Świder: Patriotyzm a nacjonalizm

Każdy z nas utożsamia się przede wszystkim z… sobą.  Ja to jestem ja.  Ja Mariusz, ja Świder, ja człowiek, mężczyzna, grubas, Polak, katolik, rasy białej, 50-latek, żyjący w czasach obecnych.  Gdybym żył w X wieku i był murzyńską kobietą – to nie byłbym ja. A wierzącym w reinkarnację powiem: Byłbym kimś zupełnie innym. Bo pod słowem „ja” kryje się osoba o konkretnych cechach żyjąca w konkretnym czasie. Człowiek jest istotą społeczną, nie może istnieć ani funkcjonować poza grupą, do której należy i z którą się utożsamia. On tę grupę wzmacnia, dodaje do niej swoją osobę i energię – a grupa wzmacnia człowieka, który dzięki temu może więcej, może np. upolować dinozaura. Albo zbudować autostradę. Przy czym człowiek może należeć do wielu grup jednocześnie: Taką grupą może być rodzina, kolektyw w pracy, mieszkańcy osiedla, kibice Lecha Poznań czy współobywatele danego państwa. Dlatego tak lubimy używać słowa „MY”, MY Polacy, NASZA Polska, NASI Rodacy, MOI Rodzice, MÓI Przyjaciele, NASZA klasa, MOJE miasto, MY czytelnicy Myśli Polskiej etc.

Zrobiono kiedyś eksperyment: Kilka osób wybiegło na ulicę, podbiegali do przypadkowych osób wykrzykując gorączkowo: „Naszych biją, pomóżcie!”. Pierwszym pytaniem zagajanych tak przechodniów nie było: „Kto to są/ kim są ci nasi”, lecz: „GDZIE?”.  Człowiek ma to bowiem w swej podświadomości, że jeśli ktoś się do niego zwraca określając i siebie, i nas słowem „MY” – to stanowimy już jakąś grupę, nawet dwuosobową tylko (choćby rozmówców w danym miejscu na dany temat”).  Prymas Polski zwracając się do wyborców PIS i PO frazą „MY Polacy” podkreśla, że te dwie grupy z tak różnych biegunów stanowią jedną społeczność, jedną dużą grupę, która powinna się kierować wspólną racją stanu, którą w naszym przypadku jest interes narodowy.

 

Im człowiek ma szersze horyzonty umysłowe – tym z szerszą grupą potrafi się utożsamiać. Dla jednego MY to będzie tylko najbliższa rodzina, dla drugiego – mieszkańcy tej samej klatki schodowej. Inny utożsamia się ze wszystkimi mieszkańcami swojej kamienicy i kolegami z jej podwórka – a największymi wrogami będą ONI – z sąsiedniej kamienicy i podwórka. Ale już i jedni, i drudzy będą się utożsamiać z tą samą ulicą, z tą samą dzielnicą… np. warszawiacy z Pragi Północ mogą nie lubić tych z Mokotowa. Ale wspólnie jako warszawiacy nie będą lubić poznaniaków czy krakowiaków. Gdy spotkają się jednak z nimi w Himalajach – to jedni z drugimi będą się bratać i określać mianem „my Polacy”. Bardzo ważnym jest dla mnie uświadamianie, że im grupa liczniejsza – tym mocniejsza, ale też tym bardziej różnorodna, a zbytnia różnorodność NIGDY nie wzmacnia (ani nie „ubogaca”) – lecz zawsze osłabia. Czy zatem sam sobie przeczę? Otóż nie. Należy różnorodność przyjmować do wiadomości i szukać w grupie jak najwięcej wspólnych mianowników, które będą jej spoiwem. W przypadku na przykład rodziny tym spoiwem jest pokrewieństwo. W moim dzieciństwie, gdy międzymiastową rozmowę telefoniczną trzeba było zamawiać u telefonistki z kilkudniowym wyprzedzeniem, a z wieloma krewnymi widywaliśmy się raz do roku na Wszystkich Świętych, albo na weselach, chrztach czy pogrzebach – to rozmawialiśmy z ciociami i wujkami o ich zdrowiu, o ich dzieciach, podróżach, o tym – co łączy, co jest wspólnym tematem, a tematem tym była bliższa i dalsza rodzina. Dziś widzimy poprzez media społecznościowe, że jeden nasz kuzyn idzie w Marszu Niepodległości, drugi wiesza kolorowe szmaty na krzyżach i kapliczkach, a kuzynka leży na głównym placu Poznania, bije łbem o bruk przepraszając Murzynów za to, że kilkaset lat temu polscy panowie na Ukrainie wykorzystywali ich przodków-niewolników do zbierania bawełny. I jeden z drugim kuzynem zaczynają na siebie patrzeć jak na wrogów, obrzucają się wyzwiskami lub (co gorsza) zrywają ze sobą jakikolwiek kontakt. Czy to wzmacnia rodzinę jako grupę? Nie, to osłabia tę grupę – wzmacniając inne grupy.  Osłabia ją w dwójnasób:  grupa traci swoich członków, jednocześnie wzmacniając inne grupy, których interesy są często przeciwstawne, zupełnie inne, a czasem wręcz szkodliwe dla danej Rodziny. Silna grupa, silna rodzina ma liderów z autorytetem („głowy rodziny”), którzy potrafią przekonać, że więzy rodzinne to coś znacznie silniejszego i ważniejszego, niż np. poglądy polityczne czy to, że Janek kibicuje Polonii Warszawa, a stryjeczny brat Zdzisiek – Legii.

W powyższym akapicie zawarłem zalążek odpowiedzi na pytanie – dlaczego obecnie tak bardzo w Polsce i w Europie niszczone są tradycje, korzenie, poczucie tożsamości, duma narodowa, obchody świąt katolickich (bo ta religia jest u nas dominująca, czyli będąca „czynnikiem jednoczącym”), a przede wszystkim Jedność Narodowa. W narody wbija się kliny, konfliktuje się je wewnątrz i dzieli, napuszcza się zwolenników jednych partii na innych, na Kościół, aktywizowane i sponsorowane są wszelkie protesty, parady, dzielenie jednolitego narodu czy społeczeństwa. Ma to na celu rozbicie Jedności, poczucia przynależności do wspólnoty – a więc jej osłabienie. W tym samym celu dąży się do depopulacji narodów autochtonicznych w danych państwach, umożliwiając jednocześnie przyjazd milionom nachodźców z kręgów obcych kulturowo i rasowo – bo jak pisałem wcześniej – im różnorodność grupy jest większa, tym mniej mianowników ją spajających, tym mniej więzów łączy ludność z miejscowym narodem i krajem. A kto to robi? Kto to sorosuje? Przepraszam za literówkę, miało być „sponsoruje”. Ano ten, kto ma w tym interes. Te „grupy”, które mają w tym interes. Nazwiemy je nieco później.

Na razie powróćmy do tytułowego pytania o patriotyzm i nacjonalizm. Stworzyłem kiedyś definicje obu tych pojęć – i różnię się one tylko JEDNYM słowem:

Słowo „patriotyzm” pochodzi od łacińskiego „patria”, czyli ojczyzna, a „Patriotyzm to przedkładanie interesów swojego kraju ponad interesy innych krajów”. Zaś „Nacjonalizm to przedkładanie interesów swojego narodu ponad interesy innych narodów”. Różnica istotna. Z patriotyzmem mamy do czynienia przede wszystkim tam, gdzie państwo jest pierwotne, a naród wtórny, tzn. gdy to państwo tworzy lub próbuje tworzyć naród (Chiny, USA, Argentyna czy Rosja, gdzie najpierw była Ruś – i od niej nazwę wzięli Rusini… Znacząca część Rusi przeistoczyła się w Rosję, od której to nazwy mamy Rosjan). Inaczej rzecz się miała tam, gdzie to dana grupa, np. lechicka, tworzy strukturę państwową, np. Polacy (po-Lachy) ze swoją elitą, czyli szlachtą (bo z -Lachów). Podobnie jest na Węgrzech – czy w odległych Japonii lub Korei, gdzie instytucja państwa jest wtórna, utworzona przez określoną grupę narodowościową, dla której państwo jest instrumentem do prowadzenia swojej polityki zabezpieczającej rację stanu, którą jest interes narodowy. Wzorcem godnym naśladowania mogą być tu Żydzi, którzy zawsze przedkładają interes swojego narodu ponad interesy wszystkich innych narodów, a ich państwa (Izrael czy USA) są dla nich tylko jednym z instrumentów prowadzenia nacjonalistycznej polityki. Tylko pozazdrościć. I uczyć się w tej kwestii od nich, uczyć.

W przypadku państw, gdzie  państwo jest pierwotne (Rosja czy Chiny na przykład) racją stanu jest zatem przede wszystkim nie interes narodowy – lecz interes państwowy. Pisałem o tym bardziej szczegółowo w numerze 25-26 z 21 czerwca br. Myśli Polskiej w artykule pt. „Interes narodowy jako polska racja stanu”. Zaznaczę przy tym, że interes narodowy i interes państwowy (o ile gospodarzem w danym państwie jest naród autochtoniczny) wzajemnie się wspierają, jest to woda na ten sam młyn. Dlatego obecnie interes narodowy jest w Polsce praktycznie jednoznaczny z państwowym, czego nie było, gdy byliśmy pod rozbiorami i należeliśmy do nieprzychylnych nam jako odrębnemu narodowi, obcych organizmów państwowych.

 

Bardzo delikatnie i powoli podprowadzam do wniosku, że w naszym przypadku to nacjonalizm jest i powinien być priorytetowy. I choć jestem o tym przekonany – to nie piszę tego jednoznacznie, gdyż te same kręgi, które niszczą tradycyjne wartości i narody, wyłożyły ogromne pieniądze na to, by zdezawuować i zdyskredytować pojęcie „nacjonalizm”. W wyniku owego Pi-Aru słowo „nacjonalista” jest postrzegane przez niewykształconą część społeczeństwa jako coś złego – i gdy za bardzo zacznę przeszkadzać komuś swoimi poglądami, a na pewno tak będzie prędzej czy później, to przykleją mi jakąś łatkę typu „Świder to nacjonalista”, co w oczach wielu mnie zdyskredytuje J   Pojęciom dobrym nadaje się czasem pejoratywne znaczenie. Widzimy to teraz na przykładzie słowa „Murzyn”, które w Polsce NIGDY nie miało pejoratywnego wydźwięku, bo nie mieliśmy niewolnictwa, a słowo to wywodzi się z także neutralnego „Maur”. Całe pokolenia uczyły się wierszyka o murzynku Bambo, który w odróżnieniu od Michaela Jacksona się bardzo bał, że się wybieli. I dziś różni pseudojęzykoznawcy wmawiają nam, że słowo to jest słowem złym. A przecież każde określenie jest złe – jeśli go użyć w złym kontekście i zamiarach, nawet „Ty krowo”. Czy powinniśmy zatem unikać używania słowa „krowa”? Ktoś zaraz powie, że na łące dana krowa może się obrazić, gdy się ją nazwie krową, bo jest zwierzęciem niebinarnym lub uważa się za byka – więc nim jest. A jej mleko będzie bycze…

O, sorry, zagalopowałem się, nie piszę przecież dla „Przeglądu Mleczarskiego”.

Propagowanie, że „nacjonalizm” jest czymś negatywnym, jest częścią walki z tradycyjnymi narodami, podmiany społeczeństw. Określenie to jest przyrównywane, traktowane niemal równoznacznie z pojęciem „szowinizm”, który rzeczywiście jest negatywny, jest to bowiem (wg mojej definicji) „Przedkładanie i zabezpieczanie interesów własnego narodu KOSZTEM innych narodów, uważanych za gorsze”. W odróżnieniu od szowinisty – polski nacjonalista nie uważa, ze Polacy to lepszy naród niż powiedzmy Szwedzi, Węgrzy czy Persowie. On kocha Polaków – bo to JEGO naród, z którego się wywodzi on, o który krew przelewali jego przodkowie. Kochamy nasze matki nie dlatego, że są bogatsze, szczuplejsze, mądrzejsze, młodsze czy ładniejsze niż matki naszych znajomych, lecz dlatego, że są to NASZE matki.

Niszczenie tradycyjnych narodów europejskich zaczęto od deprecjonowania nacjonalizmu, zmiany postrzegania tego słowa – a także takich pojęć jak „naród” czy „nacja”.  Zamienia się określenia „Ojczyzna i Naród” określeniami „ten kraj i obywatele tego kraju”. Próbuje nam się wmówić, że Polak z naszego kochanego Lwowa to Ukrainiec polskiego pochodzenia, a Uzbek czy Kazach, co zapłacił bezdomnej łodziance parę tysięcy Euro, by wyszła za niego, żeby uzyskał polskie obywatelstwo – to Polak i nasz rodak. Ileż to razy widziałem w prasie informacje o jakimś sportowcu, który otrzymał polskie obywatelstwo, że „od dziś jest Polakiem”. Często podróżuję za granicę i nagminnie spotykam się z sytuacją, gdzie wypełniając po angielsku jakieś wjazdowe dokumenty (np. parę tygodni temu przy wjeździe do Hiszpanii, tzw. „deklaracja zdrowotna”) zamiast rubryki „citizenship” (czyli obywatelstwo) jest rubryka „nationality” (czyli „narodowość”). Ale do rubryki należy wpisać nie narodowość, lecz OBYWATELSTWO. Jest to celowe pojęciowe mieszanie w głowach, by Polak z Wilna wjeżdżał do Hiszpanii jako Litwin, a Mongoł z polskim obywatelstwem – jako Polak. Oczywiście – „małżeństwa” jednopłciowe w tym kraju (Hiszpanii) są dopuszczalne. To nie jest przypadek.

Niszczenie narodów europejskich rozpoczęto bowiem od krajów najbogatszych. Są ku temu dwa powody. Pierwszy jest taki, że kraje te są najbardziej materialne, nakierowane na pieniądz. Lepiej zatem w pierwszej kolejności przejąć od narodów ich  bogate kraje – niż biedne. Poza tym im kraj bogatszy – tym mniejszy przyrost naturalny, łatwiej zatem „podmienić” społeczeństwo. W dodatku takie kraje, jak Francja, Anglia, Niemcy, Holandia itp. przez całe wieki postrzegane były jako wzorzec, tam kwitła nauka, sztuka, kultura i przemysł, to im zazdrościliśmy my czy Rosjanie, uczyliśmy się tamtych języków, często przyjmowaliśmy mody, sprowadzaliśmy pierwsze maszyny przemysłowe.  Przyjęto zatem założenie, że jeśli Francuzi czy Holendrzy pozamykają swoje kościoły i sprowadzą obcych kulturowo imigrantów, to wszystkie pozostałe kraje Europy znowu pójdą ich śladem. We WSZYSTKICH wielkich miastach tzw. zachodniej Europy najpopularniejszym imieniem nadawanym dziecku jest Muhammad (w różnych jego formach, czyli także Muhammed, Mehmed, Mehmet, Mahmad, Mamed itp.).

Kto za tym wszystkim stoi?

Jest to pewien ziemski bóg, złoty cielec. Ma na imię Mamona.

Łatwo dotrzeć (choćby przez Internet) do informacji  organizacji OXFAM International, która informuje, że z każdym rokiem coraz większe bogactwo koncentruje się w rękach coraz mniejszej liczby ludzi i rodzin. Dziś 24 (dwudziestu czterech) najbogatszych ludzi/rodzin świata posiada majątek o  wartości prawie dwóch bilionów dolarów. Czyli tyle, ile biedniejsza połowa ludzkości (3,8 miliardów ludzi). Na świecie jest ok. 2200 miliarderów dolarowych, których majątek jest równy majątkowi prawie 5 miliardów ludzi. Nazwiska najbogatszych ludzi czy rodów świata są znane, także ich obywatelstwo czy pochodzenie etniczne. Pół wieku temu prawie wszyscy (prócz paru rodzin z Indii czy Japonii) należeli do tak zwanego „białego” świata, czyli byli obywatelami krajów założonych przez białych (Europa, Ameryka, Australia i Nowa Zelandia, RPA, Izrael), a świat był podzielony na dwa obozy, był dwubiegunowy, a „dzieliły i rządziły” USA i Związek Radziecki. Prawie wszystkie kraje świata należały albo do tzw. bloku zachodniego, albo wschodniego. Zachód i jego miliarderzy liczyli na to, że dzięki wyścigowi zbrojeń i konkurencji technologicznej wykończą „komunistów”, przejmując ideowo i gospodarczo te kraje azjatyckie i afrykańskie, które były po „radzieckiej” stronie, np. północna Korea, północny Wietnam, Angola, Syria, Libia, potem kraje europejskie bloku wschodniego, a potem nastąpi westernizacja Rosji, której ogromne terytoria i bogactwa przejdą pod kontrolę zachodnich korporacji i koncernów, których finalnymi beneficjentami jest grupka najbogatszych, nazywana czasem iluminatami. Ale pomylili się. Nie docenili patriotyzmu Rosjan – a przede wszystkim rozwoju gospodarczego Chin. Pół wieku temu  Chiny były źródłem taniej siły roboczej i producentem najtańszych, niskich jakościowo towarów. Gdy Rosja słabła (przede wszystkim gospodarczo) i rozpadał się blok wschodni – to Chiny rosły w siłę, uzyskując wielkie wpływy w Azji i w większej części Afryki. Chiny są dzisiaj potęgą gospodarczą o wadze porównywalnej do USA, przy czym potencjał ich rośnie. Technologicznie wyprzedziły w niektórych dziedzinach Zachód – i mają swoje ogromne rynki, a że są konkurencyjni cenowo – to odbiorcą ich produktów (materialnych – ale i technologii czy oprogramowania) są przede wszystkim te biedniejsze kraje świata. Zachodni miliarderzy, mając ograniczone pole manewru, postanowili się bardziej skupić na „białych” krajach, przede wszystkim północnej Ameryce i całej Europie , rozpoczynając od jej bogatszej, zachodniej części. Zostały potworzone specjalne organizacje, banki (Bank Światowy), fundacje (Sorosa, Rockefellera itp.). Amerykański Bank Centralny FED  jest prywatną firmą należącą do kilku rodów. Ludzie stojący za tymi instytucjami finansowymi decydują na terenach swoich wpływów o prezydentach, premierach, kanclerzach, ministrach, przywódcach partii, innych decydentach. Działają przez swoich reprezentantów, a następnie przez finanse, referencje polityczne, obietnice, groźby, a głównie przez media – które są prawie w większości w ich rękach.

Promują i gdzie mogą narzucają liberalny globalizm, bo im mniej „egoizmów narodowych” czyli patriotyzmu (także gospodarczego), tym mniej pilnowane są bogactwa naturalne,  finanse i gospodarki lokalnie, tym łatwiej nimi zarządzać, mieć większy rynek zbytu, kreować mody dla całego „terytorium”, gdzie ludzie będą kupować takie same gry komputerowe, słuchać tej samej muzyki, kupować te same marki samochodów. Po wymieszaniu ras i narodów nawet wyglądać będą jednakowo. Temu mają m.in. służyć masowe migracje gospodarcze z krajów biedniejszych, o innych kulturach. Drugi powód organizowania masowej migracji to chęć zwiększenia populacji krajów umownie nazywanych „białymi”, by poszerzyć rynek zbytu (populację) tych krajów bogatszych. Bo jeśli migranci pozostaną w swych krajach w Afryce czy Azji – to będą mieli słabą siłę nabywczą – i będą klientami chińskich tańszych produktów. Będąc zaś np. w Niemczech, to nawet nie pracując za wiele -będą w ramach socjalu dostawać kilkadziesiąt razy więcej pieniędzy – niż zarobiliby w przysłowiowej Kenii czy Senegalu. A wtedy będą kupować modne telefony i telewizory…

Takie postępowanie prowadzone jest także wobec Polski: zniszczyć wszelkie korzenie, tradycję, patriotyzm, nacjonalizm, tożsamość, dumę narodową. Napuszczać jednych Polaków na drugich, by Polak nie był Polakowi bratem, niszczyć Kościół jako jeden z fundamentów polskiej kultury i tożsamości, stymulować emigracje Polaków do krajów bogatszych będących na tym samym „białym terytorium” działania, sprowadzić w ich miejsce obcych, co zapełni lukę siły roboczej i przyczyni się do zagłuszenia patriotyzmu – bo imigrant nigdy nie będzie dumny z polskich bohaterów i krwi przelanej w Powstaniach i walkach o Polskę.

Pilnujmy naszego kraju, bo nasi przodkowie walczyli o niego i budowali go dla nas – a nie dla obcych, którzy fizycznie, kulturowo i gospodarczo chcą go przejąć – i powoli to robią. Stąd narzucanie obcych nam wzorców kulturowych, „małżeństw” jednopłciowych adoptujących dzieci – i innych fałszywych „wartości” europejskich. To, co łączy WSZYSTKIE narody europejskie – to chrześcijaństwo, grecka filozofia i prawo rzymskie. Te trzy kamienie węgielne utrzymują fundament Europy. Niech narody pozostaną gospodarzami w swoich krajach, uczmy młode pokolenia patriotyzmu i dumy narodowej, przywiązania do tradycji i korzeni, do historii, pomników, krzyży i kapliczek przydrożnych . Jeśli tego nie zrobimy – utracimy nie tylko nasz kraj, ale przede wszystkim siebie…

Mariusz Świder

[Głosów: 14   Average: 4.8/5]
Facebook

3 thoughts on “Świder: Patriotyzm a nacjonalizm”

  1. (…)Słowo „patriotyzm” pochodzi od łacińskiego „patria”, czyli ojczyzna, a „Patriotyzm to przedkładanie interesów swojego kraju ponad interesy innych krajów”. Zaś „Nacjonalizm to przedkładanie interesów swojego narodu ponad interesy innych narodów”.(…)
    Skrajną formą tych pojęć byłoby dążenie do zniszczenia pozostałych krajów i narodów, czyli wypisz wymaluj nazizm.

  2. (…)Ale do rubryki należy wpisać nie narodowość, lecz OBYWATELSTWO. Jest to celowe pojęciowe mieszanie w głowach, by Polak z Wilna wjeżdżał do Hiszpanii jako Litwin, a Mongoł z polskim obywatelstwem – jako Polak.(…)
    I nieopatrznie wchodzimy w kwestię śląską.

    1. Kwestia śląska jest taka, że Ślązak to Polak taki sam jak Małopolanin czy Mazowszanin. A ci, którzy przedkładają “śląskość” nad “polskość” to ludzie, którzy nie zdążyli się załapać na “volksdeutsche” i “volkswagendeutsche”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *