Dlaczego nie będzie granicy polsko-chińskiej

Z kolei śpiący snem prometeisty portal Kresy.pl regularnie wieszczy upadek Rosji i chińską kolonizację Syberii, sięgając po teorię, którą zarzucili nawet jej twórcy, amerykańscy neo-koni, a która zdumiewającą trwałością cieszy się już tylko w Polsce, gdzie raz przeczytany pomysł podoba się niezależnie od tego jak bardzo zmieniły się warunkujące go okoliczności, zwłaszcza międzynarodowe.

Nic tak nie łączy, jak wspólny wróg…

Dowcip polega na tym, że właśnie w ostatnich dniach grudnia zwłaszcza przez amerykańskie media i portale thin-tanków geopolitycznych przetoczyła się fala informacji o zacieśnianiu współpracy rosyjsko-chińskiej oraz perspektywach rozwoju tych państw w ciągu najbliższych dwóch dekad, w tym także o wspólne wykorzystanie potencjału Syberii. Szczególnie pesymistyczne dla świata zachodniego są zwłaszcza rozważania znanej skądinąd i w Polsce Anne Applebaum, która na łamach „Washington Post” wieszczy wybuch „nowej zimnej wojny” między Stanami Zjednoczonymi z jednej, a właśnie Rosją i Chinami z drugiej strony. Za płaszczyznę współpracy elit obu tych państwa żona Radka Sikorskiego uznaje ich „wrogość wobec instytucji demokracji liberalnej praktykowanej w Europie, Stanach Zjednoczonych, Japonii” oraz determinację w zapobieganiu jej rozprzestrzeniania na obszary geopolitycznego zainteresowania Moskwy i Pekinu. I to jest pierwszy, zasadniczy punkt, którego nie dostrzegają nasi naśladowcy neo-konskich jastrzębi, których rzeczniczką pozostaje Applebaum– mamy już do czynienia z geopolitycznym i ideologicznym starciem, w którym dotychczasowe problemy i nadzieje na doraźne zyski kosztem mniejszych graczy ustępują pola rywalizacji globalnej, w której wspólnotę Chin i Rosji kreuje imperialna, hegemonistyczna polityka Waszyngtonu.

…chyba, że rurociąg!

Rzecz jasna jednak geopolityczne wizje „analityków” z Polski mają najgłupszą matkę na świecie – nadzieję. Pekin i Moskwą wg tych koncepcji mają dzielić nieprzekraczalne bariery ekonomiczne. I znowu jednak finansowe podsumowania 2013 r. przeczą tym teoriom. Jeszcze w październiku rosyjski państwowy gigant naftowy OAO Rosnieft ROSN.RS zapowiedział powołanie wspólnego konsorcjum z China National Petroleum Corp (z większościowym udziałem Rosjan) celem intensyfikacji poszukiwań i wydobycia ropy i gazu we wschodniej Syberii, tak na potrzeby Federacji, jak i celem eksportu do Chin i innych krajów Azji. Nie jest to zresztą bynajmniej pierwsze, ani jedyne takie przedsięwzięcie. W czerwcu 2013 r. Rosnieft zwiększył eksportu ropy naftowej do Chin o 300.000 baryłek dziennie, którą to transakcję wyceniono na 270 miliardów dolarów. Również w czerwcu CNPC objęło 20 proc. udziałów w projekcie wydobycia i transportu skroplonego gazu ziemnego z rosyjskiej Arktyki realizowanego przez OAO Novatek (jeszcze w 2006 r. chińska Sinopec Group dołączyła do innego projektu Rosnieftu – Udmurtneft, czyli wydobycia i przetwórstwa ropy na terytorium Udmurcji). Kooperację z Chińczyki zapowiedział też Wagit Alekperow , prezes OAO Lukoil Holdings. Z kolei w listopadzie 2013 r. chiński fundusz inwestycyjny China Investment Corp objął 12,5 proc. akcji rosyjskiego producenta potasu Uralkali JSC . I tak dalej – jak szacują eksperci sama wymiana handlową w zakresie surowców energetycznych między Rosją a Chinami ma do roku 2025 wzrosnąć czterokrotnie. Tak z punktu widzenia Moskwy, jak i Chin – handel, a zwłaszcza energetyka, są tylko funkcją polityki, a więc decyzji o zacieśnianiu współpracy w tych dziedzinach nie podejmuje się w odniesieniu do aktualnych, czy choćby potencjalnych wrogów. Przeciwnie – wróg jest wspólny i należy go szukać poza kontynentem eurazjatyckim, a w każdym razie stąd należy go wyprzeć.

Żółte zagrożenie…” – ale dla kogo?

Taki wniosek z obserwacji coraz mocniej koordynowanych działań Rosjan i Chińczyków narzuca się sam, jednak w Polsce nawet taniec uznano by za rodzaj zapasów, gdyby tylko mogło to uzasadnić jakąś rusofobiczną teorię. Powyższe przykłada szybko więc zostaną zapewne potraktowane jako dowód tezy najwygodniejszej – i najtrwalszej, a mianowicie wizji „żółtego niebezpieczeństwa” kolonizującego Syberię i odrywającego azjatycką część od Federacji Rosyjskiej.

Marzenie to żyje w polskich rusofobach od lat 60-tych XX wieku. Chińska Xībólìyà (oczywiście granicząca przez Ural z „wielką Polską”!) – oto plan neo-endeków i niepodległościowców na wiek XXI.

Oczywiście prawdą jest, że sinofobia miała swój okres świetności także w samej Rosji. W okresie jelcynowskiej smuty jednym z oczywistych dowodów upadku państwa miało być zestawianie 6,5 mln zł Rosjan (Sybiraków) na Dalekim Wschodzie – ze 100 milionami Chińczyków po drugiej stronie Amuru. Rzesze to po jedynym moście na tej rzece (albo jak w starym kawale, „jeden na drugiego, jeden na drugiego…”) miały zalać Syberię. 14-proc. Gruntów ornych wykupionych przez Chińczyków w Birobidżanie miało być koronnym dowodem, że kolonizacja już się rozpoczęła. Tymczasem minął rok 2000, potem 2008 (mający wg zapomnianych dziś futurologów stanowić punkt przełomowy sinizacji Syberii) i… nic. W Żydowskim Obwodzie Autonomicznym wprawdzie pracują chińscy robotnicy rolni – ale sezonowi, wracający następnie do Chin, zresztą Federacja jest dla nich krajem 5.-6. wyboru jako kierunek choćby czasowej imigracji (więcej Chińczyków pracuje już przy chińskich inwestycjach w… Afryce). Półmilionowa diaspora chińska w Rosji skupia się najchętniej w… Petersburgu, nie zaś w ośrodkach Dalekiego Wschodu. Z kolei wobec rosnących oczekiwań płacowych chińskich pracowników – tamtejszym przedsiębiorstwom (tak chińskim, jak rosyjskim) bardziej opłaca się sięgać po gastarbeiterów z Azji Środkowej, zwłaszcza Uzbekistanu i Kirgistanu.

Dzieje się tak m.in. dlatego, że Chińska Republika Ludowa nie jest bynajmniej bezdennym rezerwuarem wolnych rąk do pracy, jak to się widzi w słabo orientującej się w kwestiach azjatyckiej gospodarki Polsce. Przeciwnie, rozwijające się intensywnie Państwo Środka samo potrzebuje każdej pary rąk do pracy w wieku produkcyjnym. Tymczasem począwszy od 2011 r. – następuje spadek ich udziału w stosunku do całej populacji, a zakłady przemysłowe Hongkongu i Szanghaju odnotowują ok. 14-procentowe braki kadry pomimo stałego poszukiwaniu nowych pracowników niezbędnych dla utrzymania produkcji na obecnym poziomie. Ilość nieobsadzonych miejsc pracy w strefie przemysłowych miast nadmorskich w 2013 r. oszacowano na ok. 10 milionów. Mówiąc brutalnie – Chiny nie kolonizują Syberii, bo nie mają kim, ani po co, nie następuje też kolonizacja oddolna – bo za Amur wcale nie wybierała się, ani nie wybiera kolejka chętnych.

Niepokój Moskwy praktycznie zanikł – bo kremlowscy decydenci znają aktualne statystyki, w tym te mówiąc o spadku dzietności Chin poniżej poziomu rosyjskiego, a także prognozy ONZ pokazujące, że społeczeństwo chińskie po 2020 r. będzie najszybciej starzejącą się społecznością globu, a jeśli obecne trendy nie ulegną zmianie – to do końca XXI wieku liczba Chińczyków spadnie znowu poniżej miliarda. Z drugiej strony, pomimo zwolnienia tempa – np. wg szacunków zebranych w CEBR World Economic League Table – ChRL nadal ma wszelkie dane, aby stać się pierwszą gospodarką świata, wyprzedzając USA, ale dopiero ok. 2028 r., a więc sporo później, niż to dotąd wyliczano. Rosja w tym zestawieniu po chwilowym awansie na 6. pozycję – ma wrócić na obecnie zajmowane miejsce 8. Podkreślmy zatem raz jeszcze – nie ma kolonizacji, jest natomiast pole do efektywnej współpracy gospodarczej, obopólnie korzystnej, ale jeśli chodzi o konkrety – pod kontrolą rosyjskich państwowych koncernów.

Zemsta za „Gwiezdne Wojny”

Syberia, cały Daleki Wschód oraz rosyjska Arktyka faktycznie mogą stać się kołami zamachowymi rozwoju gospodarki Federacji, na skalę przewyższającą to, co planowano w czasach carskich i sowieckich. W kwietniu 2013 r. premier Dymitr Miedwiediew zapowiedział opracowanie szczegółowego programu rozwoju tych terenów i zainwestowanie co najmniej 16 miliardów dolarów do 2018 r. Na pierwszy ogień pójdzie infrastruktura – nie tylko wspomniane już linie przesyłowe energii i surowców energetycznych, ale także kolej transsyberyjska , lotnictwo wraz z zapleczem i autostrady. Rosja sama chce zachęcać inwestorów do pojawienia się na Syberii – tworząc specjalne strefy ekonomiczne, zorganizowane branżowo (np. dla przemysłu drzewnego, czy przetwórstwa rybnego).

Tak Federacja, jak i ChRL chcąc nie zmniejszać tempa rozwoju – muszą inwestować. W tych kategoriach należy też widzieć zapowiedź nowego wyścigu zbrojeń ze strony prezydenta Władymira Putina, jak i fakt, że taką samą strategię z powodzeniem realizują już Chińczycy, preferujący raczej demonstracje (jak znacznie rozszerzenie Air Defense Identification Zone na Morzu Wschodniochińskim), niż deklaracje. Działanie te mają wymiar wielopłaszczyznowy, bowiem zmuszając USA, zmęczone gospodarczo udziałem w dwóch konfliktach zbrojnych w Afganistanie i Iraku, z rozgrzebanymi programami społecznymi – łatwo mogą dostać inwestycyjnej zadyszki. Tym bardziej, że tym razem do udziału w nowym wyścigu nie kwapią się strategiczni partnerzy Waszyngtonu z NATO, czy Japonii. Współpraca rosyjsko-chińska nie tylko więc wzmacnia gospodarki obu krajów, mogąc perspektywicznie uchronić je przed następstwami niekorzystnych zmian demograficznych – ale stanowi też historyczny rewanż za historyczną klęskę Moskwy w poprzedniej „zimnej wojnie”, kiedy to zbliżoną strategią zastosowali Amerykanie i ich sojusznicy.

Mam więc dla neo-endeków i insurekcyjnych prometeistów złą wiadomość. Nie będzie granicy polsko-chińskiej. Nie oznacza to jednak, że oś Warszawa-Pekin też jest zupełnie niemożliwa. Wprost przeciwnie – jest wręcz jak najbardziej wskazana, ale nie jako utopijne narzędzie do pognębienia Moskwy, lecz jako jeden z wielu elementów eurazjatyckiej układanki, realizowanej w ramach m.in. Szanghajskiej Organizacji Współpracy, ale także Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, Eurazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej, czyli wszystkich tych gremiów i organizacji, do których już dawno Polska powinna była przystąpić. I nasz udział w tych procesach wciąż wydaje się realniejszy – i korzystniejszy dla polskiej racji stanu – niż marzenie o słupach granicznych „wielkiej Polski” na Uralu i o chińskiej Syberii.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *