Hadar: Trumpizm po Trumpie?

Nie trzeba być pisarzem science-fiction, aby wyobrazić sobie co się stanie, jeśli Trump przegra w listopadzie, szczególnie jeśli utraci więcej stanów niż Mitt Romney w 2012 roku.

Członkowie frakcji #NeverTrump (NigdyTrump) w republikańskim establishmencie zmienią swoje hashtagi na #ToldYouSo (ANieMówiłem), kontemplując jak Jeb Bush, ze swoją personą przypominającą dyrektora liceum i tradycyjnie konserwatywno-republikańskimi poglądami, mógł łatwo pokonać niegodną zaufania i lewicującą Hillary Clinton.

Neokonserwatywne noże zostaną wyciągnięte ze wszystkimi znajomymi postaciami, tłumaczącymi że naród amerykański chciał prezydenta, który wykorzystałby amerykańską potęgę militarną do dokonania zmiany reżimu w Damaszku i Teheranie, pośród innych zagranicznych interwencji. Zaiste, Hillary wygrała, gdyż wyborcy przylgnęli do jej jastrzębich poglądów jednocześnie odrzucając izolacjonizm Trumpa. Wybory udowodniły, że Amerykanie chcą uczynić świat bezpiecznym dla demokracji.

Club for Growth [Klub na rzecz wzrostu gospodarczego] i redakcja Wall Street Journal  odpowiedzialnością za przegraną obciążą dryf Trumpa w stronę społecznego welfaryzmu i protekcjonizmu. Czyż nie było oczywistym, że Amerykanie popierali obalenie Medicare [państwowy system ubezpieczeń zdrowotnych] i reformę Social Security [świadczenia emerytalne, renty rodzinne i ubezpieczenie osób niepełnosprawnych] i nie mogli się doczekać, kiedy Waszyngton znów podpisze kolejną umowę o wolnym handlu z jakąs wschodzącą gospodarką? Amerykanie może i utracili swoje miejsca pracy w przemyśle i zostali zepchnięci do ubóstwa, ale, cóż, przecież wszyscy wiedzą, że liberalizacja globalnego handlu ewentualnie sprawia, że wszyscy stają się bardziej produktywni i zamożni.

I oczywiście, oszałamiająca porażka Trumpa będzie wyraźnym sygnałem, że naród amerykański odrzucił natywizm i ksenofobię oraz że jest zwolennikiem realizowania obecnej polityki imigracyjnej (w jakiejś „zreformowanej” wersji) i przekształcenia Ameryki w energiczne multikulturalne społeczeństwo.

Co więcej, republikańscy, bądź konserwatywni komentatorzy, którzy odważą się zakwestionować sensowność wysyłania wojsk amerykańskich do Syrii, albo grożenia Rosji użyciem siły militarnej z powodu Ukrainy lub dalszego przyzwolenia na chińskie bombardowanie amerykańkiego rynku tanimi i niebezpiecznymi produktami, albo, którzy będą nawoływali do wzmocnienia granicy z Meksykiem, będą napiętnowani jako trumpiści, izolacjoniści, protekcjoniści lub poprostu rasiści. Jak mógłbyś przyjąć polityczną agendę człowieka, który określił Meksykanów mianem „gwałcicieli”, obiecał zamknąć amerykańskie granice dla muzułmanów i wyśmiewał kobiety i osoby niepełnosprawne? Wstydź się!

Z kolei, te ataki na pokonanego prezydenckiego kandydata i na jego przesłanie mogą skłonić tych, którzy podważają republikańską i konserwatywną ortodoksję, w tym samego Donalda, do narzekania o tym, że wiedzieli od początku, że system jest ustawiony i skonkludowania, że nie pozostaje nic innego, jak wycofanie się do tej lub innej peryferyjnej sekty politycznej. Establishment wówczas może przedstawiać trumpistów jako skrajną grupę, zwolenników „kolejnego Buchanana”. Status quo zostanie zachowany. Do zobaczenia w Davos za miesiąc!

Ale jest całkiem możliwe, że ten przygnębiający scenariusz nie spełni sie nawet w przypadku wielkiego zwycięstwa Hillary w listopadzie. Przegrana, nawet w sytuacji politycznego amatora z narcystyczyną osobowością i problemami z hamowaniem gniewu, byłaby przykra dla republikanów. Ale zmusiłaby ich do zrozumienia, że przesłanie Trumpa rezonowało  wśród bazy wyborczej partii i posiada potencjał do wyborczej przebudowy.

Jeśli Trump przegra, republikański działacz polityczny, szukający sposobu rewitalizacji partii, powinien postarać się o przekształcenie trumpizmu, nie jako białej etno-nacjonalistycznej ideologii, lecz jako nowego, inkluzywnego ruchu politycznego, czegoś w rodzaju Nowego Nacjonalizmu, Amerykańskiego Gaullizmu lub zmodyfikowanej wersji globalizmu, która stawia interes narodowy na pierwszym miejscu. Byłby bardziej komunitarystyczny niż libertariański, bardziej hamiltonowski niż jeffersonowski w polityce gospodarczej i bardziej nixonowski niż cheneyowski w polityce zagranicznej.

Gdy szycha ruchu #NigdyTrump, Bill Kristol, pisał w lipcu na Twitterze, że Jestem na tyle stary, aby pamiętać, gdy kandydat republikanów był prowojenny, pro-TTP i pro-Wall Street…i był dumny z tego!, zademonstrował tym samym do jakiego stopnia neokonserwatyści i wolnorynkowcy z Partii Republikańskiej żyją w bańce mydlanej.

Inny wymowny moment w trakcie tegorocznej republikańskiej kampanii prezydenckiej miał miejsce w trakcie prawyborów w Południowej Karolinie, gdzie republikańscy wyborcy (w tym wielu weteranów) tradycyjnie wspiera silną armię. Wczesna mądrość konwencjonalna sugerowała, że brutalne ataki Trumpa wobec byłego prezydenta George’a W. Busha i na jego fiasko w Iraku odbiłyby się czkawką Trumpowi i dały zwycięstwo Jebowi Bushowi, szczególnie biorąc pod uwagę, że cały klan Bushów pojawił sie w stanie, aby agitować za Jebem. Lecz Trump wygrał, co jest wyraźną oznaką, że aksjomaty dotyczące polityki zagranicznej reprezentowane przez neokonserwatywne skrzydło partii straciły na atrakcyjności w oczach republikańskich wyborców i, szerzej, w narodzie amerykańskim.

Ta konkluzja jest poparta wynikami licznych sondaży, które ukazują wzrastający opór Amerykanów przeciwko zagranicznym wojskowym interwencjom, szczególnie tym podejmowanym w imię inżynierii społecznej i eksportu demokracji. To również tłumaczy dlaczego prezydent Barack Obama odrzucił rady takich demokratów, jak Clinton i większości republikańskich mówiących głów, aby powtórzyć scenariusz wojny w Iraku, tym razem w Syrii i rozpoczęcia trzeciej wojny światowej z Rosją.

Podobnie, w miarę jak posuwały się naprzód kolejne prawybory republikańskie i demokratyczne, stało się jasne nawet dla Toma Friedmana to, na co wielu z nas z The American Conservative zwracało uwagę: że gospodarczo przygnieceni i kulturowo zmarginalizowani członkowie amerykańskiej klasy średniej są zmęczeni niekończącymi się wojnami na Bliskim Wschodzie. Zwracają się również przeciwko całemu spektrum dogmatów „globalizmu” i „neoliberalizmu” faworyzowanych zarówno przez republikańskie jak i demokratyczne elity.

Ta antyglobalistyczna inklinacja jest również motorem rosnącej opozycji wobec masowej i nielegalnej imigracji, międzynarodowym umowom handlowym i ponadnarodowym instytucjom. Samuel Huntington przewidział to dawno temu. Przewidzieli to również Pat Buchanan i Sam Francis. Teraz stało się to polityczną rzeczywistością i tłumaczy dlaczego Trump stał się republikańskim kandydatem na prezydenta.

Każdy, kto nie jest pochłonięty myśleniem życzeniowym globalizmu, winien uznać te wyborcze trendy i odpowiedzieć na nie. Republikańscy stratedzy powinni radzić politykom, w tym kandydatom na prezydenta, aby dostosowali się do tej nowej rzeczywistości.

Zwolennicy wolnego handlu i otwartej imigracji nie muszą stać się „narodzonymi na nowo” protekcjonistami lub natywistycznymi ignorantami; neokonserwatyści nie muszą stać się izolacjonistami. Między tymi skrajnościami istnieje długie kontinuum, na podstawie którego prezydenci (w tym Dwight Eisenhower i Richard Nixon) operowali w przeszłości – ze strategiczną roztropnością w polityce zagranicznej, połączoną z polityką handlową i imigracyjną, które służą amerykańskim interesom narodowym w przeciwieństwie do mglistych celów uniwersalistycznych.

Zamiast dążenia do takiego kompromisu, republikańskie elity, wraz z mediami głównego nurtu, rozpoczęły kontrrewolucję opartą na narracji, według której Trump i jego zwolennicy to bigoci, rasiści i natywiści. I Trump dał tym krytykom amunicję komentarzami, które łatwo można było przerobić na bigoteryjne lub zwyczajnie głupie oraz brakiem spójnej agendy politycznej (pomimo przemówień z telepromptera na temat polityki zagranicznej i handlu). Na przykład, nawet gdy poczynił słuszną uwagę, że obalenie Saddama Husajna było uszczerbkiem dla amerykańskich interesów,  zaszkodził sobie w swojej argumentacji chwaląc Saddama.

Niektórzy spośród krytyków Trumpa wykazali się empatią wobec trumpistów-wiecie, tych biednych białych ludzi, którzy utracili pracę i czują się urażeni zmieniającą się demografią i kulturą w kraju. Oni są wściekli, zgodnie z tokiem myślenia krytyków Trumpa, ale z drugiej strony są starymi białymi mężczyznami, którzy wkrótce znikną z list zarejetrowanych wyborców. Więc głównym celem Partii Republikańskiej w nadchodzącej posttrumpowej erze powinno być odbudowanie koalicji między skupionymi na bezpieczeństwie narodowym neokonserwatystami i gospodarczymi libertarianami, wspieranej, jak zwykle, przez społecznych konserwatystów i dalsze wyciąganie ręki do murzynów, latynosów i Azjatów-Amerykanów, millenialsów i innych rosnących grup demograficznych.

Lecz poza finansowymi donatorami, którzy podtrzymują ich think-tanki i magazyny, kogo tak naprawdę reprezentują jastrzębie polityki zagranicznej i wolnorynkowcy? Republikański kandydat na prezydenta z programem „prowojennym, pro-TTP i pro-Wall Street” nie wygrałby republikańskich prawyborów i na pewno nie wygrałby w wyborach powszechnych. Gdyby Stany Zjednoczone miały ustrój parlamentarny, wizja idealnej Partii Republikańskiej Kristola wygrywałaby najprawdopodobniej 15% głosów w wyborach powszechnych. Zakładając jednak, że neokonserwatyści, libertarianie i społeczni konserwatyści znaleźliby wystarczającą wspólną płaszczyznę działania.

Inny rodzaj nacjonalizmu, Nowy Nacjonalizm, Amerykański Gaullizm, jest o wiele bardziej obiecujący. Zaiste, nie ma powodu dla którego nie przemówiłby również do Afro-Amerykanów, latynosów, Azjatów-Amerykanów i nowych imigrantów. Trumpizm bez Trumpa może okazać się większym sukcesem niż trumpizm z Trumpem.

Leon Hadar

Tłumaczył: Michał Krupa

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *