Łagowski: Sen o potędze

Co się kryje za biernością, z jaką Polacy przyjmują do wiadomości powojenną politykę swoich rządów? Czy skrywa ona aprobatę – kto się nie sprzeciwia, jest za – czy lekceważenie dla tych rządów i wszystkiego, co one głoszą? Widziałbym trzecią możliwość: poczucie obezwładnienia przez jednomyślną „narrację” klasy dziennikarskiej wyszydzającej i stygmatyzującej wszelkie stanowiska wykraczające poza główny nurt wyznaczony przez partie postsolidarnościowe, zarówno przez PiS, jak i Platformę Obywatelską. Ta narracja pozostawia mało miejsca na ruch myśli, ponieważ jest nie tylko programem politycznym, ale mieści w sobie również, a może przede wszystkim, heroistyczną koncepcję moralności z jej imperatywem kategorycznym oddawania życia za niepodległość. Kto ma odwagę narazić się na miano potencjalnego zdrajcy? Dopóki nad polityką ciąży heroistyczny etos, rządy mają wolną rękę, gdy chodzi o wydatki na zbrojenia i mieszanie się do krwawych konfliktów w bliskiej zagranicy. Przeklinanie bohaterskich rządów wybucha dopiero, gdy bomby spadają na miasta, co polskich rządów nie trwoży, bo mają wypróbowany sposób ratunku: uciec za granicę.
Mówi się, że każdy naród ma własną koncepcję narodu i też swój specyficzny nacjonalizm. Narody zachodnie, jak wszystkie inne, dążą do wywyższenia, ale osiągają to wywyższenie za pomocą pracy cywilizacyjnej. Francuz czy Niemiec wzdryga się na myśl, że mógłby żyć w takich warunkach jak Polak. Rosjanin wiąże swoje poczucie narodowe z wielkimi przestrzeniami. Ludzie zachodni mówią, że w Polsce wszystko jest małe, szare i niezbyt czyste, ale mieszkańcy mają o sobie, jako narodzie, niezwykle wysokie mniemanie, nawet gdy emigrują za chlebem. W czasach pokoju ucieka z Polski lud, w czasie wojny rząd. W czym Polacy widzą środek na wywyższenie, którego tak pragną? Z całą pewnością nie w tym, co się nazywa cywilizacją – materialnie urzeczywistnionym duchem. Przez setki lat – jak pisali podróżnicy – zachodnia granica Polski oddzielała cywilizację europejską od ubogiego, chaotycznego, umysłowo leniwego słowiańskiego Wschodu. Na dużo niższym poziomie żył tu lud i bardziej jałowa niż na Zachodzie była arystokracja. To są oczywiście sądy zaokrąglone, można je uściślać, ale błędne nie są.
Formalnym warunkiem pracy cywilizacyjnej jest wolność rozumiana tak, jak ją Monteskiusz ujął w jednej z definicji: prawo do spełniania swego obowiązku. Właśnie takiej wolności najbardziej brakowało w realnym socjalizmie ludziom będącym na wyższym diapazonie umysłowym i czującym swoje zobowiązania wobec kraju. Dziś tego rodzaju wolność prawie że istnieje i można by się spodziewać, że Polska wchłonie te wartości, które stanowią o wyższości Zachodu (ciągle jeszcze). Nie w tym kierunku jednak idzie Polska, zbałamucona postsolidarnościowym megalomaństwem i mdlącą bohaterszczyzną. W żadnej dziedzinie życia społecznego to zbłąkanie nie jest tak widoczne jak w polityce zagranicznej rządów obecnego i poprzedniego.
Autor należący, jak mi się zdaje, do rządowych kręgów eksperckich pisze w „Rzeczpospolitej”:

„Rozluźnienie procesów integracji [europejskiej] może być dla Polski szansą. Doprowadzi do ostatecznego rozpadu osi Berlin-Paryż i da nam szanse na balansowanie pomiędzy Francją i Niemcami. Będzie okazją do wybicia się na podmiotowość (…)”.

Dziwny pogląd – powiedziałbym, gdyby należał do rzadkości. Z powodu braku wewnątrzkrajowych impulsów rozwojowych integracja europejska jest dla Polski jedyną realistyczną możliwością uchronienia się przed tradycyjnym marazmem, który zawsze towarzyszył polskiemu „upodmiotowieniu”. Aby skutecznie balansować między Berlinem i Paryżem – mówi autor – trzeba „doprowadzić do wzrostu realnej potęgi naszego kraju w Europie”. Najciekawsza w artykule jest treść tego snu o potędze.

„Ponieważ nie możemy liczyć na szybki wzrost ludności lub gospodarki, to pozostaje nam jedynie inwestycja w armię. (…) Chodziłoby o to, ażeby Polska nie tylko była w stanie bronić się przed potencjalnym wrogiem, ale również wysłać kilka dodatkowych brygad do państw bałtyckich czy też na flankę południowo-wschodnią (np. do Rumunii). To wymaga znacznego zwiększenia liczby żołnierzy i nakładów finansowych”.

Okazuje się, że autor nie jest takim zwolennikiem dezintegracji Europy, jak się mogło wydawać – integracja może być, ale pod warunkiem że będzie wojskowa. „Istota naszej strategii sprowadzałaby się do tego, że dysponowalibyśmy pewną nadwyżką potęgi i moglibyśmy ją eksportować do krajów regionu. To dawałoby nam atut w grach z mocarstwami, ponieważ Niemcy ze względu na swój pacyfizm chętnie oddaliby naszemu krajowi rolę, jeśli nie lidera, to partnera w militarnym przywództwie w Europie Środkowej”.
Wierzę, że w pewnych warunkach mocarstwa zachodnie z „pacyfistycznymi” Niemcami włącznie chętnie oddałyby Polsce rolę militarnego harcownika na froncie wschodnim, USA już jawnie nam taką rolę przypisały, ale nie rozumiem, dlaczego autor, występujący jako doradca rządowy, tak głośno o tym marzy.
Niesamowita megalomania mocarstwowa przejawia się w tych życzeniach, które wcale nie są urojeniem jednego odosobnionego umysłu. Niemal przeraża przekreślenie dorobku polskiej realistycznej myśli politycznej ostatniego wieku, jaką wyrażali w swoich publikacjach tak różni autorzy, jak Stanisław Cat-Mackiewicz, Stanisław Stomma, Aleksander Bocheński, Stefan Kisielewski czy Julian Hochfeld.
Przy tych poglądach i przy polityce zagranicznej polskich rządów należałoby postawić datę sprzed września 1939 r.

Bronisław Łagowski

Tekst ukazał się w Tygodniku Przegląd i na stronie internetowej https://www.tygodnikprzeglad.pl/

Facebook
[Głosów:12    Średnia:4/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *