Bachmura: Na drugim planie. Relacja z Białegostoku

 

Faszyzm, nietolerancja, nienawiść, nazizm, brunatny Białystok, agresja, homofobia… tak wiele słów, tak mało merytoryki. Czyli nic nowego, lewica jaką znamy. Pierwsza parada promująca sodomię w Białymstoku za nami. Teoretycznie – ostatni bastion padł. Praktycznie – marsz miał problemy z zebraniem się na placu, z wyjściem z placu, z przejściem przez miasto, nie mógł przejść przed białostocką katedrą, a następnie został skierowany na miejsce, z którego wyszedł i uniemożliwiono mu wejście do ścisłego centrum. Do miejsca startu też w zasadzie nie wrócił, bo te zostało zablokowane. Po czym marsz został rozwiązany, a policja jakby nigdy nic rozeszła się, ewidentnie wystawiając uczestników na pastwę co bardziej agresywnych kibiców stanowiących dodatkową „eskortę” tęczowych. Efekt widzimy na nagraniach. Aż chciałoby się zapytać – przypadek? Nie sądzę.

Nie mam zamiaru jednak tracić czasu na bezsensowne dywagacje na temat okropnych „prześladowań”, którym poddano bandę liberałów i marksistów. Niech tym zajmą się wszelkie media słynące z rzetelności i uczciwości, ja tymczasem pozwolę sobie poruszyć tematykę tego, czego nie widać i nie słychać. Pozwolę sobie nawet pominąć w tym momencie sprawę wielu niejasności ze strony lokalnych władz, które doprowadziły do tego, że marsz w ogóle został zarejestrowany jako zgromadzenie, a następnie w ogóle doszedł do skutków, bo to być może jeszcze okazać się sprawą dla odpowiednich organów. Przejdźmy zatem do rzeczy.

 

Ośmielę się przyznać samemu sobie prawo do przedstawienia wydarzeń, które do mediów nie mogą się przebić, a które miałem okazję obserwować jako uczestnik, poczynając od piątkowego wieczoru, w sumie sześciu legalnych zgromadzeń (w tym, przyznać trzeba, czterech zgłaszanych kolejno w jednym miejscu). Umknęło mediom, że sama zapowiedź marszu została przyozdobiona szyderstwem z hasła Bóg – Honor – Ojczyzna, które wisi od ładnych paru lat na pomniku przy placu Niezależnego Zrzeszenia Studentów, a które na grafikach „Tęczowego Białegostoku” zastąpione zostały hasłami środowisk LGBT RTV AGD. Dlatego też od piątkowego wieczoru członkowie organizacji pozarządowych i mieszkańcy Białegostoku organizowali czuwanie mające strzec pomnika przed wszelkimi próbami jego wykorzystania w promocji marszu i jego ideologii. Dlatego też policja patrolowała okolice innych pomników, takich jak bł. x. J. Popiełuszki czy nawet L. Zamenhofa.

Co dalej? Również jeszcze przed marszem organizatorzy zorganizowali demonstrację pod hasłem „tęcza nie obraża” posługując się w tym celu splugawionym przez sodomicką tęczę wizerunkiem jasnogórskim Matki Bożej. Niedługo potem cynicznie twierdzili, że marsz nie będzie w swym wydźwięku skierowany przeciw żadnym innym grupom, jednocześnie unikali jednoznacznych deklaracji, że do profanacji nie dopuszczą. Nic dziwnego, że po wydarzeniach z ostatnich miesięcy policja szczególnie zwracała uwagę na bezpieczeństwo kościoła katedralnego, zwłaszcza, że przez cały dzień modliła się w nim ponad setka ludzi. Dlatego też podjęto wszelkie próby zablokowania przemarszu przed katedrą.

 

Na placu NZS, z którego miał wyruszyć marsz swoje zgromadzenie zgłosili zupełnie legalnie kibice Jagiellonii Białystok. Miało się ono skończyć dosłownie minutę przed marszem – przypominam, że odbywało się dosłownie w tym samym miejscu – ktoś do tego dopuścił, mimo że usiłowano zablokować przeprowadzenie wielu innych zgromadzeń tego dnia. Otoczona przez kibiców parada opuszczała plac w okrojonym składzie, w dodatku bez pojazdów z nagłośnieniem, które zostały skutecznie przyblokowane przez Młodzież Wszechpolską i jej „manifestację poparcia dla obowiązkowej matury z matematyki” (organizatorom i uczestnikom po raz kolejny gratuluję humorystycznego i pozytywnego przekazu, tym razem mając okazję pogratulować publicznie). Co prawda tę część znam jedynie z nagrań i opowieści naocznych (i wiarygodnych) świadków, bo sam byłem od ponad godziny pod kościołem św. Rocha, skąd wyruszał marsz zorganizowany przez marszałka województwa, a który idąc przez centrum miasta miał dojść pod pałac Branickich, na dziedzińcu którego odbywał się również organizowany przez marszałka piknik rodzinny – zdrowa alternatywa dla ideologii promowanych tego dnia na naszych ulicach. Marsz ten, ze względu na okoliczności wyruszył w atmosferze pewnego niepokoju i wyczekiwania na to, co ma się dzisiaj wydarzyć, ale kilkaset osób z modlitwą na ustach ruszyło w kierunku katedry i znajdującego się nieopodal pałacu. Gdzieniegdzie napotykaliśmy wykrzywione w szyderczym uśmiechu twarze zdążających na tęczowy marsz „oryginalnych” osobników, w których nienawiść do wiary nadal szukała skutecznego ujścia.

Nie mając więcej czasu musiałem opuścić marszałkowski pochód by dotrzeć pod katedrę, pod którą o godz. 14 rozpoczynał się Różaniec, jak można było przewidywać i jak się potem okazało, najważniejszy punkt oporu tego dnia. Mając wyjątkowo dobry punkt obserwacyjny w trakcie 3-godzinnej modlitwy widziałem dość duży fragment najbliższej okolicy. Tak więc na początku pod katedrę dotarł uprzednio wspomniany marsz, który zatrzymał się, aby włączyć się we wspólną modlitwę, dzięki czemu ponad 1000 osób modliło się na schodach i przed katedrą. I tutaj zaczyna się właściwie najważniejsza część relacji, ponieważ wcześniejszy przebieg wydarzeń należało obowiązkowo wyszczególnić ze względu na konieczność pełnego zarysowania sytuacji. Modlitwa pod katedrą stała się przedmiotem kłamliwych ataków w mediach społecznościowych i spotkała się z zarzutem jakoby to modlący się ludzie mieli wyzywać tęczowy marsz lub co gorsza dopuszczać się aktów agresji. Jak wyglądała sytuacja z drugiej strony policyjnego kordonu?

Wielokrotnie pokojowa modlitwa była zakłócona przez prowokatorów, którzy przy całkowitej bierności policji wchodzili między modlących się ludzi raz z tęczową flagą celowo wyjętą na moment przed wejściem w tłum, potem z obraźliwymi gestami, czy wreszcie z jawną agresją (tu zdarzył się jedyny przypadek użycia siły fizycznej ze strony zgromadzonych, bo rzeczony zwolennik tolerancji został wykopany poza obręb zgromadzenia). W międzyczasie do modlących się dołączały kolejne osoby. Po tym jak tzw. marsz równości zdołał wyruszyć przez plac pod katedrą przelała się fala kilku tysięcy kibiców, którzy planowali kolejne blokady marszu. Nie zatrzymali się by się modlić, nie byli częścią zgromadzenia, jak próbuję się to zarzucić, poszli dalej. Wraz z nadchodzącym marszem widać było z daleka powiewające tęczowe flagi, huk policyjnej broni i petard, smugi rozpylanego gazu i wreszcie raz po raz cofających się i powracających do swojej blokady kibiców. Nadal nie miało to nic wspólnego z modlitwą u stóp katedry.

 

Kiedy jednak nasza modlitwa dobiegła końca, a pierwsze wiadomości wskazywały, że zwolennicy sodomii poszli inną trasę okazało się, że policja postanowiła przepchnąć ich za wszelką ceną, wtedy widziałem wyraźnie, że w ludziach coś „pękło”. Widać to było kiedy na wezwanie, by jednak jeszcze się nie rozchodzić wszyscy zostali. Widać to było kiedy normalni, zwykli ludzie zaczęli szykować się do blokowania placu. Wtedy widziałem, że gdy pisząc niedawno na łamach tego portalu, że już nie mamy się dokąd cofnąć, miałem rację. I nikt nie zamierzał. Wbrew propagandzie nie było w tym gronie żadnej agresji, a trudno odpowiadać za osoby postronne, które podejmowały działania na własną rękę. Była jedynie desperacka próba niedopuszczenia do obrazów, jakie przez ostatnie miesiące mieliśmy okazję obserwować w naszym kraju. I co najważniejsze – była to próba udana. Ponad tysiąc mieszkańców Białegostoku pokazało, że opór można stawić w godny i moralnie usprawiedliwiony sposób. Pokazali to na tyle dobrze, że nikt nie chciał tego pokazać światu.

Bezapelacyjnie wszelkie podziękowania należą się wszystkim tym, którzy znaleźli w sobie odwagę by stanąć po stronie Prawdy. Jeszcze większe podziękowania należą się tym, którzy wytrwali do końca. Największe zaś podziękowania należą się tym wszystkim, którzy swoją determinacją sprawili, że policja która do tej pory bezwzględnie torowała drogę zwolennikom sodomii wszystkimi dostępnymi środkami, zdecydowała się zmienić trasę i uniknęliśmy drastycznych scen strzelania do modlącego się tłumu.

 

Stanęliśmy godnie do obrony jednej z ostatnich redut Christianitas i wierzę, że będzie to jedynie początek wielkiej rekonkwisty.

Sebastian Bachmura

[Głosów:23    Średnia:4.1/5]
Facebook

1 thought on “Bachmura: Na drugim planie. Relacja z Białegostoku”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *