Analiza sukcesu Donalda Tuska

Kiedy w 2001 r. powstawała Platforma Obywatelska, mająca uchronić prominentnych członków rozpadających się formacji, tworzących w tamtym czasie centroprawicową koalicję rządzącą  AWS-Unia Wolności, przed znalezieniem się poza mainstreamem pewnie niewielu z ówczesnych obserwatorów sceny politycznej mogło przypuszczać, że to Donald Tusk sześć lat później zostanie premierem, po kolejnych czterech, jako pierwszy w III Rzeczpospolitej, wygra następne wybory, będąc przy tym niekwestionowanym wodzem swojej partii. Fakt, Tusk był jednym z założycieli PO, ale przecież nie odgrywał do tej pory kluczowych ról w polskiej polityce, wydawać by się mogło, że nie jest obdarzony taką dozą politycznego talentu jak Maciej Płażyński czy Andrzej Olechowski, czy zwerbowany po paru miesiącach od założenia PO Jan Maria Rokita.

Z wykształcenia historyk, w czasach PRL-u działacz opozycyjny, współorganizator Niezależnego Zrzeszenia Studentów. W latach 90. jako przywódca Kongresu Liberalno- Demokratycznego, partii cieszącej się poparciem zaledwie kilku procent wyborców, Tusk nie skrywał swoich radykalnie wolnorynkowych poglądów. Uważany wtedy raczej za polityka z drugiego szeregu. Sam Jarosław Kaczyński, który z Tuskiem przegrywa wszystkie bez wyjątku wybory od 2007 r. przyznał po latach, że nie docenił jego politycznych możliwości.

Tusk – polityczny killer w białych rękawiczkach?

Jak zatem do tego doszło, że to właśnie Tuskowi udało zdobyć się tak silną pozycję w partii, w której nie brakowało politycznych samców alfa? Kiedy Platforma powstawała oczywistym było, że żaden z jej ówczesnych liderów, mających, bez wyjątku, silne ambicje przywódcze, nie zrezygnuje z walki o władzę w partii, pokornie zadowalając się pozycją tego drugiego czy trzeciego. Batalię tę mógł wygrać polityk obdarzony największym sprytem, a jednocześnie bezwzględnością. Kimś takim okazał się właśnie Donald Tusk. Nie robił tego jednak bezpośrednio, ale rękami innych czołowych członków partii, którzy po wyeliminowaniu konkurencji po pewnym czasie sami stają się ofiarami. Taki obraz partii, targanej intrygami, których inspiratorem był Tusk przedstawiają politycy, którzy w różnych okresach z PO zostali wyrzuceni czy też zmuszeni do odejścia z Zytą Gilowską, Pawłem Piskorskim czy Janem Marią Rokitą na czele.

Prześledźmy zatem jak od początku wyglądał proces eliminowania osób, których pozycja w partii stawała się w pewnym momencie na tyle silne, że mogły one stanowić realne zagrożenie dla Donalda Tuska. Pierwszym przewodniczącym PO był tragicznie zmarły w katastrofie smoleńskiej Maciej Płażyński, który został odwołany w 2003 r. w główniej mierze za sprawą Pawła Piskorskiego. Rok później to sam Piskorski został pozbawiony funkcji sekretarza generalnego. W tym samym roku jeden z, jak ich określiły media, „trzech tenorów PO” obok Tuska i Płażyńskiego, Andrzej Olechowski przestał być szefem rady programowej partii. W między czasie rosła pozycja w Platformie Zyty Gilowskiej, głównego eksperta PO od finansów i krytyka polityki SLD-owskiego rządu. Ta z kolei zaczęła zagrażać Janowi Rokicie, konserwatywnemu politykowi PO z Krakowa niekryjących swych ambicji zostania premierem. Gdy Gilowska stała się zbyt mocna nagle jej konkurentom w ramach partii zaczęło przeszkadzać to, że zatrudnia ona w biurze poselskim swojego syna i płaci mu za ekspertyzy. Ten przejaw nepotyzmu najostrzej krytykował właśnie Rokita. Sponiewierana publicznie przez swoich byłych kolegów została zmuszona na opuszczenia partii.

Rokita był jak dotąd najpoważniejszym rywalem w walce o przywództwo w partii. To on miał zostać premierem w 2005 r., gdyby Platformie udało się wygrać wybory. Jeżeli tak by się stało, a dodatkowo Tusk pokonałby w II turze wyborów prezydenckich Lecha Kaczyńskiego, Rokita miałby oczywiście oczyszczony teren w partii i czas kilku lat spokojnych rządów z przyjaźnie nastawionym prezydentem. Możliwy był także inny korzystny dla Rokity scenariusz: Platforma wygrywa wybory, a Tusk przegrywa z Kaczyńskim. W tym wariancie tylko Rokita jest zwycięzcą, a Tusk nieudacznikiem, który był w stanie w krótkim czasie roztrwonić sporą sondażową przewagę. Stało się jednak inaczej. Platforma przegrała podwójnie i usadowiła się na stanowisku opozycji totalnej. Tusk postanowił więc na dobre rozprawić się ze swoim najgroźniejszym rywalem. Sam Rokita zresztą w dużym stopniu ułatwił mu zadanie. Charyzmatyczny poseł, który zyskał sławę swoimi wystąpieniami na posiedzeniach komisji śledczej badającej tzw. aferę Rywina, był jednym z najsilniej optujących za zawiązaniem koalicji z Prawem i Sprawiedliwością politykiem PO. W wyborach samorządowych w 2006 r. udzielił nawet poparcia kandydatowi PiS-u na urząd prezydenta Krakowa Ryszardowi Terleckiemu. Później jeszcze, bez konsultacji z Tuskiem, ogłosił dorobek kierowanego przez siebie „gabinetu cieni”, pełniącego funkcję ciała recenzującego, a przede wszystkim krytykującego działania rządów Marcinkiewicza i Kaczyńskiego. Rokita i jego zwolennicy stawali się coraz bardziej marginalizowani. W końcu Janusz Palikot, znany już wówczas z kontrowersyjnych, nierzadko urągających dobrym obyczajom, występom polityk i biznesmen złożył wniosek o wyrzucenie Rokity z Platformy. Aby oddalić podejrzenia, jakoby to szef PO miał z tą inicjatywą coś wspólnego, Palikot zaczął publicznie krytykować samego Tuska za jego zbytnią tolerancję wobec coraz bardziej szkodzącemu partii Rokicie. Trudno sobie wyobrazić, aby bez przyzwolenia szefa Platformy Palikot mógł sobie bezkarnie pozwalać na takie harce. Nie widząc dla siebie już miejsca w PO ani w żadnej innej partii, a także w związku z aktywnością swojej żony przy prezydencie Kaczyńskim, Rokita podjął decyzję o wycofaniu się z bieżącej polityki.

Dzisiaj pozycja Tuska w PO wydaje się być pozornie niezagrożoną. Pozornie, gdyż partia staja się coraz bardziej sfrakcjonalizowaną. Wewnętrzna rywalizacja w PO coraz częściej wylewa się na forum  publiczne. Od kilku lat za głównego rywala Tuska uważany jest Grzegorz Schetyna. Jak mówiono w kuluarach sejmowych, miał liczyć on na słaby wynik PSL-u i wspólnie z prezydentem Komorowskim konstruować historyczną koalicję z postkomunistycznym SLD. Schetyna nieraz pozwalał sobie także na krytykę szefa rządu, chociażby wtedy kiedy wytykał premierowi brak szybkiej reakcji na tezy raportu MAK-u. Tusk doskonale zdaje sobie sprawę z tego zagrożenia. Dlatego też po ostatnich wyborach Schetyna został pozbawiony funkcji marszałka, otrzymując w zamian zaledwie funkcję przewodniczącego sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. Wiele osób uważanych za ludzi Schetyny zaczęło zaś tracić intratne posady w państwowych spółkach. Schetyna jednak wydaje się być politykiem o bardzo twardej skórze i niezwykle cierpliwym. Cały czas czeka na swój czas i dogodny moment, aby wysadzić Tuska z siodła.

Politykiem, z którym w ostatnich latach musiał liczyć się Tusk jest też Cezary Grabarczyk, łódzki baron PO, jak się często mówi przywódca jednej z grup wewnątrz Platformy, tzw. spółdzielni. W poprzedniej kadencji minister infrastruktury i chyba najbardziej krytykowany minister tamtego rządu. Pomimo strat wizerunkowych, spowodowanych kolejnymi ujawnianymi skandalami przy budowie dróg przed Euro 2012, Tusk nie zdecydował się na odwołanie Grabarczyka. Po ostatnich wyborach Grabarczyk co prawda nie znalazł się w rządzie, ale na pocieszenie otrzymał funkcję wicemarszałka. Dziś jego pozycja w ramach tzw. spółdzielni i samej PO wydaje się znacznie słabsza i nie jest on już raczej poważnie brany pod uwagę jako potencjalny konkurent premiera.

Na takiego niewątpliwie wyrasta Jarosław Gowin, usilnie starający się zająć miejsce Rokity w PO. Wiele ich łączy, obaj z Krakowa, o wyrazistych konserwatywnych poglądach. Gowin był potrzebny Tuskowi do rządu, aby zaspokoić chwilowo ambicje konserwatywnego skrzydła w PO, któremu ten coraz wyraźniej zaczął przewodzić. Gdy jednak stał się zbyt niezależnym i pozwalał sobie na wystąpienia sprzeczne z linią nakreśloną przez Tuska, premier postanowił przynajmniej na moment pozbyć się kłopotliwego balastu z rządu. Na moment, bo Gowin jest coraz bardziej świadomy swoich atutów i wydaje się być zdeterminowanym, aby odgrywać niepoślednią rolę w polskiej polityce. Już dzisiaj nie wyklucza stanięcia przeciwko Tuskowi w przyszłorocznych wyborach wewnątrz PO. Szans na zwycięstwo w nich raczej nie ma, ale stosunkowy dobry wynik na pewno stanowiłby kapitał na przyszłość i osłabiłby przekonanie o nienaruszalnej pozycji Tuska.

Pytanie, jak długo Tusk chce jeszcze przewodzić Platformie. Najbliższe wybory zapewne wygra, ale na jak długo starczy mu sił i chęci, aby eliminować kolejnych konkurentów do przywództwa. Zapewne wciąż drzemią w nim ambicje prezydenckie, być może, o czym często mówi się w ironiczny sposób, liczy na prestiżową funkcję w strukturach Unii Europejskiej. Pewnie też wolałby sam odejść w chwale i ewentualnie namaścić swojego następcę niż przegrać w bezpośrednim starciu ze Schetyną czy z Gowinem.

Walka o władzę w państwie

Przewodzenie partii przez wiele lat to jedno. Bycie premierem przez dwie kolejne kadencje to już jednak sprawa o wiele poważniejsza i w III Rzeczpospolitej bez precedensu. Dlaczego zatem udało się to akurat Tuskowi?Na pewno jest on politykiem bardzo szybko uczącym się na błędach i wyciągającym z nich właściwe wnioski. Wybory prezydenckie w 2005 r. przegrał nie dlatego, a już na pewno nie przede wszystkim dlatego, że miotał się przy tłumaczeniach dotyczących szlaku wojennego swojego dziadka. Przegrał, bo nie potrafił w żaden sposób odpowiedzieć na podział narzucony przed wyborami przez strategów PiS-u na Polskę solidarną, której obrońcami są Kaczyńscy i liberalną, gdzie bogatym żyje się coraz lepiej, a biedni stają się jeszcze biedniejsi. Za taką Polską miała się opowiadać Platforma i dlatego przegrała. Tusk nie umiał znaleźć dobrego wyjścia z tej sytuacji, bo przecież był liberałem z krwi i kości. Gdyby nagle zaczął wyrzekać się swojego liberalizmu naraziłby się na śmieszność. Po tych wyborach Tusk nauczył się jednak swoiście rozumianego pragmatyzmu. Jak ognia zaczął wystrzegać się wszelkiego dogmatyzmu. Szczególnie widoczne stało się to po wygranych w 2007 r. wyborach.

Przed wyborami w 2005 r. Platforma i PiS działały razem, bo miały wspólnego wroga w postaci rządzącej postkomunistycznej lewicy. Jeżeliby przypomnieć sobie wypowiedzi Tuska i Kaczyńskiego z tamtego okresu, z trudem można byłoby dostrzec poważniejsze różnice w ocenie sytuacji państwa, kondycji moralnej klasy rządzącej itd. Zarówno PO jak i PiS deklarowały odnowę życia publicznego w Polsce i ostrą walkę z najbardziej widocznymi patologiami III Rzeczpospolitej, takimi jak korupcja, nepotyzm, traktowanie przez rządzących urzędów jak swojego prywatnego folwarku, poczucie bezkarności wpływowych przestępców. Obie partie stosowały retorykę wyraźnie antyestablihsmentową. Jan Rokita ze Zbigniewem Ziobro jako członkowie komisji w sprawie afery Rywina wspólnie demaskowali destrukcyjne dla państwa zjawiska. O potrzebie budowania IV Rzeczpospolitej już w 2003 r. mówił związany z PO socjolog prof. Paweł Śpiewak. Pojawiały się nawet pomysły, aby Platforma stworzyła z PiS-em wspólne listy wyborcze.

Porażka jednak zmusiła PO do zmiany strategii. Tusk nie miał zamiaru wprowadzać swojej partii do koalicji rządzącej, nie mając w niej pozycji dominującej. Zresztą im bliżej było wyborów tym bardziej zaostrzała się walka pomiędzy obiema partiami i wizja współpracy stawała się coraz mniej realna. Platforma, aby marzyć o zdobyciu władzy musiała zmienić swoje oblicze, przede wszystkim odróżnić się od PiS-u, który dodatkowo należało skompromitować. Niemożność porozumienia się z PO zmusiła PiS do zawiązania egzotycznej i jak się okazało bardzo trudnej do utrzymania koalicji z Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną. Rozpoczął się proces ośmieszenia rządu, co niewątpliwie było ułatwione przez wejście w jego skład chociażby Leppera. Jeszcze na kilka miesięcy przed zawiązaniem oficjalnej współpracy między PiS-em, LPR-erm i Samoobroną Donald Tusk mówił o „moherowej koalicji” mającej być symbolem obciachu i wstecznictwa, a skonstruowanej tak naprawdę w Toruniu przez o. Tadeusza Rydzyka. Machina wykpiwania i obrzydzania Polakom Prawa i Sprawiedliwości ruszyła na dobre, w czym prym wiódł Stefan Niesiołowski, a później także Janusz Palikot. Głównymi ofiarami ataków stali się bracia Kaczyńscy. Na tym tle Platforma kreowała siebie jako formację wyważoną, rozsądną i merytoryczną, a przede wszystkim taką, do której popierania można się przyznać bez wstydu.

Platforma Obywatelska jednak z dnia na dzień nie stała się formacją, która zapomniała o swojej przedwyborczej retoryce. Razem z PiS-em głosowała za utworzeniem Centralnego Biura Antykorupcyjnego – specjalnej służby, mającej w założeniu pilnować transparentności także na najwyższych szczytach władzy oraz likwidacją WSI. Jednak niemal od początku ostro krytykowała metody działania CBA oraz sposób likwidacji przez Macierewicza Wojskowych Służb Informacyjnych. PO starała się przekonać Polaków, że to ona jest w stanie przeprowadzić zapowiadaną odnowę państwa i systemu bez uciekania się do działań na granicy prawa i nadużywania siły. Platformie udało się przestraszyć Polaków, a przede wszystkim młodych ludzi rzekomo rodzącym się w Polsce autorytaryzmem. W tej narracji w praktyce nikt nie mógł czuć się do końca bezpiecznie. W tym czasie zdarzyło się kilka głośnych wypadków, które PO pomogły niewątpliwe wykreować taki obraz rzeczywistości. Samobójcza śmierć Barbary Blidy podczas zatrzymania przez ABW czy pokazowe aresztowanie w obecności kamer doktora Mirosława Garlickiego, który zresztą znalazł cały szereg obrońców w śród powszechnie szanowanych ludzi nauki i kultury, mogła wywołać poczucie zagrożenia u sporej części także uczciwych Polaków. IV Rzeczpospolita stała się symbolem wprowadzania w Polsce zamordyzmu. Mało kto już wtedy pamiętał, że był to wspólny projekt tzw. POPiS-u.

Można powiedzieć, że to co wyniosło PiS do władzy stało się przyczyną porażki tej partii dwa lata później. Przedterminowe wybory, będące następstwem zerwania przez Kaczyńskiego koalicji z Lepperem i Giertychem w konsekwencji tzw. afery gruntowej umożliwiły Tuskowi szybsze, niż mógł się spodziewać, zdobycie władzy. Owe głosowanie zostało przedstawione przez PO, lewicową opozycję i w coraz większym stopniu jednostronne i nastawione antypisowsko mainstreamowe media jako plebiscyt za IV Rzeczpospolitą. To jak dla Polaków ważne były to wybory świadczy rekordowa frekwencja, o ponad 13% wyższa niż w 2005 r. Szczególnie duża mobilizacja była widoczna wśród młodych wyborców, czyli grupy statystycznie najmniej zainteresowanej polityką, dla których IV Rzeczpospolita budziła szczególnie złe skojarzenia. Tamte wybory na trwałe podzieliły polską scenę polityczną na dwa wielkie, toczące ze sobą zaciekłą walkę obozy polityczne. W ich wyniku PO i PiS zdobyły ponad 80% głosów, lewica nie zdołała odbudować swojej pozycji, a Samoobrona i LPR przypłaciły udział w koalicji stoczeniem się w polityczny niebyt. To była idealna sytuacja dla Tuska, którego pozycja lidera PO, po opuszczeniu partii przez Rokitę, była niekwestionowana. Platforma znalazła się w sytuacji, kiedy ma tylko jednego silnego konkurenta, z którym musi się liczyć, ale który w praktyce nie jest z różnych powodów jej w stanie realnie zagrozić.

Tusk – premier

Tusk po zdobyciu władzy doskonale zdawał sobie sprawę, że nie może stracić poparcia wpływowych grup interesów, szczególnie zagrożonych rządami Kaczyńskiego. Zapomniał więc o swoich buńczucznych zapowiedziach sprzed 2005 r. i skupił się na osądzeniu dwóch poprzednich lat. Temu służyły powołane: tzw. komisja ds. nacisków na służby specjalne czy też do zbadania śmierci Barbary Blidy. Pomimo wielomiesięcznych prac nic konkretnego one nie ustaliły. No bo, przecież za coś takiego nie można uznać uzasadnienia wniosków o postawienie Kaczyńskiego i Ziobro przed Trybunałem Stanu za realizowanie „koncepcji wykluczania dużych grup obywateli”. Prawdopodobnie nie będą one jednak przedmiotem głosowania jeszcze w tej kadencji Sejmu. Po pierwsze Platforma nie może być pewna wyniku. Część partii jest krytyczna wobec takiego pomysłu, a szef PSL mówi otwarcie, że wniosków nie poprze. Po drugie Tusk może musi świadom groźby politycznej zemsty po ewentualnym odzyskaniu władzy przez PiS. Temat wniosków jednak co jakiś czas wraca. Chodzi o to, aby wyborcy nie zapomnieli jakim strasznym okresem w historii PO była IV Rzeczpospolita. Tusk doskonale zdaje sobie sprawę, że Polacy mają stosunkowo krótką pamięć i już niedługo mogą przestać się bać powrotu do władzy Kaczyńskiego, a to oznaczałoby poważne zagrożenie dla niego samego. Platforma bowiem w dalszym ciągu musi liczyć się z PiS-em. Pomimo uruchomienia całej machiny antypisowkiej propagandy partia Kaczyńskiego wciąż pozostaje największą formacją opozycyjną, cieszącą się stabilnym około 30% poparciem.

Od początku sprawowania urzędu premiera Tusk stara się w niemal każdej sytuacji ustawiać pośrodku. Szczególnie jest to widoczne przy okazji sporów światopoglądowych, które rozgrzewają czasem do czerwoności nie tylko parlamentarną lewicę i prawicę, ale są też powodem burzliwej debaty w samej PO. W wywiadzie z marca tego roku udzielonemu „Gazecie Wyborczej” Tusk deklarował: „Moim zadaniem jest to, żeby dwa wielkie, poważne i godne szacunku odłamy naszego narodu czuły się dobrze w naszym kraju. I ten bardzo konserwatywny, który obawia się każdej zmiany. I ten, który chce wyrwać do przodu tak szybko jak się da. Zadaniem dla mnie najważniejszym jest to, żeby ta Polska nam się nie rozjechała. Jest wystarczająco dużo konfliktów, żeby dokładać kolejne”. Tusk ma więc być tym umiarkowanym przywódcą zapobiegającym przechyłowi w jedną bądź drugą stronę.

Dziś już niewiele zostało z Tuska liberała i reformatora, jakim był w latach 90. Czasem słuchając jego wystąpień można odnieść wrażenie, że nie posiada własnych poglądów, a nawet jeżeli takowe ma, skrzętnie je ukrywa. Jest w stanie kilkakrotnie nawet w krótkim odstępie czasu zmienić zdanie w jakiejś kwestii. Wie jak kończyły formacje podejmujące kilka dużych, często trudnych, ale zarazem koniecznych, społecznie reform, z AWS-em na czele. W swoich działaniach bierze więc pod uwagę nastroje społeczne. Będąc trochę złośliwym można zaryzykować tezę, że przejdzie do historii jako sondażowy premier. Kiedy widzi społeczną determinację, odpuszcza. Tak było w przypadku problemu ratyfikacji międzynarodowej umowy ACTA czy też ostatniej mobilizacji matek tzw. I kwartału, którym udało się wymusić na premierze rozciągnięcie wydłużonych urlopów także na rodziców, których dzieci urodziły się w pierwszych trzech miesiącach tego roku. Bywają jednak sytuacje, kiedy się nie ugina i stara się pokazać siłę, jak w przypadku sporu o wydłużenie wieku emerytalnego. Sam sposób rządzenia swojego gabinetu nazwał swego czasu „rewolucją cichych kroków” polegającą na przeprowadzaniu zmian w takim tempie i rozmiarze, aby nie tracić społecznego poparcia.

Rola mediów

We współczesnym świecie siła mediów elektronicznych jest ogromna. Co za tym idzie, aby nie doszło do wyraźnego przechyłu w którąkolwiek ze stron sporu ideowo-politycznego, pożądanym jest istnienie jak największego pluralizmu na rynku medialnym. Chodzi tu szczególnie o telewizję, pozostającą wciąż medium o największej sile oddziaływania na społeczeństwo i jego opinie. Zdrowym wydaje się także czytelny dla odbiorcy podział na media bardziej lewicowo-liberalne i konserwatywno-tradycjonalistyczne. Taki model można zaobserwować w USA, gdzie w mainstreamie stacji telewizyjnych lewicowa CNN konkuruje z prorepublikańską stacją FOX. W Polsce natomiast telewizje, pomimo deklarowanego obiektywizmu, nie traktują jednakowo wszystkich aktorów sceny politycznej, nie rzadko stosując podwójne standardy.

W sytuacji, gdy prawicowa opozycja znajduje się pod ostrzałem mediów głównego nurtu, a rządzącym wybacza się więcej, nie może być mowy o zachowaniu równych szans w debacie publicznej. Prawica po 1989 r. nie była w stanie stworzyć informacyjnej stacji telewizyjnej. Przedsięwzięcie takie wymaga sporego nakładu kapitału, a co za tym idzie znalezienie inwestorów i podjęcia ryzyka rywalizacji na niełatwym przecież gruncie. Prawica polska nie była zdeterminowana, aby podejmować takie działania, za co teraz ponosi cenę. Trzeba też uczciwie przyznać, że przyciągnięcie do siebie kapitału jest w Polsce utrudnione, jeżeli stosuje się tak wyraźnie antyestablishmentową retorykę. Dopiero w tym roku dziennikarze stojący w opozycji wobec obecnego rządu powołali do życia telewizję Republika TV, którą można już odbierać na największej platformie cyfrowej w Polsce. Czy wytrzyma finansowo rywalizację z TVN24, Polsat News czy Superstacją, ciężko powiedzieć, ale początek działalności wygląda obiecująco. 

W takiej rzeczywistości medialnej, w której główne koncerny wolą udzielać cichego poparcia obecnemu układowi władzy w obawie przed zmianą, wiążącą się z zagrożeniem ich interesów, Tusk znajduje się w komfortowej sytuacji. Bez oburzenia, a nawet przy poklasku części usłużnych dziennikarzy, jest w stanie nawet ingerować, poprzez swojego rzecznika, w skład redakcyjny najbardziej opiniotwórczej gazety codziennej w Polsce. Gdy wybuchnie jakaś mniejsza lub większa afera kompromitująca rząd może liczyć natomiast, że, po chwilowej burzy, temat ucichnie, a media zajmą się obalaniem kolejnych tez raportu Macierewicza i straszeniem Polaków Smoleńską Sektą. Nawet niewiedza premiera na temat umowy międzynarodowej, będącej prologiem do przyjęcia w Polsce unijnej waluty przeszła bez większego echa.

Tuskowi trzeba jednak oddać, że doskonale potrafi poruszać się w rzeczywistości medialnej. Zawsze w świetnej formie, pozwalający sobie na żarty z obecnymi na konferencji dziennikarzami, zachowujący spokój i luz, co odróżnia go od, zwykle w takich sytuacjach mocno spiętego, Kaczyńskiego. Nawet jeżeli nie jest najlepiej przygotowany, swoim zachowaniem świetnie potrafi to ukryć. Wypowiada się w sposób wyważony, stara się unikać radykalnych stwierdzeń, mówi w sposób mogący budzić sympatię i zaufanie i odbiorcy.

Nawet jednak w tej trudnej dla Kaczyńskiego i jego partii sytuacji PiS ma także możliwość dotarcia do telewidzów ze swoim, być może zdeformowanym, bo obdarzonym odpowiednim komentarzem dziennikarza lub właściwego eksperta, ale jednak, przekazem. Problem w tym, że Prawo i Sprawiedliwość ma problem z zachowaniem odpowiedniego dystansu i próbowało nieraz podjąć walkę z nieprzyjaznymi im mediami, będąc z góry na straconej pozycji.                Tak było w 2006 r., gdy na parafowanie paktu stabilizacyjnego z LPR-em i Samoobroną były zaproszone jedynie media o. Tadeusza Rydzyka. W odpowiedzi pozostali dziennikarze zbojkotowali konferencję, na której miało miejsce oficjalne podpisanie paktu. Strzałem w stopę był bojkot programów stacji TVN. W XXI w. jeżeli polityków nie ma w środkach masowego przekazu, to nie istnieją oni w szerszej świadomości społecznej, więc z dwojga złego lepiej być pokazanym w zniekształconym, może nawet karykaturalnym świetle niż nie być wcale widocznym.

Sukces Platformy wynikiem słabości opozycji?

W wywiadzie dla tygodnika „Wprost” przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi Donald Tusk stwierdził, że Platforma nie ma z kim przegrać. W tym, na pierwszy rzut oka, pyszałkowatym stwierdzeniu jest jednak sporo gorzkiej prawdy na temat kondycji polskiej sceny politycznej. Nie licząc PO i PiS-u pozostałe partie mają problem, żeby w ogóle stworzyć swój przekaz, który by się znacząco różnił od tego co mówią politycy partii Tuska czy Kaczyńskiego. Jeżeli spojrzymy na to, co mają nam do zaproponowania SLD czy Ruch Palikota to oprócz legalizacji związków partnerskich, liberalizacji prawa do aborcji czy, w przypadku tych drugich, posiadania marihuany, specjalnie nic konkretnego nie można znaleźć. Ciężko zatem, aby nie mając programu i całościowej wizji, jak ma wyglądać państwo i jakich zmian należy dokonać, mogły one wygrać z obecnie rządzącą formację, która być może również takiego planu nie ma, ale przynajmniej zapewnia jako taką stabilizację.

To właśnie z hasłem potrzeby stabilizacji dla Polski w trudnych latach kryzysu, którego apogeum miało dopiero do naszego kraju dotrzeć, szła do poprzednich wyborów PO, wspólnie ze swoim koalicjantem. Z jednej strony, chcąc zwiększyć swoją wiarygodność, otwarcie przyznawała, że nie wszystko co prawda udało się zrealizować, ale na pewno więcej od poprzedników i nawet jeżeli rząd nie jest jeszcze tym wyśnionym sobie przez miliony Polaków, to przynajmniej jest przewidywalny w odróżnieniu od awanturniczego Kaczyńskiego. Kluczem sukcesu było zatem utrzymywanie w świadomości Polaków przekonania, że nie ma lepszej alternatywy dla obecnej ekipy. Mówiła wyborcom: jeśli chcecie mieć spokój i tzw. ciepłą wodę w kranie, zaufajcie nam, chcecie wiecznej zadymy, głosujcie na Kaczyńskiego. Udało się to PO w dużej mierze też dzięki samemu Kaczyńskiemu, który nie potrafił uciąć afery spowodowanej fragmentem jego książki „Polska naszych marzeń” dotyczącej Niemiec i sposobu dojścia do władzy Angeli Merkel, dając tym samym po raz kolejny argument tym, którzy od lat widzą w nim polityka chorobliwie wietrzącego spiski.

Póki co więc wydaje się, że Platforma rzeczywiście nie ma z kim przegrać. Sytuacja mogłaby się zmienić, gdyby PiS-owi udało otworzyć się i zyskać poparcie bardziej centrowych wyborców, rozczarowanych rządami ekipy Tuska. Wydaje się, że w partii Kaczyńskiego jest coraz większa świadomość potrzeby zmiany wizerunku. Świadczy o tym chociażby cykl debat dotyczących najbardziej ważkich problemów stojących przed Polską, udziałem zaproszonych ekspertów, nierzadko bardzo odległych ideowo od PiS-u.                       Tej inicjatywy PiS-u, jak również pomysł powołania rządu eksperckiego, kierowanego przez powszechnie szanowaną osobę w środowisku naukowym, prof. Piotra Glińskiego, Platformie nie udało się do końca ośmieszyć i przysporzyły partii Kaczyńskiego znaczny przyrost procentowy w sondażach, z których część pokazywała w pewnym czasie nawet kilkuprocentową przewagę PiS-u nad PO. Szersze otwarcie na nowe środowisko i pójście bardziej w kierunku centrum, pozyskując elektorat zawiedzionych i znużonych niemocą Platformy, wydaje się więc kluczem do zwycięstwa w kolejnych jakże ważnych, bo podwójnych (parlamentarnych i prezydenckich) wyborach. PiS radykalizujący się, koncentrujący się wyłącznie na katastrofie Smoleńskiem jest dla Tuska łatwym przeciwnikiem, PiS mówiący językiem umiarkowanej, rzeczowej centroprawicy będzie dla Platformy śmiertelnym zagrożeniem, biorąc pod uwagę coraz bardziej widoczną dla społeczeństwa miernotę obecnego rządu i narastające zagrożenia wynikające z bezczynności premiera i poszczególnych ministerstw.

Marcin Rezik

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *