Autonomia i separatyzm

Najczęściej podkreśla się powtarzalną kolejność zdarzeń, zgodnie z którą uzyskanie przez daną grupę etniczną autonomii – jest pierwszym krokiem w stronę ich oddzielenia się od państwa, a secesja zdaje się nieuchronną drogą ku suwerenności „zbuntowanej” prowincji.

Załóżmy nawet na chwilę, że faktycznie, zawsze wzrost autonomii nieuchronnie prowadzi do separatyzmu. Etnopolitolog Ted Gurr rozwinął teorię, według której wszystkie roszczenia mniejszości etnicznych w konfliktach asymetrycznych (na linii mniejszość-państwo) można podzielić na trzy grupy, w zależności od panujących warunków:

1. „Głos”. Żądania dotyczą większej możliwości nagłaśniania swych problemów, brania udziału w życiu politycznym, rozszerzania demokratycznych możliwości danej grupy etnicznej, równego dostępu do środków masowego przekazu, konsultowania istotnych kwestii na płaszczyźnie politycznej, wprowadzenia autonomii kulturalnej albo jej rozszerzania;

2. „Lojalność”. Konflikt prowadzony jest po to, by odstępowanie od niego można było wymieniać na bardziej pozytywne podejście państwa do problemów danej etnicznej mniejszości, gwarancje realizacji potrzeb mniejszości, utrwalenie osiąganych wyników;

3. „Wyjście”. Żądanie otrzymania lub poszerzenia autonomii, wprowadzenia samorządu, przeniesienia praw majątkowych oraz władztwa nad terytorium, prawa do wykorzystania bogactw naturalnych na lokalny poziom, prawa do oddzielenia się.

Jak widać, niekoniecznie każdy konflikt etniczno-polityczny stawia sobie za cel przekształcenie wspólnoty etnicznej oraz terytorium przez nią zajmowanego – w oddzielne państwo narodowe. Co więcej, nawet wśród sympatyzujących z ideą „wyjścia” – bynajmniej nie separatyści zajmują czołowe miejsca. Żeby opowiadający się za pełnym zerwaniem związków z centrum zdobyli przewagę w przeważnie niejednorodnym ruchu etnopolitycznym – sytuacja danej mniejszości etnicznej w państwie musi być naprawdę fatalna.

Z drugiej jednak strony można mówić o sytuacji przeciwnej. Jeśli liderzy danego ruchu etnicznego i on sam osiągają oczekiwane wyniki swej aktywności – to część ich zwolenników stopniowo się w ten sposób zaspokaja, a w efekcie i przywódcy muszą przechodzić na pozycje bardziej umiarkowane, zaś trend separatystyczny w danej ideologii słabnie. Do takich rezultatów prowadzi zwłaszcza realizacja scenariuszy z grupy 1. i 2. – a także w ogóle przekazywanie części funkcji państwa i odpowiednich pełnomocnictw na poziom lokalny – regionalny i municypalny. Jest to rozwiązanie najlepsze, oczywiście pod warunkiem, że miejscowe elity są skłonne i zdolne do wykonywania takich zadań i uprawnień władczych, a nie tylko do spychania skutków swych niepowodzeń i problemów z realizacją posiadanych możliwości z powrotem na poziom krajowy. Zmiany strukturalno-instytucjonalne w tym zakresie mogą być prowadzone aż do pełnej federalizacji państwa.

Całkowite oddzielenie terytorium zamieszkanego przez daną mniejszość i powołanie własnego państwa prowadzi zresztą do nowych problemów dla przywódców danej zbiorowości, przede wszystkim natury ekonomicznej. Trzeba bowiem znaleźć swoją niszę w światowym podziale pracy. Co do zasady, nowe państwa starają się budować etniczny rezerwat, raj turystyczny lub strefę gospodarki rolniczej. Plany te najczęściej kończą się niepowodzeniem z powodu obfitości nowych organizmów starających się zająć podobną niszę. Kolejne problemy związane są z potrzebą edukacji, wykształcenia własnych kadr.

Dalej, każde nowoutworzone państwo zmuszone jest do włączania się w regionalne projekty dotyczące bezpieczeństwa, ekonomiki, walki z terroryzmem i inne, tak aby nie wypaść ze społeczności światowej. To stawia przed nim dodatkowe zobowiązania, które państwo musi zapewniać kosztem budżetu. Z tych całkowicie chyba zrozumiałych przyczyn – scenariusz pełnego oddzielenia służy więc raczej jako groźba albo ideologiczny symbol, nie rozpatrywany na poważnie ani przez liderów mniejszości, ani ich zwolenników.

Z tego punktu widzenia federalizacja (połączona z uzyskaniem niezbędnych dla mniejszości uprawnień w sferze gospodarczej, kulturalnej i społecznej oraz zachowaniem bezpieczeństwa i mechanizmów makroekonomicznych w obrębie federacji) jest nie tylko najbardziej pożądanym scenariuszem, ale stanowi wręcz przeciwieństwo procesu separacji.

W praktyce widzimy, że federalizacja lub zwiększenie autonomii etnicznej danego regionu jest podstawowym środkiem mającym na celu rozwiązywanie konfliktów etniczno-politycznych. Federalizacja Mołdawii przy utworzeniu dwóch podmiotów zgodnie z memorandum Kozaka lub trzech – na wniosek Gagauzji – uważana jest za realną alternatywę rozwiązania konfliktu mołdawsko-naddniestrzańskiego. Próba federalizacja Iraku mniej lub bardziej skutecznie, ale jednak rozwiązała problem Kurdów, tak przewlekły na północy tego kraju. Prawdziwa federalizacja Rosji (a nie proces nominalny, połączony z osłabieniem podzielonej władzy) stanowiła rozwiązanie etniczno-politycznego konfliktu w Tatarstanie, zapłatą za wyrzucenie z jego konstytucji pojęcia suwerenności i prawa do jednostronnej secesji z Rosji.

Podział władzy położył kres kwestii Czeczenii, za tą cenę zakończono erę konfliktów etniczno-politycznych, a prawdziwej federalizacji towarzyszyło włączenie się dotychczasowych zwolenników separatyzmu do obozu popierającego nową konstytucję, co potwierdziło referendum w 2003 roku.

Statystyki światowe także pośrednio potwierdzają prawidłowość tego podejścia, chociaż oczywiście pewien wpływ na reprezentatywność wyników badań ma dostatecznie szeroki czasowo dobór próby. W okresie od 1950 do 2005 spośród państw, które zgodziły się dać większą autonomię poszczególnym obszarom gęsto zaludnionym przez mniejszość etniczną (uznając federalizację za skrajną formę autonomii), tylko w 14 proc. ostatecznie podjęto udaną próbę oderwania się takiego terytorium. Tymczasem w grupie państw, które nie zdecydowały się na wprowadzenie autonomii i praw specjalnych – separatyzm odnosił sukces aż w 63 proc. przypadków.

Oczywiście, nie trzeba uważać tych zestawień za obiektywne, na sukces separatystów wpływ miewa bowiem wiele czynników: posiadanie państwowości w przeszłości, międzynarodowe i transgraniczne wsparcie, spójność regionalnej gospodarki, charakter i rodzaj etnicznej mobilizacji danej mniejszości. Niemniej jednak dynamika jest oczywista: federalizacja i autonomia – to wrogowie separatyzmu.

Witalij Trofimow-Trofimow

Koordynator Ruchu w Obronie Praw Narodów (Ruchu Eurazjatów-Narodników), powstałego 28 lipca 2008 r. w Paryżu na konferencji poświęconej prawom narodów Południowej Osetii i Abchazji.

Za: http://www.gumilev-center.ru/?p=13560

(karo)

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Autonomia i separatyzm”

  1. Wprowadzić autonomię gmin jak proponowała niegdyś na tym portalu p. Magdalena Ziętek. Autonomia gmin wyklucza jakikolwiek separatyzm, bo gminy są za małe, a zarazem jest jeszcze dalej posuniętą decentralizacją, niż autonomia regionów (to, co proponuje RAŚ to de facto utworzenie kilkumilionowego quasi-państwa). Decentralizacja – tak, dezunitaryzacja – nie. Co do RAŚ, to już nawet Korwin zaczyna się od nich dystansować: http://korwin-mikke.pl/blog/wpis/interesy_mniejszosci/1376

  2. Nie rozumiem też, dlaczego kilkumilionowy Śląsk miałby się podporządkować woli politycznej mniejszości (wspieranej przez system medialny i „salon” III RP; nb. ciekawe dlaczego?), skoro narodowość śląską w spisie powszechnym zadeklarowało 415 tys. ludzi (nie żadne 800 tys ,jak się we wszystkich systemowych mediach wciska) i to głównie na złość Kaczyńskiemu, bo jeszcze rok wcześniej w wyborach samorządowych poparcie dla RAŚ było o wiele mniejsze (swoją drogą nagłośnienie przez wszystkie systemowe media tego jednego zdania z raportu Kaczyńskiego, mówiącego, że „śląskość to ukryta opcja niemiecka”, przyniosło zaskakujące efekty). Tak czy owak, przytłaczająca większość Ślązaków czuje się Polakami i odrzuca politykę RAŚ i o ile Kaczyński nie będzie pisał raportów nt. GŚl. co tydzień i nie narai w ten sposób Gorzelikowi zwolenników, to nie ma opcji (zwłaszcza na Śląsku Opolskim i Cieszyńskim), żeby RAŚ przeforsował swój program polityczny w referendum. Dlatego politycy RAŚ wiedzą, że będą musieli forsować dwój program polityczny przez sejm i senat i tu pójdzie uderzenie (oby nieudane). http://gosc.pl/doc/1113595.Narod-Slaski-Nie-dajmy-sie-zwariowac

  3. Co ma do Górnego Śląska Janusz Korwin-Mikke – tyle błyskotliwy publicysta, co zwyczajny ignorant w większości kwestii bardziej szczegółowych? W drugim komentarzu p.Michala roi się od dziwacznych rozumowań – czteromilionowy Górny Śląsk nie miałby się podporządkować woli politycznej mniejszości i nikt tego nie oczekuje – przeciwnie, RAŚ zamierza zyskać z czasem większość zwolenników w regionie, jak każde ugrupowanie demokratyczne. Natomiast jeśli chodzi tu o mniejszość narodową (tj. deklarujących narodowośc śląską), choć to w komentarzu nie jest wyraźnie wskazane, to 1) narodowośc śląską zadeklarowało 809 tys. osób i takie są fakty – jedni jako pierwszą (lub jedyną), inni jako drugą – skoro tak chętnie wydaje p.Michal orzeczenia co do tego, kim się czuły tysiące ludzi określające się w spisie m.in. jako Ślązacy, to winszuję, oraz 2) na palcach jednej dłoni można zliczyć tych, którzy uczynili tak dlatego, że Kaczyński coś powiedział lub napisał; ludzie mają tu ważniejsze sprawy niż oglądanie się na każde pierdnięcie prezesa PiS. Swoją drogą dziwię się łatwowierności ludzi myślących, jak Pan, że to jakaś demoniczna machina propagandowa rozsiała zatrute ziarno na Górnym Śląsku, wskutek czego nagle przybyło od groma deklaracji. Ciekawe, że jeszcze żadnemu państwu, o ile nie stosowało przymusu i terroru, nie udało się odmienić deklaratywnej tożsamości narodowej u setek tysięcy ludzi z roku na rok (ew. z dekady na dekadę), tj. nie udało się sprawić, aby we względnie krótkim czasie setki tysięcy ludzi określiły swoją narodowość jako inną niż ta, do której się od urodzenia poczuwali – a tu nagle regionalistyczna organizacja, 'Dziennik Zachodni’ i 'Gazeta Wyborcza’ ot tak miałyby tego dokonać, działając znacznie skuteczniej aniżeli Goebbels. Przecenia Pan znacząco siłę nie tylko w/w podmiotów, ale gazet i ugrupowań politycznych w ogóle. Natomiast Pańskie utożsamienie osób deklarujących wyłącznie narodowośc śląską z wyborcami RAŚ zakrawa o kpinę ze zdrowego rozsądku; nic nie stoi na przeszkodzie (i taki jest też stan faktyczny), by na RAŚ głosowali ludzie różnych narodowości, jak i – odwrotnie – by ludzie narodowości śląskiej nie głosowali na RAŚ.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.