Luma: Młodzieżowa choroba liberalizmu

 

Tytuł niniejszego artykułu niektórych liberałów zapewne doprowadzi do szewskiej pasji, bo jak taką piękną ideologię, o tak długiej tradycji, można nazwać chorobą. Otóż liberalizm mentalnie wiązałbym z poglądami przynależnymi młodzieży, czyli fazie w rozwoju człowieka, podczas której poszukuje on swojej tożsamości, swojego miejsca pośród zmienności tego świata, swojego własnego ,,ja” w społeczeństwie. Małe dziecko, będące pod opieką rodziców, nie jest samodzielne, a jest zafascynowane rodzicami, kopiuje ich wzorce, powtarza ich zachowania. Starsze, ok. 10 letnie zawsze jest na ,,nie”, czyli wyraża sprzeciw wobec świata zastanego. Zaznacza w ten sposób swoją obecność. Młodzież natomiast już ma jakieś doświadczenie życiowe, fizycznie jest już prawie dorosłym człowiekiem. Obserwuje świat, w którym jest wiele poglądów, idei, stylów życia. Zauważa, że jego koledzy/koleżanki różnią się między sobą, że istnieją różne rasy, religie, upodobania. Wyciąga wtedy dość prosty wniosek: nie ma jednej prawdy. Kieruje się tolerancją, bo skoro nie da się ustalić jednego właściwego światopoglądu, to lepiej wszystkie ustawić na jednym poziomie. Jest więc liberałem, bo przyjmuje równość wszystkich postaw i idei. Nie uważa religii katolickiej za jedyną właściwą, choć w niej był wychowywany, bo fascynują go inne, ciekawsze, które pokazują inny świat, bardziej duchowy, nowoczesny, dostosowany do szybko postępującej technicyzacji. Jest to więc postawa właściwa człowiekowi w młodym wieku.

Dorosłość każe natomiast wybierać, bo trwanie w liberalizmie, czyli de facto w nihilizmie, nie przynosi wielkiego pożytku. Zaczyna zastanawiać się nad małżeństwem, potem ma dzieci, którym trzeba przekazać jakiś kręgosłup moralny. Niestety trudno być w takich momentach liberałem, bo realny świat wymaga wyboru. Liberalizm jest więc brakiem dojrzałości, jest tylko jakimś etapem, który musi minąć, żeby zostać albo dobrym albo złym człowiekiem.

Na gruncie państwa trwanie w liberalizmie to szykowanie sobie rozbicia struktur społecznych, to brak idei, a zatem przygotowanie miękkiego podbrzusza dla np. islamu. Liberalizm to utopia, bo jak budować państwo oparte na tolerancji dla wszystkiego, na braku jakichkolwiek wartości. Niech zwolennicy tychże poglądów nie twierdzą, że państwo neutralne i demokratyczne to jakaś wartość, bo w praktyce taki pogląd weryfikuje albo jakiś przewrót i jednak siłowy wybór jakiejś opcji, albo rozbicie jedności społecznej i aneksja ze strony agresywnych idei czy religii, np. islamu czy nazizmu. O ile bycie liberałem przystoi młodemu człowiekowi czy studentowi, o tyle jest wręcz odrażający np. u 40-latka. O ile liberalne państwo może istnieć przez jakiś krótki czas, o tyle nie może być to stan trwały, bo albo zakończy się to monarchią (piękne, ale dzisiaj mało prawdopodobne), dyktaturą (oby prawicową) bądź plutokracją czyli to, co mamy dzisiaj. Wielki kapitał po prostu finansuje elity polityczne, które rządzą państwem w ich imieniu (fasada demokracji). Ktoś musi trzymać społeczeństwo w jakimś porządku. W liberalnym państwie, gdzie współistnieją równoprawne idee, zachodzi zasada ekonomiczna, mówiąca, że lepszy pieniądz  jest wypierany przez gorszy. Ateizm wypiera religię, socjalizm wypiera wolny rynek, nihilizm i hedonizm wypiera tradycję, wysiłek i pracę.

Dobrym przykładem jest Francja XIX i pocz. XX w. Doktryna nacjonalizmu sięga swymi korzeniami rewolucji francuskiej, kiedy to uznano za suwerena naród. Jak długo jednak można liczyć na rozsądek tzw. narodu? Pojawił się wtedy Ch. Maurras, który wprowadził pojęcie interesu narodowego czyli władzy w interesie narodu ale bez wpływu tegoż na decyzje polityczne. Część nacjonalistów widziała wtedy albo dyktaturę (Barres) albo monarchię (Maurras). Nikt jednak już nie wracał do liberalnego ,,zatrzymania się na skrzyżowaniu” i braku decyzji, bo tym właśnie jest czekanie na wolę narodu, która, jak wiadomo, jest zmienna i czasami może być zgubna dla państwa.

Ideałem liberała jest jednostka wyrwana z więzów tradycji, religii i rodziny czyli osoba podatna na manipulację. Jak dyskutować z liberałem, skoro on nie uznaje autorytetów, nie szuka prawdy, nie optuje za żadną ideą. Toleruje budowanie wokół siebie meczetów, kościołów, świątyń buddyjskich czy miejsc spotkań New Age. Przychylnie patrzy na tzw. paradę równości i na Procesję Bożego Ciała, na małżeństwa kobiety i mężczyzny i na związki homo. To człowiek, który boi się podjąć decyzji, uważa, że istnieje równość idei i na tym kończy dyskusję.

Na koniec zastosuję pewien podział. Widzę dwie grupy liberałów:

1/ prawdziwi – to ci, co się naczytali Locka, Smitha, Monteskiusza i nadal wierzą w społeczeństwo liberalne. Przeważnie to młodzi ludzie, najczęściej studenci, domagający się wolności i społeczeństwa otwartego,

2/ fałszywi – to ci, co są opłacani przez wielki kapitał. Głoszą hasła liberalne ale w rzeczywistości interesuje ich własny interes, wrogość wobec tradycji, Kościoła. Liberalizm to taki oręż w ich rękach, żeby szachować swoich przeciwników, nazywając ich wrogami wolności i kapitalizmu.

W interesie tzw. prawdziwych liberałów nie jest sojusz z fałszywymi liberałami ale z… konserwatystami i nacjonalistami. W takim państwie będą mieli więcej wolności. Ale oni tego nie wiedzą i wolą maszerować pod fałszywymi hasłami.

Poletkiem doświadczalnym starcia ideologii była Europa II poł. XX w. Żyliśmy w realnym socjalizmie. Było źle, był stalinizm, chora ideologia, brak suwerenności ale, o dziwo, społeczeństwo polskie wyszło z tego systemu mniej zdemoralizowane i bardziej zdolne do budowy normalnego państwa niż społeczeństwa żyjące w demokracji liberalnej. Socjalizm tłumił normalny, zdrowy rozwój społeczeństwa ale przy okazji powstrzymał multikulti, ateizm (niechcący), rozkład społeczeństw. Absurdem kończę: chcesz zgubić narody, to daj im liberalizm. Ego pro domo mea oro

Jarosław Luma

[Głosów:10    Średnia:3.9/5]
Facebook

2 thoughts on “Luma: Młodzieżowa choroba liberalizmu”

  1. Stalinizm skończył się z nadejściem odwilży gomółkowskiej, a PRL od tego czasu była państwem suwerennym.
    Czym jest “normalny zdrowy rozwój społeczeństwa”, którego brakowało za Rzeczpospolitej Ludowej ? Poza rozwojem samorządności w III RP na poziomie gmin nie przychodzi mi nic na myśl.
    Rzeczpospolita wcale chcący odpierała ateizm i multikulti, bo nawet w dobie “realnego socjalizmu” pozostała de facto wierna wartościom cywilizacji łacińskiej (niezależność władzy kościelnej i państwowej pomimo nacisków ze strony ZSRR).

  2. Autor żongluje terminem liberalizm raz w kontekście obyczajowości, raz w kontekście wielkiego kapitału, czyli ekonomii i tak do końca nie wiadomo do końca o co chodzi. O ile jestem w stanie zgodzić się, że liberalizm w sensie założeń metafizycznych, antropologicznych a co za tym idzie w wymiarze etycznym jest zupełnie niemożliwy do zaakceptowania, o tyle jak to miałoby się przekładać na liberalizm w sensie gospodarczym? Bo jakieś przełożenie zaproponować trzeba – albo zgadzamy się na solidne, chrześcijańskie fundamenty i w oparciu o nie budujemy wolny rynek (potocznie zwany właśnie liberalizmem gospodarczym), albo w imię odrzucenia liberalizmu jako takiego próbujemy kreować coś innego (co do tej pory kończyło się zawsze tak samo, czyli propozycjami para-socjalistycznymi). Tego jednak autor albo nie wyjaśnia, bo albo nie chce, choć tekst tego wymaga, albo dlatego, że nie do końca zdaje sobie sprawę, że postuluje odrzucenie liberalizmu w ogóle, a co za tym idzie wolności rynkowej. A tutaj już jest krok od skrętu w tę samą stronę, w którą idzie lewica. Bo to, że większość rozwiązań ekonomicznych liberałów, mimo zupełnie innych fundamentów niż te, które widnieją w myśli konserwatywnej, jest zbieżna z propozycjami wynikającymi z klasycznego konserwatyzmu, jest oczywiste i wydaje mi się, że opcja, w której odrzuci się pewne rozwiązania, bo ideowcy z pewną etykietką (tu liberałów) je postulują nieco mija się z celem. Należy najzwyczajniej w świecie przestać psuć pojęcia i zacząć je klarować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *