Bachmura: W pułapce neokolonialnego liberalizmu

 

W ostatnim czasie jedną ze zdecydowanie głośniejszych spraw związanych z polityką aktualnego rządu jest kwestia liberalizacji prawa w zakresie imigracji i podjęcia legalnego zatrudnienia w Polsce przez obcokrajowców, w szczególności z krajów azjatyckich. Jest to kwestia o tyle istotna, że możliwości drenowania Ukrainy z jej populacji powoli się kurczą, a i sami Ukraińcy nie koniecznie już kwapią się do podejmowania zatrudnienia w Polsce, w której wysokość zarobków jest ograniczona, a na horyzoncie maluje się okazja do tego, by szukać szczęścia w krajach UE, które mają do zaoferowania znacznie więcej niż Polska.

W tej sytuacji rząd zdecydował się sięgnąć po nowe rezerwy taniej siły roboczej z krajów znacznie bardziej egzotycznych, co z kolei musiało spotkać się z w pełni zrozumiałym oporem znacznej części społeczeństwa, w szczególności środowisk prawicowych oraz nacjonalistycznych. Dominujące argumenty w dużej mierze odnoszą się do kwestii kulturowej i tożsamościowej, krytykując obecne władze za wpuszczanie tylnymi drzwiami imigrantów, których zarzekały się nie wpuszczać. Jest to pogląd z pewnością słuszny, jednak pozwolę sobie skupić się na innej kwestii, która wydaje się być nieco pomijana, a ma istotne znacznie w kwestii polskiej podmiotowości, która to powinna być problematyką dość istotną w trakcie kadencji, która miała przebiegać pod znakiem wstawania z kolan.

Według założeń liberalizmu drogą do dobrobytu jest sytuacja, w której przedsiębiorstwa będą mogły w pełni swobodnie rozwijać się na wolnym rynku, rozbudowując się, a tym samym zwiększając zatrudnienie, aż do momentu, w którym liczba dostępnych pracowników zmniejszy się tak, że przedsiębiorstwa będą musiały zacząć między sobą konkurować o tych samych pracowników, co z kolei przełoży się na wyższe płace i lepsze warunki pracy. Wytworzy się zatem sytuacja, w której rzeczywiście będzie można mówić o równorzędnej relacji pracownik-pracodawca lub też (w skrajnym wariancie) role odwrócą się i to pracownik będzie dyktował warunki. Tym samym z początkowo biednego społeczeństwa nisko opłacanych robotników przekształcimy się w społeczeństwo, w którym nawet mniej wymagające profesje będą umożliwiały godziwy zarobek.

Do tego momentu w zasadzie jest to pogląd całkiem rozsądny i można by oczekiwać jego realizacji w praktyce, gdyby nie fakt, że w ramach wspomnianych reguł istnieje jeszcze jeden element, który uniemożliwia spełnienie się tego typu przewidywań. Otóż, żeby sytuacja zaczęła się poprawiać, należy założyć, że dostępna liczba pracowników jest pewnym ograniczonym zbiorem, który odnotowuje stosunkowo niewielki przyrost swojej liczby i jest niewystarczający w stosunku do tempa rozwoju gospodarki. Nam jednak rząd postanowił zafundować w zasadzie niekończące się źródło taniej siły roboczej, z której można korzystać do woli bez konieczności podnoszenia wynagrodzeń.

Teraz, w momencie gdy pojawiła się możliwość, żeby zrobić ten ważny krok naprzód rząd uznał, że ważniejszy jest interes zachodnich korporacji, które przed laty przyszły do Polski w poszukiwaniu taniego pracownika i z pewnością gotowe będą szukać gdzie indziej, jeśli zmienią się realia. Warto zauważyć, że zwiększone zarobki, to również bodziec do rozwoju rodzimych przedsiębiorstw, które będą mogły proponować Polakom produkty, na które wcześniej zwyczajnie nie było ich stać, co w konsekwencji przełoży się również na nowe możliwości eksportowe. Jednym słowem – stoimy w miejscu. Wiele firm, które mogłoby powstać, nie powstanie, zamiast tego rząd płaci w formie różnych ulg i przywilejów koncernom, które łaskawie godzą się budować u nas swoje fabryki i „tworzyć miejsca pracy.” W efekcie wpadamy w kolonialną zależność, w której jesteśmy jedynie podwykonawcami, jednocześnie sami niewiele tworząc, a pojedyncze przypadki międzynarodowych sukcesów to raczej wyjątki i „błędy w Matrixie” niż zdecydowanie potrzebna nam reguła.

Bez wątpienia kwestia zachowania kultury i tożsamości narodowej pozostaje niezmiennie istotna – ostatecznie naszym zadaniem jest przekazać kolejnym pokoleniom to co sami otrzymaliśmy w stanie co najmniej nie gorszym. Niemniej jednak nie zrobimy tego będąc słabym państwem na peryferiach ginącej cywilizacji, bez własnego przemysłu, z gospodarką opartą o tanią siłę roboczą, z władzą, której kolejne wcielenia poczytują sobie za sukces zmniejszenie bezrobocia poprzez wysłanie milionów na zarobkową emigrację z kraju. Oznacza to, że wbrew przyjętym powszechnie doktrynom władza powinna ograniczyć migrację zamiast ją zwiększać i postawić na rozwój polskiego przemysłu w miejsce kolonialnego podwykonawstwa tworząc warunki do powrotu tych, których bez mrugnięcia okiem wcześniej pozbyła się z kraju. Póki co jednak wstawanie z kolan polega na zmianie klęcznika. Może nawet będzie z pozoru ładniejszy, ale naszej sytuacji nie zmieni.

Sebastian Bachmura

[Głosów:19    Średnia:4.8/5]
Facebook

3 thoughts on “Bachmura: W pułapce neokolonialnego liberalizmu”

  1. Korwin-Mikke kiedyś stwierdził, że gdy wprowadzi swój turbo-kapitalizm, to do Polski zjedzie drugie tyle ludności, co mamy obecnie. Będziemy jaj XIX-wieczna Ameryka drenująca Europę. Pojawią się szejkowie arabscy w limuzynach, prywatnymi odrzutowcami zleci się żydowska finansjera.

  2. Ogólnie z wymową tekstu się zgadzam, ale jest jedno ale. Czwarty akapit oparty jest niestety na błędnych założeniach. Po pierwsze, bez względu na działalność naszego rządu w sprawie wpuszczania tylnymi drzwiami imigrantów, nadal mamy do czynienia ze skończonym zbiorem potencjalnych pracowników. Jest to zbiór większy niż ten, który byłby w sytuacji zamknięcia rynku, lecz nadal skończony. Po drugie, co wynika też z pierwszego, zarzucanie wolnemu rynkowi niemożliwości praktycznej realizacji przez pryzmat działań rządu jest nieuzasadnione, bo tak naprawdę nie mówimy o wolnym rynku tylko o interwencjonizmie. Cóż to za wolny rynek, skoro rząd wspiera zagraniczne inwestycje ułatwiając im start? Podsumowując – pretensje są słuszne, ale ostrze skierować należy w stronę naszych socjalistycznych rządów a nie w stronę wolnego rynku, który najzwyczajniej w świecie w Polsce nie istnieje.

  3. Żeby mówić o wolnym rynku, trzeba mieć odpowiednio wysoki Index of Economic Freedom. Moim zdaniem do wolnorynkowych można zaliczyć państwa Commonwealthu, USA, Irlandię, Szwajcarię, Danię, Estonię, Szwecję (o dziwo!), Tajwan, Dubaj i Chile. Żadne tam Niemcy, a już na pewno nie Polskę, Włochy, czy Francję. Piszący dla “Najwyższego Czas!”-u Pilaster wprowadził nieco ciekawszy podział ustrojów ekonomicznych niż ten jednoosiowy typu socjalizm-wolny rynek. Twierdzi on, że poza marginalnymi przypadkami w rodzaju państw upadłych (Somalia) oraz siermiężnie socjalistycznych (KRLD, Kuba) – które powoli odchodzą do lamusa, mamy z grubsza trzy modele gospodarcze: ko-liberalny, państwo opiekuńcze oraz neofeudalny (państwo dziadowskie). Ko-liberalne to właśnie Szwajcaria, Irlandia, Hong-Kong, Singapur, Australia, Nowa Zelandia. Państwo opiekuńcze to chociażby Francja, a przykładem państw dziadowskich jest Afganistan. PiS idzie nie tyle w stronę socjalizmu, co dziadostwa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *