Zenderowski: Moje 5 groszy w temacie wiadomym

Myślę, że za kilka tygodni, najpóźniej kilka miesięcy dla ludzi myślących i przejawiających zdolność do głębszej refleksji, stanie się dostatecznie i ostatecznie jasne, że obecny coraz spór, który ma w gruncie rzeczy charakter cywilizacyjny, kulturowy nie przebiega tylko po linii – bardzo upraszczając te stanowiska: pro life versus pro choice (osobiście nie lubię tych etykiet, gdyż są z gruntu fałszywe, ale dostatecznie trwale niestety zagnieździły się w ludzkich umysłach).
Śledzę wypowiedzi, komentarze swoich licznych znajomych na FB i poza FB i nie wdając się w aptekarskie odmierzanie i licytacje, zauważam, że po jednej i drugiej stronie coraz gorętszego konfliktu (wielu mówi już o wojnie) jest wiele, zbyt wiele, coraz więcej “rozpalonych głów”. Z obu stron padają nie tylko oskarżenia ale i złorzeczenia (to są dwie różne kategorie!), nierzadko wypowiadane w nienawistnym języku, pełnym wulgaryzmów, pogardy dla mającego inne poglądy. Nie, nie jestem symetrystą – tu robię przypis – uważam, że zdecydowana większość tej szaleńczej agresji i nienawiści jest po stronie tzw. pro choice. Na pytanie o procentowe proporcje nie odpowiem, bo to nie jest mierzalne do końca, poza tym zmienia się w czasie.
Tymczasem coraz wyraźniej zarysowywuje się linia podziału między tych, którzy rozumieją, że otwarty konflikt, wojna plemienna, wspomniane złorzeczenia nie doprowadzą do zwycięstwa jednej ze stron, ale do unicestwienia obu skonfliktowanych ze sobą grup. W historii wojen niemal zawsze ci, którzy to rozumieli, byli nierozumiani, uznawani za zdracjów najczęściej – co znamienne – przez obie strony konfliktu. Po drugiej stronie są owe “rozpalone głowy”, dla których wojna stanowi najczęściej jestnie alibi dla własnego lenistwa duchowego, usprawiedliwienie i zwolnienie z myślenia, do którego nie przywykli. Najczęściej poranieni przez innych, niezrozumiani, pragnący bycia choć przez chwilę w centrum uwagi – to są prawdziwi “bohaterowie” tego rodzaju konfliktów.
To, co najbardziej zasmuca, to to, że ludzie, od których mamy prawo wymagać, że staną na straży zdrowego rozsądku, tj. głównie profesorów uniwersyteckich, nauczycieli, ale także duchownych (dziennikarzy nie wspominam, bo to gatunek na wyginięciu, zastąpiony przez oficerów politycznych opłacanych przez partie polityczne udających dziennikarzy) – od tych ludzi właśnie słychać wezwania do wojny. A to jest bardzo niebezpieczne, bo dla tych maluczkich są oni nadal autorytetami…
I jeszcze słowo o języku: WYPIERDALAĆ – to słowa stało się motywem przewodnim protestu. Pomijając już wulgaryzm i to, że mój syn był zdziwiony, że dorośli ludzie na rynku w Cieszynie gromko wykrzykiwali to słowo, można się zastanowić nad jego sensem i przesłaniem. Przepraszam, ale dokąd JA mam “wypierdalać”, skoro uważam, że przesłanka, iż dziecko urodzi się niepełnosprawne czyli takie, jak jakieś co najmniej 10% żyjącego w Polsce społeczeństwa, nie stanowi powodu do aborcji. Ba, stanowi powód do szczególnej troski, tak jak troszczymy się o niepełnosprawnych członków naszego społeczeństwa, lepiej lub gorzej.
Dokąd zatem mam WYPIERDALAĆ – pytam Was wszystkich, którzy tak łatwo nawołujecie do wojny, odmawiacie mi moich praw koncentrując się wyłącznie na Waszych?
I zwracając się do pewnej części, wcale chyba nie takiej małej niestety, tych, dla których werdykt Trybunału Konstytucyjnego stał się powodem do triumfu, i to rozumianego w kategoriach politycznego upokorzenia przeciwnika światopoglądowego. Co prawda rzadziej używacie na określenie swoich adwersarzy równie wulgarnych słów, choć “bydło”, “swołocz”, “nastoletnie kurewki” itp. równie mocno wybrzmiały z Waszych ust. Ale znów – tu ilościowe proporcje nie grają roli. Tu jest pytanie, czy jesteście w stanie wykazać się taką samą determinacją jak w walce z lewactwem, co dla wielu stało się swoistym zawodem i pasją, w pomaganiu tym nieszczęśliwym kobietom, które doświadczą tragedii i traumy narodzin niepełnosprawnego dziecka, które – moim zdaniem ma prawo przyjść na świat. To będzie dla Was prawdziwy sprawdzian człowieczeństwa, które głosicie i cywilizacji, na która lubicie się powoływać. Liczę, że tak właśnie będzie. W hospicjach wciąż jest brak rąk do pracy. Dumni rycerze świętej sprawy, jeśli potraktujecie to wyzwanie z należyta powagą, odwołam wszystkie moje obiekcje i połknę swój język.
Konkludując: nie wojnie, tak pokojowi, choćby miał kosztować nas wszystko co mamy.
Radosław Zenderowski
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *