Rękas: Kolonizacja, czyli polskie Kosowo

Nie tylko nikt dotąd nie zdementował powtarzających się deklaracji i wezwań do „zasilania gospodarki polskiej” imigrantami z Ukrainy. Mamy zatem do czynienia z soft-propagandą mającą oswoić Polaków z decyzją, którą już widać została podjęta. Różne ilości przybyszy podawane w kolejnych wypowiedziach dodatkowo pozwolą zaciemnić obraz i ukryć przed Polakami realny wymiar zagrożenia, na zasadzie „miało przyjechać 5 milionów gości, ale rząd wsłuchał się w głos społeczeństwa i wpuściliśmy tylko 4 i pół miliona Ukraińców!”.

Przygotowywanemu na naszych oczach procesowi inżynierii społecznej i narodowej towarzyszą dość oczywiste obserwacje:

  • że chodzi w pierwszym rzędzie nie tyle o żadne „ubytki w gospodarce Polski”, tylko o zewnętrzne zasilenie systemu ubezpieczeń społecznych, bliższego bankructwa niż kiedykolwiek dotąd;

  • że tania siła robocza z Ukrainy ma petryfikować i chronić prawdziwy rak polskiej ekonomii – zbyt niskie płace, przez które faktycznie mogą być odczuwalne braki zatrudnienia w niektórych branżach i rolach zawodowych. Mamy więc do czynienia nie z leczeniem, tylko z ochroną choroby przed oczywistym lekarstwem – podwyżką płac i zrównoważeniem rynku pracy w Polsce;

  • że nawet nie dostrzegający dwóch powyższych zależności, odczuwają jakiś zasadniczy dysonans między wypluciem milionów Polaków na Zachód, do wykonywania zajęć, które z kolei w Polsce mieliby realizować Ukraińcy. Nawet niektórzy dotąd entuzjastyczni zwolennicy globalizacji i wolnego przepływu pracowników zaczynają zauważać, że coś tu się nie zgadza, a zbudowanie światowej ekonomii na zasadach herbatki u Szalonego Kapelusznika jeśli w ogóle może być rozwiązaniem problemów – to tylko na bardzo krótką metę.

Wszystko to jednak są – uzasadnione! – wątpliwości wynikające z tego samego, ekonomocentrycznego widzenia świata, które przy innym podejściu – wypędza Polaków z kraju i sprowadza do niego Ukraińców. Bo skoro liczy się tylko bilans finansowy, zgadzać się muszą składki i podatki – to mamy do czynienia tylko ze sporem o kolejność na liście priorytetów. Tymczasem sprawę imigracji z Ukrainy trzeba widzieć nie tylko w tych rzekomo „nowoczesnych”, a w istocie należących do odchodzącego już coraz wyraźniej świata kategoriach. Otóż nie ma wątpliwości, że wielomilionowy napływ Ukraińców do Polski miałby już cechy kolonizacji. Współczesne migracje zarobkowe – w tym także polska na Zachodzie – nie są wszak przeważnie ograniczone ramami czasowymi. Co do zasady – większość nie jedzie na saxy tylko żeby zarobić na dom czy samochód i spłacić chwilówkę, tylko po to by zostać w nowym kraju na stałe. Nie ma żadnych przesłanek by wierzyć, że w przypadku przyjazdu do Polski 5 milionów Ukraińców byłoby inaczej. W dodatku równanie, w którym w jednej linii podaje się ilości Polaków wyjeżdżających na Zachód i mających przybyć do Polski ich „zastępców” – nie pokazuje jednej nieistotnej gospodarczo, za to kluczowej narodowo sprawy – że Polacy rozproszyli się na wiele krajów europejskich, podczas gdy 38 milionowa (minus 2-3 mln zagranicą) Polska miałaby sama udźwignąć imigrację w skali przekraczającej 13 proc. obecnego zasiedlenia. A przecież liczba 5 mln czynnych zawodowych Ukraińców nie wyczerpuje problemu, bo nie wliczają się do nich rodziny, które w przypadku stworzenia warunków legalnej stałej pracy bez komplikacji wizowych i zezwoleniowych znajdą się zapewne u boku swych żywicieli na terytorium RP. Na miejscu zaś, wraz ze ze wzrostem stabilności ekonomiczno-socjalnej

Dwie i pół dekady wmawiania Polakom, że kwestii narodowej w ogóle nie ma, a jeśli nawet jakaś występuje, to nie u nas i z całą pewnością nie ma ona żadnego związku z kwestiami gospodarczymi – może dać wyjątkowo fatalny efekt. Nawet bowiem, jeśli wbrew oczywistym faktom, ktoś wciąż jeszcze wierzy, że „kapitał nie ma narodowości” – to przecież chyba widać, że pracownik ma ją na pewno. Anachronizmem nie jest dziś myślenie w kategoriach etnicznych, przeżytkiem jest ignorowanie ich na siłę. Nadchodzące dziesięciolecia XXI wieku będę znów czasem nacjonalizmów, zmian granic i wojen i nikt, nawet Polacy, zawsze chcący wierzyć, że pokój jest na zawsze, a obecne granice na stałe – nie powinien być tym zdziwiony. A o to czym się kończy zamieszkująca zwarcie i utrzymująca więzi etniczne imigracja zarobkowa, w dodatku oparta o znajdujący się tuż za granicą kraj ojczysty – możemy zapytać Serbów. Różnica polega na tym, że u nich irredenta albańska była rozłożona na lata, podczas gdy przywódcy Polski chcą ten proces skrócić maksymalnie, fundując nam nasze Kosowo w najlepszym razie w przeciągu najbliższej dekady.

Tymczasem zdrowe państwo, reprezentujące zdrowy naród – nie tylko stara się mieć działający system emerytalny, dba o własny rynek pracy, siłę nabywczą i poziom życia obywateli. To są bowiem tylko metody i pochodne właściwego zorientowania celu istnienia państwa i trwania narodu, który jeśli nie rozwija się, wówczas traci zdolność przetrwania, wolę istnienia i zachowania elementarnej spójności: świadomościowej, tożsamościowej, społecznej czy politycznej. Zamiast realizować politykę, która po odzyskaniu kontroli nad własnym potencjałem pozwoliłaby najpierw na zabliźnienie ran ostatniego ćwierćwiecza, a następnie na nadanie polskości nowej dynamiki, rekultywującej nasz kraj, pozwalającej patrzeć choćby na pustoszejącą gwałtownie Litwę, czy rozpadającą Ukrainę jako tereny potencjalnej ekspansji żywiołu polskiego – dobrowolnie cofamy się, ustępujemy, przyznajemy, że jako naród nie mamy już siły dalej istnieć, nie potrzebujemy własnego państwa, a jeśli utracimy jakieś jego części – to widać taka zajdzie dziejowa i ekonomiczna konieczność…

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

2 thoughts on “Rękas: Kolonizacja, czyli polskie Kosowo”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *