(Nie)palenie szkodzi

Jurodiwa władza

Uczenie się na błędach nie jest mocną stroną legislatorów. Stąd ani uchwalając ustawę z 9 listopada 1995 r. o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych, ani przyjmując16 lutego 2010 r. „Program Ograniczania Zdrowotnych Następstw Palenia Tytoniu w Polsce. Cele i zadania na lata 2010–2013” – nie wyciągano żadnych wniosków z oczywistych absurdów, do jakich doprowadziły zapisy osławionej ustawa z 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Tamtą wprawdzie złośliwie tłumaczono faktem, że przyjęto ją dla sprawienia przyjemności jedynemu na świecie niepijącemu dyktatorowi PRL, w istocie jednak była dowodzącą naiwności socjalizmu próbą odgonienia ludzi od wódki celem zwiększenia wydajności pracy.

Z czasem regulacje mające utrudnić picie w pracy i zabarłażanie następnej dniówki poszły w niepamięć, a pozostał jedynie gąszcz utrudnień dla prowadzących działalność gospodarczą w handlu i gastronomii oraz ich konsumentów, sprawiający zaś jedynie frajdę urzędnikom i decydentom. Ci bowiem mają w ręką ulubiony przez siebie instrument naginania i interpretowania prawa, pozwalający karać niepokornych, nagradzać swoich i napychać kabzę (bynajmniej nie tylko publiczną). Opowieści o pomiarach odległości od kościołów, przesuwanie przejść dla pieszych by zwiększyć dystans, przysuwanie się szkół w wyniku budowy „Orlików”, budowanie płotów, aby wydłużyć drogę do sklepu, a przy tym wszystkim marnowanie milionów złotych na „profilaktykę antyalkoholową”, dotowanie „słusznych” stowarzyszeń i dodawanie swoim radnym paru groszy za zasiadanie w komisjach rozwiązywania problemów alkoholowych – wszystko to tworzy typowy dla Polski surrealistycznego prawa, wdrażanego i obchodzonego z równie typową dla Polaków pomysłowością, połączoną jednak z pokorą. Władza jest bowiem dla Polaka z natury jurodiwa – szalona i potencjalnie niebezpieczna, nie należy się więc po niej niczego dobrego spodziewać, a jedynie znosić co znowu wymyśli.

Budżetowa dziura w płucach

Pokornie zniesiono więc i ogłoszenie wojny z palaczami. Zwłaszcza, że np. niepalącym kojarzyła się ona wyłącznie z tym, że w knajpach mniej cuchnie. Tymczasem pisząc program antynikotynowy wzorowano się wprost na regulacjach antyalkoholowych – szereg zawodowych zwalczaczy już więc zacierał ręce, że dostanie w swoje ręce pieniądze na prowadzanie jakże zbożnego dzieła przymusowego poprawiania stanu płuc Polaków i stanu kont działaczy. Tymczasem mali padlinożercy musieli obejść się smakiem i ustąpić miejsca największemu rabusiowi. Pieniądze na antytytoniową krucjatę zwinęło bowiem samo państwo.

Z oburzeniem wytknęła to Najwyższa Izba Kontroli w ostatnim raporcie opublikowanym przez poprzednie, PiS-owskie kierownictwo tej instytucji. Jak zauważyli kontrolerzy – zgodnie z ustawą antynikotynową, na realizację Programu Ograniczania Zdrowotnych Następstw Palenia Tytoniu w Polsce na lata 2010-13 resort zdrowia powinien przekazywać co roku 0,5 proc. dochodów budżetowych z akcyzy od wyrobów tytoniowych. W latach 2010-11 miało to być odpowiednio 87 i 91 mln zł. Przekazano –  1,046 mln zł i 915,5 tys. zł.

Ministerstwo tłumaczyło to tyleż przytomnie, co szczerze, co też NIK-u nie zachwyciło: „Zasadniczy wpływ na finansowanie zadań przewidzianych w POZNPT miało stanowisko Ministra Finansów, zgodnie z którym „ustanowienie Programu nie powinno stanowić tytułu do ubiegania się o dodatkowe środki z budżetu państwa na jego realizację”. W Ministerstwie Zdrowia nie zaplanowano środków na realizację Programu, gdyż jak stwierdził Minister Zdrowia „Wobec wymogów Ministerstwa Finansów stosowanych rokrocznie przy konstrukcji ustawy budżetowej, wydatki pozapłacowe pozostają z reguły na poziomie poprzedniego roku, o ile nie ulegają zmniejszeniu. Zatem przepis istniejący w ww. ustawie jest praktycznie martwy. Reasumując, należałoby wykreślić z ustawy przepis o 0,5% wartości podatku akcyzowego lub doprecyzować jego brzmienie poprzez wprowadzenie regulacji przepływu środków uzyskanych z akcyzy do budżetu realizatorów POZNPT” – konkludował resort, który wcześniej z pobudek ideologicznych – oraz w ramach alibi dla fiskalnej pazerności rządu – ostro gardłował za nowymi przepisami.

Zmarnowali mniej

„Nie dysponując środkami, Główny Inspektor Sanitarny nie miał możliwości powierzania zadań ani środków na ich wykonanie jednostkom współdziałającym, a Międzyresortowy Zespół Koordynacyjny15, powołany „w celu zapewnienia warunków optymalnej współpracy między resortami i instytucjami centralnymi uczestniczącymi w realizacji programu”16 był faktycznie rzadko zwoływanym forum wymiany opinii uczestników Programu (od początku 2010 r. do połowy 2011 r. obradował dwukrotnie)” – biadoli dalej NIK. Tymczasem należy raczej docenić i uszanować fakt, że „w dobie kryzysu” nie marnowano pieniędzy na jakieś nonsensowne nasiadówki.

Kontrolerzy popadają zresztą w mimowolną śmieszność punktując kolejne karygodne zaniedbania władzy: „GIS, jako koordynator Programu, nie prowadził rzetelnego monitoringu i ewaluacji efektów jego realizacji. W ogóle nie wypracowano metodyki pozwalającej na ocenę stopnia realizacji celu strategicznego19 i większości celów szczegółowych Programu, a zlecając badania ankietowe nie zadbano o porównywalność wyników z przyjętymi w założeniach. Również sprawozdania z realizacji POZNPT, przedstawiane corocznie z wielomiesięcznym opóźnieniem Sejmowi, nie pozwalały na ocenę efektów Programu, gdyż zawierały zbiór opisów czynności podejmowanych przez jego uczestników, bez próby ich odniesienia do planowanych celów i ewaluacji osiąganych rezultatów”. Słowem nie wykonano tych wszystkich ruchów pozornych, stanowiących niezatykalne dziury finansów publicznych, pod pozorem realizacji celów społecznie istotnych.

Pracuj, a nie pal!

Co ciekawe, NIK cytując za bojownikami antynikotynowymi – podaje uzasadnienia wagi zagadnienia niemal takie, jak władze PRL dla walki z piciem bez zakąski. Otóż palenie szkodzi gospodarce narodowej – bo takich delikwentów trzeba potem leczyć. Jeszcze wprawdzie nie w formie przymusowych odwyków – ale i tak och zgubny nałóg powoduje „straty w produktywności i zatrudnieniu”. Czyli Homo laborans pozwala sobie na za dużo dla swej przyjemności, podatek jaki z jej tytułu płaci jest nawet 3,5 raza niższy, niż koszty, jakie przysparza państwu – które jak wiadomo istnieje jako byt od człowieka niezależny, wyższy, lepszy niepotrzebnie tylko odrywany przyziemnymi słabościami ludzkiej natury od spraw wyższego rzędu. Już nie chodzi więc o to, że paląc szkodzimy sobie, co nam się obłudnie wmawia na paczkach papierosów – nie, szkodzimy państwu, gospodarce narodowej, PKB i budżetowi! Trudno współcześnie o cięższy grzech obywatelski, na szczęście jednak nie rządzą nami sieroty po PiS-owskich muzealnikach kryjące się dotąd po NIK-u, tylko normalni demoliberalni złodzieje, którzy przychodami z akcyzy nie gardzą, ale wolą marnować je na jakieś powszechnie bardziej zrozumiałe cele (np…. cygara dla aktywu PO, żeby biznes się dalej kręcił), niż na dofinansowanie obcych fanatyków i kombinatorów.

Inne ważne przyczyny państwowe”

Ci jednak dzięki tradycyjnej łapczywości rządu i ministra Rostowskiego otrzymali jednak i tak pewien prezent. Oto mogą teraz tłumaczyć dlaczego państwowa wojna z papierosami nie przynosi efektów – no bo jest niedofinansowana! Na razie bowiem tylko NIK wydaje się zaskoczony, że „niezależne badania wykazują, że POZNPT nie przynosi pożądanych wyników – odsetek palących nie zmienia się i wynosi 30-31% populacji” (jak podaje CBOS). I niby czemu palaczy miałoby być mniej – NIK nie wyjaśnia, zalecając jednak tak rewolucyjne działania, jak „zapewnienie w programie wprowadzonym na rok 2014 i następne:

  1. Możliwości faktycznego dysponowania, przez podmiot odpowiedzialny za jego realizację koordynację, wyodrębnionymi i adekwatnymi do zadań środkami.

  2. Wprowadzenia mechanizmów pozwalających na rzeczywiste zarządzanie i koordynację zadań wykonywanych w ramach programu.

  3. Przyjęcia możliwych do osiągnięcia i mierzalnych wskaźników realizacji celów programu.

  4. Systemu monitoringu i ewaluacji pozwalającego na ocenę stopnia w jakim cele programu są osiągane.

  5. Prezentowania w corocznych sprawozdaniach dla Sejmu informacji o stopniu realizacji zadań zamiast opisów czynności podejmowanych przez uczestników programu.

  6. Możliwości prowadzenia badań monitoringowych i urzędowej kontroli zawartości substancji szkodliwych dla zdrowia w wyrobach tytoniowych wprowadzanych do obrotu handlowego”.

Z pewnością od tego wszystkiego liczba palących zmaleje, a ludzie będą umierali zdrowsi wcześniej efektywnie pracując aż do wigilii swoich 67 urodzin – nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Z kolei ministerstwo finansów woli jednak po staremu grabić Polaków akcyzą – już zapowiadając podwyżki podatku od alkoholu. Oczywiście do wtóru czujących znowu wiatr w żaglach „społeczników” przekonujących, że najlepiej byłoby radykalnie podnieść ceny alkoholu i zmniejszyć liczbę punktów sprzedaży napojów wyskokowych, bo to na pewno zmniejszy spożycie. Że zmniejszy tylko zakupy w ramach opodatkowanego systemu i poszerzy szarą strefą (jak to i teraz ma miejsce właśnie w przypadku tytoniu) – niemal nikt nie mówi głośno, może poza samymi zainteresowanymi branżami.

Jeśli zresztą chodzi o tytoń – to może złodziei społecznych i rządowych już wkrótce pogodzi gangster jeszcze wyższego rzędu – Parlament Europejski, który w październiku chce ostatecznie przegłosować tzw. dyrektywę tytoniową, mogącą radykalnie ograniczyć produkcję tego surowca i konsumpcję papierosów itp. pochodzących z obszaru UE. A na tym z kolei zarobią tylko gracze jeszcze więksi – tak zza Atlantyku, jak i ze Wschodu. Tak to już bowiem bywa, gdy większa mafia dostrzeże zyski osiągane dotąd przez drobnych rabusiów i postanawia przejąć interes, maksymalizując zyski. Tylko rabowanemu jest w sumie prawie wszystko jedno.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *