspaniałego świata czai się bestia, demon znany ludzkości i opisywany w starych księgach i malowidłach o wyblakłym znaczeniu. Im większą cenę zaproponujemy za jej posłuszeństwo, tym gwałtowniejsza będzie jej odpowiedz. Być może jednak demona da się skusić? Wyobraźmy sobie scenę kuszenia na pustyni, której bohaterem nie jest Chrystus, ale właśnie Szatan. Co można mu zaproponować w zamian za jego uległość? Nic. Nie można go schwycić na jakieś przebiegłe równanie moralne w stylu; jak się ma władzę można zbawić ludzkość; jak nakarmi głodnych przychyli im się zbawienia. Chrystus, Szatan, Wielki Inkwizytor, Nietzsche, Lenin i kilku innych wiedzieli, że za chleb zazwyczaj płaci się wolnością; wybierali inne opcje, ale dylemat jest zawsze ten sam. Znakomicie to wyraził Heraklit w obrazie zawilgoconej duszy.

Ze złem można walczyć, być może można zwyciężyć. Ale kontrakt z Mefistofelesem, z demonami ludzkiej duszy, zawszę zakończy się porażką. Być może obecność państwa w pełnej sile swoich atrybutów, z twardą tożsamością normatywną, ale za to nie karmiącego potrzebujących jest potrzebna. Być może. Ale nie jest już możliwa. Wobec nowych zagrożeń, konieczne są nowe formy, oparte jednak na przywróceniu perspektywy dobra i zła jako podstawowego rozróżnienia w życiu prywatnym i społecznym. Nie ważne jak nazwiemy demona, ale szukajmy go rzetelnie. Nie przez przyklejanie etykiet (wymysł, że zło zapisało się do jakiejś partii jest jednym z największych kretynizmów współczesności), ale poprzez odniesienie się do określonego normatywu natury ludzkiej, rozumianego w pierwszej kolejności wedle kryteriów tożsamości, a dopiero potem uzupełnianego wymogiem tolerancji.

Sierpniowe wydarzenia na ulicach Londynu uwidaczniają słabość współczesnego państwa, a raczej konsekwencji jego stopniowego zaniku. Odkrywają inne zagrożenia i drzemiące we wspólnocie siły odśrodkowe. Państwo nie potrafi sobie poradzić z rewoltą, tłum uspokoi się jak ogarnie go przemożne znudzenia i zapragnie chwilowego odpoczynku, wtedy agresja ponownie zaśnie. Tłum, jak „myśliwi” nie jest zorganizowany, nie ma swoich trybunów. Pojawienie się tych, którzy będą potrafili przewodzić przemocy ulicznych frustratów niedopieszczonych wystarczająco przez dobrobyt będzie oznaczało ponowny zakręt dziejów. Zjednoczy on w jednym strumieniu przedmieścia metropolii i potencjalnych „myśliwych”. Indywidualny terror wobec umowy o zjednoczeniu roztopi się w ogólnym chaosie i anarchii…

Maciej Zakrzewski
aw

[Głosów:2    Średnia:5/5]
Facebook

0 thoughts on “Zakrzewski: Cari amici soldati ….”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *